Myślokracja, czyli from łeb to web

171. Ranczo 2 luty 2009 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Seriale — frycjusz @ 9:59 pm

Polskich produkcji serialowych unikam jak ognia. Jakieś Gliny, Oficery, Kryminalni, Pitbulle, Ekipy i inne takie przeszły u mnie zupełnie niezauważone i nawet nie wiem za bardzo o co w tym chodzi. Nie wspominam oczywiście o “dziełach” pokroju Plebanii, Klanu czy Pierwszej Miłości, bo to produkcje, ujmując rzecz delikatnie, mózgojebne, i nawet nie zasługujące na wspomnienie. W zasadzie dobre polskie seriale skończyły się wraz z Jedynie Słusznym Ustrojem i do dzisiaj, o ile w ogóle wracam do polskich seriali, to do “Zmienników”, “Alternatywy 4″ czy innych tego typu produkcji. Nawet jedyny polski tasiemiec wyprodukowany w PRLu (“W Labiryncie”) jest jednocześnie jedynym tasiemcem, który dało się oglądać.

O przepraszam, kilka w miarę udanych seriali było. Były wszak świetne (bo krótkie i z sensem) “Matki, zony i kochanki” i rozwalające “Miodowe Lata” z genialnym Żakiem.

Toteż zaskoczeniem było dla mnie kiedy (przez przypadek) trafiłem na serial “Ranczo”. Zaintrygowany ciekawie zapowiadającą się produkcją, sobie znanymi sposobami zaopatrzylem sie w komplet odcinkow. No i zacząłem oglądać. (UWAGA: SPOILERY) Serial świetny, śmieszy do łez, pokazuje nieco wykrzywioną, ale jednocześnie zaskakująco trafną polską wieś. Lucy jest śliczna. Można się zakochać. A kusy to furnol, ochlej i w ogóle jakiś taki łachmaniarz. Nie znam się na męskiej urodzie, ale nie wiem co ona w nim widzi. Pozostałe postacie – genialne. Ławkowicze ze swoim “Mamrotem podlaskim” wymiatają, wójt to kolejny (po Karolu Krawczyku) majstersztyk aktorski Żaka, ksiądz za to mu nie wyszedł. Moim zdaniem, postać księdza jest mało podkoloryzowana. O ile wójta przedstawiono jako oszusta, łapówkarza i nerwusa, to ksiądz jawi się jako jego idealne przeciwieństwo, postać pełną cnót i rozsądku. A można było po prostu postawić go na przeciwnym biegunie – cichą wodę, intryganta i podstawinogę. Ale w Polsce oczywiście by to nie przeszło. Właściwie to większośc pozostałych postaci też wyszła całkiem znośnie.

Właściwie to nic mi nie pozostało rzec, jeno… oglądać, oglądać i jeszcze raz oglądać! Bo jak wyjdzie nowy sezon to ja, Frycjusz, osobiscie pierwszy raz od X lat usiade przez TV i bede czekal z wypiekami na twarzy na nowy odcinek… A to juz ogromne osiągniecie scenarzystów!

 

170. Lost – sezon piąty (odcinki 1-3) 30 styczeń 2009 (piątek)

Zaszufladkowany do: Seriale — frycjusz @ 8:55 pm

Na początek ostrzegam przed spoilerami – co prawda ogólnikowymi, ale jednak

Zawsze uważałem siebie za wielkiego fana Lostów.  Obejrzałem każdy odcinek kilkakrotnie,  znam na pamięć relacje między bohaterami, wiem świetnie co, gdzie, jak, kiedy, po co i dlaczego i (przyznam nieśmiało) wśród znajomych robię za eksperta od Lostów.  Moje uwielbienie oczywiście nie jest bezprzyczynowe.  Fascynują mnie zagadki,  podobają się bohaterowie, lubię emocje podczas oglądania, uwielbiam też i specyficzny humor, który istnieje w kilku gatunkach – humor Sawyera i to, czym obdarza nas Hurley to dwa zupełnie różne podejście do tematu humoru, nie wspominając o zgryźliwym Milesie,  ironicznym Benie czy tryskającym wiecznym optymizmem Desmondzie.

Długo można pisać o zaletach serialu, jednak największym plusem jest stopień komplikacji serialu. Z sezonu na sezon coraz ciężej połapać się w akcji,  dochodzi coraz więcej faktów,  zachodzą wciąż nowe zdarzenia,  co rusz poznajemy nowe postacie, nowe szczegóły z ich przeszłości, nowe zależności między nimi.  Można rzec – jak w “Modzie na sukces”.  Tyle tylko, że LOST to nie jest przypadkowa zbieranina postaci,  które następnie zachodzą w jakieś relacje każdy z każdym aż do wyczerpania wszystkich możliwości, jak to jest w “Modzie”. Tu wszystkim rządzi odgórny plan, co świetnie widać jeżeli zaczyna się oglądać serial po raz drugi – mało znaczące szczegóły z pierwszego, drugiego, trzeciego sezonu zaczynają ni stąd, ni z owąd nagle nabierać znaczenia i mając w pamięci wydarzenia z czwaretgo czy początku piątego sezonu aż chce się krzyknąć:  “cholera, oni mieli to w planie od samego początku!”. Właśnie ta niesamowita wizja serialu, który opowiada jedną, wciąż mutującą i rozszerzającą się historię, jest najbardziej pociągającą rzeczą w serialu. Mamy jedną, wielką,  spójną całość, którą po kolei poznajemy.

Piąty sezon wydaje się być z perspektywy trzech (z 17 planowanych) odcinków sezonem, w którym nareszcie zaczynamy poznawać odpowiedzi. Nadal wiele jest znaków zapytania, wiele niepewności, a nawet kilka nowych zagadek – ale wyraźnie widać, że wszystko stopniowo ewoluuje w kierunku zakończenia, ponieważ czuć, że z każdym odcinkiem coraz bliżej jesteśmy Wielkiej Tajemnicy Wyspy (jakakolwiek ona by nie była). Nie ma miejsca już na odcinki o niczym, na jakieś durne wątki poboczne,  na roztrząsanie tych wątków z przeszłości bohaterów, które nie mają znaczenia. Teraz wszystko ma znaczenie. Szczególnie, że dzięki podróżom w czasie nasi bohaterowie nie tylko są odkrywcami, nie tylko są świadkami, ale nawet uczestnikami (!) zdarzeń z przeszłości.

No właśnie – podróze w czasie.  Zupelnie nowatorskie podejście. Koniec z cofaniem się wehikułem czasu w swoją młodość, spotkanie samego siebie, tworzenie nowych linii czasowych oraz desperackich prób uratowania własnego dziadka, aby ten miał szansę spłodzić ojca bohatera.  Tutaj w ogóle nie ma różnych timelinów, nie ma paradoksów. Jak to rzekła niegdyś pani Hawking – wszechświat wszystko koryguje. Nie ma zatem dwóch linii czasowych, w każdym razie nie na stałe.  Każda interwencja w przeszłości wcześniej czy później zostanie “naprostowana” i linia wydarzeń wróci na swój normalny tor.  Ładne, zgrabne i całkiem sensowne rozwiązanie – miła odmiana w stosunku do tego, co widzieliśmy np. w “Powrocie do Przyszłości” czy innych tego typu produkcjach.

Piąty sezon, pomimo tego, że rodzi kilka niekonsekwencji i niedomówień (ale ciężko stworzyć opowieśc o podróżach w czasie, która tych niekonsekwencji nie ma…) wciąż trzyma poziom. Ostrzegam jedynie, że jeżeli ktoś spodziewałby się powrotu do klimatu z pierwszego sezonu – zawiedze się. To już zupełnie inny serial, z innym tempem, inną narracją (no właśnie – nie ma już retrospekcji, a jedynie przeskoki między akcją na wyspie, a Oceanic 6 poza wyspą),  inną filozofią i inną tematyką.  Opowieść o grupce rozbitków już zakończyliśmy, skończyliśmy też już historię o Innych porywających dzieci.  Teraz wkraczamy w zupełnie inną historię – historię o walce o Wyspę między Dharmą, a tajemniczym Hostiles. Jak to się rozwinie dalej? Nie mogę się wręcz doczekać odpowiedzi na to pytanie…

 

167. X-files sezon 9 (i podsumowanie) 20 październik 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 7:56 pm

Aż mnie samemu ciężko uwierzyć, że dotarłem (jakoś) na sam koniec naprawdę długiej, długiej odysei, jaką był serial “Z Archiwum X”. X-files zajął mi sporo czasu (jakby nie było, to jednak ok. 150 godzin ciągłego oglądania), jednak zbytnio nie zaabsorbował pod innymi względami. W odróżnieniu od np. “Lost”, “Babylon 5″ czy innych, fascynujących, pobudzających książek, filmów czy seriali, umiałem jakoś zupełnie wyłączyć swoje myślenie o tym serialu i poza momentami, kiedy go oglądałem, nie myślałem o nim prawie wcale. Być może dlatego, że pokręcone losy Muldera i Scully nie wpisały się jakoś w niesamowite uniwersum, które zdaje się żyć własnym życiem. Bajkowość, nierealnośc i “tamtość” świata, w którym żyje Mulder i Scully czuć na kilometr.

Opisywałem już osiem sezonów, napomknąłem coś o filmie kinowym, pisałem też i o serialu “Lone Gunmen”. Jeżeli chodzi o dziewiąty sezon, nie błyszczy on zbytnio. Większość odcinków jest średnich, chociaż trzeba obiektywnie przyznać, że to chyba jedyny sezon, w którym nie ma ani jednego naprawdę słabego odcinka. No, ale co z tego, skoro w zasadzie tylko jeden finałowy “The Truth” można z czystym sumieniem nazwać dobrym (a nawet bardzo dobrym). Pozostałe da się oglądać, chociaż pomysły scenarzystom skończyły się już dawno temu i to, co serwuje nam się w ostatnim sezonie nawet nie ociera się o rzeczywistość. Facet, który przejęty katolickim transsubcjonalizmem i własnym poczuciem winy tworzy swoje fizyczne drugie ciało, które morduje? Chłopiec, który rysuje na kartce potwory, które potem zabijają ludzi? Chorzy w stanie śmierci klinicznej, którzy przed śmiercią przebywają w domu dla lalek? Te i inne absurdy, które mamy okazję podziwiać w odcinkach śledczych dziewiątego sezonu mogą na pewno tych mniej wytrwałych zniechęcić. Co do odcinków mitologicznych – ciągnięty na siłę wątek mitologiczny nuży coraz bardziej. Cieszy jedynie, że w odcinku “The Truth” zamknięto niemal wszystkie związane z nim kwestie, dopowiedziano to, co nie zostało dopowiedziane i raz na zawsze zakończono tę historię.

Serial z perspektywy dziewięciu sezonów nie jest zły. Sezony znacząco różnią się jakościowo (ja bym je uszeregował tak: 5,6,4,8,2,1,9,3,7), odcinki śledcze na ogół trzymają poziom (chociaż nie zawsze), odcinki mitologiczne zaczynają się ciekawie, potem jest coraz ciekawiej i ciekaweiej, aż w końcu następuje wielki krach i jest coraz gorzej.

Jeszcze raz co do zakończenia – o ile w Babylon5 czy Six Feet Under czuć było nadchodzące zakończenie, wszystkie ścieżki ku temu zakończeniu biegły, wątki same jakby się zamykały, a same finałowe sceny były godnym uwieńczeniem serialu, o tyle w X-files dołączone jest jakby na siłę. Pomimo tego, że ostatnie sceny może i robią jakieś wrażenie, trudno jednak też i pozbyć się wrażenia innego – można było równie dobrze darować sobie ostatni odcinek i pociągnąć jeszcze z pięć sezonów o Williamie, superżołnierzach, inwazji i wszystkim innym. Po prostu – nie jest to zakończenie wielkie, chociaż trzeba przyznać, że jakąś klasę jednak ma.

Po zakończeniu serialu jest jeszcze film “I want to believe”. Film żaden wybitny, jednak wart obejrzenia. Nie odnosi się on prawie w ogóle do wątków mitologicznych i jako taki stanowi zupełnie odrębną historię. Boli troszkę, że nie ma w nim żadnej wzmianki o Dodgecie, Reyes ani dalszych losach Archiwum X. Miło byłoby jednak zamknąć pewne drobne, nieuregulowane sprawy z końcówki IX. sezonu. Scenarzyści jednak na to się nie zdecydowali.

No cóż, serial (jako całość polecam), a ostatniego sezonu polecał nie będę, chociaż jest strawny. Kto bowiem przebrnął przez pierwsze 8 sezonów, na pewno siłą rozpędu obejrzy i 9, więc polecanie/nie polecanie nie ma sensu.

Ja zaś, zgodnie z obietnicą, po zakończeniu wątku X-Files znikam z bloga definitywnie. Pozdrawiam wszystkich czytelników i życzę częstego odwiedzania, miłego czytania wypocin Frycjusza i R-Cheego, owocnych dyskusji w komentarzach (może czasem coś tam jeszcze skomentuję) i powodzenia w życiu.

Pozdrawiam po raz ostatni
HaeS

 

165. Lone Gunmen 19 październik 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 1:15 pm

Nie mam raczej w życiu idoli ani autorytetów. Szukając własnej drogi, podpatruję zachowania róznych ludzi i czasem coś z nich przejmuję, czasem nie. Unikam bezkrytycznego podejścia do kogokolwiek i wiem, że każdy z nas jest człowiekiem w głębi duszy dobrym, ale i targanym własnymi słabościami, a czasem – bezpowrotnie zniszczonym przez te słabości. Nie ma świętych i nie ma grzeszników. Każdy po prostu chce znaleźć swoją drogę do szczęścia. Tak jak umie. I niektórym się udaje, innym nie. Co więcej, styl życia i metody które kierują jednych ku sukcesowi, mogą innych (z powodu różnych predyspozycji) poprowadzić ku druzgoczącej porażce. Dlatego też na kwestię bycia autorytetem, idolem, wzorem do naśladowania patrzę bardzo ostrożnie. Lepiej wszak powiedzieć, że dane ZACHOWANIE jest dla mnie godne naśladowania, niż dany człowiek.

Dobra, a ja tak gadam, gadam i nie za bardzo wiadomo do czego zmierzam. Gdybym mimo wszystko (na siłę) miał podać fikcyjną postać, która jest dla mnie idolem, mógłbym podać jakiegoś doktora Judyma, Skrzetuskiego, Konrada alias Gustawa albo Winkelrieda. Polonista z liceum byłby pewnie zachwycony. Ale nie. Moimi idolami są Samotni Strzelcy.

Samotni Strzelcy to trójka postaci znanych z serialu “Archiwum X”. Trzech narwanych geniuszy, pozbawionych normalnego życia, za to pełnych pasji, oddania i poświęconych idei. Każdy o zupełnie innej fizjonomii i temperamencie – na pierwszy rzut oka zupełnie do siebie nie pasują. Ale to tylko pozory. Łączy ich uwielbienie spiskowej teorii dziejów, chęć demaskowania kłamstwa i  ujawnienia prawdy społeczeństwu. W tym celu wydają nawet specjalną gazetę “Lone Gunmen”, gdzie opisują swoje odkrycia. Dzielnie kontynuują swoją krucjatę, chociaż spotykają się zazwyczaj z wyśmiewaniem i ignorowaniem i mało kto traktuje ich poważnie. Mało kto, oprócz Foxa Muldera.

W serialu “Archiwum X” Samotni Strzelcy pojawili się grubo ponad 30 razy. Zazwyczaj ich role były krótkie i polegały na tym, że Mulder poszedł do nich, oni gdzieś się włamali, a Mulder grzecznie podziękował, ale są w “X-files” trzy odcinki wyjątkowe. Te odcinki to 5×01 (“Unusal Suspects”), 6×20 (“Three of a Kind”) oraz 9×15 (“Jump The Shark”). Odcinki te poświęcone są niemal wyłącznie naszej wspaniałej trójce, ich wielkiej krucjacie i poświęceniu, zaś Mulder i Scully odgrywają w nich rolę drugoplanową (bądź żadną). Nie każdy jednak wie, że te trzy odcinki stanowią część większej całości, jaką jest osobny serial “Lone Gunmen”, którego bohaterami są właśnie Melvin Frohike, John Byers oraz Richard Langley. Głównymi postaciami, występującymi w każdym odcinku są też tak piękna, jak tajemnicza Yves Harlow oraz zupełny nieudacznik Jimmy Bond. W serialu pojawiają się także znani z “X-files”: dyrektor Skinner, agent Mulder i Morris Fletcher.

Licząca zaledwie trzynaście odcinków seria ma zdecydowanie lżejszy klimat od “X-files”. Serial zaklasyfikować można jako sensacyjno-komediowy (z lekkimi wątkami SF). W każdym odcinku trójka bohaterów (a w zasadzie piątka, bo Jimmy i Yves są postaciami równie ważnymi jak pozostali) napotyka na jakąś sprawę – czy to super-inteligentną małpę, czy na ślad samochodu na wodę czy też na coś jeszcze innego. Wiedzieni ciekawością (i chęcią opublikowania całemu światu jakiegoś przełomowego odkrycia) starają się jak najdokładniej zbadać sprawę, a przy okazji kogoś uratować bądź w inny sposób pomóc.

Największym plusem serialu jest to, że jest się z czego śmiać. Potężną dawkę humoru serwują nam super-skomplikowane plany naszych bohaterów, które nigdy nie wypalają z powodu niedopatrzenia jakiegoś drobnego szczegółu. Mimo wszystko, trzeba przyznać, że finezja i pomysłowość Wolnych Strzelców nie zna granic. Także zestawienie razem trzech bohaterów (jak wspomniałem, o skrajnie różnej aparycji i temperamencie), wieczne tarcia między nimi, utarczki słowne i żartobliwe uświadamianie sobie wzajemnie niektórych faktów daje widzowi sporo radości.

Jak oglądać “Lone Gunmen”? W TV serial był puszczany między 8., a 9. sezonem X-files. Można go w zasadzie obejrzeć na dwa sposoby: albo razem z “X-files” albo też niezależnie. W pierwszym wypadku – zacząć oglądać po 6×20, skończyć koniecznie przed 9×01 (bo właśnie w tym odcinku u Scully pojawia się Langley z niebieską twarzą, a na pytanie “What happened?” odpowiada: “don’t ask” – mamy zatem bezpośrednie nawiązanie do ostatniego odcinka serialu “Lone Gunmen”). W drugim wypadku – obejrzeć X-files 5×01, 6×20, potem serial “Lone Gunmen”, a na koniec 9×15.

Myślę, że kto obejrzał do końca X-files 9×15 wie znakomicie, że Samotni Strzelcy zasługują na tytuł idola, bohatera i wzoru do naśladowania równie mocno, jak większość postaci literackich.

“Lone Gunmen” jest znakomitą, lekką pozycją, być może niezbyt ambitną (ale czy X-files jako całość jest?). Stanowi świetne uzupełnienie serialu “Z Archiwum X”, a jednocześnie – znakomitą “lekturę” dla tych iksofilów, którzy po obejrzeniu dziewięciu sezonów i dwóch filmów są “na głodzie” i chcą coś jeszcze. Ja się w każdym razie ubawiłem przednio, a Melvin, John i Richard dłuuuuugo okupowali miejsce na moim pulpicie jako tapeta.

I na koniec filmik (ze spoilerem w ostatnich 10 sekundach):

 

162. X-files – sezon ósmy (uwaga na spoilery!) 4 październik 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 11:52 am

Po fatalnym, nagroszym ze wszystkich, siódmym sezonie X-files miałem spore obawy o dwa kolejne. Wszak wiadomo, że chyba żaden serial, który dotrwał do ósmego sezonu, w tym ósmym sezonie niczego szczególnie ciekawego ani odkrywczego nie pokazał. Już samo określenie “ósmy” odstręcza, bo kojarzyć się może co najwyżej z bezsensownym ciągnięciem czegoś na siłę tylko po to, aby wydoić od telewizji jeszcze jakieś ostatnie grosze za produkt, który świeci już tylko światłem odbitym od swojego blasku z dawnych lat. Moje obawy powiększył dodatkowo spoiler (na szczęście nie do końca prawdziwy) mówiący o tym, że w ósmym sezonie nie zobaczymy jednej z kluczowych postaci – Muldera. Trudno zatem się dziwić, że do ósmego sezonu zasiadłem z niepewnością, niechęcią i troszkę wbrew sobie.

Niespodziewanie jednak, ósmy sezon zamiast wykończyć serial, skompromitować go ostatecznie i odwrócić od niego ostatnich fanów, nadał mu świeżości. Znakomite są odcinki śledcze, w których do ciężarnej Dany Scully dokoptowano niejakiego Johna Doggeta. Co ciekawe, motyw z pierwszych sezonów – konfilkt między otwartością umysłu, a naukowym prawdopodobieństwem, który swojego czasu trwał w najlepsze między Mulderem, a Scully, w ósmym sezonie pojawia się ponownie – tyle tylko, że teraz Scully, która przez siedem lat z Mulderem widziała niejedno, przekonuje sceptycznego Doggeta do niesztampowych rozwiązań. Pomysły na odcinki śledcze są nowe, niewiele jest powtórzeń. Do tego większość z nich jest dobrze napisana, wyreżyserowana i zagrana. Serial ogląda się znakomicie, a wciąga on jak za najlepszych lat. W pamięć zachodzi m.in. odcinek “Invocation”, w których porwany chłopiec wraca po 10 latach i nie postarzał się ani o minutę. Co prawda zakończenie tej historii jest troszkę naciągane i zawodzi, ale i tak pierwsze 40 minut odcinka ogląda się świetnie. Dobry jest też “Road Runners”, w którym Scully uwięziona jest w małym miasteczku, pełnym wrogich jej nie wiedzieć czemu ludzi albo też przerażająca nieco “Badlaa” o indyjskim karle włażącym otyłym ludziom do brzucha. Jest co prawda kilka słabszych odcinków (w szczególności drażni wyciąganie jakichś spraw z przeszłości Doggeta, bo mnie osobiście ten wątek jakoś nie wciągnął), ale tak było przecież w każdym sezonie.

Wątek mitologiczny rozwija się intensywnie, a całą parą rusza po tym, jak Mulder mniej więcej w połowie sezonu powraca. Wszystko obraca się wokół ciąży Scully i niezniszczalnych super-żołnierzy. Dziwne troszkę, że twórcy tak łatwo porzucili Palacza, wielką konspirację, spisek rządowy itd, ale tak już chyba musi być. Wątek mitologiczny wypalił się IMO dawno temu i to, co teraz mamy to marne popłuczyny. Carter gubi się i sam nie wie już co i jak zrobić, dodaje nowe wątki, stara się wyjaśnić jakoś stare, ale to wszystko do mnie nie przemawia i chociaż ogląda się to nawet przyjemnie, a Kraicek (oraz kilka nowych czarnych charakterów) dają nam sporo ciekawej zabawy, to jednak nie sposób pozbyć się wrażenia, że odcinki mitologiczne Carterowi jednak nie wyszły, a ewentualna próba ułożenia przez widza wszystkiego po kolei i znalezienia w tym jakiegoś sensu jest z góry skazana na porażkę. Szkoda troszkę, chociaż i tak trzeba przyznać, że wątek mitologiczny zły nie jest – po prostu nie jest tak dobry, jakbym się tego spodziewał.

No nic, trzeba wziąć się za sezon dziewiąty, ale zanim zaserwuję wam jego recenzję – dam recenzję znakomitego serialu-niespodzianki, na który natknąłem się troszkę przypadkiem, a który dał mi sporo radości. Pozdrawiam!

 

143. X-files – sezon szósty 30 lipiec 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 2:31 pm

Zjawiska paranormalne nie są częścią naszego codziennego życia. Chociaż wielu z nas wierzy w to, żę po śmierci cząstka naszego “ja” nadal krąży po świecie, że gdzieś tam w kosmosie istnieją inteligentne istosty albo że można przewidzieć przyszłość albo odczytać cudze myśli, to jednak ja sam nie zetnąłem się z żadnym z tych zjawisk osobiście ani nawet nie znam osoby, która mogłaby ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że była uczestnikiem takich zdarzeń. Ze zjawiskami paranormalnymi mamy zatem do czynienia co najwyżęj w literaturze i filmografii fantastycznej albo w bajkach, którymi straszy się małe dzieci.

I właśnie ten kontrat między wiarą w zjawiska paranormalne, a ich brakiem w otaczającym nas świecie jest przyczyną popularności serialu “Z Archiwum X”. To dokładnie to samo zjawisko które sprawia, że podstarzałe gospodynie domowe oglądają w telewizji ckliwe romanse marząc o własnym (którego pewnie już się nie doczekają), a ich mężowie, z wydatną łysiną i sporym brzuszkiem podziwiają w tej samej telewizji superbohaterów ratujących świat. Im pewnie ten zaszczyt nigdy nie przypadnie, ale miło widzieć kogoś, komu się udaje.

Archiwum X przez pierwszych pięć sezonów dość intensywnie eksploatowało kolejne wątki związane chyba ze wszystkimi znanymi opowieściami ludowymi, przemierzając cały ocean ludzkich wymysłów – od morderców zabijających siłą sugestii po chupacabre. Oczywiście, odcinki były na ogół naciągane i niewiarygodne, ale oglądało się je na ogół przyjemnie dzięki odpowiednio stopniowanemu napięciu i odpowiednio skonstruowanej intrydze. W piątym sezonie w trzech odcinkach (opisanych w recenzji tego sezonu) nastąpiło nieznaczne odejście od konwencji, ponieważ zamiast odkrywać kolejne tajemnice wyimaginowanego świata pełnego telepatów, kosmitów i duchów, scenarzyści zaczęli bawić się w tworzenie po prostu zabawnych historyjek z wątkiem paranormalnym w tle, traktowanym z wyraźnym przymrużeniem oka.

Szósty sezon brnie jeszcze bardziej w tym właśnie kierunku. Scenarzyści, zamiast wymyślac kolejne wątki związane z opętaniem przez szatana, reinkarnacją, jasnowidzeniem i innymi wierzeniami, zaczynają sięgać wprost do klasyki – literatury i filmu, skąd biorą pomysły zupełnie nierealne i nieprzystające do rzeczywistości, ale jednocześnie sami nie traktują tych pomysłów do końca poważnie, tworząc odcinki nieco luźniejsze i przyjemniejsze w odbiorze. W ten sposób mamy zabawnego dwuodcinkowa traktującego o Mulderze, który zamienił się osobowością z pewnym wysoko postawionym wojskowym, ironiczny odcinek o Mulderze i Scully zamknietych w starym, nawiedzonym dworze, ciekawy epizod ze stakiem-widmem czy też wariację nt. filmu “dzień świstaka”. Ot, lekko i przyjemnie, bez całego naukowego bełkotu. Pod tym względem sporo odcinków 6. sezonu na pewno się wyróżnia.Sporo jest też normalnych odcinków śledczych, ale tutaj scenaryzści się nie popisali. Nudny jak cholera odcinek o morderczym wilkołaku sprowadzonym z Azji oraz oparty na fatalnym (być może najgorszym w całej historii serialu) pomyśle odcinek, w którym pisarz piszący horror tak dobrze poradził sobie z dziełem, że aż jego bohater naprawdę się zmaterializował na świecie i zaczął mordować ludzi. Ale są też i dobre epizody, jak chociaż “Three of a Kind” odcinek poświęcony w całości Samotnym Strzelcom, będącym kontynuacją “Unusual suspects” z piątego sezonu.

To, co mi się spodobało w VI sezonie to fakt, że Mulder i Scully nie tylko nie należą już do X-files, ale mają wręcz zakaz zajmowania się jakimikolwiek tego typu sprawami, skrupulatnie egzekwowany przez nowego szefa (Skinner już nie jest ich przełożonym). Scenarzyści musieli strasznie się zakręcić, aby dwójkę agentów jakoś zetknąć z paranormalnymi sprawami – a to Mulder ukradł komuś z kosza dokument, a to Mulder działa na własną rękę (wbrew szefostwu), a to znów Mulder zajmuje się tym czy owym w ramach prywatnego hobby, po godzinach pracy… było naprawdę ciekawie i aż mnie żal ogarnął, kiedy para agentów na powrót zajęła biuro Archiwum X.

Zaskoczeniem mogą być odcinki mitologiczne. Ich liczebność chyba jest najmniejsza w historii serialu (jest ich mniej więcej tyle samo, co w pierwszym sezonie), za to każdy jest bardzo mocny i bardzo ważny. Główny wątek posuwany jest ostro do przodu, nareszcie wiemy kto, z kim, po co, za co, jak i dlaczego. Troszkę jeszcze pytań, of course, zostaje, ale jednak nareszcie scenarzyści zaczęli sklejać dziury w fabule, wyjawiając odpowiedzi na wiele zaległych wątpliwości.

Obejrzenie szóstego sezonu warto (a nawet trzeba) poprzedzić filmem “X-Files: Fight the Future”. Film ten jest równie ważny jak każdy odcinek mitologiczny, wplata się w główny wątek, od czasu do czasu pojawiają się w serialu do niego drobne nawiązania w szóstym sezonie. Film sam w sobie nie jest zły. To taki jakby podwójnej długości odcinek, w którym Mulder i Scully wplątują się w kolejną aferę związaną z obecnością istot pozaziemskich na naszej planecie. Odcinek sam w sobie dość dobry (chociaż bez rewelacji), za to kręcony filmową metodą – inna taśma, inne ujęcia (np. z helikoptera), ciekawsze efekty specjalne itd.

Szósty sezon generalnie jest nie aż tak dobry, jak piąty, ale też nieco lepszy od czwartego. Serial wciąż trzyma klasę!

 

140. X-files – sezon piąty 25 lipiec 2008 (piątek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 11:00 am

No i nie wytrzymałem. Już następnego dnia po opublikowaniu recenzji IV sezonu, w której zaklinałem się, że zrobię sobie przerwę w oglądaniu serialu, wrzuciłem do odtwarzacza płytkę z pierwszym odcinkiem V sezonu. No i obejrzałem jeden, odcinek, potem drugi i trzeci i czwarty, no i jakoś tak wyszło, że w kilka dni znowu obejrzałem całe 20 odcinków (bo tylko tyle liczy ten sezon), dodatkowo jeszcze doprawiając się filmem “Fight the Future”. Potem się człowiek dziwi, że śnią mu się po nocach zombiaki, mordercze pszczoły i demoniczne lalki…

Na temat czwartego sezonu pisałem różne rzeczy. Że odcinki śledzcze są świetne, że mitologiczne wciąż trzymają poziom, że jest to najlepszy sezon ze wszystkich, że jest nowatorski, odkrywczy, że nastąpił duży przeskok jakościowy między trzecim, a czwartym… zapomnijcie o tym wszystkim, co pisalem. Dlaczego? Ano dlatego, że… sezon piąty jest JESZCZE LEPSZY!

Krótko: mamy zaledwie 20 odcinków, mniej więcej tyle samo mitologicznych i śledczych. Mitologiczne trzymają cały czas poziom, a nawet go nieco windują, nie tylko wprowadzając nowe wątki, ale także (nareszcie) co poniektóre wyjaśniając i łącząc ze sobą. Dwa z odcinków mitologicznych są wyjątkowe, bo cofają nas w odległą przeszłość (podobnie jak w czwartym sezonei odcinek w całości poświęcony Palaczowi). W jednym z nich dowiadujemy się w jaki sposób Mulder poznał Langneya, Frohike’a i Byersa (przy okazji trafiając na pierwsze ślady rządowego spisku), w drugim – w formie opowieści emerytowanego agenta FBI Mulder poznaje przeszłość swojego ojca.

Odcinki śledcze, podobnie jak w czwartym sezonie, są bardzo dobre i właściwie tylko na jednym “Kitsunegari” wynudziłem się śmiertelnie (dla porównania – w pierwszym sezonie co najmniej dziesięć powinno moim zdaniem iść na odstrzał), zatem narzekać nie mam prawa. Nawet więcej – są świetne. Mamy do czynienia z całkowitym odejściem od nudnej konwencji i schematu, na który tak mocno narzekałem w pierwszym sezonie (a który był po części obecny także w dwóch kolejnych). Zero schematu, zero wtórności, zero nudy – tak właśnie wyglada większość odcinków śledczych w V sezonie. Powiem nawet wiecej – jestem zauroczony trzema odcinkami, w których Chris Carter bawi się maksymalnie konwencją serialu, troszkę od niech odchodząc, spoglądając na całą sprawę z dystansem i humorem. Te odcinki omówię (wyjątkowo) osobno, ponieważ nie tylko zdecydowanie wybijają się ponad pozostałe poziomem, ale także i sposobem realizacji – żaden z nich nie jest klasycznym odcinkiem śledczym, ale ma coś ponad. Gdyby całe X-files składało się wyłacznie z takich odcinków, jak te, serial w moich oczach szybko stałby się serialem wszechczasów (nawet gdyby składał się wyłącznie ze znienawidzonych ogniś przeze mnie odcinków śledzcych). A tak – to jedynie jaśnieją niczym trzy perły na tle reszty serialu, który jest przecież dobry, chociaż niejednokrotnie irytujący.

POST-MODERN PROMETHEUS (minor spoilers possible)
Zdecydowanie najlepszy odcinek X-files jaki obejrzałem. Czarno-biała produkcja, nawiązująca do starych horrorów, które niegdyś miały straszyć (i pewnie nawet straszyły), dzisiaj – śmieszą. Wyreżyserowany i napisany zupełnie inaczej niż inne odcinki, dzięki czemu otrzymujemy posępny, ale i groteskowy, klimat małego miasteczka, pokazanego troszkę w krzywym zwierciadle, okraszony nastrojową muzyką. Osią odcinka jest poszukiwania potwora niejako to miasteczko terroryzującego. Scully i Mulder natrafiają na tajemniczego naukowca przeprowadzającego eksperymenty w swoim laboratorium, farmera ze strzelbą próbującego bronić dostępu do swojej posiadłości na której wyraźnie coś ukrywa, a pod koniec obserwują tłum biegający o północy z pochodniami, aby zabić potwora. Otrzymujemy zatem klasyczny misz-masz motywów z horrorów z lat 50-tych. Sam potwór jednak za fasadą swojej doprawdy nieciekawej aparycji, skrywa w sobie człowieka pełnego pasji, namiętności i uczuć… Oprócz specyficznego klimatu, nietypowego pomysłu i przykuwającej uwagę fabuły na pewno warta zapamiętania jest ostatnia scena – optymistyczna i zabawna z jednej strony, ale nawet i może ciut romantyczna… Bardzo, bardzo dobry odcinek.

CHINGA (minor spoilers possible)
Nie jest to klasyczny odcinek, w którym Mulder i Scully przeprowadzają śledztwo. To bardziej taki przerywnik. Podczas gdy Mulder nudzi się okrutnie w biurze, Scully jest na wakacjacach, gdzie trafia na tajemnicze zjawisko i postanawia wraz z lokalną policją się nim bliżej zainteresować. Jak się później okazuje, winna wszystkiemu jest… mordercza lalka. Odcinek, jak wspomniałem, nie jest zwyczajny odcinek – to raczej taki 45-minutowy horror, napisany zresztą przez Stephena Kinga. Pełnowartościowy horror, który mnie wystraszył nie na żarty (a uwierzcie, wystraszyć mnie nie jest łatwo!), mrożący krew w żyłach, pełen napięcia i zrobiony zgodnie z kanonem sztuki. Odcinek mocny, dobry, zapadający w pamięć. No i zawierający najlepszy tekst sezonu (jeżeli nie serialu): Scully w długim monologu wymienia Mulderowi przez telefon różne możliwości na temat zaszłego w jej obecności zdarzenia, wymieniając czarną magię, voo-doo, okultyzm, telekinezę i rzucając kilka innych pokrewnych terminów, wykazując się dużą znajomością tematu oraz żywym zainteresowaniem tą tematyką. Mulder slucha wszystkiego jak urzeczony i w końcu mówi: Scully… wyjdź za mnie!

BAD BLOOD (minor spoilers possible)
Wampiry (wraz z wilkołakami) należą do moich znienawidzonych bestii filmowych. W zasadzie jeżeli przy opisie filmu, których chciałbym obejrzeć, pada jedno z powyższych określeń, wystarczy to już, aby zaczął szukać innego obiektu zainteresowania. Ale “Bad Blood” jest inny. Odcinek co prawda o wampirach, ale traktujący o temacie na niesamowitym ludzie, bez grozy, którą te stwory mają wywołać ani całej powagi, jaką te stworzenia są otoczone. Wręcz przeciwnie. Odcinek jest lekki, można rzec – komediowy. Rzeczony wampir wygląda co najmniej śmiesznie, a cała mistyczna otoczka, której pełno zazwyczaj jest w wampirzych produkcjach, znika zupełnie. Ogląda się lekko i przyjemnie, aż sam byłem zdziwiony. Smaczku dodaje też konstrukcja odcinka – mamy bowiem do czynienia z retrospekcją, w której najpierw swoją wersję przedstawia Scully, potem – Mulder. Wersje te od siebie różnią się w szczegółach, niejednokrotnie wywołując efekt komiczny. Wielkie, wielkie brawa za ten odcinek!

Do czynienia mamy z ewolucją postaci – o ile Mulder powoli idzie w kierunku człowieka podchodzącego bardziej racjonalnie (a nawet publicznie walczącego z… wiarą w kosmitów!) o tyle Scully stała się tą, która uwierzyła. Postacie zatem do siebie zbliżyły się pod względem poglądów. Ba, zdarza się nawet kilkakrotne, że entuzjastyczna Scully przekonuje sceptycznego Muldera o tym, ze zaszło tu zjawisko paranormalne. Ogólnie, wszyscy bohaterowie “X-files” nabrali dodatkowej głębi i stali się przez to bardziej realni – dotyczy to i Walter Skinnera, i Palacza, a także powracającego Kraicka, informatorki Muldera czy też eleganckiego starszego gentlemana z Anglii. Wprowadzono też nową postać – młodego agenta Spendera, który nie darzy Muldera zbytnią sympatią (zresztą, z wzajemnością). Tak więc na pewno jest co oglądać, jest co podziwiać i jest czym się emocjonować w piątym sezonie, uważanym ponoć za najlepszy w historii serialu. No cóż, miejmy nadzieję, że pogłoski o tym, że piąty sezon jest najlepszym są przesadzone (albo chociąż, że kolejne będą tylko troszkę gorsze).

Obejrzałem także film “Fight The Future”, który właśnie po piątym sezonie powinno się oglądać – na razie nie napiszę jednak zbyt dużo (poza tym, że film podobał mi się tak sobie) jako że chciałbym ocenić go w kontekście tego, jaki wpływ będzie miał on na sezon szósty. Niemniej jednak – ludziska, oglądajcie “X-Files!”. Pierwsze trzy sezony miejscami dłużą się niemiłosiernie, ale czwarty i (szczególnie) piąty są jak najbardziej warte obejrzenia.

No a szósty sezon już zacząłem oglądać i też pewnie za parę dni rzucę recenzję.

 

138. X-files (z Archiwum X) – sezon 4 19 lipiec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 7:04 pm

Nadszedł czas na czwarty sezon tego kultowego (tak, teraz już rozumiem dlaczego kultowego) serialu. Czwarty sezon – od razu powiem – zaskakująco dobry, o wiele lepszy od tego, czego się spodziewałem po raczej niemrawych pierwszych trzech. Zanim zacznę pisać, drobna uwaga terminologiczna. Swojego czasu odcinki podzieliłem na te z głównym wątkiem i te oderwane od niego oderwane. Nie tylko ja jednak takie rozróżnienie uczyniłem; po krótkim szperanku w necie odkryłem, że jest ono dość powszechne wśród widzów. Za tą stroną nazywał będę od teraz odcinki z głównym wątkiem “mitologicznymi”, zaś te z historią zamkniętą w obrębie jednego odcinka – “śledczymi”. Nie do końca zgadzam się z tym, które odcinki zaklasyfikowano na cytowanej stronie do mitologicznych, które do śledczych. Poza tym – nazwa “mitologiczne” średnio mi się podoba, bo słowo “mitologia” akurat budzi we mnie skrajnie inne skojarzenia niż Mulder ganiający za latającymi spodkami; kusi mnie też aby odcinki “śledcze” nazwać raczej “wypełniaczami”, bo taką właśnie rolę pełniły w pierwszych trzech sezonach. Niemniej jednak, pozostanę przy właśnie tej terminologii szczególnie, że jest ona już dość powszechnie przyjęta i począwszy od tego tekstu, będę się jej trzymał aż do recenzji końca IX sezonu. No, ale do rzeczy.

Nie będę czarował, bo opinię już zamieściłem kilkukrotnie: zdecydowanie przedkładam odcinki mitologiczne ponad śledcze. Oprócz powodów natury bardziej ogólnych (wolę wszak seriale z ciągłą fabułą, a nie z zamkniętą w ramach jednego odcinka), powodem tego było też i to, że w pierwszych trzech sezonach X-files odcinki śledcze, delikatnie mówiąc, nie błyszczały. Ot wymyslono pospiesznie jakiegoś mutanta czy potwora zabijającego ludzi, wysłano Muldera i Scully, którzy mieli sprawę zbadać, a ci zbadali albo nie, ale na ogół było nudno i poza kilkoma szlachetnymi wyjątkami, odcinki śledcze można było sobie spokojnie darować – dla lepszego wrażenia i z szacunku do siebie i swojego czasu. Szkoda zatem, że w kolejnych sezonach odcinki “śledcze” liczebnie przeważały nad “mitologicznymi”. Jednak w czwartym sezonie nastąpiła rewolucja. Po pierwsze – na 24 odcinki tych mitologicznych jest aż 10, czyli stosunkowo najwięcej. Co więcej, jakość wypełniacza znacząco się podniosła. Większość obejrzałem nie tylko bez poczucia znużenia i bezcelowości (jak zdarzało mi się poprzednio), ale z prawdziwym zainteresowaniem. Mamy przecież świetny, przerażający “Home” o braciach trzymających matkę pod łóżkiem, genialny “The field where I died”, w którym odkrywamy poprzednie wcielenia Muldera, chyba najlepszy ze śledczych “Paper Hearts” (w zasadzie jeżeli ktoś ogląda tylko odcinki mitologiczne, może go obejrzeć – zahacza on bowiem dość ostro o sprawę porwania Samanthy, chociaż nie wiąże się bezpośrednio z innymi wątkami mitologicznymi), dobry “Synchrony” z motywem podróży w czasie i prześmieszny “Small Potatoes” o szpitalnym woźnym płodzącym dzieci z ogonkiem. Oczywiście, wśród odcinków śledczych zdarzają się pomyłki, które nigdy nie powinny do serialu trafić (jak bezsensowny odcinek z facetem latający bez głowy czy nudne śledztwo w sprawie Żydów tworzących golemy z gliny), generalnie jednak nie mam tu dużo do zarzucenia. Nie rażą nawet tak głupie pomysły jak facet z gadającym tatuażem, który zmusza go morderstw (!), a to dzięki podejściu do sprawy z dużym dystansem, odrobinką humoru i racjonalnemu wyjaśnieniu sprawy. Tak więc za odcinki śledcze (po raz pierwszy) daję “X-files” duży plus.

Co do mitologii… zacznę od tego, że (jak wspomniałem) mamy aż 10 odcinków, które można uznać za mitologiczne. To dużo. Wystarczająco dużo, aby zadać kolejny milion pytań, pokazać na kolejnych kilka sekund kolejny dowód istnienia kosmitów, pokazać jak zły jest palacz i dać Mulderowi do ręki coś, co może zmienić świat na zawsze, a w końcu mu to odebrać. Te odcinki wciągają i fascynują, chociaż sam nie wiem dlaczego. Widać tu ewidentne granie twórców na zwłokę, grę w kotka i myszkę z widzami, tworzenie pytań zamiast odpowiedzi, brak spójnej koncepcji rozwiązania zagadek i totalne zagubienie scenarzystów, którzy sami pewnie nie wiedzieli w momencie pisania tego sezonu w jakim kierunku to wszystko ma iść. No ale co z tego? Widzi człowiek “cancer mana” i już od telewizora za cholerę nie odejdzie. Mulder znów gdzieś lata za kosmitami, Scully biegnie za nim i puka się w głowę co ten palant znowu wymyślił, gdzieś w tym wszystkim jest Skinner miotający się między palącym papierosy młotem, a narwanym, nawiedzonym kowadłem i prowadzący gdzieś wśród tego zamieszania własną grę Kraicek. Sensu w tym wszystkim nie znajdziesz ani troszkę, a próba złożenia tego w całość sprawia, że otrzymujemy bezładną mieszankę różnych wątków ze wspólnym mianownikim (wielki spisek i kosmici), ale bez jakiejś myśli przewodniej. Ale i tak ogląda się nader przyjemnie.

Te właśnie odcinki są dobre nie tylko dlatego, że są mitologiczne i mają wspólny wątek, ale także dlatego, że scenarzyści do nich szczególnie dobrze się przykładają. Pod względem klimatu, napięcia, emocji, tajemniczości, akcji – takie epizody jak np. “Tunguska”, “Memento Mori” czy “Zero Sum” nie mają sobie równych. I blakną przy nich wszystkie powyżej opisane niedoskonałości i brak ogólnej koncepcji. Weźmy sobie na przykład odcinek ” Musings of the Cigarette-Smoking Man”, który w całości poświęcony jest odległej przeszłości tytułowego bohatera. Odcinek ten świadczy nie tylko o dużej finezji twórczej autorów, a nawet pewnego rodzaju odwadze (bo stanowi on spore odejście od schematu poprzednich odcinków), ale także o tym, jak daleko sięga teoria spiskowa, tworzona w serialu. No i zapomniałem jeszcze dodać o finale sezonu, gmatwającym zupełnie już i tak całkiem zagmatwaną fabułę, z niesamowitym, bardzo mocnym zakończeniem. Dla takich cliffhangerów się żyje. Wyobrażam sobie emocje, jakie targały widzami kilkanaście lat temu przez kilka miesięcy oczekiwania na piąty sezon (chyba aż sam sobie zrobię kilka tygodni przerwy dla podsycenia emocji… o ile wytrzymam).

Czas na podsumowanie: sezon czwarty X-files jest zdecydowanie najlepszym z tych, które dotychczas oglądałem. Warto było przemęczyć pierwsze trzy, aby trafić na taką perełkę…

 

133. The Sopranos – sezony 1-3 5 lipiec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 11:02 pm

Pomimo tego, że seriale oglądam już dość długo, a obejrzałem tego całe mnóstwo (nie o wszystkim piszę na blogu), stosunkowo rzadko zdarzy mi się spotkać serial wybitny. Do takich na pewno należą “Lost”, “Twin Peaks”, “Six Feet Under” i jeszcze (ewentualnie) “Babylon 5″. Oczywiście, sporo jest produkcji dobrych i bardzo dobrych, ale na bycie wybitnym trzeba sobie zasłużyć czymś ekstra. A szansę na stanie się kolejnym takim serialem w moich oczach ma serial “The Sopranos”. Piszę “szansę”, bo z wydaniem ostatecznego wyroku wstrzymam się do momentu, kiedy obejrzę całość.

Głównym bohaterem (i głową tytułowej Rodziny Soprano) jest Tony Soprano – łysiejący 40-latek ze sporą nadwagą, pracujący w branży utylizacji odpadów. Ma żonę, dwójkę dzieci i starą, zgorzkniałą matkę. To jeden Tony. Ale jest też drugi Tony i druga Rodzina Soprano. W tym wcieleniu Tony przewodzi mafijnej organizacji, która na mniejszych i większych szwindlach dorabia się sporej kasy. Sam Tony jest groźny i agresywny – niepokornego podwładnego czy wroga może zadusić czy zastrzelić z zimną krwią. Sam tylko Tony wie ile ofiar jest na jego koncie. Te dwa wcielenia jednego człowieka, ktory z jednej strony ma na koncie straszne zbrodnie, z drugiej – prowadzi normalne życie, scierają się i przenikają nawzajem, miotając Tonym to w jedną, to w drugą stronę i wytwarzając dziwny mechanizm obronny – chwilowe omdlenia i utraty świadomości. Właśnie ta przypadłość sprawia, że Tony zaczyna odwiedzać panią psychiatrę.

Wprowadzenie do serialu dr Jennifer Melfi (bo tak ta pani się nazywa) to bardzo sprytny wybieg twórców. Przez całe trzy sezony jest ona niemal całkowicie oderwana od reszty akcji – widzimy ją jedynie w gabinecie podczas rozmów z Tonym. To świetny pomysł, aby poznać myśli i uczucia bohatera, a także zrozumieć jego postępowanie. Jednak dr Melfi nie jest wcale postacią statyczną. Od czasu do czasu widzimy jak relacja z Tonym odbija się na jej życiu. Ten pacjent wydaje się być szczególny. Tak szczególny, że z jego powodu dr Melfi zaczyna odwiedzać… psychiatrę. Czekam z niecierpliwością na dalsze losy tej postaci bo pomimo tego, że jest ona pozornie bohaterką poboczną i traktowaną jako “konfesjonał” Tony’ego, to jednak mam wrażenie, że z perspektywy całego serialu właśnie ona odegra kluczową rolę.

Ale zostawmy na boku panią doktor i wróćmy do Tony’ego. Zupełnie różni się od mafiozów znanych z filmów takcih jak “Godfather” czy “Untouchables”. Chociażby dlatego, że to normalny facet o misiowatej posturze. Nie żaden mityczny boss, jakich widujemy w filmach o mafii. Potrafi być bezwględny, ale rzadko kiedy to okazuje i bardziej preferuje metodę polegającą na manipulowaniu innych aby robili to, czego on chce. Robi to sprytnie i inteligentnie. Na pewno warto zwrócić uwagę na jego najbliższych współpracowników – Paulie’go, Pussy’ego, Chrisa i Silvio. Każda z tych postaci stworzona została bardzo realistycznie i ma się wrażenie, że to nie wymyślone postacie, ale prawdziwi ludzie. No, może poza Silvio, który ze swoją małpią twarzą z wypisanym na niej wiecznie tym samym grymasem i głupawym tonem, jakim sie wypowiada, wygląda sztucznie, ale i tak jest dla serialu postacią ważną i wartościową.

Ogólnie, każda postać została dogłębnie przemyślana i bije z niej autentyczność. Oglądając Sopranos, nie mogę przestawić się na tok myślenia polegający na uświadomieniu sobie, że to nie jest prawdziwy świat, prawdziwi ludzie, prawdziwe wydarzenia. Niewiele jest tu miejsca dla sztuczności, tandetnych odzywek, kreślonych grubą kreską postaci, stareotypowych zachowań i przewidywalnych zdarzeń. Wszystko jest jak w życiu. Nawet kiedy bohaterowie rozmawiają ze sobą, nie ma w tym żadnej “filmowości”, żadnego aktorstwa. Gdyby ktoś anglojęzyczny usłyszał w drugim pokoju telewizor z włączonym serialem, pomyślałby, że rozmawiają ze sobą dwie osoby. Kto nie rozumie o co mi chodzi, niech włączy sobie jakiś polski serial, pójdzie do drugiego pokoju i spróbuje wyobrazić sobie, że rozmawiają ze sobą dwie prawdziwe osoby. Nie da się, prawda? Aktorzy w filmach/serialach, choćby najwybitniejsi, zawsze zwracają uwagę na dykcję, akcent i wiele innych szczegółów. A w “Sopranos” aktrorzy gadają jakby od niechcenia, może czasem niewyraźnie, zgubią tę czy ową końcówkę, użyją kolowializmu itd. Jak prawdziwi ludzie.

Produckcja ta stanowi model i wzór dla wszystkcih innych jeżeli chodzi o Product Placement. Zero natręctwa (no, może poza reklamą Pedigree pod koniec III sezonu, kiedy bohaterka ogląda reklamę w TV, a my razem z nią). Bohaterowie piją Coca-Colę, markowe alkohole (nazwa zazwyczaj pokazana), śpią w Plazie, jeżdzą Mercedesami i Nissanami – wszystko jest pokazane. Tak jakby od niechcenia, po prostu, czasem mignie jakaś nazwa. I tyle. Pisałem już raz o tym, że taki właśnie product placement nie tylko nie jest szkodliwy, ale wręcz potrzebny produkcji filmowej, aby była ona bliższa nam i naszej rzeczywistości.

Serial na pewno ciekawy. Miejscami brutalny i krwawy, dużo rzadziej – ckliwy (chociaż popłakać się raczej na nim nie można), momentami nawet zabawny (szczególnie jak Paulie z Chrisem utknęli zimą w lesie). Ma w sobie potencjał, wiele wątków jest wciąż rozwijanych, jest kilka niedomkniętych spraw i znaków zapytania. Czekam z niecierpliwością na sezony 4-6.

I na koniec – dla tych, którzy kiedykolwiek w przyszłości oglądać będą wydanie z “Wyborczej” – nie czytajcie opisów postaci z książeczek. Zawierają mnóstwo spoilerów i już przy książeczkach z pierwsego sezonu opisane są wydarzenia, które nastąpią najwcześniej w czwartym sezonie. Ja sam czytałem to chyba do 8 książeczki (zdecydowanie za długo) i teraz mocno, mocno żałuję. Ostrzegam wszystkich przed popełnieniem tego samego błędu!

 

129. X-files sezon 3 1 lipiec 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 6:51 pm

No i wkraczamy, po raz trzeci, w świat Archiwum X. Serial, który swojego czasu był pierwszorzędnym przebojem. Serial, który był (i dla wielu nadal jest) “naj”. Serial, który inspirował wiele innych produkcji telewizyjnych, stał się obiektem uwielbienia dla milionów fanów. Sam zresztą przed remontem pokoju rozważam kilka opcji tapety graficznej i nie wiem czy plakat “I want to believe” nie jest właśnie TYM pomysłem.

Oglądając go z perspektywy kilku lat, nie robi takiego wrażenia. Pisałem zresztą o tym z okazji wpisu o pierwszym sezonie. W drugim sezonie było wyraźnie lepiej. Sezon trzeci charakteryzuje się z kolei (niesety) mocnym spadkiem poziomu w dół, chociaż mam mu generalnie inne rzeczy do zarzucenia aniżeli sezonowi pierwszemu. Nie ma zatem schematyczności, ale za to jest dużo miejsca na odcinki bezsensowne. Nie będę teraz może ich wymieniał, ale zdarzają się takie, o których trzy godziny po obejrzeniu niewiele mógłbym opowiedzieć. Wyraźnie twórcom skończyły się pomysly i szukają deski ratunku wszędzie gdzie się da. Denerwujące są odicnki o ludziach, którzy (z nieznanych powodów) uzyskali jakąś supermoc i używają jej do zabijania innych bądź innych niecnych celów. Takich odcinków jest całkiem sporo, niestety. W tłumie tej szarzyzny wyróżniają się odcinek z mechanicznymi karaluchami, amerykańską wersją potwora z loch-ness a także świetny odcinek “Jose Chung’s “From Outer Space””, który wymaga oddzielnego omówienia. Jego treść sprowadza się bowiem do tego, że dwójka nastolatków porwana zostaaje przez kosmitów. Mulder i Scully dokładnie relacjonują przebieg śledztwa w tej sprawie pewnemu pisarzowi. Śledztwo jest wyjątkowo zakręcone, co rusz pojawia się nowy fakt, który niesamowicie komplikuje sprawę. W końcu sam widz nie wie, co jest prawdą, a co mistyfikacją i czy to, co wydarzyło się tamtego wieczoru zdarzyło się naprawdę, czy jest zmyśleniem. Kiedy zatem pisarz pyta Muldera o to, co naprawdę wydarzyło się tego wieczora, Mulder odpowiada z rozbrajającą szczerością “I don’t know”. Pomimo tego zakręcenia (a nawet dzięki niemu) odcinek znakomity. Jednakże odcinki typu “separate” to najsłabsza strona trzeciego sezonu. Zresztą, to najsłabsza strona każdego sezonu. Tym razem jednak wyszły naprawdę paskudnie.

Z ogromnym żalem dodać muszę, że nawet odcinki z głównym wątkiem (bo głównie takie mnie trzymają przy tym serialu) nie do końca trzymają poziom. To znaczy – same sobie są dobre. Nawet świetne. Ale co z tego, skoro sprawiają wrażenie, jakby scenarzyści nie mieli pomysłu na dalszy rozwój akcji, dodają więc nowe wątki, nowe motywy, nowe zagadki i po prostu trzymają widza w tej niepewności. Przyzwyczajony do “Lost”, gdzie wszystko jest przemyślane i podporządkowane z góry przyjętej koncepcji, rzec muszę, że tutaj nie wszystko trzyma się kupy. A szkoda.

Sezon trzeci oceniam zatem jako ciut, ciut lepszy od pierwszego, ale jednocześnie dużo gorszy od drugiego. Czekam z niecierpliwością na sezon piąty (ponoć najlepszy) i szósty (o którym mówi się, że jest dowodem na to, że nawet szósty sezon serialu może być odkrywczy i przełomowy). I mam nadzieję, że tak naprawdę będzie. Bo trzeci sezon, pomimo kilku pozytywnych akcentów, określić można generalnie jako zawód.

 

127. LOST – sezon IV 29 czerwiec 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 5:57 pm

Lost jest serialem wybitnym. Niezależnie od tego, co twierdzą jego krytycy. Zresztą, większość krytyków to albo ci, którzy przestali oglądać po trzecim odcinku, bo stwierdzili ze nic się nie dzieje poza tym, że Locke lata po dżungli albo też ci, którzy nie mają za grosz zaufania do autorów i twierdzą, że ci zamiast wyjaśniać stare zagadki, dokładają wciąż nowe i nowe, nie mając nawet zarysu pomysłu na wyjaśnienie starych. Oczywiście, ani jedni, ani drudzy nie mają racji. Dzieje się naprawdę sporo, ale dopiero mniej więcej od połowy pierwszego sezonu. A końcówka trzeciego (i cały czwarty) to już pełnokrwista akcja, w której nie ma ani chwili na nudę. Tak w ogóle to rzucam apel: Losta trzeba oglądać z zachowaniem trzech reguł: zacząć od pierwszego odcinka, oglądać po kolei i wszystkie odcinki (nie przeskakiwać/opuszczać). Tylko wtedy serial zrobi pożądane wrażenie. Osoby, które oglądały inaczej (np. kilka wyrwanych z kontekstu odcinków) w zasadzie nie mają w zasadzie podstawy, aby dyskutować o serialu. Co do zagadek… no cóż, kto ogląda uważnie to widzi, że pewne rzeczy z czasem się wyjaśniają, a pewne nie… Na tym polega urok tego serialu – wszystko będziemy wiedzieli dopiero po ostatnim odcinku, a pewne zagadki trzymane będą przez cały serial. Widząc olbrzymie przywiązania scenarzystów do szczegółów (rypnęli się ledwie kilka razy i to w raczej mało istotnych kwestiach) i obserwując to, jak pewne zdawałoby się mało istotne i zapomniane szczególiki z początku serialu zaczynają teraz mieć znaczenie, pokładam całkowitą ufność w koncepcję scenarzystów. Jako przykład podam odcinek “Follow the White Rabbit” (1×05), gdzie pojawił się na wyspie ojciec Jacka. Pojawił się, pokazał, połaził na wyspie, postraszył Jacka i zniknął. Na trzy całe sezony. Czytałem na forach, jak widzowie klnęli za to scenarzystów i narzekali, że nikt z nich o tym nie pamięta. A tu proszę – mamy ładną zapowiedź tego, co powróci dopiero w trzynastym mobisodzie (tym z flashbackami Vincenta). Z niecierpliwością czekam na wyjaśnienie zagadki Liczb, Adama i Ewy (jest pewna cudowna, zakręcona teoria w necie, ale może nie będę tego cytował, bo okaże się jezcze że to spoiler…), magnesu pod Swanem, wielkiej stopy itd. I jestem pewien, że Lost, który z perspektywy jednego odcinka na tydzień przez kilka miesięcy roku może dla niektórych wyglądać na serial z fabuła pisaną na kolanie, to jednak oglądany w całości, od pierwszego odcinka do tego zupełnie ostatniego, zrobi piorunujące wrażenie.

Przyznają jednak, pierwsze dwa sezony były faktycznie sezonami zagadek. Pytań było wyrażnie więcej niż odpowiedzi, aczkolwiek nie spieszyłbym się z teoriami mówiącymi o indolencji scenarzystów i bardziej skłaniałbym się w kierunku stwierdzenia, że były one jakby wstępem do całej historii. W sezonie trzecim poznaliśmy nareszcie Innych (nie do końca, ale jednak), dowiedzieliśmy się jak działała Dharma i co się z nią działo, mieliśmy pierwsze spotkania z Jacobem, pojawiła się też i pierwsza sugestia nt podróży w czasie. Sezon czwarty rozwija wątki rozpoczęte w III sezonie i udziela odpowiedzi na zagadki z poprzednich sezonów. Oczywiście nadal mamy sporo niewiadomych, ale jezcze 38 odcinków przed nami.

Jednego możemy być pewni – ten serial, który oglądaliśmy w czwartym sezonie, jest zupełnie innym od tego , ktorym mieliśmy do czynienia w pierwszym. Narzucono nam bowiem niesamowite tempo akcji, a tematyka jest generalnie inna. Postacie już znamy, nie trzeba mówić, że Sun ukrywała przed mężem znajomość angielskiego, a Shannon leciała na syna swojej macochy (swoją drogą – dlaczego wszyscy mówią o tym związku “kazirodczy?”). Teraz, kiedy wiemy już kto jest kim i mniej więcej czego się po bohaterach spodziewać, przeszliśmy do etapu akcji. I dzieje się naprawdę dużo.

UWAGA – OD TEGO MIEJSCA ZACZYNAJĄ SIĘ MOCNE SPOILERY NT. CZWARTEGO SEZONU. NIE OGLĄDAŁEŚ – NIE CZYTAJ!

Zaczynamy od dwóch bardzo mocnych odcinków – “Beginning of the End” oraz “Confirmed Death”, w których dowiadujemy się, że także Hurley wydostał się z wyspy, a także poznajemy ekipę “ratunkową”. Cały ten ratunek już od samego początku coś śmierdzi, ale sprawa wyjdzie dużo później. Później dwa odcinki IMO nieco słabsze – “Economist” oraz “Eggtown”, chociaż i tak na dość wysokim poziomie no i z szokującymi końcówkami – dowiadujemy się, że Sayid pracował dla Bena, a Kate uznaje Aarona za swojego syna. Później mocne uderzenie, odcinek przez wielu (w tym i mnie) uważany za najlepszy epizod Lost w historii – “Constant”. Pomimo tego, że sama idea podróży świadomosci w czasie mocno naciągana, to jednak związana z tym cała intryga, oparta na interaktywnych flashbackach robi mocne wrażenie. Wielkie uznanie dla scenarzystów za ten odcinek. Później mamy dość słaby “The other woman” z tajemniczą Harper i i nieco lepszy “Yi Yeon”, którego główną siłą jest wielka zmyła z flashami Sun i Jina (sam się na to nabrałem!). Co ciekawe z tego, co czytam na forach, wielu ludzi nadal tej zmyły nie rozumie i twierdzi, że Jin wydostał się z wyspy. No cóż, pozostawię to bez komentarza. Później przychodzi “Meet Kevin Johnson”. Odcinek bardzo dobry, ale i dziwny, bo z jednym długim flashem zajmującym niemal cały odcinek. Historia Michaela znakomicie pasuje do tego wszystkiego, co dziwnego dowiedzieliśmy się o wyspie i tym samym wkomponowuje się w stylistykę serialu. Po długiej, bo kilkutygodniowej, przerwie nadchodzi “The shape of things to come”, od którego akcja serialu nabiera niesamowitego tempa. Rusza do przodu sprawa z dymkiem, ginie Danielle, Alex i Karl i pojawia się nowy czarny charakter – Keamy. Pogłębia się też postać Bena, który wyrasta na najciekawszą postać serialu. Ale tak było przecież od samego początku, kiedy jeszcze jako zastraszony Henry Gale siedział zamknięty z zbrojowni bunkra, intrygował widzów i przyciągał ich uwagę. Teraz jednak – wypływa na wierzch i powoli zaczyna stawać w centrum historii. I nie zmieni się to nawet kiedy za kilka odcinków abdykuje z roli przywódcy wyspy. Później “Something Nice Back Home” – znów nieco słabiej, naciągana operacja Jacka, ale chociaż flashe wypełniają pewną dziurę w historii. No i teraz ostra końcówka – “Cabin Fever” w którym możemy spojrzeć na Johna Locke’a z zupełnie innej perspektywy i wielki, wielki potrójny finał – “There’s no place like home”. Wyśmienity finał (tylko “Live together die alone” był od niego lepszy), spinający flashforwardy z właściwą akcją na wyspie (IV sezon kończy się dokładnie w momencie, w którym zaczynają najwcześniejsze flashforwardy). Zdaje się, że mamy już opowiedzianą całą główną historię, że już wszystko co miało się stać w serialu, stało się. Jedyne, co pozostało (oprócz dopisania epilogu do tej historii), to parę luk do wypełnienia. A tych luk jest sporo. Wciąż nie znamy historii Danielle, pochodzenia Richarda, istoty bytu Jacoba, przyczyn przybycia Dharmy na wyspę, prawdziwego przeznaczenia bunkrów oraz dziesiątek (i wcale tu nie przesadzam) mniejszych lub większych szczegółów, które wciąż jeszcze czekają na wyjaśnienia, ze śmiercią Johna Locke’a na czele.

Co nas czeka w V sezonie? Nie wiem. Przed scenarzystami trudne zadanie. Akcja na wyspie, flashforwardy, flashbacki – zapomnijcie o tym. Serial potężnie się zmieni. Czeka go obrót o 180 stopni. W pionie i poziomie. Jego struktura bęzie zupełnie inna, inaczej będą skonstruowane odcinki, inny będzie sposób narracji. Wszystko będzie inne. Nie mam pojęcia, jak scenarzyści planują zrobić nowe odcinki, ale będzie ciężko. Chociaż na pewno mają już plan co z tym fantem zrobić i po raz kolejny nas zaskoczą. Zapewne mile. Jak zawsze zresztą.

 

125. Twin Peaks: Sekretny dziennik Laury Palmer (+ lista rzeczy związanych z TP, z którymi warto sie zapoznac) 25 czerwiec 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Książki, Seriale — HaeS @ 6:50 pm

Twin Peaks to jeden z najgenialniejszych i najciekawszych (a w opinii wielu – najgenialniejszy i najciekawszy) serail wszechczasów. Nietypowe postacie, wyjątkowy klimat, świetne pomysły i fabuła, która wciąga od pierwszego odcinka aż po ostatni. Niewiele serialowi ustępuje film “Fire Walk With Me”, uzupełniający pewne luki i wyjaśniający kilka serialowych znaków zapytania, ale i będący sam w sobie świetnym, klimatycznym filmem, który zapada w pamięc i nie nudzi nawet po n-tym obejrzeniu nawet tych, którzy serialu nie widzieli (pomimo tego konsekwetnie i po raz n-ty sugeruję, aby film obejrzeć jednak po serialu). Ale to nie wszystko, co wyszło związane ze światem Twin Peaks. Pojawiła się bowiem książka Jennifer Lynch (zbieżność nazwisk z twórcą serialu jest nieprzypadkowa – Jennifer jest jego córką) “Sekretny Dziennik Laury Palmer”, poza tym pojawiło się obszerne nagranie audio pt. “Dale Cooper: My life, my tapes”, za co McLachlan dostał Grammy. Polacy mogą zapoznać z tym w formie ładnie przetłumaczonego pdfa przez jednego z fanów serialu. Oprócz tego wyszła jeszcze jakaś gra karciana związana ze światem Twin Peaks, ale ciekawe są też i przedsięwzięcia nieoficjalne. Jak ktoś dobrze poszpera, może w necie znaleźć m.in. fan-fictionowy scenariusz filmu “Sowy nie są tym, czym się wydają” (po polsku), zamykającego ostatecznie serial, pełen scenariusz filmu “Fire Walk with me” zawierający także wycięte sceny (swoją drogą – sceny te zostały nakręcone, a fani wciąż ostrzą sobie zęby i naciskają tu i ówdzie, aby w końcu materiał ten ujrzał światło dzienne). Gdzieś tam spotkałem się również z fan-fictinowym odcinkiem 3×01. O alternatywnym zakończeniu pilota serialu już na blogu wspominałem. Jak więc widzimy, świat Twin Peaks jest dość bogaty w różne add-ony, fan fictiony, materiały nieoficjalne i niekanoniczne. Oczywiście, nie ma co porównywać tego z uniwersum Star Wars, ale i tak jest w czym wybierać. Pomijam już parodie (w jednej z nich wystąpił sam Dale), nawiązania i filmy/seriale mniej lub bardziej inspirowane TP (a chodzi m.in. o X-files, Lost czy Northern Exposure). Jakby co, to dla zdesperowanych pozostają jeszcze wstępy do każdego odcinka, prowadzone przez Kobietę z Klockiem (niestety, nie widziałem ich). Szkoda, że na światło dzienne nie wyszły chociaż scenariusze dwóch kolejnych filmów które miały być nakręcone tuż po “Fire Walk with me” (Lynch wkurzył się po krytyce tego filmu i powiedział, że nic więcej kręcił nie będzie) czy też filmu “With a Thousand Angels”, który miał być kręcony ok. 2000 r. Jeszcze 2-3 lata temu przebąkiwało się o kolejnym twin-peaksowym projekcie, którego akcja osadzona byłaby już nie w Twin Peaks, ale w innym mieście, a głównym bohaterem byłby opętany przez BOBa Dale Cooper. Nic więcej niestety o tym nie wiadomo.

Niestety, dodatkowe produkcje nie stoją na najwyższym poziomie. Nie ze wszystkim się zapoznałem (w szczególności nie mogę jakoś zabrać się za “My life, my tapes”… po prostu nienawidze czytac pdfów, a drukowanie to kosztowna zabawa) , ale np. scenariusz “Sowy nie są tym, czym się wydają” jest jak dla mnie totalną porażką. Nie lepiej niestety sprawa ma się z “Sekretnym dziennkiem Laury Palmer”. Książka ma ok. 200 stron i strukturę pamiętnika, który Laura zaczyna pisać w dniu swoich dwunatych urodzin, a kończy kilka dni przed śmiercią. Poznajemy w nim ciemną stronę Laury. Po obejrzeniu serialu, Laura w moich oczach jawiła się jako porządna i ułożona licealistka. Z czasem wyszły na wierzch jej grzeszki (praca w One-Eyed Jack, ciągnięcie dwóch związków jednocześnie, kokaina itd). Prawdziwego szoku doznałem jednak dopiero po “Fire Walk with Me”, gdzie postać Laury przedstawiono w zupełnie innym świetle. Sympatyczna licealistka nocą zamieniała się w wyzwolonego, pozbawionego jakichkolwiek zahamowań wampa. Ale na tym nie koniec. Ostateczny krach wizerunku Laury jako grzecznej dziewczynki widzimy właśnie w pamiętniku, w którym objawia ona swoje oblicze. Po ukończeniu ok. 15 lat na przemian mamy tylko seks, narkotyki i BOBa, który – jak się przekonujemy – obecny był w życiu Laury od bardzo, bardzo dawna.

W ksiązce spotykamy chyba wszystkie postacie (a przynajmniej ich większość), jakie znamy z serialu, od kobiety z klockiem po Harolda Smitha. Sylwetki tych osób dzięki pamiętnikowi zostają nieco rozbudowane. Warto nadmienić też, że autorka starała się nawiązać do serialu i filmu możliwie jak najpełniej. Dlatego właśnie kilka ostatnich kartek z pamiętnika widnieje jako “wyrwane” (bo zostały istotnie wyrwane w filmie FWWM), zgadza się też i kilka innych drobnych szczegółów. Nie zgadza się za to datowanie – wg autorski śmierć Laury nastąpiła na początku 1990; większość fanów TP jest na stanowisku, że stało się to na początku 1989 (nigdzie nie pada konkretny rok, ale sporo jest przesłanek wskazujących właśnie na 1989).

Ale to akurat nie jest największy zarzut, jaki można postawić książce. Książka jest po prostu nudna. Monotonia aż bije po oczach. O ile na początku jeszcze zapiski Laury dają radę (mamy przecież np. spotkanie z Kobietą z Klockiem czy też pełne perwersji pierwsze doświadczenia erotyczne dziewczyny), to jednak im dalej – tym gorzej. Monotonny bełkot o spotkaniach z Leo, Jaquesem, Jednookim Jacku, Bobbym i BOBie, bez myśli przewodniej, bez niczego, co by wciągało i zachęcało do przeczytania kolejnego wpisu. Ciężko się to czyta. Ja wiem, to ma być pamiętnik, pamiętniki siłą rzeczy nie mają głównego wątku ani samodzielnej fabuły, jednak Jennifer Lynch z tym realizmem formuły pamiętnikowej znacząco przesadziła. Można było rozegrać to inaczej, a w tej postaci “Sekretny Dziennik Laury Palmer” nie jest niczym innym aniżeli żałosną próbą zbicia dodatkowego grosza na elektryzującej miliony ludzi na całym świecie nazwie “Twin Peaks”. A ja sie na to nabralem… No coz, pewnie nie ja jeden.

 

124. Star Trek: The Next Generation – pierwsze wrażenie 23 czerwiec 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 11:23 am

Długo zwlekałem z napisaniem tej recenzji. Długo, bo chciałem dać TNG szansę. Nie chciałem zbesztać tego serialu po 2-3 odcinach, czekałem do 10. Kiedy jednak nie było nic lepiej, czekałem dalej. I dalej. I dalej. Aż w końcu dotarłem do końca sezonu i mogę już rzec – doznałem zawodu. TNG niewiele wspólnego ma z cudownym serialem, który z fascynacją ogladałem w dzieciństwie. No, ale po kolei…

Jeżeli chodzi o historie z poszczególnych odcinków… hmm… powiem może tak: TOSowi wybaczałem wiele rzeczy. Lata 60-te, naiwna (z dzisiejszego punktu widzenia) wizja przyszłości, ubogie środki techniczne nie pozwalające przedstawić kosmitów inaczej aniżeli humanoidów, nie do końca przemyślane sprawy naukowo-techniczne itd. Oglądając TOSa, na przemian śmiałem się z tego, co widziałem, albo też i klnąłem w cholerę scenarzystów, wybaczając im jednak co bardziej dziwaczne pomysły i bacząc na datę powstania serialu. Jednocześnie cały czas liczyłem na to, że TNG będzie serialem pod względem poprawności naukowej dużo lepiej przemyślanym. Zacytować tu niestety muszę Johna Locke’a (tego nawiedzonego łysola z Lost, a nie tego od tabula rasa): I WAS WRONG. TNG wygląda nieco lepiej wizualnie, pojawiło się kilka fajnych pomysłów (android na pokładzie, holodek, odczepiany spodek), ale w zasadzie poza tym serial niewiele różni się od TOSa. Właściwie to jest jeszcze gorszy. Poszczególne historie mało że wyssane z palca i bezsensowne, to jeszcze na dodatek nudniejsze aniżeli w TOSie. Niewiele zapada w pamięć, ale może to i dobrze. Lepiej nie pamiętać o cudownej planecie-utopii na której żyją obcy (nie różniący się jak zwykle nawet pieprzykiem na czole od ludzi), którzy wprowadzili sobie regułę: “za każde, nawet najdrobniejsze przewinienie dajemy karę śmierci”. Albo o jakichś “kosmitach”, czyli murzynach w spódniczkach jakby żywcem wyjętych z buszu, którzy wynaleźli cudowny lek na jakieś choróbsko. Żenada, żenada i jeszcze raz żenada. Za historie TNG ma u mnie ogromnego minusa, a za wiarygodność naukową – przekreślony jest już chyba raz na zawsze.

Także i postacie nie wyglądają imponująco. Porównując postacie z jednego i drugiego serialu, widzimy sporą przewagę TOSa nad TNG. O ile w pojedynku Kirk vs Picard mamy remis (no, z nieznacznym wskazaniem na Pickarda), to wszystkie pozostałe postacie z TNG zupełnie wymiękają przy swoich TOSowych odpowiednikach. Takiego np. Spocka podzielono na trzy postacie – jako obcy na pokładzie spock został zastąpiony przez Worfa, który poza tym, że jest i wygląda nader oryginalnie, raczej niewiele wnosi do serialu. Prawą ręką kapitana jest niejaki Riker, który ze swoim lubieżnym uśmieszkiem idealnie nadawałby się do grania Sawyera w Lostach aniżeli kompetentnego zastępcy kapitana statku kosmicznego. No i wreszcie następcą Spocka w roli skrajnie logicznego i pozbawionego głębszych uczuć jest Data, który jako jedyny z tej trójki ma w sobie jakiś tam potencjał do wykorzystania, aczkolwiek wciąż jeszcze niezbyt intensywnie eksploatowany. Idąc dalej: dr Crusher vs dr McCoy… bez komentarza. Jeżeli chodzi o La Forge’a i Wesleya (odgrywającymi mniej więcej taką samą rolę jak Sulu i Checkov w TOSie), to wnoszą do serialu równie niewiele co ich poprzednicy, ale mimo wszystko i tak zdają się być gorzej napisanymi (i zagranymi) postaciami. Mój ulubiony Scotty jako szef maszynowni nie ma swojego odpowiednika, ale można na upartego porównać go z postaciami TNG nie mającymi z kolei odpowiednika w TOSie – Deanną Troy i Natashą Yar. I o ile Deanna zarówno samym pomysłem, jak i nietypową urodą, ma coś do zaoferowania widzowi (no, ale gdzie tam jej do charyzmy Scotty’ego), to Natasha jako główny pokładowy babochłop jest totalną porażką i cieszę się, że scenarzyści pod koniec sezonu pozbyli się jej.

“Star Trek: The Next Generation” jest dla mnie (przynajmniej w pierwszym sezonie) kompletną porażką. Z 25 obejrzanych przeze mnie epizodów, nie było ani jednego, o którym mógłbym z czystym sumieniem powiedzieć, że był dobry (najbliżej tego był dwugodzinny pilot, który byłby nawet dobry gdyby nie irytujący Q i jego wieczne przebieranki). Kilka było odcinków które dało się obejrzeć bez ziewania i pokusy przewinięcia kilku minut albo nawet darowania sobie całego odcinka, jednak – co jest dla mnie dużą niespodzianką – przy TOSie serial “The Next Generation” wygląda jak nieudolny spin-off. A szkoda, bo liczyłem na wiele, wiele więcej. Pierwszy sezon przyznaję – bardziej przemęczyłem aniżeli obejrzałem z przyjemnością, a za drugi wezmę się z dużą dawką rezerwy i chyba odczekam troszkę…

Post Scriptum: Obejrzałem jednak pierwszy odcinek drugiego sezonu – drobne zmiany w obsadzie zrobiły serialowi dobrze, a dzięki brodzie Riker nie irytuje już swoim wyrazem twarzy lubieżnego erotomana. Także i sama fabuła tego odcinka daje nadzieję na to, że może jednak TNG nie jest aż tak złym serialem, jak wydawało się po pierwszym sezonie.

 

123. X-Files sezon 2 7 czerwiec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 6:11 am

No i jestem już po drugim sezonie X-Files. Druga seria jest najdłuższa ze wszystkich – liczy bowiem 25 odcinków i wydaje się być bardziej dojrzalsza i przemyślana od pierwszej. Poziom poszczególnych odcinków jest generalnie dużo lepszy niż w poprzednim sezonie. Wiele jest odcinków bardzo dobrych, kilka rewelacyjnych, chociaż zdarzają się też od czasu do czasu odcinki badziewne (szczególnie pod koniec sezonu). Zanim zacznę jednak dokładnie omawiać dokładnie co i jak, ostrzegam przed spoilerami.

Już pierwsze dwa epizody zwiastują dobry sezon, o niebo lepszy niż pierwszy. Najpierw rewelacyjny “Little Green Men”, który wywołuje refleksję czy aby zamknięcie “Archiwum X” nie było paradoksalnie znakomitym pomysłem na kontynuację serialu (niestety, Archiwum X zostało później reaktywowane i od tego momentu poziom sezonu nieznacznie spada). Drugi odcinek to “The Host” o skrzyżowaniu człowieka i robala, który pamiętam jeszcze z czasów TVP2 i który, pomimo rzucającemu się w oczy idiotyzmowi pomysłu, wciąż jeszcze wywołuje u mnie spore emocje. Potem jest ciut słabiej, mamy kilka mniej interesujących odcinków, ale szybko zostaje to zrekompensowane przez pojawienie się niejakiego Duanne’a Barry’ego, co rozpoczyna dość długi wątek związany z porwaniem Scully przez UFO (który ma zresztą o ile dobrze pamiętam znaczące reperkusje w dalszych sezonach). Po powrocie Scully mamy kilka jednoodcinkowych historyjek (raczej dobrych) i wchodzimy w podwójny odcinek – “Colony” i “End Game”. Jakby ktoś nie pamiętał – powraca siostra Muldera (ale czy to na pewno ona?) i jest ścigana przez tajemniczego zmiennokształtnego zabójcę, mordującego zielonokrwiste klony. Wiem, debilnie brzmi, ale kto oglądał wie, że wcale tak naiwnie to nie wygląda jak brzmi. Po zakończeniu tego wątku poziom, niestety, zaczyna ostro siadać – dostajemy same jednoodcinkowce, na przemian słabe i przeciętne. Dopiero ostatni odcinek – “Anasazi” opowiadający o dalszych zmaganiach Muldera w szukaniu dowodów istnienia pozaziemskich cywilizacji i knowaniach Palacza próbującego za wszelką cenę Muldera powstrzymać zamyka sezon w godny sposób, a przy tym kończy się naprawdę ostrym cliffhangerem z wybuchającym podziemnym wagonem kolejowym, w którym siedzi Mulder.

Jeszcze krótka refleksja na temat odcinków zamkniętych (czyli tych, które nie wynikają z poprzednich odcinków i nie mają żadnego wpływu na epizody następne). Generalnie nie lubię seriali składających się z “jednoodcinkowców”, czyli takich, w których każdy odcinek opowiada inną historię, nie powiązaną z pozostałymi. Pół biedy jeśli serial jest w miarę krótki (jak np. “Robin of Sherwood”), ale ciągnięcie tego typu serial przez 5 czy 7 serii jest dla mnie niezrozumiałe. Właśnie dzięki swojemu “jednoodcinkowemu” charakterowi coraz bardziej nudzi mnie Star Trek, odpuściłem sobie może i ciekawy “Numb3rs” (z żalem, bo wszak z wykształcenia i z zawodu jestem matematykiem i lubię to, co robię) nie biorę się też za “Kryminalne Zagadki Los Angeles” ani innego tego typu seriale. Są one dobre kiedy człowiek przyjdzie z pracy, usiądzie nad schabowym z ziemniakami i włączy TV, a tam leci sobie taki właśnie “McGyver” czy “Nieustraszony”. Obejrzy, spodoba się (albo nie) i zapomni. Natomiast tego typu seriale IMO absolutnie nie nadają się do regularnego oglądania np. na komputerze w partiach po kilka odcinków naraz, one po prostu nie wciągają, bo nie mają czym wciągać.

X-Files jest, na szczęście, serialem mieszanym – składa się zarówno z wątku ciągnącego się przez cały serial, jak i odcinków zupełnie od tego wątku oderwanych – takie “monster of the week”. Niektóre z “jednowątkowców” są dobre, jednak mnie bardziej fascynują te odcinki, które tworzą historię będącą właściwym serialem “X-Files”. Historię ewoluującą z sezonu na sezon, w której co kilka odcinków poznajemy kilka nowych szczegółów i która wciąż wydaje się być pełna zmętnień, niedomówień i wątków, które czekają na rozwiązanie. I właśnie to mnie trzyma przy tym serialu. Chciałbym zaznaczyć, że ok. 1/3 odcinków w tym sezonie jest głęboko powiązana z głównym wątkiem – i wszystkie bez wyjątku są dobre. Z całej reszty odcinków może 2-3 warte są obejrzenia, jednakże – podkreślam – i tak poziom generalnie jest lepszy niż w pierwszym sezonie. Szczególnie, że tak krytykowana przeze mnie schematyczność poszczególnych odcinków została jakby nieco zatarta, dzięki czemu nie ma się wrażenia że znów ogląda się ten sam odcinek, tylko w innej scenerii.

Podsumowując – moja niezbyt przychyla recenzja pierwszego sezonu mogła tego czy owego zniechęcić do zrobienia sobie powtórki z serialu. Zapewniam zatem, że drugi sezon jest wyraźnie lepszy od pierwszego. Zarówno wątki “jednoodcinkowe”, jak i rozwój głównego wątku serialu ogląda się dość przyjemnie. Zdarza się kilka wpadek, ale jednak poziom szybuje wyraźnie w górę. I miejmy nadzieję, że ta tendencja będzie się utrzymywała w kolejnych sezonach.

No i jeszcze taka osobista refleksja – chyba już wszystko, co obejrzałem swojego czasu w TV i co byłem w stanie sobie przypomniec, widziałem w pierwszych dwóch sezonach. Pamiętałem m.in. halucynogenne grzybki w domu starców, gwałtownie starzejących się Muldera i Scully na pokładzie statku-widma, żołnierzy którzy nie śpią od 20 lat i kilka innych rzeczy czy człowieka-robala; wszystkie te rzeczy – ku mojemu zdziwieniu – zawarte były w pierwszych dwóch sezonach. W zasadzie z rzeczy, które pamiętam, a których nie obejrzałem ponownie, zostało mi już tylko to, jak agent Krycek ścigał Muldera (czy coś takiego) i na koniec obciął sobie rękę (albo ktoś mu ją odciął?). Przede mną zatem nowe sezony, których już nie znam i nie pamiętam z TV. Serial zatem stanie się podwójnie ekstytujący, bo oprócz szybującego w górę poziomu mam też do czynienia z powiemem świeżości. I na pewno podzielę się z wami relacją z kolejnych sezonów.

 

119. Farscape – po obejrzeniu całości (“Peacekeeper Wars” też) 29 maj 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 2:44 pm

W moim pierwszym poście o FS pisałem już co nieco o fabule. Po obejrzeniu serialu troszkę to rozwinę. Ziemia, nieodległa przyszłość. Astronauta John Crichton przez przypadek zostaje wciągnięty przez tunel czasoprzestrzenny na drugi koniec galaktyki, gdzie spotyka tabuny kosmitów różnych ras. Wraz z nimi przeżywa różne przygody, umyka różnym wrogom i próbuje rozwikłać zagadkę tuneli czasoprzestrzennych, które pozwolą mu wrócić do domu.

Do recenzji całościowej Farscape biorę się od jakiegoś czas i szczerze mówiąc, wciąż mam tym problem. Zaczynając recenzję za każdym razem chcę napisać zgrabną, całościową notkę, ujmującą wiele aspektów danego dzieła i próbujących zsumować wszystko to, co widzę w jedne, spójne ramy. Niełatwo jednak zrobić to w przypadku Farscape’a. Recenzji zaczynałem już kilka i za każdym razem po kilku wersach szła do wirtualnego kosza.

Dlaczego tak jest? Bo serial jest chaotyczny. Zbyt chaotyczny, aby ująć go w zgrabną, jednolitą recenzję, przez co próba napisania takowej z góry skazana jest na niepowodzenie. Ciekawa i konsekwentnie prowadzona do przodu historia prezentowana nam w średnio co trzecim odcinku, przerywana jest przez odcinki nie wnoszące nic do fabuły, które możnaby bez żalu pominąć albo – co gorsza – przez odcinki wyglądające, jakby pisane były na kolanie na 10 minut przed rozpoczęciem zdjęć. Odcinki świetne, a nawet kapitalne, mieszają się z głupimi i beznadziejnymi. Bywają tu odcinki tak nudne, że wywołują chęć nie tylko naciśnięcia przycisku “stop” na panelu programu, ale też i skasowania całego folderu “Farscape” z dysku twardego. Ale znów żal człekowi tego robić, bo główna historia wciąga, pomimo tego, że pełna jest niekonsekwencji. Irytuje zamieszanie z mikrobami translacyjnymi, ale jeszcze bardziej denerwuje to, że bohaterowie przeżyli chyba każdy rodzaj śmierci i za każdym razem, kiedy wydawało się, że ten, ten i ten zginie (a nawet że już zginął trzy odcinki temu, co widzieliśmy jak na dłoni włącznie z rozpadem ciała na części pierwsze), cudownie powraca do serialu. Dla scenarzystów nie ma słowa “niemożliwe”, maksymalnie bawią się konwencją, co rusz wtykając w swój serial mniej lub bardziej absurdalne i zakręcone pomysły, co miejscami się udaje (fragmenty te widz nazwie “humorystycznymi”), miejscami (dużo częściej) – zdecydowanie nie (dla tych fragmentów jak ulał pasuje określenie “irytujące”).

Jeśli chodzi o bohaterów – twórcy posilili się na oryginalność i sięgnęli do… Tolkiena. D’Argo jak żyw przypomina krasnoluda (troszkę większego, ale jednak), Zhaan – elfkę, Noranti – czarownicę, a wszystkie inne Rygele, Chiany, Sikozu z pewnością również mają swoje pierwowzory w fantastyce. Jeden tylko Banik to zupełnie nowy, nie powiem – ciekawy pomysł. Aktorzy zagrali przyzwoicie, scenarzyści też się wysilili i nadali swoim bohaterom troszkę głębi, tworząc z nich postacie barwne i ciekawe. Co z tego jednak, jeżeli uwikłali ich w zdarzenia głupie, absurdalne i bezsensowne… ech, odcinki o niczym to największa bolączka Farscape’a. Spokojnie można by mniej więcej połowę epizodów wyciąć, a serial zyskałby znacząco na jakości.

Produkcji tej, po namyśle, nie polecałbym raczej do obejrzenia. Wiele jest ciekawszych i mniej irytujących seriali. Być może komuś się spodoba (ba, są całe masy entuzjastycznie podchodzących do niego fanów, którzy daliby się pokroić za to, że to FS jest najlepszym serialem wszechczasów), niemniej jednak ja sam osobiście przekonany jestem, że zachwyty są co najmniej przesadzone, a oglądanie to jednak strata czasu.

 

109. Carnivale 30 kwiecień 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 5:26 pm

Mam zaszczyt przedstawić kolejny serial rodem z HBO (w tym miejscu winien nastąpić ciąg zachwytów produkcjami tej stacji; jako jednak że ostatnio dwukrotnie z rzędu zachwyty owe już były, tym razem sobie daruję). Zresztą, w razie jakby ktoś nie zauważył, ostatnio całkiem sporo piszemy z R-Chee’m o serialach właśnie z tej “stajni” – wszak było już o Band of Brothers, Deadwood i Sopranos, a wcześniej aż pięć razy piałem nad wspaniałością Six Feet Under. W kolejce czeka jeszcze Rome, a tym razem omówię Carnivale.

Ulubionym zabiegiem osób odpowiedzialnych za tworzenie seriali w HBO jest umieszczanie akcji w mniej lub bardziej zamierzchłej przeszłości. Tym razem jesteśmy tuż przed II wojną światową gdzieś w zachodnich Stanach, przez które wędruje grupa artystów prowadzących coś jak skrzyżowanie wesołego miasteczka z cyrkiem, którymi dowodzi niskorosły Samson. Właśnie to wesołe miasteczko stanie się główną areną wydarzeń, zaś ludzie go prowadzący – głównymi bohaterami. Akcja zaczyna się w momencie, kiedy dołącza do nich niejaki Ben Hawkins, młody mężczyzna będący na życiowym rozdrożu. Już od początku widzimy, że posiada on moc uzdrawiania. Nie jest to wynik przypadku. Co pokolenie rodzi się człowiek jak on, a także jego przeciwnik, kórzy muszą stoczyć ze sobą walkę, która tak naprawdę jest walką dobra ze złem. Przeciwnikiem tym, uosobieniem zła, jest ksiądz Justin. W kazdym odcinku serialu przeplatają się dwa wątki: w jednym widzimy wesołe miasteczko i Bena, który próbuje zrozumieć swoje powołanie, w drugim – poczynania Justina umiejętnie manipulującego ludźmi, aby tylko zrealizować swoje złowrogie knowania. Wątki te na początku zupełnie od siebie oddzielone, z czasem zaczynają się zazębiać, zaś pod koniec wzajemnie przenikają się tak bardzo, że stają się jednością.

Nie sposób nie wspomnieć o wyśmienitym klimacie serialu, który udało się stworzyć twórcom. Dużo w tym zasługi kostiumologów (?) i scenografów – efekty ich wytężonej i starannej pracy sprawiają, że czujemy się jakbyśmy naprawdę podróżowali wraz z przedwojennym cyrkiem poprzez pustkowia zachodnich Stanów. Klimat tworzony jest też m.in. przez bohaterów – galeria postaci, które poznajemy obserwując losy Bena Hawkinsa jest zaiste imponująca. Wspomiany już karzeł Samson wygląda zupełnie normalne przy człowieku-gadzie (posiadającym ogon i skórę pokrytą łuskami), siostrach syjamskich, człowieku z gumy, upiornej Apolonii, która spraraliżowana w łóżku posługuje się telepatią i telekinezą czy kobiecie z brodą i jej ślepym partnerze posiadającym dar jasnowidzenia. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze tajemniczy “managment” (“kierownictwo”), które nigdy nie wychodzi ze swojego wozu, a rozmawiając z kimkolwiek kryje się za kotarą. W drugim sezonie częśc z tych postaci znika (albo giną, albo zostają tak po prostu zapomniani przez scenarzystów), pojawiają się za to inni – kobieta z rękami kraba i jej mąż-obojniak i kilku innych, równie intrygujących. Na pewno zatem jest na co popatrzeć. Najważniejszą jednak rzeczą, która ów klimat tworzy, a zarazem siłą napędową serialu z pewnością jest wprowadzenie rozlicznych wątków mistycznych. Hawkins potrafi uzdrawiać, Crowe – zmuszać ludzi do wykonywania różnych rzeczy. Wielu pomniejszych bohaterów również posiada niespotykane na codzień talenty, zaś tajemniczości dodają takie momenty, jak np. słój z płodem, widziany w drugim odcinku serialu – kto go widział, ten zapewne to pamięta, bo takich rzeczy się nie zapomina, i świetnie wie o czym mówię.

Największą ozdobą serialu jest ponad wszelką wątpliwość Michael J. Anderson, znany szerzej jako karzeł (w ostatnich czasach nazywany ze względu na polityczną poprawność “człowiekiem z innego miejsca”) z Twin Peaks. Tym razem wystepuje on w roli Samsona, szefa wesołego miasteczka Carnivale. Michalel pokazał, że jest znakomitym, wprost fenomenalym aktorem. W zasadzie do roli Samsona nie był potrzebny osobnik niskiego wzrostu – spokojnie sprawdziłby się “pełnowymiarowy” aktor. Wybrano jednak Michaela i chwała za to twórcom. Jest w swojej roli bardzo wiarygodny i patrząc na niego nie widzimy śmiesznego karzełka, ale człowieka, który prowadzi cyrk (czasem twardą ręką), odpowiada za niego i umie odpowiedzialnie podejmować decyzje. Innym aktorem, którego z pewnością większość z was zna jest Clancy Brown. Jako fan Lost nie mogę nie wspomnieć, że to jest właśnie Kelvin (Joes) Inmann, który siedział przez jakiś czas z Desmondem w bunkrze. Jednak najbardziej znaną rolą Clancy’ego jest Kurgan, główny przeciwnik Connora McLeoda z “Nieśmiertelnego”. Także i w Carnivale nie gra on raczej roli przyjemniaczka – tyle tylko, że w odróżnieniu od Curgana, Justin Crowe całą swoją demoniczność kryje pod maską charyzmatycznego katolickiego kapłana, uwielbianego przez tłumy. Kreacja Browna średnio mi się spodobałą, bo jakoś poza epatowaniem groźnymi minami i pokazywaniem swojej monstrualnej sylwetki, dodatkowo optycznie powiększonej przez sutannę, niewiele dobrej gry pokazał. No i wreszcie trzecią postacią, na widok której widzowie Carnivale mogą doznać uczucia deja vu jest dziennikarz (jak to dziennikarz – upierdliwy i nadgorliwy) o nazwisku Tommy Dolan, odtwarzany przez Roberta Kneppera aliast T-Bag z Prison Breaka. Nie zagrał najgorzej, ale jednak wolę go w roli zdegenerowanego mordecy i pedofila, którą z maestrią godną najwyższych mistrzów raczył nas przez cały znakomity pierwszy i dwa dużo gorsze kolejne sezony Prison Breaka.

Z żalem muszę jednak rzec, że serial idealny nie jest, a nawet do ideału mu dużo brakuje. Carnivale cechuje się świetnym klimatem, świetną grą aktorską i fajnymi pomysłami. Pomimo tego stwierdzić muszę, że w serialu jakiś trybik nie zaskoczył jak należy i produkcja ta miejscami (szczególnie w pierwszym sezonie) nudzi, a rzadko kiedy naprawdę przyciąga do ekranu. Myślę, że sporo w tym winy scenarzystów – jako całość Carnivale daje radę, jednak posczególne odcinki jakoś nie mają w sobie właściwej dramaturgii, tempo akcji nie zawsze jest takie jakie powinno być, a są momenty takie, kiedy ma się tego dość. Dlatego też nietrudno mi zrozumieć niską oglądalność serialu w Stanach – bo to serial nie dla każdego i wielu jest takich, którym nie spododał się w ogóle. Ubito zatem Carnivale po dwóch sezonach i tylko tyle ich mamy zamiast planowanych sześciu. Na pocieszenie rzeknę jednak, że serial przerwano w dobrym momencie – główny wątek został rozwiązany i można rzec, że poza kilkoma mniej lub bardziej ciekawymi, ale zawsze pobocznymi, sprawami, zakończenie jest satysfakcjonujące.

Czy polecić? Raczej tak. Chociaż serial z dotychczas przeze widzianych HBOwskich produkcji jest najsłabszy, to jednak i tak na pewno odpuszczenie sobie Carnivale byłoby dla szanującego się fana seriali sporą stratą.

 

107. X-Files (Z Archiwum X) – sezon 1 24 kwiecień 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 4:40 pm

X-Files to jeden z tych seriali, którymi żyła swojego czasu cała Polska. Pamiętam jeszcze jak z wypiekami na twarzy co tydzień czekałem na odpowiednią godzinę (na ogół dość późną) aby obejrzeć kolejny odcinek. Serial wspominam bardzo dobrze i nie ma się co dziwić, że teraz, po latach, kiedy mam wreszcie dostęp do… no, nazwijmy to “nowoczesnych technologii”, postanowiłem powrócić do przygód jednej z nasłynniejszych par agentów FBI.

Nie muszę chyba mówić o czym jest “Z archiwum X”… a, powiem na wszelki wypadek. Do czynienia mamy z dwójką agentów FBI – Foxem Mulderem i Dana Scully, którzy pracują w specjalnej jednostce biura zwanej Archiwum X, gdzie którego trafiają wszystkie sprawy, które ciężko jest wyjaśnić normalnymi metodami. W trakcie swojej pracy agenci natrafiają na duchy, ślady UFO, uzdrowicieli, ludzi palących innych żywcem jedynie siłą woli, telepatów, telekinetyków, eksperymenty eugeniczne, tajemnicze gatunki zwierząt o zupełnie nietypowym zachowaniu, mutacje itd. Każdego człowieka w pewnym wieku fascynują zapewne takie rzeczy no i stąd zapewne wzięła się moja młodzieńcza fascynacja.

Zatem z przykrością muszę powiedziec, że konfrontacja moich (jak najbardziej dobrych!) wspomnień z rzeczywistością nie wypadła najlepiej. Pomijam już takie szczegóły jak śmieszne jak na dzisiejsze czasy stroje i fryzury. W serialu denerwuje głównie naiwność wymyślanych historyjek – przy niektórych scenarzystów wyobraźnia poniosła zdecydowanie za mocno i są one zupełnie niewiarygodne i nawet ludzie wierzący w różne dziwne rzeczy z pewnością ze mną się zgodzą, że nie każdy odcinek zasługuje na poważne potraktowanie. Największą wadą serialu jest jednak jego schematyczność, powtarzalność motywów i przewidywalność. Schemat każdego odcinka jest dość podobny: zaczyna się od scenki, w której niczego nie spodziewający się przeciętny amerykański obywatel ginie w tajemniczy sposób. Potem następuje czołówka (swojego czasu uważana przeze mnie za bardzo straszną i klimatyczną, dzisiaj – za nudną i okraszoną wkurzającą muzyką). Po czołówce do akcji wkracza Mulder i Scully, krótko debatują na temat różnych możliwości, udają się na miejsce zbrodni, natrafiają na opór miejscowej policji bądź niechęć świadków do mówienia czegokolowiek, koniec końców znajdują jednak jakiś trop – zazwyczaj jest to jakieś zjawisko paranormalne. Na pomysł wpada zazwyczaj Mulder, Scully jest wobec jego pomysłu pełna wątpliwości. Bohaterowie konsekwetnie idą swoim tropem na przekór ludzi, którzy z jakichś powodow chcieliby im w tym przeszkodzić. Ostatecznie jednak kiedy są tuż, tuż od wyjaśnienia zagadki, główny świadek umiera bądź ucieka, a koronny dowód gdzieś ginie, co sprawia, że zagadka pozostaje nierozwiązana. Nie każdy odcinek posiada wszystkie powyżej wymienione cechy; ale zdecydowana większość posiada chociaż ich połowę.

Smaczku do tej codziennej strawy , może i dobrej, ale brzydzącej się kiedy je się ją dzień w dzień, dodają liczne smakołyki od czasu do czasu w niej umieszczane. Najlepsze odcinki to te, które zawierają okruchy czegoś, co można nazwać głównym wątkiem serialu. Póki co wygląda to wszystko na bezładną mieszankę motywów, które nie mają ze sobą związku: porwana (prawdopodobnie przez UFO) w dzieciństwie siostra Muldera, siedzący na wysokim stołu człowiek będący informatorem Muldera (mówiący jednak mniej niż wie) oraz tajemnicze knowania jeszcze bardziej tajemniczego Palacza, będącego w bliskiej relacji ze Skinnerem, zwierzchnikiem naszej pary dedektywów. Te kilka motywów od czasu do czasu, raz na kilka odcinków, zaczynają tworzyć jakąś historię – póki co bezładną i w powijakach, ale z tego, co pamiętam z TVP i Polsatu, później się rozkręci.

Pierwszy sezon jest dość nierówny. Pierwszych kilka odcinków jest albo takich sobie, albo dobrych; środek sezonu to na przemian odcinki przeciętne bądź zwyczajnie słabe (żałosnych nie stwierdzono). No i wreszcie końcówka – dobra, ale bez rewelacji. Dlatego też serial dostaje ode mnie status “approved to watch”, ale daje ten status nieśmiało i niepewnie. Jeżeli w dalszych sezonach nie będzie widocznej poprawy – odpuszczę sobie bez większego żalu.