No i nie wytrzymałem. Już następnego dnia po opublikowaniu recenzji IV sezonu, w której zaklinałem się, że zrobię sobie przerwę w oglądaniu serialu, wrzuciłem do odtwarzacza płytkę z pierwszym odcinkiem V sezonu. No i obejrzałem jeden, odcinek, potem drugi i trzeci i czwarty, no i jakoś tak wyszło, że w kilka dni znowu obejrzałem całe 20 odcinków (bo tylko tyle liczy ten sezon), dodatkowo jeszcze doprawiając się filmem “Fight the Future”. Potem się człowiek dziwi, że śnią mu się po nocach zombiaki, mordercze pszczoły i demoniczne lalki…
Na temat czwartego sezonu pisałem różne rzeczy. Że odcinki śledzcze są świetne, że mitologiczne wciąż trzymają poziom, że jest to najlepszy sezon ze wszystkich, że jest nowatorski, odkrywczy, że nastąpił duży przeskok jakościowy między trzecim, a czwartym… zapomnijcie o tym wszystkim, co pisalem. Dlaczego? Ano dlatego, że… sezon piąty jest JESZCZE LEPSZY!
Krótko: mamy zaledwie 20 odcinków, mniej więcej tyle samo mitologicznych i śledczych. Mitologiczne trzymają cały czas poziom, a nawet go nieco windują, nie tylko wprowadzając nowe wątki, ale także (nareszcie) co poniektóre wyjaśniając i łącząc ze sobą. Dwa z odcinków mitologicznych są wyjątkowe, bo cofają nas w odległą przeszłość (podobnie jak w czwartym sezonei odcinek w całości poświęcony Palaczowi). W jednym z nich dowiadujemy się w jaki sposób Mulder poznał Langneya, Frohike’a i Byersa (przy okazji trafiając na pierwsze ślady rządowego spisku), w drugim – w formie opowieści emerytowanego agenta FBI Mulder poznaje przeszłość swojego ojca.

Odcinki śledcze, podobnie jak w czwartym sezonie, są bardzo dobre i właściwie tylko na jednym “Kitsunegari” wynudziłem się śmiertelnie (dla porównania – w pierwszym sezonie co najmniej dziesięć powinno moim zdaniem iść na odstrzał), zatem narzekać nie mam prawa. Nawet więcej – są świetne. Mamy do czynienia z całkowitym odejściem od nudnej konwencji i schematu, na który tak mocno narzekałem w pierwszym sezonie (a który był po części obecny także w dwóch kolejnych). Zero schematu, zero wtórności, zero nudy – tak właśnie wyglada większość odcinków śledczych w V sezonie. Powiem nawet wiecej – jestem zauroczony trzema odcinkami, w których Chris Carter bawi się maksymalnie konwencją serialu, troszkę od niech odchodząc, spoglądając na całą sprawę z dystansem i humorem. Te odcinki omówię (wyjątkowo) osobno, ponieważ nie tylko zdecydowanie wybijają się ponad pozostałe poziomem, ale także i sposobem realizacji – żaden z nich nie jest klasycznym odcinkiem śledczym, ale ma coś ponad. Gdyby całe X-files składało się wyłacznie z takich odcinków, jak te, serial w moich oczach szybko stałby się serialem wszechczasów (nawet gdyby składał się wyłącznie ze znienawidzonych ogniś przeze mnie odcinków śledzcych). A tak – to jedynie jaśnieją niczym trzy perły na tle reszty serialu, który jest przecież dobry, chociaż niejednokrotnie irytujący.
POST-MODERN PROMETHEUS (minor spoilers possible)
Zdecydowanie najlepszy odcinek X-files jaki obejrzałem. Czarno-biała produkcja, nawiązująca do starych horrorów, które niegdyś miały straszyć (i pewnie nawet straszyły), dzisiaj – śmieszą. Wyreżyserowany i napisany zupełnie inaczej niż inne odcinki, dzięki czemu otrzymujemy posępny, ale i groteskowy, klimat małego miasteczka, pokazanego troszkę w krzywym zwierciadle, okraszony nastrojową muzyką. Osią odcinka jest poszukiwania potwora niejako to miasteczko terroryzującego. Scully i Mulder natrafiają na tajemniczego naukowca przeprowadzającego eksperymenty w swoim laboratorium, farmera ze strzelbą próbującego bronić dostępu do swojej posiadłości na której wyraźnie coś ukrywa, a pod koniec obserwują tłum biegający o północy z pochodniami, aby zabić potwora. Otrzymujemy zatem klasyczny misz-masz motywów z horrorów z lat 50-tych. Sam potwór jednak za fasadą swojej doprawdy nieciekawej aparycji, skrywa w sobie człowieka pełnego pasji, namiętności i uczuć… Oprócz specyficznego klimatu, nietypowego pomysłu i przykuwającej uwagę fabuły na pewno warta zapamiętania jest ostatnia scena – optymistyczna i zabawna z jednej strony, ale nawet i może ciut romantyczna… Bardzo, bardzo dobry odcinek.

CHINGA (minor spoilers possible)
Nie jest to klasyczny odcinek, w którym Mulder i Scully przeprowadzają śledztwo. To bardziej taki przerywnik. Podczas gdy Mulder nudzi się okrutnie w biurze, Scully jest na wakacjacach, gdzie trafia na tajemnicze zjawisko i postanawia wraz z lokalną policją się nim bliżej zainteresować. Jak się później okazuje, winna wszystkiemu jest… mordercza lalka. Odcinek, jak wspomniałem, nie jest zwyczajny odcinek – to raczej taki 45-minutowy horror, napisany zresztą przez Stephena Kinga. Pełnowartościowy horror, który mnie wystraszył nie na żarty (a uwierzcie, wystraszyć mnie nie jest łatwo!), mrożący krew w żyłach, pełen napięcia i zrobiony zgodnie z kanonem sztuki. Odcinek mocny, dobry, zapadający w pamięć. No i zawierający najlepszy tekst sezonu (jeżeli nie serialu): Scully w długim monologu wymienia Mulderowi przez telefon różne możliwości na temat zaszłego w jej obecności zdarzenia, wymieniając czarną magię, voo-doo, okultyzm, telekinezę i rzucając kilka innych pokrewnych terminów, wykazując się dużą znajomością tematu oraz żywym zainteresowaniem tą tematyką. Mulder slucha wszystkiego jak urzeczony i w końcu mówi: Scully… wyjdź za mnie!
BAD BLOOD (minor spoilers possible)
Wampiry (wraz z wilkołakami) należą do moich znienawidzonych bestii filmowych. W zasadzie jeżeli przy opisie filmu, których chciałbym obejrzeć, pada jedno z powyższych określeń, wystarczy to już, aby zaczął szukać innego obiektu zainteresowania. Ale “Bad Blood” jest inny. Odcinek co prawda o wampirach, ale traktujący o temacie na niesamowitym ludzie, bez grozy, którą te stwory mają wywołać ani całej powagi, jaką te stworzenia są otoczone. Wręcz przeciwnie. Odcinek jest lekki, można rzec – komediowy. Rzeczony wampir wygląda co najmniej śmiesznie, a cała mistyczna otoczka, której pełno zazwyczaj jest w wampirzych produkcjach, znika zupełnie. Ogląda się lekko i przyjemnie, aż sam byłem zdziwiony. Smaczku dodaje też konstrukcja odcinka – mamy bowiem do czynienia z retrospekcją, w której najpierw swoją wersję przedstawia Scully, potem – Mulder. Wersje te od siebie różnią się w szczegółach, niejednokrotnie wywołując efekt komiczny. Wielkie, wielkie brawa za ten odcinek!

Do czynienia mamy z ewolucją postaci – o ile Mulder powoli idzie w kierunku człowieka podchodzącego bardziej racjonalnie (a nawet publicznie walczącego z… wiarą w kosmitów!) o tyle Scully stała się tą, która uwierzyła. Postacie zatem do siebie zbliżyły się pod względem poglądów. Ba, zdarza się nawet kilkakrotne, że entuzjastyczna Scully przekonuje sceptycznego Muldera o tym, ze zaszło tu zjawisko paranormalne. Ogólnie, wszyscy bohaterowie “X-files” nabrali dodatkowej głębi i stali się przez to bardziej realni – dotyczy to i Walter Skinnera, i Palacza, a także powracającego Kraicka, informatorki Muldera czy też eleganckiego starszego gentlemana z Anglii. Wprowadzono też nową postać – młodego agenta Spendera, który nie darzy Muldera zbytnią sympatią (zresztą, z wzajemnością). Tak więc na pewno jest co oglądać, jest co podziwiać i jest czym się emocjonować w piątym sezonie, uważanym ponoć za najlepszy w historii serialu. No cóż, miejmy nadzieję, że pogłoski o tym, że piąty sezon jest najlepszym są przesadzone (albo chociąż, że kolejne będą tylko troszkę gorsze).
Obejrzałem także film “Fight The Future”, który właśnie po piątym sezonie powinno się oglądać – na razie nie napiszę jednak zbyt dużo (poza tym, że film podobał mi się tak sobie) jako że chciałbym ocenić go w kontekście tego, jaki wpływ będzie miał on na sezon szósty. Niemniej jednak – ludziska, oglądajcie “X-Files!”. Pierwsze trzy sezony miejscami dłużą się niemiłosiernie, ale czwarty i (szczególnie) piąty są jak najbardziej warte obejrzenia.
No a szósty sezon już zacząłem oglądać i też pewnie za parę dni rzucę recenzję.