Myślokracja, czyli from łeb to web

161. O komentarzach meczowych słów kilka 3 październik 2008 (piątek)

Zaszufladkowany do: Sport, TV — frycjusz @ 8:27 pm

Po ciekawym i emocjonującym meczu Lech-Austria Wiedeń obejrzanym wczoraj w TV (Lech awansował po bramce zdobytej w ostatniej minucie) zajrzałem odruchowo na fora, aby sprawdzić jak cieszą się ludzie i jak reagują. Oczywiście się cieszą, ewentualnie zazdroszczą (a im bliżej stolicy mieszkają, tym bardziej zazdroszczą), wskazują na stronniczość sędziego i kilka aspektów, ale także zwracają uwagę na to, że nie TV dopuściła Szpakowskiego do komentowania tego meczu i – ku mojemu zdziwieniu – odebrano to na plus (!). Nie jest ulubiony komentator ludzi znających się na futbolu, wielu narzeka na jego charakterystyczną manierę, zbyt emocjonalne podejście, błędy merytoryczne i brak poprawności językowej. Wszystko to, co Szpakowskiemu się zarzuca, ja uważam za zaletę.

Nie wyznaję się zbytnio na tych komentatorach, obecnie na topie są bodajże Borek i Iwański. Są to świetni fachowcy, czujący grę, wiedzący o co chodzi, nie dający się zagiąć nawet na najdrobniejszych szczegółach, mających w głowie miliony statystyk, imponujący wiedzą i umiejętnością czytania gry. Świetnie. Ale nie mają tego, co posiada Szpakowski, a przede wszytkim – Tomasz Zimoch. Cóż to jest?

Dla mnie komentator nie musi tłumaczyć mi kto w jakim klubie grał dziesięć lat temu, walić fachowymi terminami, zachwycać się jak to ktoś do kogoś zagrał w tempo albo tym, jak finezyjne było wykonanie pupłapki ofsajdowej. Nie musi zawsze bezbłędnie ocenić (bez powtórki) czy był spalony bądź faul (chociaż to mi zazwyczaj imponuje, bo ja często nawet po powtórce tego nie widzę). Komentator jest osobą budującą klimat, jest częścią sportowego widowiska, człowiekiem który podsyca emocje i sprawia, że ci siedzący z piwkiem w ręku i kotem jako podnóżkiem, zatopieni w ciepłym fotelu czują się jakby byli na stadionie, równie żywiołowo krzyczą i równie żywiołowo się podniecają tym, co się dzieje na boisku kilkaset kilometrów dalej. W tej konkurencji wspomniany Borek czy Iwanow odpadają w przedbiegach. Są nudni, a ich monotonnego ględzenia słucha się ich ze znudzeniem, które nawet po zdobyciu bramki nie znika, bo ci panowie nawet się cieszyć nie umieją. Co innego komentator, który pod wpływem żywych, silnych emocji zapomina się, gubi, zaczyna gadać troszkę od rzeczy, wali dziwnymi porównaniami, popełnia drobne błędy merytoryczne itd. Widzimy wtedy w nim autentycznego człowieka, zagorzałego kibica i wielkiego fana futbolu (czy ogólniej – sportu), który umie się ponieść silnej emocji, bo wie, że radość czy też smutek są częścią sportowej rywalizacji,

Jeszcze gorsi są komentatorzy “z łapanki”. Bardzo często bowiem do fachowego komentatora (czy to charyzmatycznego Szpaka, czy też bezbarwnego Borka) dorzuca się jakiegoś piłkarza. Efekt zazwyczaj jest marny, bo podczas kiedy pierwszy z komentatorów buduje klimat i powie coś ciekawego (albo chociaż stara się jak umie), to drugi tylko smędzi i nudzi, zniechęcając zupełnie do oglądania meczu.

Na koniec – próbka Zimocha. Większość z nas to nagranie zna zapewne znakomicie, ale ja dzisiaj po raz pierwszy widziałem je w wersji wizja + fonia.

 

152. X-files – sezon siódmy 31 sierpień 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: TV — HaeS @ 1:24 pm

No i domęczyłem jakoś siódmy sezon X-files. Trudno o nim powiedzieć, że aby jakoś szczególnie zachwycał. Ze wszystkich dotychczas przeze mnie obejrzanych sezonów właśnie ten jest zdecydowanie najsłabszym.

Największą wadą tego sezonu jest chyba to, że wiele jest odcinków nudnych. I to nawet nie o to chodzi, że wprowadzono naciągany i nierealny pomysł, przedstawiono go schematycznie aż do bólu i z przekręceniem realiów na potrzeby serialu – tak jak było w pierwszym sezonie. To bym jeszcze przebolał. W siódmym sezonie scenarzyści popełnili grzech o wiele poważniejszy – tym razem nie chodzi bowiem o pomysł na odcinek (a raczej jego brak), tylko ale o to, w jak nieudolny realizacyjnie sposób nam ów pomysł (abstrahując już od jego jakości) podano. Troszkę w tym winy scenarzystów, troszkę reżyserów, na pewno też i aktorom się nie chciało, ale efekt jest taki, że ogląda się jeden czy drugi odcinek, po 15 minutach za bardzo nie wiadomo o co w nim chodzi i nawet człowieka to za bardzo nie interesuje. W zasadzie można byłoby taki odcinek bez żalu wyłączyć po 15 minutach, albo domęczyć do końca (jeszcze bardziej się nudząc), aby zapomnieć o nim po trzech dniach. Ja sam, troszkę z samozaparciem, obejrzałem wszystkie odcinki do końca, ale czytając post factum kilka dni po obejrzeniu ich opisy w internecie, nie bardzo pamiętałem aby taki czy owaki odcinek obejrzał. Tego typu “wynudzacze” pojawiały się już w serialu wielokrotnie, w zasadzie każdy sezon co najmniej jeden – najwięcej ich było w trzecim sezonie, kiedy nastał lekki kryzys formy scenarzystów. Teraz mamy do czynienia z kryzysem potężnym, bo mniej więcej jedna trzecia, a może nawet i ciut więcej obejrzanych przeze mnie odcinków to właśnie takie kiepściuchne, bezsensowne zapychacze, które zdecydowanie nigdy nie powinny powstać.

W sumie ciężko się dziwić – po siedmiu latach pracy nad serialem musiało powstać wypalenie. Duchovnemu sie już niechce, Gillian pewnie też już miała powoli dość, Carter się męczył i męczyli się wszyscy inni. A to niestety widać.

Na tym tle odcinki mitologiczne wyglądają szczególnie ciekawie. To taki troszkę paradoks. Kiedy dawno temu oglądałem serial w TV, zarzuciłem go po drugim sezonie (obejrzawszy później pojedyncze epizody z III i IV sezonu) stwierdzając, że za dużo scenarzyści namieszali z siostrą Muldera, palaczem i kosmitami. Właśnie wątek mitologiczny, w którym pogubiłem się kompletnie, zniechęcił mnie do oglądania “X-Files”. Teraz, po latach, właśnie wątek mitologiczny trzyma mnie przy serialu i jest w zasadzie jedynym powodem, dla którego w ogóle serial jeszcze oglądam. W zasadzie większość rzeczy z tego wątku została zamknięta w VI sezonie, ale nadal jeszcze ciągnięte są pewne sprawy w sposób zgrabny, sprawny i interesujący.

Mam nadzieję, że dwa ostatnie sezony zaprezentują wyższy poziom, bo siódmy sezon niestety leży i kwiczy, w kilku zaledwie odcinkach prezentując w miarę przyzwoity poziom. Ale zanim się za nie wezmę, zrobię sobie od X-files kilkutygodniową przerwę spowodowaną zniechęceniem po tym sezonie.

 

148. Lekkoatletyka, a telewizja 19 sierpień 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Sport, TV — HaeS @ 12:53 pm

Lekkoatletyka nazywana czasem jest krolowa sportu. Pomimo calej mojej sympatii dla futbolu (ktory na pewno jest najpopularniejszym w naszym kregu kulturowym sportem) i ogolnie sportow zespolowych, rzec musze, ze slusznie – bo kazdy moze ja uprawiac, bo charakteryzuje sie prostota i – co za tym idzie – logicznoscia zasad, a wynik zawodnika praktycznie zawsze zalezy wylacznie od jego formy, predyspozycji i wlozonego talentu, a nie tak jak w sportach polegajacych na bezposrednim wspolzawodnictwie, na wielu innych czynnikach. No, ale tego typu sportow tego typu jest duzo wiecej, jak chocby plywanie.

Lekkoatletyka to sport polegajacy na pokonywaniu samego siebie, ciaglym udoskonalaniu swojej techniki, biciu kolejnych rekordow, udowadnianiu wszystkim ze ja moge skoczyc wyzej, pobiec szybciej, rzucic dalej. Ludzie uprawiacy ten sport budza we mnie pewien podziw i zasluguja na uznanie, szczegolnie jezeli cos wielkiego w nim osiagneli.

Czy jednak lekkoatletyka zasluguje na ten caly mir, jakim otaczana jest przez telewizyjnych komentatorow? Smiem watpic. O ile wspomniane juz przekraczanie wlasnych mozliwosci i osiaganie coraz lepszych wynikow daje na pewno nieludzka satysfakcje sportowcowi czy trenerowi to jednak nam, kibicom, niewiele tu jest do emocjonowania. Szczegolnie, ze sporty to sa malo widowiskowe.

Juz nie podziw, ale ogromne zdziwienie wzbudza we mnie wypelniony po brzegi gigantyczny stadion olimpijski w Pekinie, gdzie dziesiatki tysiecy ludzi dobrowolnie zdecydowalo sie nie tylko przyjsc na stadion i przesiedziec te pare godzin patrzac na nie wiadomo co, ale nawet i za to zaplacic. Co wiecej, najdrozze (i najszybciej sie rozchodzace) sa te miejsca, na stadionie, skad mozna podziwiac ponoc koronna dyscypline olimpijska (ponoc esencje olimpiady), a mianowicie bieg na 100m. Nie wiem ile gotowi sa ludzie zaplacic za to, zeby przez 10 sekund patrzec na to, jak osmiu sportowcow (ciezkich do odroznienia) biegnie przed siebie, ale ja sam bym nie dal zlamanego centa. Tym bardziej ze na ogol niemoliwe jest ocenienie “na oko” kto wygral.

Skok w dal? Nie bardzo rozumiem jak widz z odleglosci kiludziesieciu metrow, nawet wyposazony w lornetke, widzi czy zawodnik skoczyl az 8,70 czy tylko 8,60. Wszystkie skoki wygladaja niestety tam samo. Rzut mlotem? Kula? Dyskiem? Oszczepem? To samo.

Dwa sporty z tego gatunku tylko ciesza sie moim umiarkowanym zainteresowaniem: skok wzwyz i skok o tyczce. Szczegolnie ta druga konkurencja jest ciekawa, bo dzieki wysokim skokom i obecnosci dodatkowego akcesorium w postaci dlugiego draga jest bardziej widowiskowa. I wczoraj wlasnie chcialem obejrzec w TV rywalizacje pan w tej konkurencji.

Ale jak to ogladac? Chcialby czlowiek sobie obejrzec jak kolejne (uroczne na ogol) panie przeskakuja kolejne pulapy, podchodza do danej wysokosci kilka razy, stopnowo odpadaja, az w koncu pozostaje tylko kilka najlepszych, a poprzeczka caly czas idzie w gore. Formula swoja przypomina troszke to jakies turnieje sredniowieczne czy cos takiego. Dla czleka, ktory ceni bardziej obserwacje przebiegu turnieju i tym sie emocjonuje, a nie technika jednej czy drugiej zawodniczki, jest to widowisko moze nie rewelacyjne, ale ciekawe.

Rzecz w tym ze tego nie idzie tak obejrzec. Relacja w TV wyglada mniej wiecej tak: dwie panie skacza o tyczce, nastepnie jakis tam bieg przez plotki (5 minut prezentacji zawodnikow + 2 minuty biegu), potem dwoch panow skacze w dal, ktos w miedzyczasie rzuca jakims kawalkiem zelastwa (tez pokaza kilku zawodnikow) , nastepnie rozpoczyna sie bieg na 3000 m, ktorego oczywiscie w calosci nie pokaza, bo musza znowu pokazac kolejne dwie panie skaczace o tyczce. A tu juz sie co nieco pozmienialo, poprzeczna jest juz troszke wyzej, kilku zawodniczek juz nie ma… Trudno sledzic rywalizacje i wiedziec co sie dzieje. A szkoda, ze wybrano (nie tylko na tych zawodach, ale praktycznie na kazdych lekkoatletycznych) tak durny sposob prezentacji, totalnie zniechecajacy do ogladania lekkiej atletyki w TV.

Tak wiec pomimo szczerych checi, nadal pozostane jednym z tych ktorzy jezeli cokolwiek na igrzyskach beda sledzic, to tylko (z piwkiem w reku i reka w przyporku niczym Al Bundy) rywalizacje siatkarzy czy pilkarzy recznych (o ile w niemieckiej TV pokaza jakis polski mecz). Bo przynajmniej wiem, ze nikt mi w polowie meczu nie przelaczy wizji na bieg na 100 metrow, zawody lucznicze ani kajakarstwo. I jescze nachodzi taka refleksja: moze te pelne stadiony jednak maja sens?

 

118. Euroszmata 25 maj 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Muzyka, TV — HaeS @ 4:10 pm

Od razu powiem: nie oglądałem ostatniej Eurowizji (podobnie jak chyba siedmiu czy ośmiu poprzednich) i wszystko, co wiem, wiem z internetowych doniesień. A wiem, że nasza Isis Gee (o której istnieniu dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy okazało się, że będzie nas reprezentować) zajęła zaszczytne ostatnie miejsce. No cóż, ktoś musi być ostatni i o to pretensji nie mam. Zreszta, do kogo? Nie wybrał jej żaden Wojewódzki, Leszczyński, Hołdys, Rodowiczka ani żaden inny guru polskiej muzyki. Wybrał ją lud polski metodą tele-naciągaczki dla naiwnych 0700. Lud chciał, lud ma. I akurat aspekt kiepskich wystepow Polakow mnie średnio interesuje, bo po pierwsze – przyzwyczailem sie, po drugie – mój szacunek do tego konkursu z roku na rok systematycznie spada.

Eurowizja miała dwa etapy staczania się: zniesienie nakazu śpiewania w językach narodowych i wprowadzenie głosowań audiotele. Nie pamietam, który etap był pierwszy, który drugi (może nastąpiły jednocześnie), ale te dwa posunięcia sprawiły, że konkurs momentalnie stracił prestiż. Jeżeli chodzi o audiotele… hmmm… moja nauczycielka historii z liceum mawiała, że demokracja jest kiepskim systemem, bo zwycięża w nim głupota większości. A głosowanie audiotele w Eurowizji jest dobitnym przykładem. Wygrywają piosenki robione pod publiczkę (a publiczka jest jaka jest… powiedzmy sobie wprost: że mniej więcej 3/4 ludności każdego cywilizowanego państwa to ludzie raczej malo myślący), najlepiej żeby była ładna panienka, śpiewała coś melodyjnego, starała się nie fałszować za bardzo, a jak ktoś jest brzydki i śpiewać nie umie, to ubierze dziwaczne maski, troszkę się powygłupia jak Lordi i zwycięstwo ma w kieszeni. Czasy, kiedy wyboru tego, kto pojedzie na Eurowizję oraz kto ją wygra dokonywało profesjonalne jury, dawno niestety minęły.

Śpiewanie w językach narodowych było doprawdy piękną ideą, szczególnie w erze przedinternetowej kiedy posluchac czegos w malo popularnym jezyku bylo rzadko spotykana okazja. A tutaj można było wysłuchać szwedzkich czy węgierskich wokalistów śpiewających w swoich pięknych i nieczesto promowanych u nas językach, dodatkowo ubarwiających swoje występy różnymi elementami zaczerpniętymi ze swojej kultury narodowej. Słowem – czuło się, że oto na scenę wchodzi kawałek Islandii, kawałek Włoch, kawałek Belgii czy Szwajcarii. Po “rewolucji językowej” każdy teraz stara się, żeby było modnie, nowocześnie, schludnie i zapierało dech w piersiach. “Narodowość” konkursu niestety padła, a jego idea przedstawiania poprzez piosenkę kultur różnych krajów jest już ideą martwą. Teraz mamy takie disco-euro na którym każdy kraj wystawia kogo chce (np. Polacy wystawiają amerykankę, a Niemcy kilka lat temu mieli szansę wystawić Michała Wiśniewskiego) i przedstawia piosenkę w dowolnym języku. Niekoniecznie ładną, niekoniecznie ładnie wykonaną. Wszystkie chwyty dozwolone, byle tylko zdobyć serca publiczności no i głosy audiotele. A że ciemny lud wszystko kupi…

W tegorocznym konkursie spolonizowana Amerykanka Isis Gee poległa na całej linii, zdobywając jedynie kilka marnych punktow od brytyjskiej i irlandziej Polonii (swoją drogą, mnie jej utwór nie zachwycił), niewiele lepiej w zeszłym roku wypadl amerykańsko-rosyjski duet. Może wreszcie czas dać szansę Polakom? Aby uzmysłowić jak piękna jest polska myśli muzyczna, przedstawię dwa filmiki. Na pierwszym mamy naszą kochaną Edytkę, która w 1994 reprezentowała Polskę na festiwalu (swoją drogą, pierwszym festiwalu z udziałem Polaków). Zaśpiewała cudownie, wyśpiewała drugie miejsce. Warto wysłuchać choćby dlatego, że to wykonanie jest jeszcze ładniejsze od tego, które znamy z płyty “Dotyk”. Drugi filmik pokazuje Hanię Stach w pięknym utworze “Regroup” (co prawda po angielsku, ale i tak ładnie), który ciemna polska tłuszcza odrzuciła na rzecz duetu The Jet Set, który furory na eurowizji nie zrobił. A za rok reprezentować nas będzie Gosia Andrzejewicz (wersja optymistyczna) albo kolejna wyciągnięta z kapelusza importowana gwiazda (wersja pesymistyczna).

edyta:

hania:

 

71. Dlaczego nie oglądam telewizji? 6 luty 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: TV, społeczeństwo — HaeS @ 10:07 am

Telewizji nie oglądam. Prawie w ogóle. Niektórzy reagują z jawnym zdziwieniem, inni wykonują wirtualny (tzn. niewidoczny dla mnie) gest polegający na puknięciu się w czoło, inni zaczynają powoli robić to, co i ja. Wszystkich wkurza to samo:

1. Czekanie
Aby dostać kolejny odcinek ulubionego serialu, muszę czekać aż TV go kupi. Czekać oczywiście mogę miesiącami (albo i latami) od amerykańskiej premiery.

2. Dostępność
Ulubiony serial/film muszę obejrzeć w dokładnie określonym dniu o dokładnie określonej porze. Jezeli danego dnia o danej porze idę do pracy/zapomnę obejrzeć/jestem zmęczony/mam inną ważną sprawę, to jestem udupiony. Szczególnie jak film leci w nocy ze środy na czwartek około północy.

3. Reklamy
Jak są – niedobrze. Wkurzają, trzeba czekać, film dwugodzinny trwa co najmniej trzy godziny i jeszcze oglądać mózgojebną papkę. Jak nie ma – hmmm… jak tu iść zrobić sobie herbatę albo się wykupkać i jednocześnie nie stracić ważnego wątku filmu/serialu? Nie ma to jak zrobić sobie na kompie/DVD pauzę i zrobić co trzeba

4. Ciągłość
Jak wiemy, film leci sobie i leci i leci w TV aż się nie skończy. Nie ma możliwości przerwania go i dokończenia później. A co jeśli np. w trakcie ulubionego serialu na głowę zwalą się niezapowiedziani goście (to w ogóle bardzo niekulturalne zachowanie, ale to już temat na inny art), przyjdzie listonosz albo pies pilnie sygnalizuje potrzebę wyjścia na dwór, szantażując zasraniem dywanu?

5. Lektor
Już się na ten temat wypowiadałem. Dno i żenada.

6. Sekwencyjność
Czasem tak mam – zamyślę się, zagapię albo też z innego powodu w stanie pół-koncentracji obejrzę jakiś fragment w który, jak się wydaje, było coś ważnego. Oglądając na kompie/dvd tylko sobie przewijam minutę do tyłu i już wszystko wiem. W TV – muszę niestety sam ułożyć sobie jakieś kawałki w całość.

7. Repertuar
Lecą dziesięć razy te same filmy, dziwnym trafem akurat te, które mnie najmniej interesują. Zanim przestawiłem się na tryb życia bez telewizji, latami modliłem się aby puścili w końcu w TV “Star Warsy” (w końcu puścili chyba na Polsacie), “Twin Peaks” (też puścili – w sobotę o 1:35) oraz Odyseje Kosmiczne (tych to już od dawien dawna nie było). Teraz – sram na was. Nie jestem od nikogo zależny.

8. Polityczna mózgojebność
Od czasu kiedy przestałem oglądać TV, przestałem zupełnie przejmować się tym, co mówią politycy i zacząłem najpierw myśleć sam, a potem porównywać swoje poglądy z myślami polityków. Wyszły dwa fascynujące fakty – po pierwsze, moje PRAWDZIWE poglądy są zbieżne z poglądami innych polityków niż tych, których dotychczas darzyłem sympatią. Po drugie – nawet jeśli polityk mądrze gada, to po dojściu do władzy nadal mądrze gada. I nic więcej.

9. Fenomen “Gwiazd”.
Hmmm… Coraz częściej z przerażeniem odkrywam, że w Polsce są GWIAZDY. Gwiazdą jest Gosia Andrzejewicz, gwiazdą jest Edyta Herbuś, gwiazdą jest Frytka. Jest tylko jeden zonk z tym związany. Najpierw dowiaduję się, że ktoś jest gwiazdą. Potem dowiaduję się, jak wielu fanów ma ta gwiazda. Następnie dowiaduję się, dlaczego ta gwiazda jest sławna (np. jest piosenkarką). Na sam koniec, poznaję osiągnięcia tej gwiazdy. I wtedy opadają ręce i nogi nad poziomem tego, co widzę. Zerwanie kontaktu z telewizją jest dla mnie znakomitą okazją do tego, aby jak najmniej takich “gwiazd” poznawać.

10. Programy informacyjne
Wejdźcie na dowolny internetowy serwis informacyjny. Bezpośrednio (na portalu) bądź pośrednio (na której z jego podstron) każdego dnia macie dostęp do setek informacji. Sami sobie wybieracie co was interesuje, a co nie. Wkurza was gadanie o Jakubie T.? To po prostu nie klikamy na infomacje z nim związne. Interesuje was tylko noga, a nie koszykówka czy inne podrzędne dziadostwo? No to w dziale sport klikamy na “piłka nożna” i już mamy przefiltrowane informacje. Czytamy co chcemy i ile chcemy, a dodatkowo dzięki komentarzom wiemy co sądzi o tym szary lud, a nie pan redaktor naczelny “Wiadomości”, który truje nam 5 minut dupę Jakubem T, potem 5 minut tragedią w Mirosławcu, następnie 5 minut laptopem Ziobry, a na koniec mamy 5 minut fascynującej relacji o tym, że prezydent n-ty raz obraził się na premiera. Ja każdą z tych spraw śledzę dość pobieżnie – wystarczy mi wiedzieć, że coś takiego się zdarzyło (albo nawet i taka wiedza, jak w przypadku laptopa Ziobry jest za duża) i finito.

Słowem – telewizja mówi nam:
a) CO mamy oglądać
b) KIEDY mamy oglądać
c) JAK mamy oglądać

Zero swobody. Tak więc – podziękowałem. Ograniczam się tylko do wydarzeń sportowych – meczy piłkarskich, tudzież siatkarskich (z rzadka do skoków narciarskich) i raz na ruski rok do pewnych relacji na żywo – np. to, co się działo po ataku na WTC albo też wieczory wyborcze. Telewizor brzydzi mnie tak bardzo, że aż czasem przegapiam jakieś naprawdę ciekawe rzeczy – np. 1 z 10 czy jakiś film dokumentalny/przyrodniczy. Trudno.

Dopóki nie doczekamy się medium telewizjopodobnego, za to w pełni spersonalizowanego i dostosowanego pod wymagania konkretnych widzów (w takim kierunku zmierza internet), tak długo ja telewizji mówię NIE.

 

60. Product Placement, czyli kiedy brak reklamy jest gorszy od reklamy. 3 styczeń 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: TV — HaeS @ 7:32 pm

Wiem, jak wielu ludzi brzydzi się product placementem. Mówi się powszechnie o robieniu baranów z ludzi, sugerowaniu nieistniejącej rzeczywistości, podawaniu danych subiektywnych jako obiektywne, a nawet o składańcu reklam z przerwami na reklamy. Nie sposób odmówić takiemu rozumowaniu racji – sporo jest w tym wszystkim prawdy, product placement skutecznie brzydzi ludziom życie, zaś szczyt bezczelności w tej dziedzinie osiągnęli scenarzyści serialu “Na Wspólnej” z tym ich wielkim kupowaniem Liveboxa w TP. Niestety, filmiku nie pokaze, bo jakis cwok usunal to z YouTube (prawo autorskie dawno temu przekroczylo to juz granice smiesznosci), ale wierzcie mi na slowo – byl hardkor.

Z drugiej jednak strony…Czasem aż się prosi o to, aby jakiś PP był. Jak widzę Rysia z Klanu czytającego “Przegląd Światowy”, Madzię Marszałek odczytującą maile przy pomocy bliżej niezidentyfikowanego programu działającego w bliżej nieznanym systemie operacyjnym, samochód ze zdjętym logo albo też komórkę odzywającą się jakimś monofonicznym drrrrrrrrr, drrrrrrrrrrrr, to aż się odechciewa czegokolwiek oglądać.

Nie czarujmy się – zdecydowana większość userów nie bedących profesjonalistami korzysta z Windowsa. Dlaczego więc maskuje się przed widzem ten oczywisty fakt? Na listach przebojów są określone piosenki. Słyszymy je na codzień w radiu, w telewizji, a nawet u fryzjera. Dlaczego do ciężkiej jasnej nie można ich usłyszeć w serialu? Dlaczego w Złotopolskich na każdej zabawie są wciąż te same mocno zakurzone szlagiery sprzed 10 lat, a nie ma najnowszych utworów? Dlaczego jak bohaterom w “M jak Miłość” dzwoni telefon, to nie ma on żadnej modnej melodyjki z MP3, tylko suchy dźwięk? Dlaczego jak bohater pije coś z puszki, to puszka nie ma etykiety, skoro na 99% to będzie Pepsi, Coca-Cola, 7UP, Sprite, Mirinda, Fanta bądź jeden z kilku mniej popularnych napojów a’la Mountain Dew czy Lipton Ice Tea. Wszystkie marki są dość powszechnie znane, zaś wymyślanie na siłę nowych przyczynia sie tylko do jednego: zwiększenia poczucia sztuczności serialu.

Naprawdę, miło się ogląda film, w którym bohater czyta NORMALNĄ gazetę, taką, jaką każdy z nas może kupić, w której idzie do sklepu i prosi o Absolwenta i dwa Żywce, karmi swojego psa Pedigree Palem, a na koniec włącza komputer, skąd słychać charakterystyczny dźwięk uruchamiania systemu Windows. I od razu człowiek czuje się ja w domu, a nawet bohaterowie “Plebanii” stają się nam bliżsi. Bo żyją w naszym świecie, a nie jakimś równoległym, gdzie nie wynaleziono coca-coli.

O ile oczywiście nic nie jest nadmiernie eksponowane i nie eksponuje sie jednej i tej samej marki, bo sie rzygac chce od tego. Chodzi o to, aby bylo NATURALNIE. Tak, jak w moim pokoju. Radio Panasonica, obudowa Tracera, głośniki jakiegoś sunny line’a (firma klasy C), klawiatura Qline (też ponoć syf, ale ja jestem zadowolony) , myszka A4tech i woda “Żywiec zdrój” na stole. Aha, i telekomunistyczny modem. U każdego z nas znajdują się mniej lub bardziej popularne marki, lepsze lub gorsze marki – tylko kurcze Piotrek Zduński z bratem Pawłem są jakiś inni. I to mnie wkurza niemiłosiernie, bardziej jeszcze od tego, kiedy reklamy PP się na ekranach TV pojawiają.

 

54. Pożegnanie z “4400″. 29 grudzień 2007 (sobota)

Zaszufladkowany do: Seriale, TV — HaeS @ 9:01 am

Stało się to jakiś czas temu, piszę dopiero teraz – serial 4400 (o którym już raz pisałem) po wyemitowaniu czterech serii dostał cancela. Mówiąc inaczej – nie będzie kolejnych odcinków. Nie wiem jakie było zakończenie sezonu czwartego, wiem jedynie, że nie było ono definitywne – a kontynuacji już nie będzie

Z jednej strony nie mogę ukryć satysfakcji – pisałem już wszak, że serial ten nie zachwyca zbytnio i cieszę się, że wyszło na moje. Tandecie i produkcjom klasy C mówię zdecydowane NIE, a następny w kolejce winien być „Prison Break”. Z drugiej jednak – serial miał swoich fanów. I kiedy pomyślę, że ten sam los mógłby spotkać mojego ukochanego „Losta” (który też ma swoich przeciwników), to mnie krew zalewa. I jak sobie przypomnę, że taki „Farscape” czy „Twin Peaks” miały mieć kontynuację, a nie miały – to normalnie mnie kurwica bierze.

Co to jest za polityka? Telewizja rzuca widzom serial, który ci oglądają, emocjonują się losami bohaterów, czekają przez cztery lata tydzień w tydzień (no, z przerwami między sezonami) na ciąg dalszy, rozmawiają o nim, myślą o nim, szukają informacji w necie, oglądają czasem po kilka razy dany odcinek szukając smaczków, a tu nagle BUM – sorry, nie będziemy już kręcić tego serialu, jak chcesz to oglądaj naszą nową super-hiper-zajebistą produkcję, ale też nie gwarantujemy ci, że będzie miała zakończenie i czy za 3 lata nie przerwiemy jej.

Z bieżących produkcji aktualnie czekam na dalsze odcinki Prison Breaka, Jericho (co do tych dwóch – nie będę płakał jeśli ktoś da cancela) „Battlestar Galactica” i „Lost”. Ponieważ dwie ostatnie mnie wciągnęły, będę oglądał, ale od tego momentu ŻADNYCH NOWYCH SERIALI. Strach cokolwiek zaczynać. Lepiej chyba jednak skupić się na produkcjach ciut starszych, za to zakończonych. Przynajmniej wie się, że obejrzy się całą historię do końca, a nie będzie się zrobionym w balona przez producentów, dla których jakieś tam słupki są ważniejsze od zadowolenia widza.

A jeśli taka tendencja do ucinania seriali po kilku latach emisji się utrzyma – to można spodziewać się rychłego zakończenia ogólnoświatowego trendu popularności amerykańskich seriali. A szkoda by było, bo pośród kupy shitu a’la „Beverly Hills 90210” czy „Mody na Sukces”, zdarzają się także naprawdę ciekawe produkcje.

 

20. 4400 – sezony 1-3 31 sierpień 2007 (piątek)

Zaszufladkowany do: Seriale, TV — HaeS @ 5:45 pm

Uwaga: Recenzja zawiera liczne spoilery!

Serial badzo popularny w Stanach, także i u nas dzięki emisji w TVP zaskarbił sobie całkiem sporą grupkę fanów. Więcej, przeglądając jedno z for poświęconych temu serialowi, zauważyłem niemalże bezgraniczne uwielbienie dla tego serialu, przekonanie o jego nowatorskości, genialności, klimatu i napięcia. I już na początku napiszę wprost: wszystkie peany piane na część tego serialu to gówno prawda.

Najpierw krótko utnę wszelakie dywagacje: do Losta 4400 nawet się nie umywa. Nie ta klasa, nie ten budżet, nie ten rozmach, nie ten pomysł, nie ta głębia. Nie będę dalej się rozwodził na temat różnic między serialami, przepaść jest gigantyczna, na korzyść rzecz jasna Losta.

Krótko o fabule: Serial zaczyna się od wielkiego “bum”. Na niebie pojawia się olbrzymia kula, która zbliża się do jakiegoś jeziora, przy krórym się rozlatuje się i wychodzi z niej 4400 ludzi. Okazuje się, że byli oni sukcesywnie porywani przez ponad 50 lat przez ludzi z przyszłości, a teraz aby zapobiec jakiejś katastrofie (wyjaśnia się to wszystko pod koniec III sezonu), “rzuceni” w 2004 rok. Na dodatek okazuje się, że każdy z “powracających” posiadł jakąś paranormalną zdolność – czytanie w myślach, telekinezę, przewidywanie przyszłości, zakłócanie pracy urządzeń elektrycznych, zabijanie śliną czy słowem i wiele innych. Naiwne? Naciągane? Wtórne? Głupie? Jeśli na co najmniej jedno z powyższych pytań odpowiedziałeś/aś “NIE”, zapisz się na kurs prostowania gustu.

Pierwszy sezon jednak aż tak fatalny nie jest. Może dlatego że ma tylko 5 odcinków i nie zdąży się jeszcze znudzić. Począwszy od drugiego, rozpoczynają się kombinacje i wariacje na temat jednego i tego samego. 4400 zaczynają walczyć między sobą albo wykorzystywać zdolności do różnych celów – dobrych i złych. Kolejne odcinki ogląda się z prawdziwym znudzeniem i bez żadnej przyjemności. Potem jest już tylko gorzej – błyskawiczne dorośnięcie Isabell i jej dalsze wyczyny, czy sposób w jaki uśmiercono Lily to wątki tak żałosne, że lepiej o nich nie wspominać.

Największy zarzut wobec serialu to jednak jego płaskość i pretensjonalność. Po dość długiej przerwie między 2. a 3. sezonem nie umiałem sobie przypomnieć ani jednego ciekawego wątku z serialu i niewiele mogłem powiedzieć o postaciach. Wszystko jest szare i nijakie. Każdego mniej więcej pamiętałem, ale twórcy nie wysilili się zbytnio aby pokazać nam coś więcej niż tylko losy postaci. Nie znamy ich charakterów, zwyczajów, powiedzonek czy przywar. Ot, mamy galerię płaskich i nijakich postaci z których tylko genialny informatyk zakochany w Dianie zapada jakoś w pamięć.

Trochę chaotycznie napisałem, ale generalnie stwierdzić muszę, iż serial niestety słabiutki, zaś kto oglądał i widział końcówkę 3. sezonu wie, że w 4 sezonie będzie najprawdopobniej poczwórna kumulacja głupot i idiotyzmów. Zatem kto nie oglądał, niewiele stracił i niech najlepiej skorzysta z okazji i zajmie się ciekawszymi produkcjami. U mnie serial ma minusa.

 

19. O nowym “Battlestar Galactica” krytycznie 20 sierpień 2007 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Seriale, TV — HaeS @ 11:35 am

Battlestar Galactica szybko stała się w środowisku fanów SF hitem zarówno w Polsce, jak i za oceanem. Chwała TVP, że wyemitowała pilota (niewiarygownie paszatkowanego) i pierwszych 13 odcinków, dzięki czemu miałem szansę zainteresować się tym serialem i obejrzeć wszystkie 3 dotychczas wyemitowane serie. Czy serial jest dobry? I tak i nie. In plus daję oryginalny pomysł, rozwijaną z odcinka na odcinek niebanalną fabułę, psychologiczną głębię, dobrze zarysowane postacie, poruszone (troszkę pokracznie i nieporadnie) kwestie filozoficzne.

Najważniejszym pytaniem jakie stawia przez nami BSG (i jak dla mnie największym stanowiącym o wartości serialu) jest pytanie filozoficzne: czy człowiek w pełni syntetyczny, stworzony sztucznie, a pomimo tego w pełni człowieczy, do tego stopnia, że posiada wszystkie tkanki, jest podatna na te same choroby, może samodzielnie myśleć czy nawet rozmnażać się, nadal jest człowiekiem? Nie, nie będę teraz wnikał w szczegółowe dywagacje na ten temat. Każdy wyrobi sobie swoją opinię na ten temat po obejrzeniu serialu. Mnie denerwowało jednak niesamowicie kiedy większość bohaterów uparcie nazywała “ludzkie” modele Cylonów tosterami, blaszakami bądź innymi pokrewnymi epitetami. O ile można spierać sie na temat ludzkości cylonów, to jednak tego typu nazwy winne być zarezerwowane dla prawdziwych blaszanych modeli Cylonów (bo takie też są).

Zanim przejdę do wad, napiszę tylko, że nie wszystkie wady serialu przemawiają na jego niekorzyść, wręcz przeciwnie. Niektóre stanowią o jego sile. Za serialem przemawia m.in.:
- Brak gigantycznego budżetu przeznaczonego na spektakularne efekty specjalne ku uciesze młodszej części widowni. Dzięki temu widownia jest starsza, dojrzalsza, i pod taką widownię tworzone są wątki.
- Brak instensywnej promocji w mediach (takiej jak ma np. Lost czy Prison Break), co sprawia, że nie ma milionów fanek napalonych na tyłek Lee Adamy. I bardzo dobrze. Dobrze jeśli oglądalność serialu wynika z jego obiektywnych walorów, a nie tego, że kolejne miliony głupawych siks zostają zmanipulowane przez media.
- Brak znanych aktorów. Przynajmniej nikt nie stroi foch, nie walczy o wielomilionowe gaże, nie grozi odejściem z serialu ani nie przyćmiewa swoim blaskiem innych. Można skupić się na serialu i jego treści i to ma być jego największą siłą, a nie to, ze gra w nim kolejna plastikowa gwiazdka.

Wad serialu jest mnóstwo. Największą jest brak jakiejś naukowej refleksji. Pomijam takie bzdury jak dźwięk w próżni, bo to ogólnoserialowy (czy nawet ogólnofilmowy) standard. Pomimo tego, że ludzkość w serialu jest wysoko rozwinięta, to jednak przestarzała jednostka kosmiczna, jaką jest BSG wraz z całą obecną na niej technologią może budzić uśmiech politowania nawet w naszej współczesnej cywilizacji. Medycyna mniej więcej na obecnym poziomie, brak jest znanych z innych tego typu seriali teleportów, replikatorów, a nawet jakichkolwiek komunikatorów (!) i dziesiątek innych gadżetów. Kosmiczne myśliwce bojowe swoją konstrukcją i technologią ustępują nawet dzisiejszym myśliwcom ziemskim. Bohaterowie używają przestarzałych nawet jak na dzisiejsze standardy dyktafonów czy innych sprzętów codziennego użytku. Jedynym wyjaśnieniem tego faktu może być to, że oddając hołd serialowi z lat 70-tych scenarzyści tak mocno się zapędzili, że napisali scenariusze w taki sposób, w jaki zostałyby one napisane w latach 70tych. Jako serial wg standardów z lat 70tych BSG jak najbardziej pasuje. Wszak wtedy wizja przyszłości była zupełnie inna od obecnej.

Nie będę się czepiał, że mówią po angielsku pomimo tego, że żaden z bohaterów nie widział jeszcze na oczy Ziemi na której anglojęzyczne ludy żyją, bo tak być musi – serial jest amerykański, dla amerykanców i nie ma sensu cudować z wymyślaniem nowego języka. Ale to, że mają angielskie, włoskie, hiszpańskie czy nawet polskie (Figurski) imiona i nazwiska zakrawa na kpinę. W ogóle cała kultura Dwunastu Kolonii jest przesiąknięta kulturą euroamerykańską. Bohaterowie emocjonują się walkami bokserskimi, pseudonimy niektórych bohaterów wzięte są z milologii greckiej (jak np. Athena czy Apollo), nazwy Dwunastu Kolonii to nieco przerobione nazwy dwunastu ziemskich znaków zodiaku (Caprica od Capricornusa, Aerlon od Ariusa, Sagitarian od Sagitariusa itd). Nieźle jak na społeczeństwo, które z ziemianami od tysięcy lat nic wspólnego nie ma. Jak jeszcze dorzucę obrzydliwie amerykański patos, chwałę dla wolności słowa i demokracji, a nawet procedury prawne (!), dostaniemy wyjątkowo niesmaczny mix. A może tak ma być? Byc może poszczególne odcinki, wątki, sceny są alegoriami do aktualnych losów ludzkości?

Dalej: niekonsekwencja. I to okrutna. Rzucę dwa przykłady. Pierwszy dotyczy Baltara i jego “wykrywacza Cylonów”. Pomijając drobny szczegół odnośnie tego, że Baltar przebadał (skutecznie) Boomer w kilka minut, a w następnym odcinku dowiadujemy się, że takie badanie trwa 11 godzin, przyczepić się można do samej idei wykrywacza. Wciska nam się cały czas, że ludzie niczym nie różnią się od cylonów, poza jakimiś drobnymi szczegółami na poziomie komórkowymi, a jednocześnie od czasu do czasu widujemy świecące na czerwono kręgosłupy cylonów. No to jak w końcu jest? Czy nie wystarczyłoby dokładnie przyjrzeć się kręgosłupom, aby łatwo i szybko zidentyfikować cylona? Czy pomimo skomplikowanych badań nikt na to nie wpadł? Drugi przykład to sposób, w jaki poprowadzono postać Boomer. Na początku jest OK: dziewczyna nie wie, że jest cylonem, aż któregoś dnia odzywa się w niej cyloński zew i strzela do Adamy. Potem też jest dobrze: zastrzelona na BSG odradza się na cylońskim statku i wciąż nie może uwierzyć i pogodzić się z tym, że jest cylonem. Walczy z cylonami, próbuje wśród nich wywołać duchową rewolucję. Ale to, co zrobiono dalej, woła o pomstę do nieba. Najpierw czynnie uczestniczy w okupacji Nowej Capriki, potem zaś staje się jednym z cylonów, niczym się od nich nie różniąc. What the fuck?

No i na koniec hicior wszechczasów: Strabuck uruchamia cylońskiego raptora. Zatyka dziurę w statku kawałkiem szmaty i wyrusza w podróż poprzez próżnię. No cóż, fantastyka rządzi się swoimi prawami.

Troszkę poznęcałem się na BSG, ale niech was to nie przeraża. Pomimo tego wszystkiego ogląda się naprawdę przyjemnie, aczkolwiek polecam wyłącznie hadrcorowym fanom SF, szukającym czegoś innego niż wartka akcja, szalone pościgi, strzelaniny i efektowne wybuchy.

 

18. Six Feet Under – sezon 3 16 sierpień 2007 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Seriale, TV — HaeS @ 11:50 am

Six Feet Under – ileż to już “achów” i “ochów” poszło z mojej na temat owego fantatycznego serialu nie sposób zliczyć. Z olbrzymią nadzieją usiadłem przed monitorem, aby śledzić trzeci już ciąg epizodów z życia rodzinki Fisherów.

No i już na dzień dobry dostałem gigantycznego kopa – pierwsze 10 minut rozwala i kładzie na deski. Po 10 minutach jednak, kiedy absolutnie wszystko się zmienia (kto obejrzy, będzie wiedział o co chodzi) zaczyna się serial właściwy i… zawiodłem się. Przede wszystkim: NIE MA BRENDY!! Nie zdawałem sobie sprawy jak ważna dla całokształtu serialu jest ta postać dopóki nie wypadła ona z serialu. Brenda pojawia się (na szczęście!) dopiero w drugiej połowie sezonu, z początku nieśmiało i jest jej raczej niewiele, potem jej udział w serialu stopniowo się zwiększa no i pod koniec mamy już Brendę zarówno w pełnym wymiarze czasowym, jak i w pełnej krasie jej emocjonalnego skomplikowania. Ale do tego czasu ogląda się serial z wrażeniem “to już nie to”.

Za wyjątkiem początkowych słabszych odcinków wciąz nie ma jeszcze efektu przesytu, akcja nadal świetnie się kręci, wątki nie są wtórne, dialogi jak zawsze znakomite, a postacie jakie były takie są (czyli ciekawe!). Może za wyjątkiem Nate’a, którego ugrzeczniono – i to zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie – tak mocno, że zacząłem wątpić, czy aby na pewno gra go ten sam aktor, no i Lisy, która zaczęła mnie po prostu brzydzić i nudzić. Właśnie w Lisie i w związanych z nią wątkami postrzegam przyczynę słabości kilku pierwszych odcinków. Kilka nowych wprowadzonych do serialu postaci (mam na myśli nową miłość Ruth, nowego ucznia zakładu pogrzebowego, nauczyciela Claire i jej chłopaka) to również postacie ciekawe, skomplikowane i głęboko zarysowane.

Jadnakże serial nic nie stracił ze swojego uroku ani klimatu, jedynie wyczerpały się chwilowo pomysły; całe szczęście że koniec końców wrócili do swojej formy. Mam nadzieję, że czwarty sezon nie jest już tak nierówny i trzymał będzie poziom piewszych dwóch i końcówki trzeciego.

 

8. Jeremiah 27 lipiec 2007 (piątek)

Zaszufladkowany do: Seriale, TV — HaeS @ 10:11 am

Jeremiah – serial w Polsce praktycznie w ogóle nie znany, nie emitowany w zadnej polskiej TV. Poza garstką fanów SF, którzy gdzieś tam ściągnęli to z internetu, niewielu o nim słyszało, jeszcze mniej oglądało. Często porównywany z Jericho, jednak jest między tymi dwiema produkcjami sporó różnic. No i dla mnie Jeremiah jest lepszy.

Jeremiah jest luźno oparty na belgijskim komiksie, jednak zwiazek jest ten tylko symboliczny. Producentem serialu jest Joe Michael Straczynski, znany głównie z “Babylonu 5″. Nie oglądałem jeszcze tego serialu (chociaż przymierzam się, bo recenzje ma więcej niż dobre). Plany odnośnie Jeremiaha były nieco ambitniejsze niż dwie serie, ale mając świadomość, że w każdej chwili serial może dostać cancela, Straczynski zdecydował zamknąć wszystko w dwóch seriach. Może troszkę szkoda, bo Babylon z tego co wiem, powoli się rozkręcał i na początku też nie był rewelacyjny. Kto wie, jak wyglądałby Jeremiah po czterech seriach?

Wszystkie (poza nielicznymi wyjątkami) odcinki pierwszego sezonu (20 odc.) to tzw. stand alone’y – każdy odcinek opowiada inną historię, w każdym zostaje zawiązana akcja i w każdym zostają zamknięte wszystkie wątki. Ogólnie jestem przeciwnikiem takiego rozwiązania w serialach (wolę jedną długą historię pociętą na kawałki), ale aż tak mnie to nie drażni. Pod względem konwencji pierwszy sezon można porównać np. do Slidersów. Dwójka głównych bohaterów przemierza pustkowia nowego świata, przeżywa różne przygody, spotyka rózne dziwaczne sytuacje, udaje się w dziwne miejsca, gdzie zawsze wpadają w jakieś tarapaty i oczywiście zawsze jakoś z nich wyjdą. Pomimo wyraźnych oszczędności w scenografii, naciąganych i przewidywalnych niektórych scenariuszy i niezbyt udanej obsady aktorskiej (np. aktorka odgrywająca Theo to artystycznie dno totalne, estetycznie za to OK) pierwszy sezon oceniam pozytywnie. Postać Ezekhele wprowadza w serial troszkę nim tajemniczości, sporo jest klimatu przypominającego nieco Fallouta czy Mad Maxa no i niektóre (nie wszystkie, niestety) odcinki są naprawdę dobre pod względem akcji, napięcia i zaskoczenia.

Drugi sezon to (15 odc.) już zupełnie inna bajka. ZUPEŁNIE. Jakbym oglądał inny serial. Nawet czołówka jest inna (IMO lepsza). Raczej nie ma już stand alone’ów. Każdy odcinek posuwa mocno akcję do przodu, wciąż tworzą się i rozwijają nowe wątki, zaś całość nieubłaganie pędzi w niezłym tempie ku finałowi, w którym wszystkie ważniejsze wątki zostają rozwiązane. Tego właśnie mi brakowało w pierwszej serii – jakiegoś całokształtu. Niestety, druga seria ma też wiele buraków. Niemal wszystkie odcinki są zwyczajnie nudne, poza tym nie ma już klimatu. Nikt nie przemierza kolejnych miast w poszukiwaniu różnych cudów i dziwactw, sporo jest odcinków które niemal w całości rozgrywają się w Górze Grzmotów lub pobliskim miasteczku Millhaven. Tematem przewodnim jest wojna, wokół niej wszystko się kręci. Twórcy, niestety, pogubili się i chcąc pociągnąć serial dalej, poszli chyba w nie tym kierunku co trzeba. Można było rozwinąć wątek skinów, pokazać nowe miasta, żyjących w nim ludzi, ich słabości, ich problemy, ale i ich nadzieję i chęć do zmiany świata. Zamiast tego dostaliśmy taką sobie papkę. Serial tak przypomina serial wojenny, że momentami zapominałem że oglądam serial SF. Babole te zauważyli też amerykańscy widzowie. Drugi sezon zdjęto po wyemitowaniu ledwie 7 odcinków. Szybko jednak doemitowano go w Kanadzie, zaś w USA dopiero po ponad roku widzowie mieli szansę obejrzeć 8 ostatnich odcinków. I chyba jednak warto, bo pod koniec serial nieco przyspiesza i ciekawi.

Ostatni podwójny odcinek jest bardzo dobry, jednak końcówka, mimo że zamyka wszystkie wątki, pozostawia pewien niedosyt. Można było spokojnie pociągnąć z tego 3. sezon. Nie byłaby to pewnie żadna rewelacja, zwłaszcza że i pierwsze dwa nie powalały na kolana, ale większość produkcji SF prezentuje tak mierny poziom, że Jeremiah i tak wypływa ponad ten poziom. Czy polecić? No cóż, jest to typowy przeciętniak, ale osoby lubiących takie klimaty mogą z obejrzeć i zapewne im się nawet sposoba. Ale raczej nie zafascynuje.

 

7. Jak tłumaczy się filmy nad Wisłą? 25 lipiec 2007 (środa)

Zaszufladkowany do: TV — HaeS @ 4:10 pm

Zainspirowany dyskusją na portalu gazeta.pl, postanowiłem wypowiedziec sie na temat formy tłumaczenia filmów w polskiej TV. Od niepamiętnych czasów (w zasadzie od zawsze) robi to specjalny pan zwany lektorem. TVP tłumaczy się, że pomysł ten wziął się z czasów, kiedy TV w większości kraju śnieżyła i napisy w filmach były nieczytelne. Zatem dano lektora i tak już, niestety, zostało. Chory nawyk przejęły potem stacje prywatne i zostaliśmy udupieni na kilka kolejnych dziesięcioleci z tą formą tłumaczenia.

Że zagłusza głosy aktorów, a nawet resztę ścieżki dźwiękowej, mówić nie muszę. Że beznamiętnym głosem mówi “Kocham cię”, a potem sam sobie odpowiada “Ja też cię kocham” też nie wymaga komenatarza. Że utrudnia młodym ludziom kontakt z językiem obcym też wiadomo. Mnie osobiście wkurza, denerwuje i normalnie drażni. Wstyd mnie było jak cholera, jak dostałem kiedyś orignalną płytę z filmem Ocean’s Eleven. Przejrzałem ścieżki dźwiękowe i była oryginalna wersja oraz dubbing niemiecki, czeski, węgierski no i oczywiście polska wersja językowa, oczywiście z lektorem. Dziadostwo, jakie funduje nam się od lat w postaci lektora nie ma swojego odpowiednika w całej cywilizowanej Europie. Nigdzie, pokreślam NIGDZIE w rozwiniętych krajach czegoś takiego się nie stosuje. Nawet Ruscy wycofali się z tego i dubbingują filmy. A nad Wisłą jak lektor psuł filmy, tak też i psuje.

Jestem w zdecydowanej opozycji jeśli chodzi o dubbing. Mianowicie jestem jak najbardziej ZA, chociaż oczywiście należy zachować umiar i wiedzieć co wypada, a czego nie wypada w ten sposób tłumaczyć (Niemcy tego umiaru zdecydowanie nie mają). Wstrzymałbym się w szczególności w przypadku wysokobudżetowych produkcji z aktorami z pierwszej ligi, ale w filmach gorszej klasy czy też w większości seriali spokojnie można byłoby podłożyć polskie głosy bez obawy o utratę spójności artystycznej dzieła. Oczywiście, dubbing należy zrobić porządnie. Jednym z najczęstszych argumentów przeciwników dubbingu jest bowiem to, że ‘głosy są byle jak podłożone, totalny brak synchronizacji głosu z obrazem itd’. Niekoniecznie musi tak być. A że się da zrobić dobrze, przytoczę przykład bardzo udanego dubbingu dla serialu “Ja, Klaudiusz” (co prawda nie widziałem, ale nie spotkalem się jeszcze w necie z negatywną opinią) czy znakomicie przetłumaczone pierwsze cztery sezony “Star Trek: Voyager” na nieocenionym Canal +. Do tego dorzucić jeszcze trzeba “Przygody Młodego Indiany Jonesa” puszczane swojego czasu na TVP z dubbingiem (o dziwo, kilka lat później puszczali to samo z lektorem – dziadoskie przyzwyczjanie zwyciężyło).

Podsumowując: filmy i seriale klasy A – napisy, cała reszta (w tym bajki wszelakie) – dubbing, lektor tylko w programach informacyjnych i filmach dokumentalnych, w ostateczności – w głupawych filmach sensacyjnych z lat 80tych, bo tworzy swoisty klimat i przypomina czasy kiedy panowały wszędzie VHSy.

No i jeszcze na koniec ciekawostka. Nie kazdy wie, że lektor (jako forma tłumaczenia) ma kilka wersji. W TVP eksperymentowano z rozwiazaniem popularnym w swoim czasie w Sawiejstkim Sajuzie – dwóch lektorów w jednym filmie – mężczyzna i kobieta – tłumaczą dialogi dla postaci swojej płci. Na swoje potrzeby ten typ tłumaczenia nazywam to ruskim lektorem, dla odróżnienia od ruskiego dubbingu, w którym każda postać ma swojego lektora (do Polski to chyba nigdy nie dotarło). Podczas gdy lektorzy mniej lub bardziej nieudolnie tłumaczą dialogi, pod spodem słychać oczywiście oryginalny tekst. Brzmi to jeszcze gorzej od klasycznego lektora.

 

5. Six Feet Under – sezon drugi 16 lipiec 2007 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Seriale, TV — HaeS @ 4:10 pm

Recenzja ta jest teoretycznie recenzją drugiego sezonu, ale w praktyce – drugą częścią recenzji całego serialu. Drugi sezon jakościowo nie wnosi bowiem do serialu nic – jest równie doskonały jak pierwszy i każde zdanie wypowiedziane o pierwszym sezonie można odnieść do drugiego i vice versa.

Pisząc o pierwszym sezonie, wychwalałem początki odcinków, kiedy ktoś umiera. Zazwyczaj czeka nas poważna niespodzianka. I już w 2×01 mamy tego najlepszy dowód. Znakomita, pełna zaskoczenia, scena z początku odcinka to doskonały sposób na rozpoczęcie sezonu.

6FU różni się znacząco od innych seriali obyczajowych. Czynnikiem wciągającym nie jest bowiem akcja, wydarzenia, losy bohaterów, ale ten refleksyjny klimat, pełen słodko-gorzkich akcentów. Z przyjemnością podziwia się świetne dialogi, znakomite zdjęcia, grę aktorską, głęboko przedstawione postacie.

Scenarzyści mocno się wysilili, aby pokazać nam ciekawych bohaterów i sytuacje jakby żywcem wyjęte z życia, jakże różnych od sztampowych i szablonowych postaci, do jakich przyzwyczaiły nas różnorakie obyczajowe tasiemce. Jako przykład mogę dać niewiarygodnie skomplikowana postać Brendy (i w ogóle całej jej rodziny), zaczątek ewolucji postaci Claire z pyskatej gówniary w pewną siebie kobietę o artystycznej duszy, wzloty i upadki związku Dave’a z Keithem…

Do drugiej serii mam jedynie dwa zarzuty. Pierwszy dotyczy tylko drugiej serii, a mianowicie tego, że pod koniec zabrakło pomysłów na początki odcinka i zaczęli umierać starzy ludzie – nagle, niespodziewanie, u fryzjera czy na ulicy. Daleko im do maestrii scenek z pierwszej serii czy początkowych odcinków drugiej. Drugi zarzut dotyczy obu serii, ale w drugiej stał się bardziej widoczny i bolesny. Frances Conroy jako Ruth jest, jak dla mnie fatalna. Ja wiem, że za tę rolę dostała Emmy, ale nadal uważam, że taka nowoczesna, postępowa i wyzwolona seniorka rodu nie powinna być grana przez kobietę, która ze swoją aparycją nadaje się do grania co najwyżej kury domowej. Kontrast jest bardzo widoczny, zaś cały znakomity kunszt aktorski Frances (którego nie neguję ani troszkę) ledwie, ledwie go przykrywa.

Niemniej jednak, oglądając serial, cały czas myślałem – ile to jeszcze spotkań z rodziną Fisherów, ile pięknych odcinków mnie jeszze czeka, ile jeszcze przede mną! I cieszę się, że mam jeszcze aż trzy sezony do obejrzenia. Bo chce się, aby to trwało, trwało i trwało. Jak najdłużej.

 

4. Six Feet Under – sezon pierwszy 15 lipiec 2007 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Seriale, TV — HaeS @ 5:46 pm

Recenzje te napisalem juz jakis czas temu, bezposrednio po obejrzeniu pierwszego sezonu. Teraz jestem juz po sezonie drugim i lada dzien zamieszcze notke i o nim.

Serial. Nie ma co ukrywać, obyczajowy. Nie spieszyłbym się jednak z racji samej przynależności gatunkowej ustawiać go w jednym rzędzie z “M jak Miłość” i “Modą na Sukces”. Wręcz, przeciwnie, wiele półek wyżej. To wzór dla twórców seriali, którzy powinni obowiązkowo obejrzeć “6FU”, a być może popełnialiby mniej potworków, jakie to rodzą się coraz częściej w telewizjach na całym świecie.

Po pierwsze – nowatorstwo. Serial opowiada o prywatnych i zawodowych problemach rodziny prowadzącej… zakład pogrzebowy. Każdy odcinek rozpoczyna się od pokazania czyjejś śmierci. Później pojawia się tablica z imieniem i nazwiskiem tej osoby i datami jej urodzin i śmierci. To właśnie będzie osoba, którą nasi bohaterowie w tym odcinku będą przygotowywać do pogrzebu. Są przyzwyczajeni do tego, widzieli już setki śmierci, nic sobie z tego nie robią, chociaż dla widza obrazek taki może być szokujący. Drugim szokującym doświadczeniem dla widza może być homoseksualny związek jednego z bohaterów. Tak naturalistycznego ukazania homoseksualizmu nie mieliśmy jeszcze nigdzie. Standard pokazywania ich związku jest identyczny jak przeciętny standard pokazywania pary heteroseksualnej. Bohaterowie rozmawiają o swoim związku, kłócą się i godzą, a nawet się… całują. Troszkę brzydzi, ale jednocześnie pokazuje, że geje wcale nie są aż tak róznymi ludźmi, jak przywykliśmy uważać.Po drugie – nikt nie przesadza z ilością odcinków. Pierwszy sezon ma ich 13, sezonów jest 5 i wszystkie mają po 12 lub 13 epizodów. To w zupełności wystarczy. Nie ma ubywających i przybywających postaci, zmienianych odtwórców poszczególnych ról, bo komuś znudziło się grać, kulejącej z sezonu na sezon fabuły i niekonsekwencji fabularnych między pierwszymi, a kolejnymi odcinkami.

Po trzecie – serial jest znakomicie zrealizowany. Przemyślane scenariusze odcinków, dobre aktorstwo, scenografia i reżyseria robią wrażenie. “Zwidy” bohaterów nie rażą ani troszkę jakąś naiwnością bądź bajkowością; nie wiadomo czy bohater rozmawia z duchem swojego ojca, czy też po prostu prowadzi monolog wewnętrzny. Przyznać też muszę, że scenki śmierci na początku odcinka są świetnie wyreżyserowane – scenarzyści i reżyser grają z nami w kotka i myszkę i każą zastanawiać się, kto za chwilę umrze. A zarówno sposób śmierci, jak i osoba denata są dużym zaskoczeniem.

Bardzo dobry serial, prawdziwa perelka, jak najbardziej godna polecenia chyba wszystkim. No, moze Roman G. nie do konca bylby nim zachwycony. Ale kto w tym kraju liczy sie z jego zdaniem?