Myślokracja, czyli from łeb to web

168. Patriotyzm a tzw “patrioci” 11 listopad 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Kościół, Z życia, refleksje, społeczeństwo — R-Chee @ 6:13 pm

Coś ostatnio nudą wieje na tym blogu.  Odczuwa się brak Huberta. Trzeba coś podziałać w takim razie, a biorąc pod uwagę fakt, że dziś przypada nasze święto narodowe (kolejne) postanowiłem zamieścić tu pewien tekst, który napisałem równo rok temu, a z różnych przyczyn techniczno-organizacyjnych nie miałem możliwości zaprezentowania go szerszej publiczności. Przez rok troszkę się pozmieniało w moim życiu, ale sam tekst nie stracił nic ze swojej aktualności (no może moją praktyką katolicką).

” Jako że jestem praktykującym chrześcijaninem-katolikiem (zdecydowanie bardziej utożsamiam się z tym pierwszym określeniem) dziś, jak co niedziele uczestniczyłem we Mszy Świętej. Godzina 12:00, rozpoczyna się nabożeństwo i tu niespodzianka. Nasz nowy ksiądz, młody facet na dzień dobry rzuca hasłem: “Polska to dziwny kraj, robiący wszystko na przekór”. Nie mam osobiście nić przeciwko wszelakim nowością, ale nieco zaskoczyła mnie taka osobista wypowiedź duszpasterza, tym bardziej na początku Mszy, kiedy to zawsze (przynajmniej za mojej pamięci) kończyło się na przywitaniu z wiernymi (komentarze zostawiano na okres kazania lub ewentualnie ogłoszeń). Na tym jednym zdaniu się nie skończyło. I właśnie owa treść przyczyniła się do zamieszczenia owego wpisu.(…)

Rzecz dotyczyła Polskości i patriotyzmu w związku z dzisiejszym Świętem Niepodległości. Ksiądz w 5 minutowym “przedkazaniu” przedstawił swoją troskę o słabnący w Polsce i Polakach patriotyzm, ponieważ zauważył że… mało flag wywieszono dziś w oknach. Wypadało by rzec “Mama mia” i złapać się za głowę. Że co? Że jak? A od kiedy to wystawienie flagi jest miarą patriotyzmu? Szczerze mówiąc poczułem się niemiło, gdy usłyszałem z ambony że jestem apatriotą. I podejrzewam, że nie tylko ja.

Nie widzę niczego złego w wystawianiu flagi w czasie świąt narodowych. Wręcz przeciwnie, gdybym takową miał, to pewnie sam bym ją zawiesił. Ale nikomu, powtarzam nikomu!, nie muszę udowadniać swojego patriotyzmu poprzez zawieszenie flagi. Ani Kaczyńskiemu (według którego stałem po stronie ZOMO), ani Giertychowi (który chciałby moim młodszym kolegom i koleżankom wpajać miłość do ojczyzny na siłę), ani mojemu księdzu. Patriotyzm nosimy w swoich sercach, a nie wystawiamy go za okno w czasie kilku w roku świąt państwowych. A jeśli już to zrobię, to nie po to by się tym afiszować (bo brak tu celowości), ale po to by robić wszystko co się da dla dobra ojczyzny.

Szczerze mówiąc nie zauważyłem, by na przełomie ostatnich lat w Polsce zrodziła się taka tradycja jak chociażby w Stanach Zjednoczonych, by każdy obywatel wywieszał w swoim oknie flagę. Do tej pory była to domena wszelkiego rodzaju instytucji i urzędów państwowych. Skąd zatem u naszego księdza zatroskanie o słabnącą tradycję, której w rzeczy samej u nas dotąd nie było? Jak to sam tłumaczył: “Jak było to zabronione, w czasie komuny, to flagi powiewały, a teraz…”. No właśnie, “teraz”…

Patriotyzm objawiał się szczególnie mocno wtedy, gdy w kraju dzieje się źle, bo trudno jest z całą pewnością nazwać się patriotą wtedy, kiedy nic nam nie zagraża. Sam nie mogę tego stwierdzić ze stu procentową pewnością. Jednak ja nie mógłbym zarzucić drugiej osobie braku przywiązania do narodu tylko dlatego, że w jego oknie 11 listopada nie pojawiła się biało czerwona flaga. Bo nie wiem, czy mając przyłożony do skroni przez SS-mana czy innego agenta KGB naładowany pistolet nie wyrzekł bym się swojego kraju w zamian za uratowane życie.

Patriotyzm jest częścią naszej duszy. Częścią pozostającą w uśpieniu i czekając na moment w którym będzie musiała się przebudzić. I oby w dobie powszechnej, europejskiej zgody, taki stan utrzymał się jak najdłużej. Bo nie mam żadnych wątpliwości (wbrew przekonaniu pewnych “autorytetów”, których swoiste “apele” są najłagodniej mówiąc niepotrzebny), że w chwili gdy zajdzie taka potrzeba, polski naród jak zawsze wykaże się charakterystycznym dla siebie bohaterstwem i patriotyzmem.

Jestem ciekaw jakie jest wasze zdanie na ten temat.  Pozdrawiam serdecznie.

 

163. Frustracje drogowe 11 październik 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Z życia, społeczeństwo — frycjusz @ 10:02 pm

Największe przekleństwo polskich dróg to…

Nie, nie wcale dziury. Do nich tak się przyzwyczaiłem, że te mniejsze nie robią na mnie najmniejszego wrażenia, a te większe znam na pamięć i z dużym wyprzedzeniem wiem kiedy zacząć już je omijać. Pogodziłem się z nimi i żyję.

Wcale nie fatalna organizacja ruchu, bo po mieście jeżdżę dość rzadko, a nawet jeśli jeżdżę, to jakoś sobie radzę i nie stoję w kilometrowych korkach.

Nawet pijani kierowcy mnie nie drażnią. To znaczy drażnią, ale z żadnym nigdy nie jechałem i z żadnym nigdy się nie skolidowałem, więc póki co nie zaleźli mi za skórę. Chociaż potępiam proceder jazdy w odmiennym stanie świadomości, to jednak nie on jest na piewrszym miejscu mojej top-listy.

Radiowozy wyłaniające się w najmniej spodziewanym momencie zza krzaków (zazwyczaj na prostej drodze w jakiejś zatęchłej wiosze, gdzie wójt uroił sobie, że musi tam być 40 km/h, chociaż ani on, ani nikt inny nie umie tego uzasadnić) nie bolą mnie. No dobra: wkurzają, ale nie aż tak.

Zadbani (tzn. mocno wyżelowani), dobrze ubrani (najnowszy dresik Nike) i wysportowani (mięśnie ledwie mieszczą w koszulce) panowie w sportowych samochodach, którzy opanowali arkana jazdy tak dobrze, że wykonują manewry o jakich zwykły śmiertelnik nie ma pojęcia (m.in. wyprzedzanie środkowym pasem na zwykłej jednojezdniowej drodze) i osiągający prędkości zaprzeczające prawom fizyki obowiązującym dla dziurawych jezdni – drażnią i czasem aż ciary przechodzą kiedy taki wpieprzy się tuż przed człowieka wyjeżdżając z drogi podporządkowanej, ale nawet oni nie działają mi na nerwy tyle co…

…co nieoświetleni rowerzyści. Właśnie oni dla mnie dzierżą palmę pierwszeństwa najbardziej denerwującej i stresogennej sytuacji, jaką możemy spotkać na drodze. Jazda po zmroku groi zawałem, kiedy tuż przed moim pojazdem (gdzieś na 3-5 metrów) wyłoni nagle się beztrosko pedałujący młodzieniec bez światła, bez odblasków i ubrany na czarno. Takich sytuacji miałem już mnóstwo i sam się dziwię, że jeszcze zadnego nie najechałem. Widocznie szczęścia mają więcej niż rozumu.

Apel do wszystkich rowerzystów: ZAŁÓŻCIE JAKIEŚ OBLASKI, KUPCIE SOBIE ŚWIATEŁKO, A NAJLEPIEJ ŻÓŁTĄ KAMIZELKĘ (wiem, siarsko wygląda, ale naprawdę ratuje życie!) Właściwie pieszych też się to tyczy. To, że kierowca ma światła nie znaczy, że wszytko widzi. Może was dostrzec na 5 metrów przed sobą, zazwyczaj 10, góra 20. Dobry odblask zwiększa tę liczbę wielokrotnie.

 

160. Co by tu wcisnąć? 1 październik 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Z życia, społeczeństwo — frycjusz @ 9:25 pm

Nie jestem specem od ekonomii, ale o ile dobrze się orientuję, marketing bezpośredni polega na tym, że to nie klient ma wyrazić zainteresowanie towarem, ale to sprzedawca ma obowiązek to zainteresowanie u niego wywołać. W wyniku takiej operacji klient zazwyczaj zostaje z bezwartościowym, niepotrzebnym mu do niczego gniotem (chociaż uświadamia sobie to dopiero długi czas po zakupie), zaś sprzedawca – ze sporą ilością banknotów w kieszeni. Przejrzymy sobie teraz kolejne techniki marketingu bezpośredniego, rozpoczynając od tych nawet w gruncie rzeczy przyjemnych i nieszkodliwych, kończąc na czymś, co nie powinno w ogóle mieć miejsca. Zaczynamy:

Stopień 0: Zaczepiamy w supermarkecie

Najmniejsze zło, a właściwie to nie tyle zło, co wzór jak należy prowadzić marketing bezpośredni to hostessy w supermarketach. Młode, ładne dziewczyny poczęstują chlebkiem z dżemem, naleją do plastikowego kubeczka soczku albo jogurtu, pokażą jak działa jakaś tam mieszaczka do ciasta, porozmawiają, pośmieją się z człowiekiem. Ani słowem nie zachęcają do zakupu albo robią to delikatnie i bez natręctwa. Co prawda rzadko kupuję cokolwiek pod ich wpływem, ale nawet jeżeli kupuję, to robię to bez poczucia, że ktoś mnie otumanił, ogłupił albo zrobił w balona.

Stopień 1: Katalogi

Pomijam już listy pt. „wygrałeś 100 000 zł, musisz tylko zadzwonić pod nr 0 700…” bo to chyba już wyszło z mody. Ale czasem przychodzą do domu rożne katalogi. Generalnie fajna rzecz. Ja np. lubię Klub Książki, bo mają fajne i tanie pozycje i czasem coś zamówię. Wśród pań krążą też katalogi Avonu czy Oriflame’a i kto chce, może sobie coś tam zamówić. Generalnie wszystko odbywa się po przyjacielsku, bardziej na zasadzie przysługi niż usługi i nie ma w tym absolutnie nic złego.

Stopień 2: zapraszamy do siebie

W ten sposób sprzedaje się kołdry i garnki. Zestawy sprzedawane są po 2-3 tysiące złotych. Najpierw dzwoni się do ludzi i zaprasza na pokaz. Ja sam zazwyczaj dzwoniącego spławiam, bo nie mam czasu na takie pierdoły, ale wiem, że po wyrażeniu chęci pojawienia się na pokazie do domu przychodzi pisemne zaproszenie, a do zaproszenia dołączany jest np. jeden tandetny kolczyk albo jedna tandetna rękawiczka albo jedno tandetne cokolwiek, co nie ma pary. Drugą część zestawu dostaje się na pokazie.

Pokazy trwają 2-3 godziny, dostaje się kawę i ciastko. Inteligentny gość dobrze słuchając prezentacji, może poznać całą gamę technik manipulacyjnych. Mniej inteligentny – może poznać całą gamę zalet kołder czy garnków i może nawet się skusi na zakup.

Właściwie to nie mam nic przeciwko tej formie sprzedaży. Cena jest może wysoka, ale towary przyzwoitej jakości (chociaż nie jestem pewien czy warte aż tak wygórowanej ceny). Mądry człowiek pójdzie ze znajomym na pokaz, w miłej atmosferze spędzi czas, coś zje, dostanie drugą rękawiczkę, pozna zalety kołder albo grnków, podziękuje i potem na własną rękę poszuka w internecie podobnej, ale tańszej oferty. Bo wbrew temu, co twierdzą prezenterzy na pokazach – towary podobnej jakości można nabyć także i w inny sposób niż na pokazie.

Stopień 3: Dzwonimy do domu

Wkraczamy teraz w metody bezczelne. Pierwsza metoda – dzwonienie do przypadkowych ludzi. Na szczęście mało inwazyjna, a natręt jest łatwy do spławienia. Dla przykładu – moja standardowa rozmowa z telemarketerem wygląda tak:

- Dzień dobry, Anna Iksińska, telekomunikacja polska, czy mogę rozmawiać z panem XXX?

- Dzień dobry, co tam znowu wciskacie?

(chwila konsternacji)

- Proszę pana, dzwonię do pana z ofertą…

- Więc jednak coś wciskacie.

- Proszę pana ja nic nie wciskam. Jestem doradcą TP i wraz z panem chcę ustalić najkorzystniejszy dla pana plan taryfowy oraz pakiet usług dodatkowych. Czy często pan wykonuje rozmowy międzymiastowe?

- Proszę pani, żeby nie tracić mojego i pani czasu: ja ofertę TP znam, przeliczyłem ją dziesięć razy we wszystkich możliwych konfiguracjach i wiem, że jedyną w miarę sensowną opcją jaką TP mi może zaoferować jest pozostanie przy abonamencie standardowym. Nie potrzebuję darmowych wieczorów i weekendów, jakichś wybranych numerów ani Liveboxa i nawet mnie nie interesuje co wciskacie tym biednym, naiwnym ludziom. Ofertę znam, jestem na bieżąco, z żalem stwierdzam, że nic ciekawego nie macie. Dziękuję bardzo za rozmowę. Proszę więcej nie dzwonić i niczego mi nie wciskać. Do widzenia

- Do wi…. (pani zazwyczaj nawet nie nadąża dokończyć zanim odłożę słuchawkę).

I tak za tydzień zadzwonią.

Stopień 4: Przychodzimy do domu (bądź zaczepiamy na ulicy)

Umiejętnie spławiony domokrążca albo uliczny sprzedawca nie zajmie nam dużo czasu. Wystarczy tylko znać ich zwyczaje i bezlitośnie wyjawić facetowi jego zamiary zanim on w ogóle zacznie nas otumaniać. Oto monolog który zatka usta każdemu ulicznemu sprzedawcy i domokrążcy:

(na ulicy, Bydgoszcz, dworzec PKP. Podchodzi elegancko ubrany pan który akurat przed chwilą zakończył rozmowę z poprzednim klientem)

- Przepraszam czy pan jest z Bydgoszczy?

- Tak, tak – ja wiem. Pan zapyta czy jestem z Bydgoszczy. Potem powie pan, że w Bydgoszczy za dwa tygodnie otwierają nowy market z perfumami, ale już teraz, dla wybadania rynku, macie promocję. Pokaże mi pan flaszke tandetnego perfumu w ładnym opakowaniu i zapyta ile moim zdaniem jest wart. Oczekuje pan, że powiem: stówę. Wtedy pan mnie zaskoczy i powie, że teraz jest promocja i da mi go pan. Na własność. A dopiero potem powie, że dał mi go pan, ale muszę za niego zapłacić jedyne trzydzieści złotych, chociaż pewnie jest wart góra pięć. Na dodatek, w ramach promocji da mi pan drugi gratis. Jak się będę dalej krzywił, to zgodnie z waszym szkoleniem, zapyta pan, czy można mi zaufać i czy nie poskarżę się do firmy. Oczywiście, powiem że można mi zaufać. Wtedy pan mi zaoferuje, że rozbije komplet i sprzeda mi pan jeden perfum. Za piętnaście złotych. Czy coś pominąłem?

Po takim monologu sprzedawca zazwyczaj zostaje ze zdziwioną miną i nic nie mówi, a my spokojnie możemy iść sobie dalej pewni, że ten człowiek przemyśli dobrze swoje życie i poszuka normalnej pracy.

Stopień piąty: skrajna beczelność

Doświadczyła tego moja koleżanka. Pojawiło się w gazecie ogłoszenie o pracę. Zadzwoniła, zaprosili ją na spotkanie do eleganckiego hotelu. Postawili ciastko i kawę. Tak obdarowana potencjalna pracownica gotowa już byli do wysłuchania krótkiej prezentacji nt. pracy, o którą się ubiega.

Po przedstawieniu przez panią prowadzącą rozmowę kilku szczegółów na temat wynagrodzeń, łatwości i przyjemności pracy, otumanieniu perspektywą wyjazdów służbowych, wycieczek integracyjnych oraz zawarcia kilku intratnych znajomości, koleżanka dowiedziała się, że warunkiem przyjęcia do pracy jest… zakup zestawu ścierek (nie wiem jakich) za 1975 zł. Jak jej nie stać, to można sobie ewentualnie rozłożyć na raty (24 x 130 zł). Oczywiście, koleżanka była oporna, ale pani, zamiast zachęcać do zakupu ścierek, ponownie przedstawiała zalety pracy (praca miała polegać – a jakże by inaczej – na wciskaniu ścierek kolejnym naiwnym). Nie wiem ilu ludzi zwerbowała (mam nadzieję, że nikogo), ale jak dla mnie – szczyt bezczelności marketerów, którzy:

a) Chcą wcisnąć człowiekowi zupełnie niepotrzebny mu towar

b) Za ten towar żądają maksymalnie wyśrubowanej ceny

c) Bezczelnie wykorzystują fakt, że człowiek nie ma pracy (i pieniędzy)

d) No i obrażają człowieka już samą taką propozycją

Ja wiem, że gospodarka oparta na inteligentnych, myślących ludziach, znających cztery podstawowe działania arytmetyczne i wiedzących którego kiedy użyć, niepodatnych na sugestie, znających swoje potrzeby i kupujących tylko to, czego potrzebują padłaby na twarz w ciągu trzech miesięcy i skazana byłaby na niekończącą się recesję. Mimo wszystko, traktowanie mnie (czy kogokolwiek innego) jak idioty i zachęcanie różnymi manipulacyjnymi technikami do zakupu czegoś, co mi jest zupełnie niepotrzebne wręcz uwłaczające. Dlatego mam jedną prostą zasadę: NIGDY przenigdy nie kupuję niczego od akwizytorów, domokrążców ani innych przypadkowych osób. Chcę coś kupić – szukam ofert w internecie, porównuję ceny i parametry i wybieram najtańszy sklep (np. przez Skąpca albo Allegro). Ewentualnie przejdę się po sklepach. Co wam też szczerze polecam.

 

157. Obwoźni sprzedawcy dobrej nowiny 25 wrzesień 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Kościół, Z życia — HaeS @ 5:15 pm

Przychodzą niczym kanary w tramwaju. Nigdy nie wiadomo w którym momencie się ich spodziewać i zawsze są w dwuosobowych patrolach. Na szczęście nie żądają bileciku do kontroli. Chcą po prostu porozmawiać. Zawsze są mili, sympatyczni, spokojni i wyciszeni. O kim mowa? O świadkach Jehowy.

Zaskoczę was może, ale ze wszystkich wyznań chrześcijańskich właśnie oni cieszą się moją największą sympatią. Jest to grupa ściśle zintegrowana, trzymająca się w kupie i wspierająca się nawzajem. Wbrew powszechnej opinii, nie są natrętni. Żyją obok nas, a nawet wśród nas i nawet o tym nie wiemy, a kiedy się o tym dowiadujemy, zawsze reagujemy zdziwieniem. “TO TY JESTEŚ ŚWIADKIEM JEHOWY?”. Jest to też chyba najbardziej zdyscyplinowana grupa religijna, ściśle żyjąca według wskazań swoich duchownych. Oszczędnie szacując, nie więcej jak 5% katolików traktuje swoją wiarę równie poważnie jak przeciętny Świadek Jehowy. A zapewne jeszcze mniej, bo żaden znany mi katolik (poza księdzem po kolędzie) nie chodzi po domach i nie ewangelizuje, a mało który mówi otwarcie o swojej wierze i wszędzie szuka Boga.

Oczywiście, w życiu nie pójdę na ten jakichś im zjazd czy zlot czy nabożeństwo czy jak to tam oni nazywają. Nie dla mnie religia (taka czy jakakolwiek inna), ale tych ludzi autentycznie szanuję za głęboką wiarę, konsekwencję w działaniu i wierność ideałom. Ze wszystkich znanych mi wyznań religijnych, to właśnie oni najbliżej są chyba duchowi chrześcijaństwa takiemu, jaki znamy z biblii.

Oczywiście, bywają śmieszni w swojej ślepej wierze. Nie wiem czy wiecie, ale nie akceptują oni np. wznoszenia toastów (bo gest ten jest uproszczoną wersją rytuału starożytnych Rzymian, dla których był to rodzaj modliwy do ich bóstw) ani też przetaczania krwi. Nie obchodzą też urodzin, a w dacie 25 grudnia nie dopatrują się bynajmniej dnia Bożego Narodzenia, ale jakich tam rzymskich świąt. Mają też wrodzony wstęt do wszystkich interwencji chirurgicznych. Kiedyś w internecie widziałem faceta z gigantyczną krostą na czele, mniej wiecej tak dużą jak głowa. Krosta zasłania mu oczy i coraz trudniej mu oddychać i jeść. Lekarze usunęli by mu to już dwadzieścia lat temu, kiedy krosta byłą maleńka, gdyby nie jego religijny opór – bo operacja jest wykonana w sposób, który godzi w jakieś tam ich zadady religijne. Wolą też umrzeć niż mieć przetoczoną krew. No i jeszcze jedno dziwactwo: pewna znana mi pani będąca świadkiem Jehowy całą mszę ślubną wnuczki przestała pod kościołem. Do środka jakoś nie odważyła się wejść.

Trochę jest też z nimi śmiechu z innego powodu. Internet aż pęka od artykułów w stylu “jak spławić świadków Jehowy”. Zresztą, wpiszcie sobie w Google – można się nieźle ubawić. Obok tych brutalnych (udawanie psychola i latanie za współlokatorem z siekierą), tudzież bezczelnych (odpowiadanie na każde ich słowo “pomidor”) znalazłem kiedyś jeden subtelny, perfidny i wyrafinowany. Należy wejść z nimi w dyskusję teologiczną, zapytać skąd oni wiedzą, że to wszystko, co głoszą to prawda i tak poprowadzić rozmowę, aby przyznali, że wszystko bierze się z objawienia jakie ileś tam lat temu miał ich założyciel, a następnie triumfalnie przyznać “no to mamy impas, bo ja też dzisiaj w nocy miałem objawienie!”.

Mnie jednak nie stać na kłócenie się z nimi. Szkoda czasu na zażarte dysputy z fanatykami, których i tak się nie przekona. Przyjąłem nieco odmienną taktykę. Przychodzą tacy, witam ich (zawsze w drzwiach, nigdy przenigdy nie wpuszczam), krótko pogadam. Chociaż tak na ścisłość to bardziej oni gadają, a ja przytakuję bądź też pomrukuję pod nosem, co pewnie odbierają jako przytaknięcie, a tak naprawdę to pomruk znaczący “głupoty gadacie, ale co będę się z wami kłócić”. Powiedzą swoje, na koniec miło się uśmiechają, zostawiają gazetki i sobie idą. Za jakieś dwa miesiące znowu przyjdą. Pięć minut raz na dwa miesiące to ok. 0,006% życia, a kosztuje to 0 zł 0 gr. Tyle jeszcze na Świadków Jehowy mogę poświęcić i jakichś specjalnie wyrafinowanych sposobów nie potrzebuję.

A gazetki, przyznam, lubię. Dają zawsze “Strażnicę” i “Przebudźcie się”, czasem jeszcze dorzucą coś innego. Naprawdę, czytam z przyjemnością. Idealna lektura obiadowo-toaletowa. W tym miesiącu mamy np artykuł o Ziemi i jej miejscu we wszechświecie. Oczywiście, autorzy popełniają podstawowe błędy logiczne (np. pisząc że Bóg stworzył Ziemię w takim miejscu galaktyki w którym panują optymalne warunki do trwania życia – jakby nigdy o słabej zasadzie antropicznej nie słyszeli!). Przeczytałem też sobie ciekawy artykuł o żubrach i rozpaczliwej walce o ich uratowanie, jakiej podjęli się przedwojenni zoolodzy. Opisano też i skomplikowany układ trawienny żubra, ale autor jakoś nie mógł powstrzymać się od refleksji na temat tego, że coś tak wspaniałego i cudownego nie mogło powstać przypadkiem i zapewne jest dziełem Stwórcy, a nie żadnej ewolucji. Mamy też troszkę o moralności, troszkę o życiu, troszkę o przyrodzie, troszkę o zwyczajach i obyczajach na świecie, ciekawostkach, odkryciach naukowych itd. Oczywiście, wszytko uzupełnione cytatami z biblii i podszyte małą nutką religijnej propagandy. Jako że jednak jestem na nią uodporniony, żadna “Strażnica” mi niestraszna i z przyjemnością poświęcam ok. pół godziny, aby ją od deski do deski przeczytać.

 

154. Matematyka parkingowa 4 wrzesień 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Matematyka, Z życia — HaeS @ 5:34 pm

Nie, nie będzie o tym, że siedząc na parkingu w samochodzie, rozwiązuję zadania matematyczne. AŻ tak zboczony nie jestem. Będzie o czymś zupełnie innym.

Jako rasowy konsument, przyzwyczaiłem się już do tego, że więcej znaczy taniej. I tak jest ze wszystkim. Kupujesz małą butelkę szamponu płacisz 3 złote. Kupując dwa razy większą butelkę płacisz już nie 6, ale 5 złotych. Kupujesz dużą paczkę kawy nie płacisz proporcjonalnie więcej niż za odpowiednio mniejszą paczkę kawy, ale zazwyczaj mniej. Kiedy nabywasz całą paczkę jakiegoś produktu, często jest tak, że wychodzi to taniej niż gdyby kupowało się pojedyncze sztuki. Linie autokarowe wprowadzają promocje w stylu “co czwarty przejazd za pół ceny”, a nawet PKP za przejazd odcinkiem trzydzieści razy dłuższym pobiera opłaty góra kilkanaście razy większe. Wycieczki zorganizowane dostają zniżkę na bilety do kin. Za kartę “Simplus” wartą 150 zł możemy wygadać 180 zł.

I tak dalej. Przykłady można by mnożyć. Zasada “im więcej tym taniej” wdarła się do naszego kapitalistycznego świata i za nic w świecie nie chce z niego zniknąć. Zresztą, nikt z tego powodu nie cierpi, a ulubieli ją sobie szczególnie sąsiedzi (bądź rodzina), na spółę kupujący trzykilogramowe wiadro keczupu albo zbiorcze opakowanie ciastek czy cukierków, co i nam się nieraz przydarzało.

Nikogo to nie dziwi, że skoro producent (bądź usługodawca) pozyskał klienta, to chce zachęcić do zakupu większej ilości towaru – nawet jeżeli za ten dodatkowy towar zysk będzie już nieco mniejszy. Wszak w cenę małej butelki napoju 0,5 L za 1,50 wchodzi (oprócz samego napoju) opakowanie, transport, reklama, koszty jakichś testów itd; w skład dużej (2 L i kosztującej powiedzmy 3 zł) – to samo (i za to płacimy 1,50) i do tego za dodatkowe 1,50 dostajemy 1,5 litra napoju. 

Ale jest jedna grupa usług, która reguły “im więcej, tym taniej” nie stosuje. To płatne parkingi. Rzadko z nich korzystam, ale zauważyłem, że np. na wrzesińskim rynku płacimy 2 zł za godzinę i 4,40 za dwie godziny (!). Podobnie jest na podziemnym parkingu pod Placem Wolności w Poznaniu. O ile dobrze pamiętam, tam jest jeszcze bardziej drastyczna dysproporcja – 2 zł za godzinę i 5 zł za dwie godziny. Podejrzewam, że tak jest wszędzie.

Dlaczego? Sprawa otwarta. Polityka parkingowa miasta rządzi się własnymi prawami. Zapewne istnieje jakieś racjonalne wytłumaczenie dlaczego władze miejskie postępują właśnie w taki sposób. Być może chodzi o zniechęcenie ludzi do długich postojów w centrum (i zwolnienie miejsca dla innych chętnych), być może o wykorzystywanie monopolistycznej pozycji, a może o coś jeszcze innego. Fakt faktem jednak – ekonomia parkingowa to dziwoląg i ewenement na rynku.

 

151. He walks among us, but he is not one of us. 24 sierpień 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Kościół, Z życia — HaeS @ 12:43 pm

To juz ostatni moj “niemiecki” wpis. Tytul pochodzi z jednego z odcinkow “Lost” zatytulowanego “Stranger in a strange land”, co na pewno jest zbiezne z moja sytuacja, zas tytulowowe zdanie pasowalo do mnie jak ulal, kiedy znalazlem sie w… niemieckim kosciele. Zreszta pol biedy gdyby byl tylko niemiecki, ale wybralem sie na msze do kosciola ewangelickiego, luteranckiego, protestanckiego czy jak to tam sie nazywa.

Nie bylem tam bynajmniej z pobudek duchowych. Moja religijnosc jest jaka jest i z ubogoscia mojego zycia duchowego sie specjalnie nie kryje, ale tez i sie nia nie pysze przesadnie. Ot, jest jak jest. Moze to dobrze, moze zle, ale najwazniejsze, ze jestem szczery wobec siebie i innych, i nie uprawiam konformistycznego chrzescijanstwa na pokaz, co jest dla mnie rzecza wprost obrzydliwa i tylko skrajna dewocja zgodna z zaleceniami Soboru Torunskiego jest dla mnie bardziej odpychajaca.

Prawdziwym powodem tej wizyty byla ciekawosc, chec porownania mszy “naszej” i “ichniej” no i takie dziennikarskie zaciecie, bo przekraczajac prog swiatyni wiedzialem doskonale, ze wszysto co zobacze, przeczytaja za jakis czas czytelnicy bloga.

Msza odbywa sie raz w tygodniu (sic!) w niedziele o godzinie 10. W innych terminach swiatynia nie swieci jednak pustkami. Kilka razy w tygodniu odbywaja sie tu koncerty organowe, wystepy chorow itp. Wszystko niestety platne i to slono (ca. 10 € za wstep), a szkoda, bo moze bym sie przeszedl posluchac jako ze u mnie (70 km od najblizszego duzego miasta) takie rzeczy sie nie zdarzaja.

Juz na dziendobry mila pani wrecza kazdemu spiewnik wraz z kartka, na ktorej jest spis dzisiaj spiewanych piesni i adnotacja, ktora w ktorym momencie nalezy spiewac. I to jest pierwsza niespodzianka, bo w polskich kosciolach spiewnika nie widzialem jak zyje. Szczegolnie ze milczaco przyjmuje sie, ze jakis tam kanon piesni maryjnych kazdy juz zna, a nawet jak nie zna, to i tak starsze panie znaja, wiec ktos tam spiewal bedzie.

Kosciol jest bardzo skromnie urzadzony, co zawsze docenialem. Juz kosciol w moim rodzimym Orzechowie pozbawiony jest (z racji swojego otwarcia pod koniec lat 80-tych) barokowego przepychu i miliona zbednych ozdobnikow, ale i tak niemiecki kosciol wybudowany (na oko) w okolicach XVII-XVIII wieku bije wszystko to, co widzialem swoja prostota na glowe. Proste kolumny, zadnych obrazow, zadnych rzezb, zadnego zlota, nawet krzyz bez zadnych ozdobnikow (nawet bez wiszacego na nim Jezusa). Niewyszukwany oltarz, obok dwie swieczki na pozbawionych zbednych ozdob swiecznikach, obok mownica. I to wlasciwie wszystko. Aha, sa wygodne lawki i nowoczesne naglosnienie.

Kosciol, przecietnej wielkosci, wypelniony mniej wiecej w polowie. Sporo ludzi starszych, ale tez i mlodszych sporo. Przekroj wiekowy nie rozni sie istotnie od tego, ktory widujemy w polskich kosciolach.

 Wchodzi kaplan. Nie, nie wychodzi z zachrystii w ozdobnym ornacie wraz z orszakiem ministrantow i lektorow wprost na prezbiterium w rytm piesni koscielnej. Wchodzi nie wiadomo za bardzo skad, tak po prostu i siada wraz z jakas pania (jesli nie zona, to jakas pewnie stala wspolpracowniczka) w pierwszym rzedzie. Na sobie ma jakby prawnicza toge i nawet ma kokarde taka jak prawnicy tylko biala. Jego pojawienie sie nie wywolalo zadnego poruszenia, nikt nic nie mowi, nikt nie wstaje, wiekszosc pewnie nawet nie zwrocila uwagi, chociaz pastor pomachal reka do ludu zanim usiadl.

Mija kilka(nascie) minut. Zaczyna sie. Zupelnie niespodziwanie. Zadnej piesni, modlitwy, wyznania wiary, nic. Po prostu wspomniana pani podchodzi do mownicy i cos tam mowi. Po niej przemawia pastor. Nie pamietam juz dokladnie jak wszystko po kolei lecialo, ale potem chyba pastor zmowil jakas modlitwe (zaskoczenie – stal tylem do wiernych!), potem kilka czytan (czytanych przez pastora i przez rzeczona pania), a potem kazanie.

Pastor nie uzywa tradycyjnego mikrofonu. Zamiast tego ma wpiete w szate urzadzenie podobne do tego, jakiego uzywaja spikerzy w TV badz uczestnicy Big Brothera. Jak widac, Niemcy sa w stosunku do Polakow do przodu nawet pod tym wzgledem. Ale to zaskoczenie to jeszcze nic w obliczu tego, ze pastor przemawia… z ambony! Ambony widywalem tylko w starych kosciolach i kojarzyly mi sie wylacznie z efektownym zabytkiem. “Ksiadz ganiacy cos z ambony” to powiedzenie dosc czeste, ale przeciez na scislosc zupelnie nieaktualne, bo niestety przez cale zycie nie widzialem ksiedza przemawiajcego z tego ”balkonika” nawet jezeli kosciol akurat byl tak wyposazony. Ale pastor, u ktorego bylem na mszy, bez wahania (a takze bez chociaz odrobiny zdziwienia u wiernych) wdrapal sie po schodkach, stanal na podwyzszeniu i zaczal dlugie kazanie. Nie mam niestety pojecia o czym mowil poniewaz (jak wspomnialem w jednym z poprzednich postow) niemiecki nie jest akurat moja mocna strona. Ale mowil dlugo, z pasja i zaangazowaniem.

I dopiero po kazaniu nastapila pierwsza (oprocz spiewania piesni) akcja wykonywana przez wiernych. Modlitwe poznalem od razu: “Wierze w Boga wszechmogacego, ojca nieba i ziemi…”. Nie wiem ile z tej modlitwy zmienilo sie we mszy ewangelickiej, ale to byla na pewno wlasnie ta modlitwa. Potem pastor znow obrocil sie do wiernych tylem i dokonal czynnosci, ktorej odpowiednikiem we mszy katolickiej jest przemienienie (protestanci odrzucaja teze, ze podczas komunii naprawde spozywa sie cialo boze i sprowadzaja owa kwestie do SYMBOLICZNEGO spozywania ciala bozego – zatem o przemienieniu w takim sensie, jaki znaja katolicy, nie ma mowy).

Ciekawa rzecz: ludzie przyzwyczajeni do koscielnej gimnastyki, kiedy co rusz trzeba przyjmowac jedna z trzech pozycji (kleczaca, siedzaca, stojaca) moga poczuc sie zaskoczeni. Niemal przez cala msze sie po prostu siedzi. Dwukrotnie, na kilka minut trzeba wstac. Kleczenia nie ma w ogole.

 Na koniec komunia, krotkie jeszcze przemowienie kaplana i wierni zaczeli wychodzic z kosciola. Przy wyjsciu czekal pastor aby kazdemu osobiscie podac reke, pozegnac sie i ewentualnie zamienic kilka slow.

No coz, msza na zdecydowanie wiekszym luzie anizeli ta katolicka, mniej jest elementow, czynnosci, slow, formulek, modlitw i innych elementow stalych, pojawiajacych sie w kazdej mszy (u nas pewnie jest ich z 30 – u nich gora 5), wiecej swobodnych przemowien. Slowem - praca pastora jest duzo mniej odtworcza anizeli ksiedza katolickiego, ktory o ile nie musi wyglosic kazania, moze praktycznie wszystko wyczytac z mszalu. 

Nie wiem czy to zachlysniecie sie nowoscia, ale msze odebralem jako nieporownywalnie przyjemniejsza i luzniejsza anizeli te katolicka. Szkoda tylko, ze niewiele zrozumialem, bo moglbym opowiedziec takze jaki stosunek do roznych rzeczy mial ow pastor.

A za rok (jak wszystko dobrze pojdzie) czeka mnie kolejne wyzwanie – wizyta w niemieckiej Cerkwii. Mam juz nawet jedna upatrzona. No i na pewno tez wrazenia opisze.

 

150. Stare zamki, stare lochy, stare dworki, stare chalupy, stare stodoly 22 sierpień 2008 (piątek)

Zaszufladkowany do: Z życia — HaeS @ 10:28 pm

No wlasnie. Uwielbiam je. Za kazdym razem kiedy przejedzam obok takiego obiektu, nie moge sie powstrzymac zeby tam nie wstapic. Zwiedzalem juz zrujnowane i opuszczone budki z hoddogami, chlewy i inne budynki gospodarcze, opuszczone domy, stare stacje kolejowe, z ktorych zostala tylko sypiaca sie rudera i pordzewiale tory. Bylem w palacu Opalinskich w Radlinie Wielkopolskim, z ktorego zostalo tylko kilka cegiel i ok. stumetrowy tunel laczacy go z pobliskim kosciolem (niestety, z zasypanym wejsciem). W Debnie nad Warta byl w miare dobrze zachowany palac, do ktorego (dopoki go nie odrestaurowali i zagrodzili) kilka razy w roku jezdzilem tylko po to, aby po nim polazic. Takie male zboczenie. Kocham wszystko, co niegdys dzialalo, pracowalo, z czego korzystali ludzie, a dzis stoi, niszczeje z kazdym dniem i przegrywa walke z natura, ktora sila wody, wiatru, grawitacji oraz wszechwdzierajacej sie zieleni przywraca zagarniety przez czlowieka teren sobie. Pewnie wlasnie dlatego tak dobrze gralo mi sie w Fallouta, a most Firewine z Baldura czy Odcieta Dlon z Icewind Dale to moje ulubione lokacje w grach komputerowych. Wiem zreszta, ze nie jestem sam ze swoja ruinofilia, bo znam kilka osob, ktore stare, rozwalajace sie obiekty kochaja rownie mocno jak ja.

Co w tych budynkach jest fascynujacego? Wspomniana walka z natura, ktora zawsze wygrywa. Wyobrazenie tego, jak dawniej musialo tu byc. Ludzie, ktorzy w danym miejscu siedzieli 5,10, 50 czy 100 lat temu. Niemalze sie ich dotyka. Niemalze sie dotyka przeszlosci. Ale jednoczesnie odslania sie rabka tajemnicy. Lazac po starym sklepie, do ktorego kiedys chodzilo sie codziennie, a dzis stoi odlogiem, mozna nareszcie wejsc na zaplecze. Mozna stanac po drugiej stronie okienka kasowego na stacji kolejowej, pozwiedzac wszystkie nieznane pomieszczenia. Chodzac po starym dworku czy zamczysku, chodzimy po miejscu, gdzie 100 lat temu szarego czlowieka nikt by nigdy nie wpuscil. Jest to jedna z moich ulubionych rozrywek, a im atrakcyjniejszy obiekt, tym lepiej. Rajem dla mnie byla wies Olaczewo w powiecie sredzkim – wszyscy mieszkancy sie wyprowadzili badz zmarli, a zostalo po nich tylko kilkanascie pustych, niszczejacych domostw. Smutny obrazek i kto wie czy tak nie bedzie wygladal swiat za kilkaset lat… Wspomniane z budki z hot-dogami czy stare domy szybko sie nudza, ale duze dworki i zamczyska (wraz z zadniedbanymi, ale noszacymi slady dawnej swietnosci parkami) - nigdy!

Dlatego tez ogromny zawod przezywam za kazdym razem, kiedy obiekt taki jest ogrodzony, a na plocie wisi tabliczka “Wstep wzbroniony!” albo – co gorsza “Obiekt chroniony”. Zazwyczaj spowodowane jest to tym, ze obiekt grozi zawaleniem (szczerze mowiac, nie przeraza mnie to i wydaje mi sie, ze moge wyczuc kiedy naprawde jest niebezpiecznie, nawet jesli moje poczucie bezpieczenstwa jest zludne – no coz, moja pasja moze ryzykowna, ale dajaca sporo satysfakcji), czasem wlasciciel ma inne ku temu powody (co poniektorzy np. chca obiekt odrestaurowac i uczynic swoja letnia hacjenda).

Prawdziwego zawodu doznalem dzisiaj w Schloßparku w Wiesbaden.  Stoi tam sobie piekny sredniowieczny zamek. Nie wiem z ktorego roku, kto go kiedy posiadal, kto w nim urzedowal i nawet mnie to szczerze mowiac nie obchodzi. Zamek jest STARY. Zamek jest WIELKI. Zamek jest OPUSZCZONY, niezamieszkany, nieuzywany. I nawet nieogrodzony. I jest w dobrym stanie. Piekna, nieforemna bryla, z duza iloscia nieregularnie umieszczonych wiezyczek, mostkow i przejsc. Idealnie zachowany. Az kusi. Ale oczywiscie lyzka dziekciu w tej beczce miodu byla tabliczka z napisem “Betreten der Baustelle verbotten”, czyli po naszemu – “Wstep wzbroniony”. A szkoda, bo potencjal do takiego swobodnego zwiedzania obiekt ten ma potezny.

 Byc moze jest mozliwosc zwiedzenia tego zamku podczas zorganizowanej wycieczki, ale… co to za przyjemnosc, kiedy przewodnik zamiast puscic samopas turystow, aby ci mogli zwiedzic kazdy zakamarek tej fascynujacej budowli, opowiada o jej historii, krotko oprowadza po co wazniejszych komnatach i laduje cala tluszcze w autobus, aby ta mogla rownie powierzchownie zwiedzic kolejny zabytek?

Tak w ogole to przewodnicy (a konkretnie mowiac – idea zorganizowanego zwiedzania) zabijaja chyba kazda wycieczke i zabieraja z niej cala przyjemnosc, redukujac role turystow z odkrywow do biernych “odbiornikow wiedzy”, ktora przewodnicy maja nam przekazac. Najlepszym przykladem moze byc Miedzyrzecki Rejon Umocniony. Zawsze marzylo mi sie tam przejechac. W kilka osob, z latarkami, mapa i kompasem w reku, przemierzac labirynty i w zupelnej ciemnosci poczuc ten cudowny klimat i atmosfere przygody. Ale nie ma tak dobrze. Z tego co sie orientowalem (sa to informacje oficjalne; byc moze mozna tez i poszalec nieoficjalnie) trzeba wynajac PRZEWODNIKA, ktory po tym wszystkim oprowadzi. Jeszcze pol biedy, gdyby czlowiek znajacy te tereny poszedl na taka wlasnie wyprawe z latarkami z 3-4 osobowa grupa i bawil sie z nia rownie mocno jak i uczestnicy, ale pewnie skonczy sie na tym, ze nudny facet oprowadzi 35-osobowa grupe po kilku korytarzach, pokaze ze trzy komnaty (wszystko zapewne ladnie oswietlone, bo kto tam lubi po ciemnych lochach lazic) – moze cos ciekawego nawet powie, ale i tak klimat w tym momencie pada na ryj. Szczegolnie jak idac ze swoja 35-osobowa grupa na ktoryms tam skrzyzowaniu spotykam druga 35-osobowa grupe. I ja za takie zwiedzanie MRU uprzejmie dziekuje.

A tak w ogole – zna ktos jakies ciekawe tego typu obiekty udostepnione do SWOBODNEGO zwiedzania? Moze byc nawet platne. Wiem, ze jest zamek w Kole i moze sie tam kiedys wybiore. Any other ideas?

 

146. HaeS chwilöwo zgermänizowany: opiß wrazen 14 sierpień 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Z życia, społeczeństwo — HaeS @ 11:25 am

Jako ze siedze bezczynnie w Niemczech, obijajac sie okrutnie, postanowilem, korzystajac z dobrodziejstw dostepnego mi internetu i na przekor (jakze dobijajacej) niemieckiej klawiatury, postanowilem opisac nieco wrazenia z mojego pobytu tutaj. Pobyt jest czysto wypoczynkowy, nie pracuje tutaj, siedze u siostry. Moja znajomosc Niemieckiego organicza sie do slow “ja”, “nein”, “bitte”, “danke” i wyrazenia “o scheiße!”. No, troche przesadzam, bo z kazdym sie dogadam, troche po niemiecku, troche na migi, czasem po angielsku. Dnie spedzam czytajac wziete ze soba ksiazki, lazac po miescie (i korzystajac z jego rozlicznych atrakcji) albo siedzac przed kompem.

 W niniejszym poscie skupie sie na drobnych badz wiekszych roznicach natury ekonomicznej, spolecznej no i mentalnej, jakie udalo mi sie wyhaczyc podczas pobytu. No to co? Zaczynamy!

INTERNET

Siostra posiada lacze telefoniczne z internetem 6 Mbps oraz nieogarniczona iloscia darmowych rozmow lokalnych oraz na numery stacjonarne w Polsce – i to wszystko za 35 Euro na miesiac, czyli ca. 115 PLN. Ja w Polsce place 99 PLN – 43 PLN za to ze telefon wisi oraz 56 za internet 1 Mbps. Zostawimy moze to bez komentarza.

Niemiecka klawiatura mnie dobija. Malo ze pozamieniane sa przecinki i kropki, zety i igreki, upelnie pomieszane cudzyslowia, nawiasy, pytajniki i slashe, to jeszcze nijak nie moge uzyskac polskich liter. Ale i tak korzystam intensywnie, pilnie sledzac dokonania olimpijczykow z Togo i Tonga i podziwiajac ich niezwykle osiagnienia medalowe, w ktorych wyprzedzili nawet cywilizowany (podobno) srodkowoeuropejski 40-milionowy narod.

MÄDCHEN

Niniejszym oficjalnie OBALAM MIT O BRZYDOCIE NIEMEK. Wystarczy wyjsc na ruchliwa ulice i rozejrzec sie dookola, aby stwierdzic, ze germanskim niewiastom niczego nie brakuje i bywaja rownie urodziwe jak tak wychwalane wnieboglosy Polki. Fakt, ze sporo spodrod tych co urodziwszych panien ma nieco ciemniejsza skore (jak to na zgermizowane Turki przystalo) albo tez mowi z wyraznie wschodnim akcentem, albo nawet i po polsku czy rosyjsku. Ale takze i te rodowite Niemki nierzadko sa urodne, chociaz sporo wsrod nich tez i sterotypowych kolubryn z wyrazna nadwaga i niezbyt interesujaca facjata. Fakt faktem jednak, opowiesci o tym jak trudno w Niemczech wypatrzec ladna dziewczyne sa znacznie przesadzone. Nawet panie 40-i 50letnie (biorac oczywiscie poprawke na wiek), czesto zadbane i dbajace o zdrowy styl zycia, wygladaja dosc atrakcyjnie i nierzadko zdecydowanie wygrywaja konkurencje z polskimi kolezankami w swojej kategorii wiekowej.

Odnosnie urody warto jeszcze wspomniec tyle, ze drazniace u niemieckich przedstawicielek plci pieknej moze wydawac sie naduzywanie srodkow upiekszajacych, zbyt czeste korzystanie z solarium, dzika pogon za moda oraz wrazenie chlodu i niedostepnosci. co sprawia ze o ile w kategorii “uroda” mamy remis (z malym wskazaniem na Polki), to jednak niemieckie dziewczyny odpadaja w przedbiegach jezeli chodzi o naturalnosc, wzdziek i urok osobisty.

POLACY

Niemcy wydluzajac maksymalnie okres przejsciowy odnosnie przyjmowania polskich pracownikow swietnie wiedzieli co robia i unikneli masowego naplywu przedstawicieli naszej narodowosci do swojego panstwa, czego doswiadczyly kraje wyspiarskie.

Ale Polacy i tak sa tu wdzedzie. W sklepie dosc latwo spotkac polska sprzedawczynie, a w marketach czy autobusie mozemy liczyc sie z tym, ze zamiast wszechobecnego szprechania uslyszymy najczystsza polszczyzne. W Wiesbaden Polacy stanowia trzecia pod wzgledem liczebnosci grupe mieszkancow – zaraz po Niemcach i Turkach. Sporo mozna tez spotkac Rosjan, “Jugoli” czy tez Nigeryjczykow. Skad sie wzieli ci ostatni - nie mam pojecia, ale naprawde jest ich dosc duzo.

Ludzie poszczegolnych narodowosci maja wyrazna tendencje do tworzenia wlasnych grupek. Polacy dla przykladu maja glownie przyjaciol Polakow, z nimi sie spotykaja, ich zapraszaja na imieniny czy kawe, z nimi sie przyjaznia. Istnieja nawet polskie dyskoteki. Bardzo rzadko zdarza sie tez, aby Polak ozenil sie z Niemka (badz Niemka wyszla za Polaka). Polacy tworza zatem jakby wlasne, dosc hermetyczne spoleczestwo, ale wszak tak samo robia tutaj wspomniani Rosjanie, Turcy czy Jugole. No i Niemcy tez za bardzo nie chca integrowac sie z cudzoziemcami.

Zjawisko to jest wyraznie mniejsze w przypadku Polakow z drugiego czy trzeciego pokolenia – ci urodzeni w Niemczech (badz chociaz mieszkajacy tu prawie od urodzenia) maja przyjaciol Niemcow, a nawet tworza zwiazki mesko-damskie. Ale tez gwoli scislosci przyznac trzeba, ze sa mocno zgermanizowani – po polsku mowia bardzo slabo, nigdy tez w Polsce nie byli (albo rzadko i niewiele widzieli) i w ogole o naszym kraju raczej niewiele maja pojecia.

ZAKUPY

Niemcy kochaja supermarkety. Pomijam juz to, ze na kazdej wiekszej ulicy jest spory sklep samoobslugowy (wielkosci malej biedronki) i ze sklepy z gatunku “prosze podac mi…” wyginely tam szczesliwie zupelnie, a formula ta funkcjonuje juz tylko u jubilera, w aptekach i w piekarniach. Ale supermarkety sa wszedzie i ze wszystkim. Liczne markety budowlane czy elektroniczne to codziennosc takze dla Polakow, ale co powiecie na market z… zabawkami? Gigantyczny sklep, ciagnace sie w nieskonczonosc liczne rzedy polek, a na kazdej samochody, lalki, figurki Power Rangers, puzzle i gry komputerowe. W samym centrum miasta jest tez najwieksza ksiegarnia jaka dane mi bylo widziec – monumentalny, dwupietrowy raj intelektualny dla takich zboczencow jak ja. Mozna, podobnie jak w naszych Empikach, usiasc i poczytac, ale mozna czytac lezac na jednej ze specjalnie do tego celu przygotowanych bardzo wygodnych kozetek. Normalnie zyc i nie umierac. Zalowac tylko, ze wszystko po niemiecku. Ale i tak zaopatrzylem sie w zpingwiniona wersje “1984″ Orwella (in inglisz oczywiscie).

Osobliwa rzecza w porownaniu z polska rzeczywistoscia jest tez i to, ze wiele towarow z marketow wystawionych jest po prostu na polkach przed drzwiami – mozna (teoretycznie) wziac i sobie pojsc bez zaplaty. Jako jednak ze praktyka tworzenia takich wystaw jest bardzo czesta i powszechna wnioskuje, ze sprzedawcy nie odnotowuja duzych strat spowodowanych tego typu kradziezami. Po prostu – narod uczciwszy.

Ceny sa porownywalne z polskimi, niektore rzeczy duzo drozsze, inne – duzo tansze, ale calosciowo wychodzi mniej wiecej tak samo. Uwzledniajac oczywiscie drobny szczegol ze place niemieckie sa duzo, duzo wyzsze. Przy kupowaniu napojow trzeba przygotowac sie na dodatkowy wydatek - aby chronic srodowisko naturalne, Niemcy sie wycwanili i biora kaucje doslownie za wszystko – za butelki szklane, plastikowe i puszki.

Ciekawe jest tez i to, ze niemal wszystkie sklepy czynne sa co najwyzej do 20 (nieliczne do 22), a w niedziele czynne sa tylko nieliczne kioski i stacje bezynowe. Zatem na jakies wielkie zakupy w ten dzien nie ma co liczyc.

ORDNUNG MUß SEIN (?)

Na pewno jest tu generalnie porzadniej niz w Polsce. Porzadniej zarowno pod wzgledem estetyki, ale takze organizacji. Wszedzie sa autostrady, ulice wygladaja lepiej, nie walaja sie nigdzie puszki od roznych napojow ani opakowania po chipsach. Na kazdym wiekszym przystanku autobusowym wisi swietlna tablica, na ktorej wyswietlone sa minuty pozostale do odjadow poszczegolnych autobusow – i autobusy faktycznie jezdza w pelni przewidywalnie. Deutsche Bahn to w ogole poezja, absolutnie i pod zadnym wzledem nieporownywalne do PKP (PKP moze konkurowac co najwyzej cenowo, ale zapewne i to niedlugo potrwa). Opowiesci o niemieckim zamilowaniu do porzadku, dokladnosci i estetyki zatem wydaja sie byc w pelni prawdziwe. 

Wiele jednak mam watpliwosci. Przy brzydocie tunelu pod dworcem w Wiesbaden kryje sie tak krytykowana poznanska kaponiera, a nawet tunel pod wrzesinskim PKP (kto Wrzesnie zna, wie o czym mowie). Brudny, odrapany, bedacy siedliskiem nastolatkow wesolo popijajacych alkohol i popalajacych liscie podejrzanych roslin, pobazgrany, popisany i w ogole zapaskudzony niesamowicie – tak mocno, ze wiekszosc ludzi woli jednak isc gora przez pasy. Pamietam tez swoje wrazenia z pobytu w toalecie w Realu – popisane sciany, dwie puszki od piwa na spluczce, urwana deska klozetowa i jakas oswiniona butelka z mydlem w plynie, z ktorej probowalem wycisnac ostatnie soki – az chce sie krzyknac “nasi tu byli!”.

POSLOWIE

Posiedze tu jeszcze troszke. Jak bedzie mi sie chcialo, moze jeszcze posta napisze, moze nawet jakas fotencyje wrzuce. Pozdawiam wszystkich czytelnikow i zapraszam po 25 sierpnia!

 

141. Fajnie mieć pamiątkę… 26 lipiec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Z życia, rozrywka — HaeS @ 8:08 pm

Kiedy urodzi się dziecko, rodzice zachowują na pamiątkę czasem kalendarz bądź inną rzecz związaną z datą urodzenia. Moja mama akurat zachomikowała “Trybunę Ludu” z 20/21 lutego 1982. Pominąwszy informacje o nowym rządzie Finlandii i 36. rocznicy powstania ORMO, relację z posiedzenia Komisji Ideologicznej KC PZPR (WTF? o co chodzi), kilka nekrologów w których nazwisko zmarłego poprzedza się literkami tow., oraz omówienie stanu przygotowań Stali Mielec do rundy wiosennej, skupiłem się na stronie z zagadkami i łamigłówkami (takie moje małe zboczenie). Nie wiem czy autor zagadek, niejaki Zdzisław Nowak, przypuszczał kiedykolwiek, że ponad 26 lat po ich opublikowaniu ktoś jeszcze będzie nad tym siedział, a tym bardziej puszczał to w ogólnoświatowej sieci komputerowej (nie… na to na pewno nie wpadł!), niemniej jednak – macie. Zagadka sprzed 26 lat. Średnio trudna, rzeczone 20 trójkątów znalazłem w minutę, kolejne 8 – po ok. 5 minutach i wydaje mi się (chociaż nie jestem pewien), że więcej już nie ma. Może ktoś rozgryzie i znajdzie wiecej. Enjoy! Do wygrania – Bony PKO (nie wiadomo niestety o jakim nominale)

BTW, fajnie wiedzieć że w momencie moich urodzin w telewizji (na jedynym działającym kanale) leciał “Teleranek”., w radiu zaś – Radiowy Magazyn Wojskowy (PR1) i Transmisja mszy rzymsko-katolickiej w Kościele Św. Krzyża w Warszawie (PR2)., a na specjalnym radiowym kanale Stereo audycja pt. “Soliści, liderzy, Orkiestra”.

Tak więc drodzy państwo, jeżeli zdarzy pojawi się kiedyś u was w domu mały, wrzeszczący człowieczek, podobny troszke do was badz - nie daj Boze - do listonosza czy sasiada - wezcie schowajcie gdzies do piwnicy aktualna “Wyborcza”, “Rzeczpospolita” czy “Dziennik” (od biedy moze byc “Fakt”), bo po latach taki wlasnie czlowiek moze miec z tej kazdy kupe frajdy, a moze i kupe smiechu, kiedy uswiadomi sobie jak mocno roznił sie swiat jego rodzicow od jego swiata.

 

131. Jam był w Gieczu 2 lipiec 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Z życia, historia, refleksje — HaeS @ 10:27 am

Giecz to mała wieś, leżąca w powiecie średzkim, licząca ok. 150 mieszkańców w kilkudziesięciu domach rozlokowanych wzdłuż jednej głównej i kilku pomniejszych ulic. Leży nie więcej niż 35 km ode mnie i ledwie 2-3 km od miejsca, gdzie pracuję. Aż wstyd, że dopiero teraz się tam wybrałem. Patrząc na to wszystko, aż trudno uwierzyć, że tysiąc lat temu był jeden z głównych piastowskich grodów (mówi się nawet o stołeczności Giecza, co ustawia tę wieś w jednym rzędzie z Krakowem, Gnieznem i Poznaniem). Jedynie kamienny romański kościół sugeruje, że kiedyś działo się tu coś wielkiego. Nie będę teraz przytaczał historii tego kościoła, chociaż na pewno jest ciekawie – kto chce, może poszukać w internecie, informacji jest dość dużo.

Zajmę się czymś innym. Mniej wiecej kilometr z dużym hakiem od współczesnego Giecza trzeba jechać, aby dotrzeć do serca tych ziem. Grodziszczko to resztki grodu z IX wieku (albo i jeszcze wcześniejszego), świadczące o dawnej potędzie Giecza. Do zwiedzania doprawdy nie ma dużo – można obejść wszystko w 10 minut, ale każde miejsce ma swoją historię i jak się nad nim pochylić, zastanowić, poszukać w odpowiednich źródłach – to o każdym z tych miejsc prawić można przez godzinę. Nawet witająca przybyłych brama z piastowskim godłem i powiewająca na wale polska flaga, zatknięta na jakby gigantycznej dzidzie z grotem (przepraszam za nieprofesjonalne słownictwo) robi wrażenie. Mamy w Grodziszczku drewniany kościół, wybudowany na gruzach kościoła kamiennego, którego resztki znajdują się zakopane pod stopami zwiedzającego (fragment muru celowo zostawiono odkryty). Są fundamenty pałacu z przyboczną kaplicą, który nigdy nie powstał (i nikt nie wie dlaczego). Dreszczyku emocji dodaje fakt, że przez lata fundamenty przykryte były cmentarzem, który usunięto dopiero w latach 60tych. Jest też i sporo innych ciekawostek. Niestety, niewiele się dowiedziałem, bo pani odpowiedzialna za prowadzenie tutejszego muzeum, zajęta była spotkaniem z archeologami, którzy regularnie nawiedzają to miejsce i szukają nowych rzeczy, skazany byłem zatem na siebie i panią kasjerkę z muzeum, która również sporo mi ciekawych rzeczy opowiedziała.

Gród stracił znaczenie po rozpierdusze zafundowanej nam przez braci Czechów w 1138, a ostatecznie został zapomniany prawodopobnie po najedździe Krzyżackim w 1331. I w ten sposób zamiast dużego miasta w stylu Poznania, troszkę mniejszego (ale pięknego) miasta w stylu Gniezna, albo chociaż miasteczka z historyczną przeszłością jakim są Pyzdry czy Kruszwica, mamy wspomnianą tylko maleńką, dość zapomnianą wieś.

Dużo się zmieniło tutaj. Nie ma już jeziora otaczającego gród, nie ma też w środku żadnych domostw (poza plebanią). Ale klimat średniowiecza i tak pozostaje. Bezcenną rzeczą jest stąpać po ziemi, po której stąpał Mieszko I i II czy Bolesław Chrobry, a być może nawet Siemowit, Lestek i Siemomysł. Kto wie, moze nawet legendarny Piast Kołodziej w miejscu, gdzie dzisiaj rośnie żyto, miał skromną chatkę i żył tam z Rzepichą. Po takiej wizycie inaczej czyta się “Starą Baśń”, inaczej ogląda się filmy i seriale o średniowieczu, nawet w Baldura się inaczej gra i inaczej się czyta Kajka i Kokosza. Czuję jakbym ja dostał się w część średniowiecza, a część średniowiecza weszła we mnie.

 

120. Technogroza 29 maj 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Z życia — HaeS @ 8:43 pm

Muszę to napisać, po prostu muszę.

Dzień 1: Pan R., jeden z moich sąsiadów, usłyszał gdzieś (nie wiem kto mu takich bzdur nagadał), że znam się na urządzeniach elektronicznych. Przyniósł mi zatem, jako ekspertowi, nie działający aparat do mierzenia ciśnienia. Krótkie obadanie sprawy i diagnoza gotowa: wyczerpane baterie.

Dzień 2: Pan R. przynosi ponownie ciśnieniomierz i baterie. Po skomplikowanej operacji wymiany, polegającej na zdjęciu pokrywy baterii, wyciągnieciu starych, włożeniu nowych (pamiętając oczywiście o plusach i minusach) i zamknieciu pokrywy, skasowałem faceta przysłowiowym “na piwo” w wysokości 3 zł.

Dzień 12: Pan R. pojawia się z kolejnym problemem – tym razem coś się popsuło w telefonie, bo wszystko jest po angielsku. Nie wiem kto i jak mu nagrzebał, ale proste settings -> phone settings -> language -> polish rozwiązało sprawę. I kolejne 3 złote “na piwo” wpadło do kieszeni.

Dzień 29: Pan R. przychodzi z wielkim problemem: padł komputer. Idę do niego do domu. No faktycznie, coś padło, ale na szczęście nie cały komputer, tylko nie chodziła myszka. Powód: wtyczka od myszki nie znajduje się w gniazdku. Krótkie śledztwo wykazało spory udział w przestępstwie 1,5 rocznej wnuka pana R. Problem został zażegnany, a do kieszeni wpadło (jakżeby inaczej) 3 zł.

Dzień 32: Pan R. przychodzi znów z tym samym problemem. Tym razem sprawa jest znacznie poważeniejsza. Po wyrwaniu wtyczki (byla to PS2) odkształciły się bolce we wtyku. Standardowa w takich sytuacjach naprawa nożem z ostrą końcówką niewiele pomaga. Wniosek: trzeba kupić nową myszkę. Tym razem bez 3 zł.

Dzień 45: Pan R. w końcu kupuje nową myszkę. Operacja zakupu takich rzeczy jest oczywiście skrajnie skomplikowana, miejmy zatem dla pana R. podziw, że wyrobił się w dwa tygodnie. Po operacji podłączenia tego niesamowicie skomplikowanego sprzętu tym razem zarobiłem 10 zł. Schodzę na dół, jestem na schodach… wołają mnie. Gówniarz znów wyjął wtyczkę. A ja oczywiście muszę ją ponownie podłączyć. Przy okazji widzę jak odbywa się wyłączanie komputera u państwa R. No jak myślicie, jak? Oczywiście przyciskiem Power. Nie inaczej. Toteż w ramach gratisu od fimy państwo R. otrzymali krótki instruktaż wyłączenia komputera.

Nie mam na to siły. Po prostu nie mam. Co mnie czeka jutro? Dodanie nowego numeru do książki telefonicznej w telefonie? Regulacja obrazu pokrętłami w monitorze? A może wkręcenie żarówki? Aż się nie chce wierzyć, że tacy ludzie wciąż jeszcze egzystują…

 

111. …a myślałem, że takie rzeczy to tylko w Erze i w bajkach. 3 maj 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Nauka, Z życia — HaeS @ 2:05 pm
Tags:

Dziś spacerując wraz z moim piesem po trawniku, spojrzałem pod nogi. I nie wiem jak, ale w gąszczu co najmniej kilkudziesięciu identycznych na pierwszy rzut oka koniczynek, a w dodatku tak gęsto rosnących, że nawet z bliska ciężko odróżnić jedną od drugiej, od razu rzuciła mi się w oczy ONA. Nachyliłem się i stwierdziłem, że moja początkowa diagnoza była słuszna: oto znalazłem czterolistną koniczynę! Natychmiast nastąpiłem do aktu dewastacji środowiska naturalnego i zarekwirowałem matce naturze mutanta. Dowód znaleziska przedstawiam poniżej.

Przekonany dotychczas byłem, że takowe okazy istnieją tylko w bajkach i przesądach. Jak się okazuje, byłem w błędzie. Niezastąpiona w takich sytuacjach wikipedia twierdzi, że na 10 000 “normalnych” konicznynek przypada jedna czterolistna. Nieporównywalnie rzadziej zdarzają się okazy pięcio czy sześciolistne (mój kumpel znany z bogatej wyobraźni twierdzi, że znalazł właśnie taki pięciolistny okaz), zaś rekordzistka miała aż 18 liści. Przyczyny powstawania takich koniczynek nie są do końca znane, być może to jakaś przypadkowa mutacja, a może gen recesywny.

Niedługo cieszyłem się jednak swoim odkryciem Kilka godzin później koniczynka już zwiędla i trzeba było ją wyrzucić. Czyżby szczęście, które rzekomo takie koniczynki mają przynosić, było aż tak ulotne?

 

81. 14 lutego czyli dzień… 14 luty 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Z życia, refleksje, społeczeństwo — R-Chee @ 10:51 pm

Tak się z Hubertem zastanawialiśmy czy by jakieś notki dotyczącej Walentynek nie zamieścić. Dodam, że myśleliśmy o tym niezależnie, ale nikt nie wpadł na pomysł o czym by tu napisać. Że komercjalizacja, że amerykanizacja? Jak stwierdził HaeS to banały powtarzane wszędzie od lat. I ja się z tym stwierdzeniem zgadzam. Coś o Nocy Kupały? Już lepiej, ale nadal zbyt mało oryginalnie. Na szczęście w takich sytuacjach z pomocą przychodzi niezastąpiony bash.

<Baska_15> 14 luty – nasze święto misiaczkuu :*
<Kacz> Chyba Twoje
<Baska_15> Jak to?
<Kacz> 14 luty – Dzień Chorego na Padaczkę
<Baska_15> dupek
<Kacz> wikipedia rulez :P

To jest jeden z tekstów jaki znalazłem dziś na www.bash.org.pl. Z początku myślałem, że ktoś sobie jaja robi (o co nie trudno na bashu, w końcu po to powstała ów stronka), ale jak powęszyłem nieco po necie (za sugestią jednego z uczestników rozmowy na wikipedii) to się okazało, że istotnie dziś tj. 14 lutego jest Dzień Chorych na Padaczkę. Co więcej, jak się okazuje św. Walenty jest także ich patronem. A teraz zagadka. Ilu z was zdawało sobie z tego sprawę? Założę się że mniej jak 5%. Ja sam zresztą byłem zaskoczony (brata jutro wkręcę).

Dla zainteresowanych tematem, sami zobaczcie ile ważnych dni mają niepełnosprawni:
LINK

A do samych Walentynek to mam nadzieję, że się wam udały. Prawdą jest, że najbardziej na ten dzień narzekają ci, którzy nie mają go z kim spędzić. Wiem, bo sam wiele razy narzekałem. Acz w tym roku nastąpiła miła odmiana i spędziłem ów dzień w towarzystwie przesympatycznej znajomej, którą serdecznie pozdrawiam.

No więc jednak jakiś wpis na Walentynki jest.

Pzdr

 

59. Życzenia Noworoczne 1 styczeń 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Z życia, rozrywka, społeczeństwo — HaeS @ 7:56 pm

Z okazji Nowego Roku wszystkiego NAJ (no, moze poza najgorszym) zyczy wam HaeS. Jako “prezent” noworoczny rzucam ruską piosenkę noworoczną. Co prawda stare to jak świat, ale może ktoś jezscze nie widzial. Piosenka moze i smieszna, teledysk fatalny, a chlopaki wygladaja jak pedałki, ale mimo wszystko wpada w ucho i jest tak niesamowicie sympatyczne, ze po prostu nie mogłem sie powstrzymac. Enjoy!

 

42. Święto Wszystkich Świętych Męczenników, co wytrzymali 1,5 godziny na cmentarzu. 1 listopad 2007 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Kościół, Z życia, społeczeństwo — HaeS @ 7:48 pm

Popełniłem dzisiaj coś strasznego. Ewakuowałem się dzisiaj z cmentarza podczas uroczystości z okazji Wszystkich Świętych. Nigdy mi się wcześniej nie przydarzyło, ale tym razem sytuacja była absolutnie wyjątkowa, a winny wszystkiemu jest nasz nowy proboszcz.

Uroił sobie bowiem ten człowiek, że zamiast robić – jak to przystoi normalnemu księdzu – półgodzinną uroczystość, zrobi on 20-minutową uroczystość, potem odwali msze (taką full-wypas – z dwoma czytaniami, kazaniem no i oczywiście komunią na grubo ponad 1000 osób), a ostatnie 10 minut poświęci na dokończenie uroczystości, czyli litanię. Brzmi zachęcająco? Nie, a szczególnie dla mnie, który na msze chodzi tylko wtedy, kiedy musi (czyli na śluby i pogrzeby, ewentualnie od wielkiego dzwonu na chrzciny czy komunię kogoś z rodziny). Mimo wszystko, chciałem dla dobra sprawy (i żeby nie wkurzać rodziny) przeżyć to jakoś do końca. Jednak jako że było zimno, wytrzymałem tylko do komunii i kiedy zrobił się tłok i zamieszanie, skorzystałem z okazji i ewakuowałem się jak najprędzej. Zresztą nie tylko ja taką taktykę przyjąłem. To było normalne barbarzyństwo! Nigdy jeszcze nie spotkałem się z tak ewidentnym przypadkiem nadgorliwości duszpasterskiej.

No i to byłoby na tyle w tej kwestii. Wyżyłem się nareszcie. Za rok na wszystkich świętych chyba zachoruję, albo skończę ze średniowiecznymi zabobonami i powiem wszystkim że na żadne rytualne stanie nad grobami chodził NIE BĘDĘ. Bo drugiej takiej mszy nie zdzierżę na pewno.

 

17. Polski Program Poprawy Sytuacji Humanitarnej Afryki 15 sierpień 2007 (środa)

Zaszufladkowany do: Z życia, refleksje, społeczeństwo — HaeS @ 5:03 pm

Tylko taka króciutka refleksja. Spotykam się z poglądem/przesądem (niepotrzebne skreślić) sugerującym, że wyrzucanie jedzenia jest be. Poglądy są różne, różne są spojrzenia na życie, rózne myśli, rózne opinie – tak różne, jak różni ludzie, zatem zrozumiem każdy pogląd, o ile tylko ktoś potrafi go przekonująco uargumentować.

Argumentacja osób tak twierdzących jest jednak tak dziwaczna, że aż muszę o tym napisać. Argumentacja ta brzmi: nie wyrzucam jedzenia, bo dzieci w Afryce głodują (!). Tak twierdzi naprawdę sporo ludzi, głównie starszych, chociaż i co poniektóre młodsze jednostki przejmują ten pogląd w pakiecie z jego kuriozalną argumentacją i jedzą na umór czestwy chleb, wysychający ser i kończą na śniadanie niedojedzoną wieczorem kiełbasę, byle tylko nic się nie zmarnowało.

Pomimo całego mojego współczucia wobec ludności afrykańskiej, wciąż nie widzą korelacji pomiędzy głodującymi dziećmi w Afryce, a wciskaniem w siebie rzeczy, na które zwyczajnie nie mam ochoty. Gdybym miał pewność, że dzięki takiemu postępowaniu zyska coś Sudan czy Nigeria, może i sam bym zainteresował się niedojedzonymi resztkami dzisiejszego obiadu. Ale myślę, myśle i myślę i jakoś wciąż nie mam pojęcia jak tym biednym dzieciom pomóc opychaniem się ponad siły rzeczami, których jeść po prostu nie chcę.