Myślokracja, czyli from łeb to web

168. Patriotyzm a tzw “patrioci” 11 listopad 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Kościół, Z życia, refleksje, społeczeństwo — R-Chee @ 6:13 pm

Coś ostatnio nudą wieje na tym blogu.  Odczuwa się brak Huberta. Trzeba coś podziałać w takim razie, a biorąc pod uwagę fakt, że dziś przypada nasze święto narodowe (kolejne) postanowiłem zamieścić tu pewien tekst, który napisałem równo rok temu, a z różnych przyczyn techniczno-organizacyjnych nie miałem możliwości zaprezentowania go szerszej publiczności. Przez rok troszkę się pozmieniało w moim życiu, ale sam tekst nie stracił nic ze swojej aktualności (no może moją praktyką katolicką).

” Jako że jestem praktykującym chrześcijaninem-katolikiem (zdecydowanie bardziej utożsamiam się z tym pierwszym określeniem) dziś, jak co niedziele uczestniczyłem we Mszy Świętej. Godzina 12:00, rozpoczyna się nabożeństwo i tu niespodzianka. Nasz nowy ksiądz, młody facet na dzień dobry rzuca hasłem: “Polska to dziwny kraj, robiący wszystko na przekór”. Nie mam osobiście nić przeciwko wszelakim nowością, ale nieco zaskoczyła mnie taka osobista wypowiedź duszpasterza, tym bardziej na początku Mszy, kiedy to zawsze (przynajmniej za mojej pamięci) kończyło się na przywitaniu z wiernymi (komentarze zostawiano na okres kazania lub ewentualnie ogłoszeń). Na tym jednym zdaniu się nie skończyło. I właśnie owa treść przyczyniła się do zamieszczenia owego wpisu.(…)

Rzecz dotyczyła Polskości i patriotyzmu w związku z dzisiejszym Świętem Niepodległości. Ksiądz w 5 minutowym “przedkazaniu” przedstawił swoją troskę o słabnący w Polsce i Polakach patriotyzm, ponieważ zauważył że… mało flag wywieszono dziś w oknach. Wypadało by rzec “Mama mia” i złapać się za głowę. Że co? Że jak? A od kiedy to wystawienie flagi jest miarą patriotyzmu? Szczerze mówiąc poczułem się niemiło, gdy usłyszałem z ambony że jestem apatriotą. I podejrzewam, że nie tylko ja.

Nie widzę niczego złego w wystawianiu flagi w czasie świąt narodowych. Wręcz przeciwnie, gdybym takową miał, to pewnie sam bym ją zawiesił. Ale nikomu, powtarzam nikomu!, nie muszę udowadniać swojego patriotyzmu poprzez zawieszenie flagi. Ani Kaczyńskiemu (według którego stałem po stronie ZOMO), ani Giertychowi (który chciałby moim młodszym kolegom i koleżankom wpajać miłość do ojczyzny na siłę), ani mojemu księdzu. Patriotyzm nosimy w swoich sercach, a nie wystawiamy go za okno w czasie kilku w roku świąt państwowych. A jeśli już to zrobię, to nie po to by się tym afiszować (bo brak tu celowości), ale po to by robić wszystko co się da dla dobra ojczyzny.

Szczerze mówiąc nie zauważyłem, by na przełomie ostatnich lat w Polsce zrodziła się taka tradycja jak chociażby w Stanach Zjednoczonych, by każdy obywatel wywieszał w swoim oknie flagę. Do tej pory była to domena wszelkiego rodzaju instytucji i urzędów państwowych. Skąd zatem u naszego księdza zatroskanie o słabnącą tradycję, której w rzeczy samej u nas dotąd nie było? Jak to sam tłumaczył: “Jak było to zabronione, w czasie komuny, to flagi powiewały, a teraz…”. No właśnie, “teraz”…

Patriotyzm objawiał się szczególnie mocno wtedy, gdy w kraju dzieje się źle, bo trudno jest z całą pewnością nazwać się patriotą wtedy, kiedy nic nam nie zagraża. Sam nie mogę tego stwierdzić ze stu procentową pewnością. Jednak ja nie mógłbym zarzucić drugiej osobie braku przywiązania do narodu tylko dlatego, że w jego oknie 11 listopada nie pojawiła się biało czerwona flaga. Bo nie wiem, czy mając przyłożony do skroni przez SS-mana czy innego agenta KGB naładowany pistolet nie wyrzekł bym się swojego kraju w zamian za uratowane życie.

Patriotyzm jest częścią naszej duszy. Częścią pozostającą w uśpieniu i czekając na moment w którym będzie musiała się przebudzić. I oby w dobie powszechnej, europejskiej zgody, taki stan utrzymał się jak najdłużej. Bo nie mam żadnych wątpliwości (wbrew przekonaniu pewnych “autorytetów”, których swoiste “apele” są najłagodniej mówiąc niepotrzebny), że w chwili gdy zajdzie taka potrzeba, polski naród jak zawsze wykaże się charakterystycznym dla siebie bohaterstwem i patriotyzmem.

Jestem ciekaw jakie jest wasze zdanie na ten temat.  Pozdrawiam serdecznie.

 

163. Frustracje drogowe 11 październik 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Z życia, społeczeństwo — frycjusz @ 10:02 pm

Największe przekleństwo polskich dróg to…

Nie, nie wcale dziury. Do nich tak się przyzwyczaiłem, że te mniejsze nie robią na mnie najmniejszego wrażenia, a te większe znam na pamięć i z dużym wyprzedzeniem wiem kiedy zacząć już je omijać. Pogodziłem się z nimi i żyję.

Wcale nie fatalna organizacja ruchu, bo po mieście jeżdżę dość rzadko, a nawet jeśli jeżdżę, to jakoś sobie radzę i nie stoję w kilometrowych korkach.

Nawet pijani kierowcy mnie nie drażnią. To znaczy drażnią, ale z żadnym nigdy nie jechałem i z żadnym nigdy się nie skolidowałem, więc póki co nie zaleźli mi za skórę. Chociaż potępiam proceder jazdy w odmiennym stanie świadomości, to jednak nie on jest na piewrszym miejscu mojej top-listy.

Radiowozy wyłaniające się w najmniej spodziewanym momencie zza krzaków (zazwyczaj na prostej drodze w jakiejś zatęchłej wiosze, gdzie wójt uroił sobie, że musi tam być 40 km/h, chociaż ani on, ani nikt inny nie umie tego uzasadnić) nie bolą mnie. No dobra: wkurzają, ale nie aż tak.

Zadbani (tzn. mocno wyżelowani), dobrze ubrani (najnowszy dresik Nike) i wysportowani (mięśnie ledwie mieszczą w koszulce) panowie w sportowych samochodach, którzy opanowali arkana jazdy tak dobrze, że wykonują manewry o jakich zwykły śmiertelnik nie ma pojęcia (m.in. wyprzedzanie środkowym pasem na zwykłej jednojezdniowej drodze) i osiągający prędkości zaprzeczające prawom fizyki obowiązującym dla dziurawych jezdni – drażnią i czasem aż ciary przechodzą kiedy taki wpieprzy się tuż przed człowieka wyjeżdżając z drogi podporządkowanej, ale nawet oni nie działają mi na nerwy tyle co…

…co nieoświetleni rowerzyści. Właśnie oni dla mnie dzierżą palmę pierwszeństwa najbardziej denerwującej i stresogennej sytuacji, jaką możemy spotkać na drodze. Jazda po zmroku groi zawałem, kiedy tuż przed moim pojazdem (gdzieś na 3-5 metrów) wyłoni nagle się beztrosko pedałujący młodzieniec bez światła, bez odblasków i ubrany na czarno. Takich sytuacji miałem już mnóstwo i sam się dziwię, że jeszcze zadnego nie najechałem. Widocznie szczęścia mają więcej niż rozumu.

Apel do wszystkich rowerzystów: ZAŁÓŻCIE JAKIEŚ OBLASKI, KUPCIE SOBIE ŚWIATEŁKO, A NAJLEPIEJ ŻÓŁTĄ KAMIZELKĘ (wiem, siarsko wygląda, ale naprawdę ratuje życie!) Właściwie pieszych też się to tyczy. To, że kierowca ma światła nie znaczy, że wszytko widzi. Może was dostrzec na 5 metrów przed sobą, zazwyczaj 10, góra 20. Dobry odblask zwiększa tę liczbę wielokrotnie.

 

160. Co by tu wcisnąć? 1 październik 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Z życia, społeczeństwo — frycjusz @ 9:25 pm

Nie jestem specem od ekonomii, ale o ile dobrze się orientuję, marketing bezpośredni polega na tym, że to nie klient ma wyrazić zainteresowanie towarem, ale to sprzedawca ma obowiązek to zainteresowanie u niego wywołać. W wyniku takiej operacji klient zazwyczaj zostaje z bezwartościowym, niepotrzebnym mu do niczego gniotem (chociaż uświadamia sobie to dopiero długi czas po zakupie), zaś sprzedawca – ze sporą ilością banknotów w kieszeni. Przejrzymy sobie teraz kolejne techniki marketingu bezpośredniego, rozpoczynając od tych nawet w gruncie rzeczy przyjemnych i nieszkodliwych, kończąc na czymś, co nie powinno w ogóle mieć miejsca. Zaczynamy:

Stopień 0: Zaczepiamy w supermarkecie

Najmniejsze zło, a właściwie to nie tyle zło, co wzór jak należy prowadzić marketing bezpośredni to hostessy w supermarketach. Młode, ładne dziewczyny poczęstują chlebkiem z dżemem, naleją do plastikowego kubeczka soczku albo jogurtu, pokażą jak działa jakaś tam mieszaczka do ciasta, porozmawiają, pośmieją się z człowiekiem. Ani słowem nie zachęcają do zakupu albo robią to delikatnie i bez natręctwa. Co prawda rzadko kupuję cokolwiek pod ich wpływem, ale nawet jeżeli kupuję, to robię to bez poczucia, że ktoś mnie otumanił, ogłupił albo zrobił w balona.

Stopień 1: Katalogi

Pomijam już listy pt. „wygrałeś 100 000 zł, musisz tylko zadzwonić pod nr 0 700…” bo to chyba już wyszło z mody. Ale czasem przychodzą do domu rożne katalogi. Generalnie fajna rzecz. Ja np. lubię Klub Książki, bo mają fajne i tanie pozycje i czasem coś zamówię. Wśród pań krążą też katalogi Avonu czy Oriflame’a i kto chce, może sobie coś tam zamówić. Generalnie wszystko odbywa się po przyjacielsku, bardziej na zasadzie przysługi niż usługi i nie ma w tym absolutnie nic złego.

Stopień 2: zapraszamy do siebie

W ten sposób sprzedaje się kołdry i garnki. Zestawy sprzedawane są po 2-3 tysiące złotych. Najpierw dzwoni się do ludzi i zaprasza na pokaz. Ja sam zazwyczaj dzwoniącego spławiam, bo nie mam czasu na takie pierdoły, ale wiem, że po wyrażeniu chęci pojawienia się na pokazie do domu przychodzi pisemne zaproszenie, a do zaproszenia dołączany jest np. jeden tandetny kolczyk albo jedna tandetna rękawiczka albo jedno tandetne cokolwiek, co nie ma pary. Drugą część zestawu dostaje się na pokazie.

Pokazy trwają 2-3 godziny, dostaje się kawę i ciastko. Inteligentny gość dobrze słuchając prezentacji, może poznać całą gamę technik manipulacyjnych. Mniej inteligentny – może poznać całą gamę zalet kołder czy garnków i może nawet się skusi na zakup.

Właściwie to nie mam nic przeciwko tej formie sprzedaży. Cena jest może wysoka, ale towary przyzwoitej jakości (chociaż nie jestem pewien czy warte aż tak wygórowanej ceny). Mądry człowiek pójdzie ze znajomym na pokaz, w miłej atmosferze spędzi czas, coś zje, dostanie drugą rękawiczkę, pozna zalety kołder albo grnków, podziękuje i potem na własną rękę poszuka w internecie podobnej, ale tańszej oferty. Bo wbrew temu, co twierdzą prezenterzy na pokazach – towary podobnej jakości można nabyć także i w inny sposób niż na pokazie.

Stopień 3: Dzwonimy do domu

Wkraczamy teraz w metody bezczelne. Pierwsza metoda – dzwonienie do przypadkowych ludzi. Na szczęście mało inwazyjna, a natręt jest łatwy do spławienia. Dla przykładu – moja standardowa rozmowa z telemarketerem wygląda tak:

- Dzień dobry, Anna Iksińska, telekomunikacja polska, czy mogę rozmawiać z panem XXX?

- Dzień dobry, co tam znowu wciskacie?

(chwila konsternacji)

- Proszę pana, dzwonię do pana z ofertą…

- Więc jednak coś wciskacie.

- Proszę pana ja nic nie wciskam. Jestem doradcą TP i wraz z panem chcę ustalić najkorzystniejszy dla pana plan taryfowy oraz pakiet usług dodatkowych. Czy często pan wykonuje rozmowy międzymiastowe?

- Proszę pani, żeby nie tracić mojego i pani czasu: ja ofertę TP znam, przeliczyłem ją dziesięć razy we wszystkich możliwych konfiguracjach i wiem, że jedyną w miarę sensowną opcją jaką TP mi może zaoferować jest pozostanie przy abonamencie standardowym. Nie potrzebuję darmowych wieczorów i weekendów, jakichś wybranych numerów ani Liveboxa i nawet mnie nie interesuje co wciskacie tym biednym, naiwnym ludziom. Ofertę znam, jestem na bieżąco, z żalem stwierdzam, że nic ciekawego nie macie. Dziękuję bardzo za rozmowę. Proszę więcej nie dzwonić i niczego mi nie wciskać. Do widzenia

- Do wi…. (pani zazwyczaj nawet nie nadąża dokończyć zanim odłożę słuchawkę).

I tak za tydzień zadzwonią.

Stopień 4: Przychodzimy do domu (bądź zaczepiamy na ulicy)

Umiejętnie spławiony domokrążca albo uliczny sprzedawca nie zajmie nam dużo czasu. Wystarczy tylko znać ich zwyczaje i bezlitośnie wyjawić facetowi jego zamiary zanim on w ogóle zacznie nas otumaniać. Oto monolog który zatka usta każdemu ulicznemu sprzedawcy i domokrążcy:

(na ulicy, Bydgoszcz, dworzec PKP. Podchodzi elegancko ubrany pan który akurat przed chwilą zakończył rozmowę z poprzednim klientem)

- Przepraszam czy pan jest z Bydgoszczy?

- Tak, tak – ja wiem. Pan zapyta czy jestem z Bydgoszczy. Potem powie pan, że w Bydgoszczy za dwa tygodnie otwierają nowy market z perfumami, ale już teraz, dla wybadania rynku, macie promocję. Pokaże mi pan flaszke tandetnego perfumu w ładnym opakowaniu i zapyta ile moim zdaniem jest wart. Oczekuje pan, że powiem: stówę. Wtedy pan mnie zaskoczy i powie, że teraz jest promocja i da mi go pan. Na własność. A dopiero potem powie, że dał mi go pan, ale muszę za niego zapłacić jedyne trzydzieści złotych, chociaż pewnie jest wart góra pięć. Na dodatek, w ramach promocji da mi pan drugi gratis. Jak się będę dalej krzywił, to zgodnie z waszym szkoleniem, zapyta pan, czy można mi zaufać i czy nie poskarżę się do firmy. Oczywiście, powiem że można mi zaufać. Wtedy pan mi zaoferuje, że rozbije komplet i sprzeda mi pan jeden perfum. Za piętnaście złotych. Czy coś pominąłem?

Po takim monologu sprzedawca zazwyczaj zostaje ze zdziwioną miną i nic nie mówi, a my spokojnie możemy iść sobie dalej pewni, że ten człowiek przemyśli dobrze swoje życie i poszuka normalnej pracy.

Stopień piąty: skrajna beczelność

Doświadczyła tego moja koleżanka. Pojawiło się w gazecie ogłoszenie o pracę. Zadzwoniła, zaprosili ją na spotkanie do eleganckiego hotelu. Postawili ciastko i kawę. Tak obdarowana potencjalna pracownica gotowa już byli do wysłuchania krótkiej prezentacji nt. pracy, o którą się ubiega.

Po przedstawieniu przez panią prowadzącą rozmowę kilku szczegółów na temat wynagrodzeń, łatwości i przyjemności pracy, otumanieniu perspektywą wyjazdów służbowych, wycieczek integracyjnych oraz zawarcia kilku intratnych znajomości, koleżanka dowiedziała się, że warunkiem przyjęcia do pracy jest… zakup zestawu ścierek (nie wiem jakich) za 1975 zł. Jak jej nie stać, to można sobie ewentualnie rozłożyć na raty (24 x 130 zł). Oczywiście, koleżanka była oporna, ale pani, zamiast zachęcać do zakupu ścierek, ponownie przedstawiała zalety pracy (praca miała polegać – a jakże by inaczej – na wciskaniu ścierek kolejnym naiwnym). Nie wiem ilu ludzi zwerbowała (mam nadzieję, że nikogo), ale jak dla mnie – szczyt bezczelności marketerów, którzy:

a) Chcą wcisnąć człowiekowi zupełnie niepotrzebny mu towar

b) Za ten towar żądają maksymalnie wyśrubowanej ceny

c) Bezczelnie wykorzystują fakt, że człowiek nie ma pracy (i pieniędzy)

d) No i obrażają człowieka już samą taką propozycją

Ja wiem, że gospodarka oparta na inteligentnych, myślących ludziach, znających cztery podstawowe działania arytmetyczne i wiedzących którego kiedy użyć, niepodatnych na sugestie, znających swoje potrzeby i kupujących tylko to, czego potrzebują padłaby na twarz w ciągu trzech miesięcy i skazana byłaby na niekończącą się recesję. Mimo wszystko, traktowanie mnie (czy kogokolwiek innego) jak idioty i zachęcanie różnymi manipulacyjnymi technikami do zakupu czegoś, co mi jest zupełnie niepotrzebne wręcz uwłaczające. Dlatego mam jedną prostą zasadę: NIGDY przenigdy nie kupuję niczego od akwizytorów, domokrążców ani innych przypadkowych osób. Chcę coś kupić – szukam ofert w internecie, porównuję ceny i parametry i wybieram najtańszy sklep (np. przez Skąpca albo Allegro). Ewentualnie przejdę się po sklepach. Co wam też szczerze polecam.

 

156. Przypadek pana Yarona Cohena 17 wrzesień 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Nauka, refleksje, społeczeństwo — HaeS @ 5:23 pm

Dzisiaj ze mnie wyjdzie trochę ksenosob. Ale co mi tam. Piszę, bo się wkurzyłem jak to usunęli mój komentarz. Nie dalej jak tydzień temu na YouTube oglądałem piosenkę “Diva”, którą niejaki Yaron Cohen podbił świat kilka lat temu, wygrawszy uprzednio po jej ząśpiewaniu konkurs Eurowizji. Związana z tym jest dodatkowa ciekawostka – Yaron poddał się serii operacji, w wyniku których utracił genitalia, kazał sobie za to doprawić sporej wielkości biust. Dodatkowo ubiera się, czesze i maluje jak kobieta, a że (dzięki kuracji hormonalnej) figurę ma smukłą i powabną, a głos dość wysoki, miękki i aksamitny, wygląda praktycznie jak kobieta. Nawet, nie powiem, dość atrakcyjna kobieta. Przyjął zatem pseudonim artystyczny Dana International i – już jako “kobieta” zdobył popularność na całym świecie. Talent i urodę Yarona ocenić możecie sami:

Na YouTube jest mnóstwo komentarzy na ten temat, większość odnosi się do samej piosenki (do której osobiście nic nie mam) czy talentu piosenkarza (którego również się nie czepiam, bo się na tym nie znam). Postanowiłem dorzucić oliwy do ognia i uświadomiłem ludziom, którzy masowo wypisywali jak “SHE” ładnie śpiewa i jaki to “SHE” ma talent. W miarę kulturalnie, bardziej po angielskiemu niż po angielsku napisałem co myślę – jakim się urodzisz, takim umrzesz i że to nie żadna “SHE”, tylko najprawdziwszy w świecie “HE”, niezależnie od tego jak wygląda.

Dzisiaj patrzę – komentarz znikł. Po prostu znikł. Co prawda znalazła się jedna odpowiedź (że niby jestem niemyślący), ale samego komentarza nie ma nigdzie i ani grzebanie z datami, ani z filtrem “jakości” komentarza nic nie pomogło. Wyparował. Czyżby mój pogląd został jakoś ocenzurowany?

Co nie zmienia moich zapatrywań w tej kwestii. Z drugiej strony (jeszcze bardziej dobitny przykład) – na gazeta.pl przez jakiś czas ukazywała się seria artykułów o mężczyźnie w ciąży. Zaczęło się od tego, że ów mężczyzna (nie pamiętam już imienia) jest w ciąży, potem że mężczyzna urodził, a na koniec – że będzie film oparty na jego życiorysie. Redaktorzy gazety, słynący z bardzo liberalnych przekonań i swobodnym podejściu do tego typu tematów, jedynie mimochodem wspominali za każdym razem, że ów mężczyzna to tak naprawdę, kolokwialnie rzecz ujmując, baba bez cycków, za to z wackiem. Po prostu rzeczona pani poddała się zabiegowi zmiany płci, darując sobie jednak etap zwany histerektomią, a polegający na usunięciu macicy, jajników i wszystkich innych kobiecych narządów wewnętrznych. Oto i całe rozwiązanie zagadki “mężczyzny” rodzącego dzieci. Na pytanie o płeć tej osoby proszę odpowiedzieć sobie samemu.

Z płcią nie jest tak prosto. Niby wyróżnia się jakieś pierwszorzędne cechy płciowe (obecnośc jąder/jajników), cechy drugorzędne (pozostałe narządy płciowe, szczególnie zewnętrzne) no i cechy trzeciorzędne (zarost, głos, jabłko Adama, figura itd). Wydaje sie, ze po usunieciu pierwszo i drugorzednych cech oraz po zmianie trzeciorzednych z meskich na zenskie, wszystko jest OK, ale przeciez tak naprawde płeć jest zapisana w genach i za wyjątkiem hermafrodytów, każdy z nas posiada swoją płeć genetyczną Gdyby nieświadom sprawy genetyk wziął pod lupę komórkę Yarona, przejrzał jego wszystkie chromosomy, zbadał jakieś guaniny, cytozyny i milion innych pierdół, rzekłby ze 100% pewnością: TO JEST FACET. Gdyby w tej chwili wziąć komórkę z np. podniebienia Yarona i odpowiednio ją “obrobić”, aby można było ją sklonować, w wyniku takiej operacji urodziłby się chłopiec. Jeżeli za 1000 lat archeolodzy odkryją grób Yarona, powiedzą: to jest szkielet mężczyzny. A że Yaron poddał się serii operacji? No cóż, nikt chyba nie będzie twierdzić, że gdyby Yaronowi dorobiono świńskie uszy, świński nos i 8 świńskich cycków, to byłby świnką. Albo jeszcze lepiej, gdyby przerobić mu nieco twarz, wydłużyć operacyjnie ręce, zmodyfikować nieco kształt dłoni i stóp i hormonalnie owłosić całe jego ciało, stałby się nagle szympansem. Żadna fizyczna przemiana nie sprawi, że człowiek stanie się kimś innym niż jest. No i jeszcze jeden przykład: nikt nie twierdzi, że Michael Jackson należy do rasy białej.

Ja wiem, wiem. Upraszczam wszystko. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze bowiem kolejny czynnik (kto wie czy nie najważniejszy) – psychiczna identyfikacja płciowa. Jeżeli Yaron czuje się kobietą, posiada drugo i trzeciorzędne cechy płciowe kobiece i chce, żeby do niego mówić Sharon, to może nawet tak jest lepiej, skoro czuje się on z tym dobrze.

Ale z drugiej strony – czy uproszczeniem nie jest bezkrytyczne przyjmowanie, że kilka operacji i zmiana imienia w urzędzie jest w stanie zmienić płeć człowieka? Pamiętajmy mimo wszystko, że możemy oszukać papier, możemy oszukać oczy i uszy, a kto wie – może i można penisa oszukać (nie zamierzam tego bynajmniej sprawdzać), ale natury się nie oszuka. Yaron urodził się mężczyzną i umrze mężczyzną. Przykro mi, nie ma sposobu, aby zmienić płeć człowieka, można co najwyżej bawić się w udawanie i przebieranki.

Nie mam w sumie nic przeciwko takim operacjom, być może one dużo dają panom i paniom, którzy fizycznie upodabniają się do osobników płci przeciwnej i może faktycznie im to jest potrzebne – jeżeli tak, to niech tam sobie robią. Niemniej jednak, warto mieć świadomość, że płeć mamy tylko jedną. Od urodzenia i na stałe.

Zanim definitywnie skończę – jeszcze jedna rzecz. Żeby naprawdę solidnie problem ocenić, trzeba byłoby jeszcze dokładniej przyjrzeć się pojęciom “mężczyzna” i “kobieta”, aby zobaczyć, że pojęcia te (podobnie jak miliony innych pojęć) są jedynie pojęciami wytworzonymi przez naszą cywilizację, a granica między nimi, na pozór wyraźna, tak naprawdę jest płynna, a tak w ogóle to dzielenie ludzi na mężczyzn i kobiety jest bez sensu, bo każdy z nas jest przecież człowiekiem i to wystarczy, bez żadnych bliższych określeń jakiego typu człowiekiem ktoś jest. Problem ten opiszę dużo dokładniej w osobnym poście, który też jest w przygotowaniu (chociaż zapewne nieprędko ujrzy on światło dzienne, bo sporo tu jeszcze wątpliwości i znaków zapytania).

 

146. HaeS chwilöwo zgermänizowany: opiß wrazen 14 sierpień 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Z życia, społeczeństwo — HaeS @ 11:25 am

Jako ze siedze bezczynnie w Niemczech, obijajac sie okrutnie, postanowilem, korzystajac z dobrodziejstw dostepnego mi internetu i na przekor (jakze dobijajacej) niemieckiej klawiatury, postanowilem opisac nieco wrazenia z mojego pobytu tutaj. Pobyt jest czysto wypoczynkowy, nie pracuje tutaj, siedze u siostry. Moja znajomosc Niemieckiego organicza sie do slow “ja”, “nein”, “bitte”, “danke” i wyrazenia “o scheiße!”. No, troche przesadzam, bo z kazdym sie dogadam, troche po niemiecku, troche na migi, czasem po angielsku. Dnie spedzam czytajac wziete ze soba ksiazki, lazac po miescie (i korzystajac z jego rozlicznych atrakcji) albo siedzac przed kompem.

 W niniejszym poscie skupie sie na drobnych badz wiekszych roznicach natury ekonomicznej, spolecznej no i mentalnej, jakie udalo mi sie wyhaczyc podczas pobytu. No to co? Zaczynamy!

INTERNET

Siostra posiada lacze telefoniczne z internetem 6 Mbps oraz nieogarniczona iloscia darmowych rozmow lokalnych oraz na numery stacjonarne w Polsce – i to wszystko za 35 Euro na miesiac, czyli ca. 115 PLN. Ja w Polsce place 99 PLN – 43 PLN za to ze telefon wisi oraz 56 za internet 1 Mbps. Zostawimy moze to bez komentarza.

Niemiecka klawiatura mnie dobija. Malo ze pozamieniane sa przecinki i kropki, zety i igreki, upelnie pomieszane cudzyslowia, nawiasy, pytajniki i slashe, to jeszcze nijak nie moge uzyskac polskich liter. Ale i tak korzystam intensywnie, pilnie sledzac dokonania olimpijczykow z Togo i Tonga i podziwiajac ich niezwykle osiagnienia medalowe, w ktorych wyprzedzili nawet cywilizowany (podobno) srodkowoeuropejski 40-milionowy narod.

MÄDCHEN

Niniejszym oficjalnie OBALAM MIT O BRZYDOCIE NIEMEK. Wystarczy wyjsc na ruchliwa ulice i rozejrzec sie dookola, aby stwierdzic, ze germanskim niewiastom niczego nie brakuje i bywaja rownie urodziwe jak tak wychwalane wnieboglosy Polki. Fakt, ze sporo spodrod tych co urodziwszych panien ma nieco ciemniejsza skore (jak to na zgermizowane Turki przystalo) albo tez mowi z wyraznie wschodnim akcentem, albo nawet i po polsku czy rosyjsku. Ale takze i te rodowite Niemki nierzadko sa urodne, chociaz sporo wsrod nich tez i sterotypowych kolubryn z wyrazna nadwaga i niezbyt interesujaca facjata. Fakt faktem jednak, opowiesci o tym jak trudno w Niemczech wypatrzec ladna dziewczyne sa znacznie przesadzone. Nawet panie 40-i 50letnie (biorac oczywiscie poprawke na wiek), czesto zadbane i dbajace o zdrowy styl zycia, wygladaja dosc atrakcyjnie i nierzadko zdecydowanie wygrywaja konkurencje z polskimi kolezankami w swojej kategorii wiekowej.

Odnosnie urody warto jeszcze wspomniec tyle, ze drazniace u niemieckich przedstawicielek plci pieknej moze wydawac sie naduzywanie srodkow upiekszajacych, zbyt czeste korzystanie z solarium, dzika pogon za moda oraz wrazenie chlodu i niedostepnosci. co sprawia ze o ile w kategorii “uroda” mamy remis (z malym wskazaniem na Polki), to jednak niemieckie dziewczyny odpadaja w przedbiegach jezeli chodzi o naturalnosc, wzdziek i urok osobisty.

POLACY

Niemcy wydluzajac maksymalnie okres przejsciowy odnosnie przyjmowania polskich pracownikow swietnie wiedzieli co robia i unikneli masowego naplywu przedstawicieli naszej narodowosci do swojego panstwa, czego doswiadczyly kraje wyspiarskie.

Ale Polacy i tak sa tu wdzedzie. W sklepie dosc latwo spotkac polska sprzedawczynie, a w marketach czy autobusie mozemy liczyc sie z tym, ze zamiast wszechobecnego szprechania uslyszymy najczystsza polszczyzne. W Wiesbaden Polacy stanowia trzecia pod wzgledem liczebnosci grupe mieszkancow – zaraz po Niemcach i Turkach. Sporo mozna tez spotkac Rosjan, “Jugoli” czy tez Nigeryjczykow. Skad sie wzieli ci ostatni - nie mam pojecia, ale naprawde jest ich dosc duzo.

Ludzie poszczegolnych narodowosci maja wyrazna tendencje do tworzenia wlasnych grupek. Polacy dla przykladu maja glownie przyjaciol Polakow, z nimi sie spotykaja, ich zapraszaja na imieniny czy kawe, z nimi sie przyjaznia. Istnieja nawet polskie dyskoteki. Bardzo rzadko zdarza sie tez, aby Polak ozenil sie z Niemka (badz Niemka wyszla za Polaka). Polacy tworza zatem jakby wlasne, dosc hermetyczne spoleczestwo, ale wszak tak samo robia tutaj wspomniani Rosjanie, Turcy czy Jugole. No i Niemcy tez za bardzo nie chca integrowac sie z cudzoziemcami.

Zjawisko to jest wyraznie mniejsze w przypadku Polakow z drugiego czy trzeciego pokolenia – ci urodzeni w Niemczech (badz chociaz mieszkajacy tu prawie od urodzenia) maja przyjaciol Niemcow, a nawet tworza zwiazki mesko-damskie. Ale tez gwoli scislosci przyznac trzeba, ze sa mocno zgermanizowani – po polsku mowia bardzo slabo, nigdy tez w Polsce nie byli (albo rzadko i niewiele widzieli) i w ogole o naszym kraju raczej niewiele maja pojecia.

ZAKUPY

Niemcy kochaja supermarkety. Pomijam juz to, ze na kazdej wiekszej ulicy jest spory sklep samoobslugowy (wielkosci malej biedronki) i ze sklepy z gatunku “prosze podac mi…” wyginely tam szczesliwie zupelnie, a formula ta funkcjonuje juz tylko u jubilera, w aptekach i w piekarniach. Ale supermarkety sa wszedzie i ze wszystkim. Liczne markety budowlane czy elektroniczne to codziennosc takze dla Polakow, ale co powiecie na market z… zabawkami? Gigantyczny sklep, ciagnace sie w nieskonczonosc liczne rzedy polek, a na kazdej samochody, lalki, figurki Power Rangers, puzzle i gry komputerowe. W samym centrum miasta jest tez najwieksza ksiegarnia jaka dane mi bylo widziec – monumentalny, dwupietrowy raj intelektualny dla takich zboczencow jak ja. Mozna, podobnie jak w naszych Empikach, usiasc i poczytac, ale mozna czytac lezac na jednej ze specjalnie do tego celu przygotowanych bardzo wygodnych kozetek. Normalnie zyc i nie umierac. Zalowac tylko, ze wszystko po niemiecku. Ale i tak zaopatrzylem sie w zpingwiniona wersje “1984″ Orwella (in inglisz oczywiscie).

Osobliwa rzecza w porownaniu z polska rzeczywistoscia jest tez i to, ze wiele towarow z marketow wystawionych jest po prostu na polkach przed drzwiami – mozna (teoretycznie) wziac i sobie pojsc bez zaplaty. Jako jednak ze praktyka tworzenia takich wystaw jest bardzo czesta i powszechna wnioskuje, ze sprzedawcy nie odnotowuja duzych strat spowodowanych tego typu kradziezami. Po prostu – narod uczciwszy.

Ceny sa porownywalne z polskimi, niektore rzeczy duzo drozsze, inne – duzo tansze, ale calosciowo wychodzi mniej wiecej tak samo. Uwzledniajac oczywiscie drobny szczegol ze place niemieckie sa duzo, duzo wyzsze. Przy kupowaniu napojow trzeba przygotowac sie na dodatkowy wydatek - aby chronic srodowisko naturalne, Niemcy sie wycwanili i biora kaucje doslownie za wszystko – za butelki szklane, plastikowe i puszki.

Ciekawe jest tez i to, ze niemal wszystkie sklepy czynne sa co najwyzej do 20 (nieliczne do 22), a w niedziele czynne sa tylko nieliczne kioski i stacje bezynowe. Zatem na jakies wielkie zakupy w ten dzien nie ma co liczyc.

ORDNUNG MUß SEIN (?)

Na pewno jest tu generalnie porzadniej niz w Polsce. Porzadniej zarowno pod wzgledem estetyki, ale takze organizacji. Wszedzie sa autostrady, ulice wygladaja lepiej, nie walaja sie nigdzie puszki od roznych napojow ani opakowania po chipsach. Na kazdym wiekszym przystanku autobusowym wisi swietlna tablica, na ktorej wyswietlone sa minuty pozostale do odjadow poszczegolnych autobusow – i autobusy faktycznie jezdza w pelni przewidywalnie. Deutsche Bahn to w ogole poezja, absolutnie i pod zadnym wzledem nieporownywalne do PKP (PKP moze konkurowac co najwyzej cenowo, ale zapewne i to niedlugo potrwa). Opowiesci o niemieckim zamilowaniu do porzadku, dokladnosci i estetyki zatem wydaja sie byc w pelni prawdziwe. 

Wiele jednak mam watpliwosci. Przy brzydocie tunelu pod dworcem w Wiesbaden kryje sie tak krytykowana poznanska kaponiera, a nawet tunel pod wrzesinskim PKP (kto Wrzesnie zna, wie o czym mowie). Brudny, odrapany, bedacy siedliskiem nastolatkow wesolo popijajacych alkohol i popalajacych liscie podejrzanych roslin, pobazgrany, popisany i w ogole zapaskudzony niesamowicie – tak mocno, ze wiekszosc ludzi woli jednak isc gora przez pasy. Pamietam tez swoje wrazenia z pobytu w toalecie w Realu – popisane sciany, dwie puszki od piwa na spluczce, urwana deska klozetowa i jakas oswiniona butelka z mydlem w plynie, z ktorej probowalem wycisnac ostatnie soki – az chce sie krzyknac “nasi tu byli!”.

POSLOWIE

Posiedze tu jeszcze troszke. Jak bedzie mi sie chcialo, moze jeszcze posta napisze, moze nawet jakas fotencyje wrzuce. Pozdawiam wszystkich czytelnikow i zapraszam po 25 sierpnia!

 

137. A my się z Kaczyńskiego śmiejemy… 17 lipiec 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Polityka, społeczeństwo — HaeS @ 12:08 pm

Kto jest najważniejszą osobą na świecie? Królowa Brytyjska.. eee, od końca II Wojny Światowej (i tym samym ery kolonializmu) już chyba nie. Papież? Autorytet tego zaczął stopniowo upadać Lutra, może Husa, a może i jeszcze wcześniej i dzisiaj jest bardziej przewodnikiem duchowym (i to tylko dla wierzących) aniżeli człowiekiem mającym cokolwiek do powiedzenia we współczesnej polityce. Więc kto? Prezydent Rosji? Sekretarz generalny ONZ? Eeee, chyba nie. Otóż, pomimo wyraźnego regresu w stosunku do dawnej potęgi, wciąż jeszcze człowiekiem, z którym trzeba się liczyć, którego trzeba się bać, trzeba szanować, ale też i warto współpracować jest prezydent USA. Mocarstwo zza oceanu chyli się stopniowo ku upadkowi, chociaż wcale nie jest powiedziane, że to przesądzone… Sprawowanie władzy nad tym państwem jest wciąż jeszcze najbardziej nobilitującym dla sprawującego go i rzec można, że kto rządzi USA, ma w garści cały świat.

Dlatego też dziw bierze człowieka, jak małą dawkę erucycji posiadją ci, którzy ten urząd obejmują. George Bush do demonów intelektu nie należał, co powszechnie wiadomo. Krąży legedna, że podczas wizyty prezydenta Brazylii w USA, kiedy obaj panowie omawiali sprawy gospodarcze, Bush spojrzał na mapę i z niekłamanym podziwem (ale i zaskoczeniem) rzekł: “Wow, Brazylia jest duża!”. To zresztą nie jedyna wpadka tego prezydenta. Teraz czeka go godny następca. W kolejce do prezydenckiego stołka czeka bowiem niejaki Joh McCain. Jeśli jeszcze o nim nic nie wiecie, to napiszę tylko trzy rzeczy: McCain uczy się obsługi komputera i wysyłania e-maili, McCain myśli, że prezydentem Niemiec jest Putin, McCain jest zaniepokojony sytuacją w Czechosłowacji. Myślę, że to wystarczy, aby wyrobić sobie opinię o tym panu. Mnie w każdym razie wystarczy, aby kibicować Barackowi Obamie w nadzei, że losy było nie było całego świata ponownie znalazły się w rękach kompletnego ignoranta. Nie zapominajmy jednak o jednej rzeczy – to naród amerykański wybiera. Ten sam naród, który cztery lata temu wolał ponownie wybrać Busha zamiast o niebo inteligentniejszego Johna Kerry.

Ale tak to już jest. USA to naród paradoksów. Kraj, w którym urzędniczka przy wypełnianiu formularza kłóci się z petentem, że nie ma takiego kraju jak Poland, jest tylko Holland. Kraj, w którym dzieciaki w szkole liczą zadania typu 4+6*3 na kalkulatorze. Kraj, w którym po ukończeniu szkoły średniej poziom wiedzy jest mniej więcej taki, jak u nas po zakończeniu pierwszej klasy gimnazjum NIe ma się co dziwić, że świetną pożywkę znaleźli w tej ciemnej masie prorocy religijni, sekty i inni wciskacze ciemnoty. Ale jednocześnie właśnie USA posiada najlepsze uniwersytety na świecie takie jak Harvard czy Yale. Najwitniejsi naukowcy i wynalazcy albo są/byli Amerykanami, albo też do Ameryki wyjechali wiedząc, że tam będą mieli pieniądze i środki techniczne na przeprowadzenie badań (jak Einstein, Tesla czy nasz Wolszczan). Wystarczy spojrzeć na listę noblistów, aby spostrzec jak wielu jest wśród nich rodaków tak wyśmiewanych Britney Spears i Paris Hilton.

Wytłumaczenie tego paradosku jest proste. Kto nie chce się uczyć – nie uczy się i pozostaje na poziomie intektualnym jamochłona. Kto jednak ma bystry umyśł i chęć jego twóczego wykorzystania – ma wszystko, czego zapragnie, aby swoje możliwości wykorzystać. Jaka to odmiana w stosunku do polskiego systemu, w którym umysły tępe są na siłę szlifowane, zaś ludzie mający coś w głowie nie mogą z różnych powodów (głównie materialnych, ale niejednokrotnie także mentalnych czy społecznych) rozwijać swojego talentu. Wygląda to tak, jakby system edukacyjny przy każdym z nas wytworzył sznurek który pilnuje, aby mniej rozgarnięci nie spadli na intelektualne dno, a ci inteligentni z kolei nie poszybowali zbyt wysoko. U Amerykanów sznurka nie ma. I to jest cała tajemnica

 

114. Murzynek Bambo w Elblągu mieszka 14 maj 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: refleksje, społeczeństwo — HaeS @ 10:10 am

Właśnie przeczytałem wstrząsający wywiad z czarnoskórym lekarzem z Elbląga. Wywiad jest tutaj, ja natomiast rzucę w tym miejscu na jego temat drobną refleksję, bo na pewno jest o czym pisać.

Problemu z murzynami, jak to nazywa się czasem czarnoskórą mniejszość społeczną (ja sam nie widzę w tym określeniu nic obraźliwego), ja sam osobiście nigdy nie miałem. Nigdy dla mnie nie istniały żadne bambusy, czarnuchy czy asfalty. Człowiek to człowiek – prawda dla mnie jest oczywista i naturalna i za każdym razem, kiedy czytam taką historię jak powyżej zaprezentowana, aż chcę wydać z siebie okrzyk zdziwienia. Jak trzeba głupim, naiwnym, ciemnym i niedouczonym, aby tej oczywistej prawdy o równości wszystkich ludzi nie widzieć? Dla mnie osobiście kolor skóry u człowieka jest mniej więcej takim samym wyznacznikiem wartości człowieka, jak jego wzrost, kształt oczu czy kolor włosów. Owszem, gdzieś tam kiedyś ktoś udowodnił, że z trzech ras ludzkich to właśnie czarna ma średnio najmniejszy mózg (czytający to rasiści – nie cieszcie się tak, nie cieszcie, bo największy z kolei mają pogardzani przez co poniektórych i nazywani “żółtkami” Azjaci), pytanie tylko – czy to ma aż takie znaczenie? Jednym tchem mogę wymienić z 10 znanych mi osób, które prawdopodobnie mózg mają mniejszy niż u przeciętnego czarnoskórego mieszkańca naszej planety. Zresztą, nawet jeśli przyjmiemy że statystyczny murzyn ma nieco niższe IQ – zaraz powstaje pytanie: I CO Z TEGO? Wielu i tak będzie powyżej polskiej normy, a nawet ci ciut mniej uzdolnieni w wyobraźnię przestrzenną czy myślenie abstrakcyjne, mają wszak wrażliwość i uczucia (czyli to, co czyni z nas ludzi) takie same, jak i my.

Co zresztą będę argumentował. Inteligentny i myślący człowiek sam z siebie wie, że przybysze z dalekiego południa są takimi ludźmi, jak i my – cieszą i smucą ich te same sprawy, czują tak samo jak i my, mają te same potrzeby emocjonalne. Głęboko wierzę w to, że mogą być takimi samymi przyjaciółmi, pracownikami czy partnerami życiowymi jak biali. Owszem, są pewne różnice – sam oryginalny wygląd zwraca uwagę (kto z nas nigdy się nie obejrzał nigdy widząc na ulicy Murzyna?), mają czasem śmieszny akcent czy głupawe (ale nieszkodliwe) zwyczaje. To ostatnie to kwestia kultury, w jakiej dorastali, a równie dziwni mogą z naszego punktu widzenia być Arabowie, Eskimosi czy Indianie z Peru. My z ich punktu widzenia też mamy dziwaczne pomysły. Wszak nasza kultura nie jest jedyną słuszną, a jedynie jedną z wielu, nie robiłbym zatem wielkiego “halo” z diety przybyszy z Mauretanii i Zimbabwe albo z ich sposobów chronienia się przed pechem.

Tu się może nieznacznie narażę, ale ja sam widzę u siebie zachowanie, które może być zinterpretowane przez niektórych jako rasistowskie. Jedyną bowiem mniejszością narodową, która mnie razi, są Cyganie – ale tylko ci nie do końca zasymilowani, którzy zamiast żyć, pracować i zarabiać jak każdy przyzwoity Polak, okradają zwykłych, szarych ludzi, w dodatku pozostając na ogół bezkarnymi. Słyszę zewsząd, że nie każdy Cygan (czy też “Rom” jak każą siebie nazywać) ma w naturze kradzież i oszustwo, jednak jest wśród nich wielu takich, którzy na powszechnie istniejący stereotyp cygana-złodzieja bardzo, ale to bardzo solidnie zapracowało. Ci, którzy to robią, charakteryzują się skrajną bezczelnością, nie przebierają w ofiarach, a do tego pozostają zupełnie bezkarni. Znam przypadki babci, której cyganka ukradła 700 zł świeżo otrzymanej emerytury czy też ludzi, którzy zostali okradzieni przez Cyganki współpracujące ze starą wróżbitką, która swoimi czarami odwracała uwagę delikwenta od bagaży. Zasada jest taka: im latwiejsza ofiara, tym lepsza. I nic mnie bardziej nie denerwuje niż istnienie takich ludzi w naszym społeczeństwie. Dlatego właśnie widząc na dworcu kolejowym grupę ludzi o charakterystycznych rysach twarzy i kolorze skóry, ubranych w typowe cygaskie stroje i idących całą watahą wokół nobliwej seniorki rodu, trzymam kurczowo swoje bagaże bliżej siebie i omijam ich szerokim łukiem, modląc się w duchu o jakieś wydarzenie na świecie, które spowoduje ich masową emigrację z naszego kraju. Chcialbym pokreślić jedną, istotną rzecz: w odróżnieniu od rasistów, którzy nienawidzą murzynów tylko za to, że są czarni, mnie osobisice w cygańskim narodzie denerwują nie ich geny, nie ich język ani kolor skóry, ale ich styl życia i ich normy społeczne, które jawnie kłócą się w wielu miejscach z polską tradycją i polskim prawem, do których to co poniektórzy Romowie szacunku nie mają żadnego, przedkładając swoje dość barbarzyńskie zwyczaje ponad nasz społeczny ład. Chociaż oczywiście bardzo daleko mi do podburzania przeciwko temu narodowi, a tym bardziej opisanych w cytowanym artykule bicia i podpalania.

A w szkolach, powinno sie od najmlodszych lat uczyc o rownosci wszystkich ludzi. Najlepsza lekcja bylaby obecnosc wsrod uczniow czarnoskorych dzieci, ale o takie w Polsce trudno, poza tym – artykul pokazuje jak koncza sie proby asymilacji ciemnej skory z ciemna masą. Szkoda gadać.

 

88. “Dlaczego nie zdążymy na EURO 2012, a Polska nie będzie drugim Imperium Brytyjskim” czyli refleksje poirytowanego czytelnika. 3 marzec 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: refleksje, społeczeństwo — R-Chee @ 11:42 pm

Witajcie parafianie.

Całkiem niedawno w me ręcę wpadł ciekawy tekst, napisany przez jednego z moich znajomych. Ów referacik jest wyrazem sfrustrowania, będącego wynikiem opieszałości ludzi odpowiedzialnych za przygotowania do EURO 2012. Tekst był ciekawy, miejscami zabawny, ale przede wszystkim dający do myślenia. Dlatego za zgodą autora i mojego bossa Huberta S. postanowiłem zamieścić go na blogu.

Życzę miłej lekturki.

“Temat Euro 2012 jest ostatnio bardzo ważny i szeroko podejmowany w naszym kraju. Można powiedzieć, że jest wręcz modny. Na początku była wielka radość: udało nam się, mamy upragnione mistrzostwa, to wielka szansa etc. Muszę przyznać, że bardzo się z tego powodu cieszyłem (z natury jestem optymistą). Uznałem więc, że faktycznie coś może się zmienić, że wybudujemy autostrady, będziemy mieć stadiony przypominające stadiony, a nie baraki czy ruiny greckich amfiteatrów. Wierzyłem, że nasz kraj otworzy się na świat, zmienimy stereotyp i Polska nie będzie już znana z tego, że poluje się tu na mamuty i jeździ rydwanami z przyklejonym logiem Volkswagena, zapewne zdobytym podczas wyprawy wojennej jednego z naszych dzikich plemion. Mówiąc prościej i bez żartów: wierzyłem, że będzie jakiś postęp, coś się zacznie dziać. Po jakimś czasie euforia opadła. Okazało się, że słowo „autostrada” nie jest słowem używanym przez kierowców i polityków nader często i z serdecznym, pełnym satysfakcji uśmiechem. Okazało się też, że nasze „stadiony” bardziej przypadłyby do gustu rzymskim gladiatorom niż profesjonalnym piłkarzom. Najlepszym podsumowaniem tego, co się okazało są słowa: „Houston, mamy problem”. Problem był, bo przecież nasz kraj zapalił się do pomysłu mistrzostw, nie mogliśmy okazać się gorsi np. od jakiś Włochów (kim oni w ogóle są, co oni sobie myślą, lepsi od nas? bzdura). Należało coś przedsięwziąć. Łatwo mówić, trudniej wykonać. Był jeden rząd, ale potem były wybory i kolejna euforia, nowy rząd i tego typu historie. Warto więc było wykorzystać ją póki trwała i z zapałem wymyślić plan działania.

I wymyślono. Zaczęto znów mówić o autostradach, stadionach przypominających kolejne cudy świata i standardach, których nie powstydziłoby się nawet Monaco. No może troszkę przesadzam, ale myślę, że łatwo wyczuć o co mi chodzi. Czy coś się zmieniło?

Nie. Nie śledzę z zapałem każdej budowy związanej z Euro 2012, ale śledzę wiadomości i nie słyszę jakoś informacji w stylu: „Mamy już 3 miliardy kilometrów autostrad” lub „Szwajcaria prosi nas o pomoc w rozbudowie swojej infrastruktury” czy „Stadion narodowy ukończony, wszystko zapięte na ostatni guzik”. Nie słyszę nic! Może ogłuchłem? Nie, nie sądzę. Odpowiedź jest prosta: mało się dzieje.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Nie jestem przecież zapalonym kibicem, temat nie jest najbliższy mojemu sercu. Piszę, ponieważ obserwując pewne zdarzenie, doznałem natchnienia, by opisać część swoich przemyśleń.

Rzecz zdarzyła się w Sosnowcu, kilka dni temu. Czekałem sobie na autobus do Katowic, na przystanku przy ulicy Orlej. Każdy student (i nie tylko student) filologii wie, że niedaleko tego przystanku jest coś bardzo ważnego i coś, z czym każdy wiąże duże nadzieje. A mianowicie (fanfary) nowy gmach wydziału filologicznego. Cudo, na które każdy czeka już bardzo długo. Sama inicjatywa budowy znana jest już od dawna, ale dopiero niedawno Rada Plemienna Sosnowca (czy ktokolwiek tam urzęduje) zadecydowała, że „w sumie” ta budowla mogłaby powstać. I powstaje, w tempie całkiem interesującym, aż miło popatrzeć. Ale może mogłoby być szybciej? Czy może ja jestem niewdzięcznym studencikiem, który by tylko narzekał? Powód jest inny. Stojąc na przystanku widziałem, że co jakiś czas od strony owej budowy szło spokojnie kilku robotników, pojedynczo lub parami. Szli kupić sobie śniadanie. Rozumiem to świetnie, ale zastanawia mnie, po co ta dezorganizacja? Przecież i tak każda drużyna robotników musi dziennie wypalić 150 papierosów, zapewniając w ten sposób 40 % całościowego dochodu British American Tobacco. Czy nie można wysłać jednego człowieka, który by zaopatrzył swoich pracowników w potrzebne rzeczy (jedzenie, napoje itp.)? Czy nie można zorganizować tego sprawniej? W ten sposób na budowie praca przebiegałaby harmonijnie, wszyscy mieliby przerwę w jednym czasie, a nie jakiś indywidualny tok pracy, zależny od upodobań, poważania na budowie czy ciśnienia atmosferycznego w Burkina Faso. Właśnie w tym sęk. W tej dysharmonii i braku organizacji. To mnie zdziwiło i natchnęło. Jak możemy wybudować autostrady i stadiony, skoro nie mamy potrzebnej organizacji, a każdy chce robić coś po swojemu? W ten sposób całą logistykę szlag trafia, czego skutkiem jest chaos i bałagan. Wszystko po kawałeczku, zamiast raz, a dobrze. Czy Imperium Brytyjskie byłoby Imperium Brytyjskim, gdyby wysyłano co 2 dni statek, który dostarczałby jeden listek herbaty z Indii? Czy wieża Eiffela powstałaby szybko jakby przyjęto plan, że co tydzień jeden mieszkaniec Paryża odda zardzewiały widelec, by można było go przetopić na element do wieży? Nic by nie powstało, ani Imperium ani symbol Paryża. Dlaczego? Bo takie działanie, które opisałem powyżej jest BEZSENSU. Dlatego właśnie zacząłem wątpić w to, że zdążymy na Euro 2012. Jeśli dalej będzie nam brakowało organizacji, to będzie wielka klapa. Najgorsze jest to, że mimo tego, że każdy widzi jak jest, nikt nie przyzna, że możemy nie zdążyć. Dlaczego? Bo kieruje nami buta, jakaś irracjonalna duma narodowa, która każe nam udawać krezusów i trzymać „fason”. Niestety prawda bywa okrutna, ale jej nikt nie chce wyjawić, bo to by oznaczało zaprzeczenie samemu sobie, a tego nie moglibyśmy sobie wybaczyć, nieprawdaż? Cóż, pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że to ulegnie w końcu zmianie i będziemy mieć standardy europejskie. Że nabierzemy do siebie dystansu i zaczniemy działać, z rozsądkiem. Tego chciałbym życzyć wszystkim.”

Tekst: Klusek

Edycja: R-Chee

 

Jestem ciekaw, czy zgadzacie się z tą pesymistyczną wizją.

Pozdrawiam

 

84. Witamy na HaeS :D 25 luty 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: rozrywka, społeczeństwo — R-Chee @ 1:11 am

Zajrzałem dziś do statystyk bloga. Niby nic ciekawego, ale…
Sprawdziłem chyba po raz pierwszy co ludzie wpisują w googlach i innych przeglądarkach, by w końcu dostać się przypadkiem tu, na HaeSa. No i się naśmiałem nieźle.
Przypomniałem sobie wtedy, jak to pewien bloger wyszukiwał takich tekstów w sieci. Ów blogerem był Mierzwiak znany także jako GNIOT. Nie muszę dodawać, że byliśmy z Hubertem swego czasu jego wielkimi fanami (Mierzwiak wróć!!!). Okazuje się, że nie trzeba daleko szukać, bo takie zabawne tekściki można znaleźć pod samym nosem.
Zebrałem więc najciekawsze frazy wpisywane z wyszukiwarek i wzbogaciłem je o własne komentarze, jak to robił swego czasu GNIOT. Jeśli się wam spodoba i Hubert nie będzie narzekał, to można to co jakiś czas powtórzyć. A teraz miłej zabawy:

Wszystkie teksty zostały spisane w oryginale i pochodzą z ostatniego tygodnia. W żaden sposób nie ingerowałem w ich treść.

recenzja z serialu na wspolnej
- LITOŚCI!

człowiek z opisanymi drganiami
- Dryg Dryg Dryg…

penis konia
- Tego to u nas nie znajdziecie. Chyba, że HaeS coś przede mną ukrywa :D

aforyzmy uszkodzenie mózgu
- Nie słyszałem, że potrafią być aż tak niebezpieczne.

litery do 4 serii lost
- L O S T

magicy zdradzają muszki magiczne
- Muszki zdradzane? Z kim? Z krawatami?

nic na marsie nie ma
Jak to nie? Skały, piach, a nawet atmosfera.

o dupie
- Mamy gdzieś o tym? Muszę przejrzeć bloga.

najlepszym kaznodzieja jest zelazny pret
- Niby nic śmiesznego, ale po co ktoś to wpisywał w google?

niea dzwieku przy uruchamianiu systemu
- Houston, mamy problem.

czy można na kompie ogladac tvp2
- Pewnie tak. Ale pytanie po co? Mało ci telewizji publicznej w telewizorze?

ile odcinków 3 sezonu prison break jets
- Pewen jets ich z odcinków 13.

projekt monstre angielska nazwa
- Monstre? To chyba po hiszpańsku…

leon xiii słyszał szatana
- A Kaczyński widział układ.

jaki znak zodiaku ma edyta herbuś
- Sprawdź na Naszej Klasie.

najgłupsze
- Hmmm. Może i nie jesteśmy jakimiś guru intelektualnymi, ale chyba nasze teksty nie zasłużyły sobie na takie miano.

Hubert. Co złego to nie ja. Nie musisz rzucać we mnie rzodkiewkami.

 

81. 14 lutego czyli dzień… 14 luty 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Z życia, refleksje, społeczeństwo — R-Chee @ 10:51 pm

Tak się z Hubertem zastanawialiśmy czy by jakieś notki dotyczącej Walentynek nie zamieścić. Dodam, że myśleliśmy o tym niezależnie, ale nikt nie wpadł na pomysł o czym by tu napisać. Że komercjalizacja, że amerykanizacja? Jak stwierdził HaeS to banały powtarzane wszędzie od lat. I ja się z tym stwierdzeniem zgadzam. Coś o Nocy Kupały? Już lepiej, ale nadal zbyt mało oryginalnie. Na szczęście w takich sytuacjach z pomocą przychodzi niezastąpiony bash.

<Baska_15> 14 luty – nasze święto misiaczkuu :*
<Kacz> Chyba Twoje
<Baska_15> Jak to?
<Kacz> 14 luty – Dzień Chorego na Padaczkę
<Baska_15> dupek
<Kacz> wikipedia rulez :P

To jest jeden z tekstów jaki znalazłem dziś na www.bash.org.pl. Z początku myślałem, że ktoś sobie jaja robi (o co nie trudno na bashu, w końcu po to powstała ów stronka), ale jak powęszyłem nieco po necie (za sugestią jednego z uczestników rozmowy na wikipedii) to się okazało, że istotnie dziś tj. 14 lutego jest Dzień Chorych na Padaczkę. Co więcej, jak się okazuje św. Walenty jest także ich patronem. A teraz zagadka. Ilu z was zdawało sobie z tego sprawę? Założę się że mniej jak 5%. Ja sam zresztą byłem zaskoczony (brata jutro wkręcę).

Dla zainteresowanych tematem, sami zobaczcie ile ważnych dni mają niepełnosprawni:
LINK

A do samych Walentynek to mam nadzieję, że się wam udały. Prawdą jest, że najbardziej na ten dzień narzekają ci, którzy nie mają go z kim spędzić. Wiem, bo sam wiele razy narzekałem. Acz w tym roku nastąpiła miła odmiana i spędziłem ów dzień w towarzystwie przesympatycznej znajomej, którą serdecznie pozdrawiam.

No więc jednak jakiś wpis na Walentynki jest.

Pzdr

 

76. Das Boot 9 luty 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film, historia, refleksje, społeczeństwo — HaeS @ 7:21 pm

das_boot_ver1.jpg

Dramat Wojenny 

Niemcy 1981 

Filmów, których akcja działa sie na łodzi podwodnej powstało już kilka. Znany powszechnie jest film “Polowanie na Czerwony Październik” a popularnością niewiele ustępuje mu “Karmazynowy Przypływ”. Nie będę kłamał ani bajerował: nie oglądałem ani jednego, ani drugiego, bo taka tematyka niezbyt mnie pociągała. Skusiłem się jednak na niemiecki “Das Boot”. Ale to nie piękna łódź podwodna majestatycznie sunąca przezmorze z wynurzoną górną częścią zachęciła mnie do obejrzenia tego filmu. Zachęciło mnie coś zupełnie innego…

Ostatnimi czasy zauważam u siebie delikatny trend polegający na zwiększonym zainteresowaniem tematyką wojenną. Jestem w trakcie oglądania “Kompanii Braci”, który to serial wyjątkowo realistycznie prezentuje wojnę, cały jej bezsens i okrucieństwo. Przy okazji odpaliłem sobie na kompie starego dobrego Commandosa. Oglądając “Kampanię” (i grając w Commandosa) miałem jednak wrażenie, że coś tu nie gra. Dobrzy amerykańscy żołnierze cały czas złych łoją Szkopów, zaś okropni Szkopowie zaś nie pozostają Jankesom dłużni. I wtedy naszła mnie taka myśl, że tam po drugiej stronie też są żołnierze. I oni też są ludźmi. Tak samo jak ich koledzy (czy to dobre słowo?) po drugiej stronie barykady boją się o swoje życie. Mają rodziców, którzy drżą o to, aby synowie powrócili cali i zdrowi do domu. Mają dość wojny, nienawidzą jej. Cierpią, kiedy ich najlepszy przyjaciel ginie od kuli wroga. Nie mogą patrzeć na otaczające ich cierpienie, ale najbardziej boli świadomość, że oni sami są przyczyną takiego samego cierpienia po stronie wroga.

W ogóle raczej nie spotykam się z poglądem, że Niemcy są ofiarami II wojny światowej. Pisząc “Niemcy” nie mam na myśli: “Państwo Niemieckie”, ale: “Obywatele Niemieccy”. A przecież trafili się tam ludzie, którzy stracili na wojnie synów. Ludzie, którzy wskutek jakichś alianckich ataków, stracili życie, zdrowie, kończynę bądź cały majątek. Ludzie, którzy stanęli przed koniecznością zmiany całego swojego życia, których spokojna, sielankowa egzystencja została przerwana przez wybuch wojny. Kiedy kogoś pytam o to, zazwyczaj słyszę “sami sobie winni”. Dlaczego się o tym mówi w ten sposób?

Dlatego też chciałem znaleźć film opowiadający o tym, co działo się “po drugiej stronie”. Film, w którym przedstawiono by losy nie bohaterskich amerykańskich żołnierzy, którzy ginęli za swoją ojczyznę, ale losy równie bohaterskich i równie odważnych, chociaż otoczonych tabu, żołnierzy niemieckich. A że jedynym niemieckim filmem wojennym, jaki miałem pod ręką był “Das Boot”, toteż właśnie “Das Boot” obejrzałem.

Widok przerażający. Zapewne fani “Karmazynowego Przypływu” i “Czerwonego Października” już co nieco o tym wiedzą, ale napiszę – w łodzi podwodnej jest ciasno jak cholera. Kilkudziesięciu ludzi upchniętych na maleńkiej powierzchni – klimat zaiste klaustrofobiczny. Dodatkowo co rusz się coś dzieje. To mamy sztorm i kołysze łodzią na lewo i prawo (swoją drogą – dlaczego nie chowali wtedy łodzi pod wodę?), to pęka jakaś śruba i przecieka woda do środka, to wybucha pożar, to ktoś wysyła w kierunku łodzi torpedę, to się znowu coś innego dzieje… miejscami sytuacja wydaje się beznadziejna i nie do opanowania. Słowem – jeden gigantyczny stres. Tak, jak to na wojnie bywa. Tyle tylko, że o ile można katapultować się z samolotu bądź uciec z okopu, z łodzi podwodnej ucieczki nie ma. Warunki życia koszmarne, ryzyko olbrzymie i w dodatku życie w ciągłym napięciu.

Jako że twórcy “Das Boot” są Niemcami, mogli sobie pozwolić sobie na pewne zagrania, które w amerykańskim filmie by nie przeszły. Kiedy załoga wysyła cztery torpedy w kierunku wrogiego okrętu, za chwilę słychać cztery uderzenia. Piąty huk oznacza pęknięcie kadłubu. Wszyscy stoją w ciszy i nasłuchują. Cisza, konsternacja, jakby smutek i żal. Załoga znakomicie zdaje sobie sprawę, co się tam dzieje. Podobnie jest kiedy załoga “dobija” zniszczony okręt i okazuje się, że na nim są jeszcze ludzie. Płonący wskakują do wody, błagając o pomoc. Jeden z załogantów płacze, a kapitan z wyraźnie ciężkim sercem wycofuje łódź z miejsca zdarzenia. I potem znów cisza wśród załogi. Nikt nie wie co powiedzieć… Jak pisałem, Niemcy mogli sobie na taki film pozwolić. Wyobraźcie sobie gdyby coś takiego było w filmie Amerykańskim. Jaki krzyk, jaki lament. “Dlaczego płaczą po Niemcach?”, “Żałują tych zbrodniarzy?”, “Dobrze im tak!”.

W filmie prawie w ogóle nie ma swastyki. Jedna pojawia się gdzieś tam pod koniec na banderze któregoś okrętu, ale nie powiewa, tylko wisi bezładnie, więc nawet nie widać, że to naprawdę jest swastyka. Szkoda, że reżyser nie poszedł krok dalej i nie zdecydował się na nieco więcej realizmu. Widocznie uznał, że lud nie jest przygotowany do takiego widoku i dla wielu osób byłaby to zniewaga, bądź obraza. W 1981 rany po II Wojnie Światowej wciąż były jeszcze otwarte. Ja sam jestem poglądu, że II Wojna Światowa tak naprawdę zakończyła się w 1989 wraz z upadkiem komunizmu, żelaznej kurtyny i Muru Berlińskiego. Do dzisiaj jeszcze wielu na dźwięk słowa “Niemiec” ma jednoznaczne skojarzenia. Pokazanie prawdy, że żołnierze ze swastykami na rękawach to zwykli ludzie, wśród których nie każdy identyfikuje się z poglądami Hitlera, a jedynie wykonuje rozkazy – nie zawsze z uśmiechem na twarzy, czasem z wątpliwościami, a czasem w wyraźnym wewnętrznym oporem to jednak ryzykowna misja i nawet w niemieckim filmie zdecydowano się tego nie pokazywać. A szkoda.

Słówko o zakończeniu (w tym akapicie spoiler dla tych, co nie oglądali!). Dośc niespodziewane. Smutne, tragiczne, wymowne. Wszystko pada, wszystko umiera, wszystko się kończy. Nagle i niespodziewanie. I mi jest osobiście żal tej łodzi, żal tych ludzi, żal kapitana, który tyle z tą łodzią przeżył… Jeszcze raz człowiek pyta – PO CO TO WSZYSTKO? Dlaczego tylu ludzi musiało w czasie wojny zginąć, tylu cierpieć, tylu zostać okaleczonych, tylu zostały zniszczone perspektywy życiowe… Znakomicie ukazana antywojenna wymowa filmu – Petersen nie wypowiada się tutaj ani przeciwko Hitlerowi, ani przeciwko aliantom. Wypowiada się przeciwko wojnie i pokazuje, że cierpienie i straty nie były tylko udziałem aliantów.

Jeszcze kwestie techniczne. Miałem dość słabą kopię, ale widok łodzi podwodnej wynurzającej się spod wody robi niesamowite wrażenie i można się w nim zakochać równie mocno, jak co poniektórzy kochają dwupłatowce wznoszące się w powietrze bądź czołgi wynurzające się zza wniesienia. Drugą rzeczą, którą uwielbiam w łodziach podwodnych jest piękny, delikatny dźwięk wydawany przez sonar. Podobno są maniacy, którzy nagrali sobie wdech i wydech Lorda Vadera na płytę i słuchają tego przez 70 minut. Mam wrażenie, że ja mógłbym tak słuchać sonaru. No i nie sposób wspomnieć o fenomenalnej muzyce do filmu wraz z głównym utworem – tak tajemniczym i mrocznym, że można nim straszyć dzieci.

Film długi – 208 minut (sic!) i musiałem rozłożyć sobie go na dwie raty – jestem co prawda przyzwyczajony do maratonów, ale serialowych. Film zawsze wymaga większego skupienia. 208 minut to na pewno długo, ale dla tych, którzy kochają takie klimaty Petersen przygotował prawdziwy rarytas – trwającą 293 (czyli 4 godziny i 53 minuty) wersję reżyserską. Nic, tylko oglądać… Ja chyba jednak się za to nie wezmę zbyt szybko.

No i na koniec słówko wyjaśnienia – mam nadzieję, że z samej recenzji wynika to jasno i wyraźnie, jeżeli jednak ktoś ma wątpliwości oznajmiam, że absolutnie nie zgadzam się z poglądami Adolfa Hitlera ani metodami przez niego stosowanymi. Zwracam jedynie uwagę na to, że często zwracamy uwagę na zbiorowość (“ci źli okropni Niemcy, co rozpętali II Wojnę Światową”) zupełnie gubiąc gdzieś w naszym toku myślenia jednostki – ludzi. Takich jak my, którzy mieli nieszczęście urodzić się w I połowie XX wieku w Niemczech. Którzy trafili na epokę rządów Hitlera. Zaraz pewnie usłyszę, że to naród niemiecki wybrał Hitlera. Pomijając kwestię manipulacji narodem, zwróćmy uwagę na to (jak zawsze w polityce) Hitler miał swoich entuzjastów, umiarkowanych zwolenników, sceptyków i przeciwników. W trakcie wojny ucierpieli wszyscy.

 

71. Dlaczego nie oglądam telewizji? 6 luty 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: TV, społeczeństwo — HaeS @ 10:07 am

Telewizji nie oglądam. Prawie w ogóle. Niektórzy reagują z jawnym zdziwieniem, inni wykonują wirtualny (tzn. niewidoczny dla mnie) gest polegający na puknięciu się w czoło, inni zaczynają powoli robić to, co i ja. Wszystkich wkurza to samo:

1. Czekanie
Aby dostać kolejny odcinek ulubionego serialu, muszę czekać aż TV go kupi. Czekać oczywiście mogę miesiącami (albo i latami) od amerykańskiej premiery.

2. Dostępność
Ulubiony serial/film muszę obejrzeć w dokładnie określonym dniu o dokładnie określonej porze. Jezeli danego dnia o danej porze idę do pracy/zapomnę obejrzeć/jestem zmęczony/mam inną ważną sprawę, to jestem udupiony. Szczególnie jak film leci w nocy ze środy na czwartek około północy.

3. Reklamy
Jak są – niedobrze. Wkurzają, trzeba czekać, film dwugodzinny trwa co najmniej trzy godziny i jeszcze oglądać mózgojebną papkę. Jak nie ma – hmmm… jak tu iść zrobić sobie herbatę albo się wykupkać i jednocześnie nie stracić ważnego wątku filmu/serialu? Nie ma to jak zrobić sobie na kompie/DVD pauzę i zrobić co trzeba

4. Ciągłość
Jak wiemy, film leci sobie i leci i leci w TV aż się nie skończy. Nie ma możliwości przerwania go i dokończenia później. A co jeśli np. w trakcie ulubionego serialu na głowę zwalą się niezapowiedziani goście (to w ogóle bardzo niekulturalne zachowanie, ale to już temat na inny art), przyjdzie listonosz albo pies pilnie sygnalizuje potrzebę wyjścia na dwór, szantażując zasraniem dywanu?

5. Lektor
Już się na ten temat wypowiadałem. Dno i żenada.

6. Sekwencyjność
Czasem tak mam – zamyślę się, zagapię albo też z innego powodu w stanie pół-koncentracji obejrzę jakiś fragment w który, jak się wydaje, było coś ważnego. Oglądając na kompie/dvd tylko sobie przewijam minutę do tyłu i już wszystko wiem. W TV – muszę niestety sam ułożyć sobie jakieś kawałki w całość.

7. Repertuar
Lecą dziesięć razy te same filmy, dziwnym trafem akurat te, które mnie najmniej interesują. Zanim przestawiłem się na tryb życia bez telewizji, latami modliłem się aby puścili w końcu w TV “Star Warsy” (w końcu puścili chyba na Polsacie), “Twin Peaks” (też puścili – w sobotę o 1:35) oraz Odyseje Kosmiczne (tych to już od dawien dawna nie było). Teraz – sram na was. Nie jestem od nikogo zależny.

8. Polityczna mózgojebność
Od czasu kiedy przestałem oglądać TV, przestałem zupełnie przejmować się tym, co mówią politycy i zacząłem najpierw myśleć sam, a potem porównywać swoje poglądy z myślami polityków. Wyszły dwa fascynujące fakty – po pierwsze, moje PRAWDZIWE poglądy są zbieżne z poglądami innych polityków niż tych, których dotychczas darzyłem sympatią. Po drugie – nawet jeśli polityk mądrze gada, to po dojściu do władzy nadal mądrze gada. I nic więcej.

9. Fenomen “Gwiazd”.
Hmmm… Coraz częściej z przerażeniem odkrywam, że w Polsce są GWIAZDY. Gwiazdą jest Gosia Andrzejewicz, gwiazdą jest Edyta Herbuś, gwiazdą jest Frytka. Jest tylko jeden zonk z tym związany. Najpierw dowiaduję się, że ktoś jest gwiazdą. Potem dowiaduję się, jak wielu fanów ma ta gwiazda. Następnie dowiaduję się, dlaczego ta gwiazda jest sławna (np. jest piosenkarką). Na sam koniec, poznaję osiągnięcia tej gwiazdy. I wtedy opadają ręce i nogi nad poziomem tego, co widzę. Zerwanie kontaktu z telewizją jest dla mnie znakomitą okazją do tego, aby jak najmniej takich “gwiazd” poznawać.

10. Programy informacyjne
Wejdźcie na dowolny internetowy serwis informacyjny. Bezpośrednio (na portalu) bądź pośrednio (na której z jego podstron) każdego dnia macie dostęp do setek informacji. Sami sobie wybieracie co was interesuje, a co nie. Wkurza was gadanie o Jakubie T.? To po prostu nie klikamy na infomacje z nim związne. Interesuje was tylko noga, a nie koszykówka czy inne podrzędne dziadostwo? No to w dziale sport klikamy na “piłka nożna” i już mamy przefiltrowane informacje. Czytamy co chcemy i ile chcemy, a dodatkowo dzięki komentarzom wiemy co sądzi o tym szary lud, a nie pan redaktor naczelny “Wiadomości”, który truje nam 5 minut dupę Jakubem T, potem 5 minut tragedią w Mirosławcu, następnie 5 minut laptopem Ziobry, a na koniec mamy 5 minut fascynującej relacji o tym, że prezydent n-ty raz obraził się na premiera. Ja każdą z tych spraw śledzę dość pobieżnie – wystarczy mi wiedzieć, że coś takiego się zdarzyło (albo nawet i taka wiedza, jak w przypadku laptopa Ziobry jest za duża) i finito.

Słowem – telewizja mówi nam:
a) CO mamy oglądać
b) KIEDY mamy oglądać
c) JAK mamy oglądać

Zero swobody. Tak więc – podziękowałem. Ograniczam się tylko do wydarzeń sportowych – meczy piłkarskich, tudzież siatkarskich (z rzadka do skoków narciarskich) i raz na ruski rok do pewnych relacji na żywo – np. to, co się działo po ataku na WTC albo też wieczory wyborcze. Telewizor brzydzi mnie tak bardzo, że aż czasem przegapiam jakieś naprawdę ciekawe rzeczy – np. 1 z 10 czy jakiś film dokumentalny/przyrodniczy. Trudno.

Dopóki nie doczekamy się medium telewizjopodobnego, za to w pełni spersonalizowanego i dostosowanego pod wymagania konkretnych widzów (w takim kierunku zmierza internet), tak długo ja telewizji mówię NIE.

 

66. 2001: Odyseja Kosmiczna (recenzja filmu + kupa przemyśleń na tematy różne, od nauki po politykę) 19 styczeń 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film, Nauka, społeczeństwo — HaeS @ 11:10 am

W 1957 roku Rosjanie wysłali w orbitę okołoziemską pierwszego sztucznego satelitę. W 1959 roku – już mieli fotografie ciemnej strony księżyca. Już w 1961 w kosmos wysłano Gagarina. Króko po tym John Kennedy zdeklarował się, że do końca lat 60-tych człowiek wyląduje na Księżycu. W 1966 Rosjanom udało się wysłać na powierzchnię srebrnego globu Wostoka – co prawda bezzałogowego, ale jednak. A już w trzy lata później, w 1969 Edvin Aldrin miał zatknąć amerykańską flagę na księżycu.

Pierwsze lata podboju kosmosu miały błyskawiczne tempo. Lata 60-te to właśnie najbardziej intensywny okres dla ery kosmicznej. W drugiej połowie lat 60-tych wiadomo było, że już za chwilę człowiek wyląduje na księżycu. A potem będzie Mars, będą bazy księżycowe, a na początku XXI wieku ludzie zaczną latać w kierunku księżyców Jowisza. Tak właśnie myśleli Kubrick z Clarkiem, kiedy tworzyli “Odyseję Kosmiczną”. Twórcy Star Treka (który powstał w podobnym czasie) poszli jeszcze dalej. Już w XXIII wieku ludzie mieli podróżować między gwiazdami, kolonizować inne systemy gwiezdne, teleportować się i współżyć z innymi cywilizacjami.

Wizja, nie powiem, całkiem rozsądna. Inna sprawa, że znacząco wyhamowano z ideą podboju kosmosu. Bazę kosmiczną mamy, ale tylko jedną (Alfę, wcześniej była baza Mir) i to nie na księżycu, ale gdzieś tam na orbicie. W kosmicznej pustce wisi sobie teleskop Hubble’a oraz setki sztucznych satelitów. Na Księżycu od trzydziestu lat nikogo nie było (i póki co nikomu tam się nie spieszy). Nawet załogowa podróż na Marsa wciąż stoi jeszcze pod znakiem zapytania, zaś księżyce gazowych olbrzymów jeszcze ze 100 lat (a może i dłużej) oglądać będziemy tylko przez teleskopy bądź ze zdjęć wysłanych przez automatyczne sondy.

No, ale taka wtedy była wizja i nie ma się co dziwić. Któż mógł przewidzieć, że wszystko tak wyhamuje? Janusz Korwin-Mikke zaraz pewnie by wyskoczył ze swoją teorią o konkurencji. I całkiem mądrą, nie powiem. Dopóki w kosmicznym wyścigu liczyli się Sowieci i Amerykanie, szli łeb w łeb. Później, po wylądowaniu na Księżycu, Sowieci jakby ucichli, chociaż ich dziełem była wszak stacja kosmiczna Mir. Być może w latach 70tych nie było jeszcze warunków technicznych, zaś od lat 80-tych ZSRR (a później Rosja) pogrążony był w głębokim kryzysie ekonomiczno-politycznym. Ale gdyby przy dzisiejszej technologii wciąż były dwie liczące się siły walczące np. o możliwość kolonizacji Marsa, pierwszy człowiek na Marsie stanąłby 10-20 lat temu, a dzisiaj stałaby tam już jakaś prymitywna baza (albo i dwie), sukcesywnie rozbudowywana. No, ale jest jak jest. Wspólnym wysiłkiem (chociaż głównie amerykańskim), powoli i mozolnie wybudowano stację kosmiczną Alfa. A za 30 lat, jak dobrze pójdzie, pierwszy człowiek stanie na Marsie. Proces zasiedlania Marsa nie zacznie się nigdy albo też za kilkaset lat.

Kultowy film Stanleya Kubricka powstał w 1968, czyli niemal w epicentrum złotej ery podboju kosmosu. Jak wspomniałem, reprezentuje całkiem logiczną jak na owe czasy wizję rozwoju lotów kosmicznych – w 2001 roku odbywa się pierwszy załogowy lot w kierunku Jowisza.

W filmie przewijają się dwa wątki. Pierwszy dotyczy tajemniczego monolitu w kształcie ogromnego, idealnie czarnego prostopadłościanu, prawodobnie będącego urządzeniem wytworzonym przez pozaziemską cywilizację. a raczej całej ich serii – jeden wylądował na Ziemii w czasach, kiedy ludzie wyglądali z grubsza jak goryle, drugi od kilku milionów lat znajduje się na Księżycu, a trzeci – w okolicach Jowisza. Czym jest ów monolit? Nie wiemy, ale wygląda na to, że czymś, co zdeterminowało fakt, że z małpoluda powstal myślący, świadomy człowiek. Czymś, co przyspieszyło naszą ewolucję Ale tak naprawdę to to pytanie musimy doczekać do końca filmu, aczkolwiek odpowiedź nie do końca mnie zadowala. Przyznać muszę, że jak na końcówkę tego filmu, to ja jestem zwyczajnie za głupi. Wolę jednak, kiedy coś jest wyłożone kawa na ławę.

Drugi wątek to zbuntowany komputer. HAL, główny komputer pokładowy na pokładzie statku Discovery, superinteligentny, świadomy i w pełni kontrolujący statek, doznaje jakby choroby psychicznej. Nie działa jak powinien, buntuje się i zaczyna zwalczać własną załogę. Wątek ten daje nam dwie kwestie do przemyślenia: pierwszą z nich odwieczne pytanie o to, czy byt będący sztuczną inteligencją naprawdę ma prawdziwe uczucia takie jak strach czy nienawiść; drugą – czy powierzanie komputerowi, choćby nie wiem jak doskonałemu, swojego życia i uzależnienie się od niego, jest dobrym pomysłem?

Film wyjąkowy z kilku względów. Niewiele w nim jest dialogów, za to sporo dłużyzn. Szczytem bezczelności ze strony Cubrica wydaje się moment, w którym w środku filmu przez ok. 3 minuty patrzymy się w czarny ekran i słuchamy muzyki. Sporo w ogóle jest scen, w których NIC się nie dzieje, a jedynie oglądamy jakąś mało wymowną scenkę (np. statek kosmiczny szybujący w przestrzeni) z urzekającą muzyką. Kiedy ogląda się film za pierwszym razem, sceny takie robią wrażenie i budują klimat. Obawiam się jednak, że za drugim, trzecim, piątym i dziesiątym obejrzeniem, wkurzałyby nieludzko i dlatego póki co do tego filmu nie powrócę.

Inną rzeczą wyrózniającą ten film z nawału innych produkcji SF, jest to, że to, że odyseja punkt ciężkości ma zdecydowanie bardziej po stronie “science” niż “fiction”. Wspomniałem już o bardzo prawdopodnej – jak na tamte czasy – wizji przyszłości. Ale oprócz tego, “2001: Odyseja Kosmincza” to jedyny znany mi film, w którym brak jest dźwięku w kosmosie, w którym widzimy i że w kosmosie jest coś takiego jak stan nieważkości (ach, te magnetyczne buty!). Jeżeli dodać do tego jeszcze to, że kosmonauta w kombinezonie słyszy swój oddech i bicie serca – tworzy się niesamowity, realistyczny i klimatyczny miks, którego próżno szukać gdziekolwiek indziej (no, może w filmie “2010: The year we make contact”).

Troszkę o wadach. Jak rzekłem, dłużyzny mnie nie rażą, razi mnie to niejasne zakończenie (zapewne nie tylko ja, ale 99% ludności jest na nie za głupie) oraz efekty specjalne. O ile przy starym “Star Treku” troszkę denerwują, to w przypadku odysei wręcz odpychają. Sztuczność czuć na kilometr. Bez dwóch zdań ktoś mógłby zrobić ’special edition’ tego filmu i zrobić efekty specjalne (szczególnie te z końcówki filmu) od nowa, tudzież podmienić to, co widzimy na ekranach monitorów, bo mi wszystko jakoś komputerami 8-bitowymi zalatuje.

Mimo wszystko – bardzo inteligentny kawałek klasyki, lektura obowiązkowa dla każdego!

 

64. Sprawa Jakuba T. 16 styczeń 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: społeczeństwo — HaeS @ 5:46 pm

Trąbą o nim w radiu. Jest w gazetach, czasem nawet na pierwszej stronie. Na każdym portalu internetowym jest chociaż wzmianka. Gdybym oglądał telewizję, pewnie zapewne nawet zza szklanego ekranu prześladowało mnie to nazwisko. Jest po prostu wszędzie. Któż to zasłużył sobie na taką sławę?

Odpowiedź brzmi: Niejaki Jakub T. Od pewnego czasu jesteśmy wręcz bombardowni kolejnymi informacjami o Polaku, który pół roku temu zgwałcił Angielkę. Media emocjonują się tym procesem, wymuszając niejako tym samym zainteresowanie “ciemnego ludu” tą sprawą. Zainteresowanie sprawą jest tak duże, że powstała nawet specjalna strona:

http://www.dlaczegojakub.com/

Staram się na różne sprawy spoglądać czasem z dystansu. I jak dla mnie, cała ta afera to klasyczny przykład nieproporcjonalnego nagłośnienia sprawy w stosunku do jej wagi. Gwałtów zdarzało się już wiele i w Polsce, i w Anglii. Nie mam statystyk, ale zapewne rocznie liczy się to w tysiącach, jeśli nie dziesiątkach tysięcy. Pytam więc: co jest aż tak wyjątkowego w tej sprawie, że tak bardzo się ją wysuwa na pierwszy plan we wszystkich środkach masowego przekazu? No co? Jakub T. nie jest wielką postacią, przed całą sprawą nie był sławny. Zgwałcona Angielka – też nie jest żadnym VIPem bądź celebrity. Było co prawda próba zabójstwa, ale nieudana. Zresztą, gwałtów z próbą zabójstwa też pewnie jest sporo. Tak naprawdę nie było właściwie NICZEGO, co wyróżniałoby tę sprawę spośród natłoku innych tego typu spraw.

Dlatego też trucie dupy mi, mojej rodzinie, moim sąsiadom, kolegom i koleżankom z pracy przez TVP, Polsat, TVN, Onet, Wp, Gazete.pl, RMF FM, Radio ZET, PR1, PR3, Gazete Wyborcza, Dziennik Polska, Rzeczpospolita i dziesiatki innych zbiorowisk dziennikarzyn jest zupełnie bezpodstawne. Nie pochwalam rzecz jasna Jakuba T (o ile rzeczywiście jest winny, niech sąd wymierzy mu stosowną karę i nie będę ani troszkę protestował), ale jego sprawa mi totalnie wisi. gdybym miał żyć jakąkolwiek tego typu sprawą, to najwyżej taką, w której ofiarę bądź sprawcę znam osobiście; co robił jakiś tam Jakub T. robił pół roku temu mnie nie interesuje, chyba że byłoby to coś naprawdę grubego (zabójstwo ważnej postaci, wielokrotny zbiorowy mord, wysadzenie Tower Bridge z setką samochodów na moście). Gwałt jak gwałt, nie przesadzajmy i nie popadajmy w paranoję. Nawet o większości zabójstw nie nadaje się tyle, co o tej sprawie. Gdyby innym gwałtom, równorzędnymi pod względem szkód moralnych, przejmowano się tyle samo, co tą sprawą, to TVN24 nie starczyłoby czasu antenowego i musiałoby uruchomić z 20 dodatkowych kanałów.

Dlaczego więc ta sprawa jest wyróżniona z natłoku innych? Chyba jedynym wyznacznikiem tego, że ten gwałt jest ważny, a inne nie jest to, że dokonał go Polak, a jest sądzony w Anglii. Dla mnie to fakt bez najmniejszego znaczenia, ale widocznie dla tych, którzy sterują ciemnym ludem, jakieś tam znaczenie ma.

I znów się odechciewa korzystać z jakichkolwiek serwisów informacyjnych. Co będzie następne? Polak, który przeleciał 15-latkę w Niemczech? Polak, który przejechał staruszkę na pasach w Wenezueli? Polak, który zakładał spirale antykoncepcyjne w Watykanie? Polak, który krzyknął “pierdolić czarnuchów!” w centrum stolicy Zimbabwe? Niech dziennikarze zajmą się sprawami, które naprawdę nas dotyczą. Nas wszystkich, a nie jednego Jakuba T. i zgwałconej kobiety. Bo poza nimi dwoma niewiele jest osób na świecie, których ta sprawa powinna interesować.

 

59. Życzenia Noworoczne 1 styczeń 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Z życia, rozrywka, społeczeństwo — HaeS @ 7:56 pm

Z okazji Nowego Roku wszystkiego NAJ (no, moze poza najgorszym) zyczy wam HaeS. Jako “prezent” noworoczny rzucam ruską piosenkę noworoczną. Co prawda stare to jak świat, ale może ktoś jezscze nie widzial. Piosenka moze i smieszna, teledysk fatalny, a chlopaki wygladaja jak pedałki, ale mimo wszystko wpada w ucho i jest tak niesamowicie sympatyczne, ze po prostu nie mogłem sie powstrzymac. Enjoy!

 

48. Piractwo… 1 grudzień 2007 (sobota)

Zaszufladkowany do: Internet, społeczeństwo — HaeS @ 12:36 pm

O piractwie wiele zostało powiedziane, wiele jeszcze pewnie się powie. Nie będę w tej chwili znęcał się nad ZAiKSem i ZASPem, Pawłem Kukizem i Kazikiem Staszewskim za te wszystkie ewidentne bzdury, które tak namiętnie plotą o ściąganiu MP3 z internetu i napisach do filmów (chociaż można byłoby sporo napisać, oj sporo), zajmę się czymś zupełnie innym, a mianowicie faktem płacenia ZAiKSowi a to, że słucha się utworu w radiu np. w taksówce bądź u fryzjera.

Tworzy bowiem się pewien paradoks: radio płaci już stosownym organizacjom za możliwość odtwarzania utworów i pieniądze z tego idą do artystów; dlaczego więc osoby słuchające tego radia mają płacić po raz drugi za to samo? Zrozumiałe (chociaż wciąż jeszcze kontrowersyjne) byłoby jeszcze gdyby z faktu puszczania muzyki z radia dana organizacja czerpała bezpośrednie zyski, ale tak naprawdę to nikt nie wchodzi do fryzjera, baru mlecznego czy taksówki po to, aby słuchać muzyki. Nawet jeśli wiem, że znajomy fryzjer słucha wciąż takiego np. RMI (które wkurwia mnie niemiłosiernie), ale zadowolony jestem z poziomu jego usług, to idę niego ze świadomością, że przez najbliższe piętnaście minut będę musiał słuchać walizłomów notorycznie w tym radiu puszczanych. Fakt że muzyka jest (bądź jej nie ma) i ewentualnie jaka jest w danym miejscu jest dla mnie kwestią trzydziestopięciorzędną przy wyborze tego, a nie innego miejsca. Dlaczego więc wspomniany już fryzjer, dentysta, właściciel sklepu monopolowego ma płacić za puszczanie muzyki z radia (jak wspomniałem, JUŻ OPŁACONEGO TYM ZŁODZIEJOM!), skoro nikt tej muzyki (poza nim samym) nie słucha i wszyscy mają generalnie to w dupie?

I jeszcze jedna uwaga dotycząca piractwa: jesli wierzyć doniesieniom prasowym o łapaniu kolejnych piratów ściągających różne rzeczy z internetu (być może to tylko propaganda), to policja jest lata świetlne za piratami. Cały czas ścigają emularzy i torrentowców, ostatnio zaś odkryli nowy super sposób ściągania różnych rzeczy z neta poprzez P2M i nawet zaczynają powoli ścigać ludzi którzy się w bawią. Co za postęp! Zanim zrozumieją że istnieje coś takiego jak całe środowisko warezowe, które jest najwydajniejszym, najwygodniejszym, najszybszym i najpewniejszym sposobem wymiany plików przez internet, minie sporo czasu. A nawet jak się za to wezmą – to jeszcze są ruskie fora warezowe.

Póki co więc bracia i siostry, śpijmy spokojnie i ssijmy z rapida do oporu!

 

47. Bandyci w mundurach czy bohaterowie? 1 grudzień 2007 (sobota)

Zaszufladkowany do: refleksje, społeczeństwo — HaeS @ 6:35 am

Kilka dni temu we Francji podniósł się wielki bunt społeczny przeciwko policji. Dlaczego? No bo policjanci gonili jakiegoś pacana, który jechał na motorze z nieprzyzwoicie wysoką prędkością i bez kasku. A ten uciekając przed policją z jeszcze bardziej nieprzyzwoitą prędkością, gdzieś tam w końcu rąbnął doznając poważnych obrazeń ciała. Jak okazało się później przekroczenie prędkości i brak kasku nie były jedynymi występkami młodzieńca: dwoma kolejnymi był brak prawa jazdy oraz spora ilość alkoholu we krwi. Dlaczego o tym piszę? Bo o dziwo, społeczeństwo przyznaje w takiej sytuacji rację temu idiocie, uważając, że ciężkie obrażenia ciała oraz prawdopodobne kalectwo są winą policjantów.

To nie pierwszy taki przypadek we Francji. Nie tak dawno temu dwójka imbecyli uciekając przed policją ukryła się w stacji transformatorowej, gdzie usmażyli się pod działaniem prądu. A w Polsce trzy lata temu dwóch debili jechało sportowym samochodem i nie zatrzymali się na wezwanie policji. Mieli pecha, gdyż jechali identycznym samochodem jak poszukiwani przestępcy. Oczywiście wszczęto pościg, potem wywiązała się strzelanina – jeden z owych mądrych inaczej młodzieńców zmarł na miejscu, durgi po dziś dzień jest sparaliżowany i wożony na swojej nowej bryce po sądach, żeby wyludzić od policji odszkodowanie.

Pytanie – kto tu tak naprawdę jest winien? Wszystkie trzy opisane przypadki to przypadki ludzi, którzy UCIEKALI PRZED POLICJĄ. Sorry, nie mam najmniejszych wątpliwości, że w takiej sytuacji winni są ci, którzy uciekali, a nie ci, którzy wykonywali swoje obowiązki. Wszak policja stoi na straży prawa, zaś jakakolwiek próba uniknięcia policji dowodzi chęci uniknięcia odpowiedzialności za coś. W takich sytuacjach nie ma żartów.

Jak dla mnie – osoby poszkodowane w tego typu sytuacjach nie powinny dostać żadnego odszkodowania (a może nawet i trzeba by wlepić im porządną karę z pierdlem włącznie za stworzenie kolejnego zagrożenia porządku publicznego), zaś policjanci za odwagę i determinację w ściganiu debili powinni dostać premię i awans. No, ale to nie w tym wszechświecie – może gdzieś w jakimś równoległym…