Euro 2008, niezależnie od tego czy ktoś się sportem interesuje czy też komuś to zwisa, dopadło każdego. Bo każdy widział biało-czerwone flagi wywieszona na balkonach wszystkich domów i mieszkań w okolicy (flagi oczywiście już znikły…), każdy słyszał w tramwaju, pracy, szkole czy publicznym sraczu niekończące się debaty na temat szans poszczególnych zespołów, każdy każdy słyszał wieczorem podchmielonych młodzieńców ubranych w biało-czerwone barwy wracających z pubu no i wreszcie każdy się tym chociaż odrobinkę interesuje, nawet jeśli jest to zainteresowanie na zasadzie “kiedy wreszcie to się skończy, bo mam tego dosyć”. Ja sam ze sportów interesuję się jedynie piłkną nożną i to w raczej umiarkowanym stopniu (w każdym razie nie umiem wymienić ani jednego gracza Barcelony czy Milanu), a zainteresowanie innymi dyscyplinami sportowymi odzyskuję co najwyżej w momencie kiedy na jakimś forum internetowym natrafię na ciekawe i prawdopodobne (wg obstawiających) typy tenisa, baseballu czy jeszcze dziwniejszego sportu – ryzykuję wtedy swoje 2 złote (rzadko kiedy więcej) i trzymam kciuki za jakiegoś Federera czy New York Yankees, nawet nie mając pojęcia o moim faworycie ani o turnieju, który akurat się odbywa.
No, ale duży turniej piłkarski to duży turniej piłkarski. Śledzę na bieżąco, oglądam co ważniejsze mecze (w TV albo w miejscowym pubie), emocjonując się nie tyle celnymi podaniami, misternie zaplanowaną taktyką czy efektownymi dryblingami(chociaż czasem faktycznie jest co podziwiać), co dramaturgią. Takie mecze jak Turcja-Czechy, Turcja-Chorwacja czy ostatni Turcja-Niemcy ogląda się doprawdy przyjemnie, kiedy w końcówce pada kilka bramek, a grające drużyny (wraz z milionami swoich kibiców) przechodzą od etapu euforii po tragedię narodową. Nawet nieszczęsny mecz Polska-Austria wpisuje się w mój kanon pięknych, dramatycznych meczy, aczkolwiek z uwagi na to, że nasza reprezentacja jest akurat tą pokrzywdzoną, patrzę na to wszystko nieco inaczej. Tak czy owak cały piłkarski klimat udziela się i mnie. Od 1998 (czyli od kiedy mam komputer) nie mogę sobie raz na dwa lata, w czasie wielkiej imprezy, odmówić jednej przyjemności: gry w Microprose Soccer. Tak, tak – dobrze przeczytaliście. Nie żadna FIFA ani inna tego typu giera. Jak dla mnie w świecie gier piłkarskich liczą się tylko dwa tytuły: Microprose Soccer i Sensible Soccer. Prostota zasad, łatwość gry, kilka uproszczeń w stosunku do boiskowego oryginału i kilka innych szczegółów sprawia, że właśnie te gry zasługują IMO na szczególną uwagę. Sensible Soccer niestety u mnie na kompie nie działa – za to Microprose Soccer z emulatorem C64 śmiga aż miło.

Gra ta uważana jest (słusznie) za najlepszą grę piłkarską na komputery 8-bitowe. Widziałem sporo “kopanek” na C64 i żadna nigdy nie wciągnęłą mnie tak jak Microprose Soccer. Byłbym ostrożny z nazywaniem gry “symulatorem gry w piłkę nożną”, gdyż w gruncie rzeczy jest to prosta jak cholera zręcznościówka. Nie mamy takich bajerków, jak sędzia rozdający kartki, składy zawodników czy chociażby rzuty karne (o twarzach zawodników i komentowaniu przez znanych fachowców nie wspominam). Pomimo to – jest to jedna z najbardziej złożonych, skomplikowanych i zaawansowanych gier na C64. Ilość sposobów rozgrywek, a także opcji konfirugracji (jak na tamte czasy) przyprawiała o ból głowy, a niejedna nowa gra zapewne ma mniej tych opcji. Tak więc można zagrać sobie “challenge” w którym mamy pokonać kilkunaście następujących po sobie coraz trudniejszych rywali, tryb meczu towarzyskiego, możliwość stworzenia ligi w której można grać nawet 16 graczy (tak!) no i wreszcie główną część gry – tournament, czyli symulację mistrzostw świata wg zasad z lat 1986-1994 (24 drużyny, 6 grup, 1/8 finału, ćwierćfinał itd). My oczywiście możemy zagrać dowolnie wybraną reprezentacją (ja sam oczywiście zawsze gram Polakami), a grać może nawet 16 graczy.
Poziom trudności poszczególnych rywali jest dość realistyczny – o ile taki Oman czy Kanadę pokonuje się bez problemu, to Brazylia czy Argentyna to prawdziwi giganci, praktycznie nie do pokonania (mi się w każdym razie nigdy nie udało). Zróżnicowany jest też styl poszczególnych drużyn – Brazylijczycy są szybcy i nie do okiwania, Włosi mają obronę nie do przejścia itd. NIe wiem dlaczego (być może ma to jakieś uzasadnienie historyczne), nowozelandzki bramkarz radzi sobie dużo lepiej niż jego koledzy z innych reprezentacji. Druzyny “z gornej połki” wyraźnie lepiej grają w fazie pucharowej niż w grupowej, gdzie można im urwać punk czy dwa. Tak czy owak – dopasowanie poziomu trudności i stylu gry poszczególnych drużyn udało się autorom. Duży plus też za sporą konfigurowalność – możemy m.in. włączyć/wyłączyć deszcz (doprawdy, denerwujący), ustawić różne poziomy podkręcenia piłki, zmienić dlugość meczu (domyślnie – 2×60 sekund) czy też włączyć/wyłączyć powtórki (które jak na C64 są prawdziwym ewenementem, niespotykanym chyba nigdzie indziej).

Gra wciąz wciąga. Gra się jedne mistrzostwa, potem drugie, trzecie i czwarte… Udało mi się Polaków doprowadzić do półfinału (chociaż nie było to trudne zadanie – w 1/8 finału traifłem na Walię, w 1/4 na Irlandię), prawie zawsze wyszedłem z grupy. Nie udało niestety się (znowu!) pokonać Argentyny ani Brazylii, chociaż obu reprezentacjom strzeliłem pierwszego gola w życiu. Pokonałem też Francję 3:0, byłem też blisko remisu z Holandią. Poprawiam się. Kto wie, może za dwa lata, podczas World Cup’2010 zdobędę w końcu upragnione mistrzostwo świata. Bo na to, że prawdziwi polscy kopacze nie ma za bardzo co liczyć.