Myślokracja, czyli from łeb to web

173. Neverending Story 13 listopad 2009 (piątek)

Zaszufladkowany do: Film, refleksje — frycjusz @ 1:01 pm

Brzmi to zupełnie jak bezwartościowy banał, clishe powtarzane milionkroć, ale zapędzeni i zagonieni we współczesnym świecie, szukający nie wiadomo czego i pędzący przed siebie w owczym pędzie (a czasem nawet, o zgrozo, wilczym – kiedy gonimy inne owce nie po to, aby być jak one, ale po to, aby się nad nimi pastwić), gubimy gdzieś siebie, swoją osobowość, swoje marzenia, swoje “ja”. I chociaż powtarzali to przede mną uczeni i prostacy, to jednak odkrycie tej prawdy na nowo zawsze jest szokiem i zaskoczeniem, szczególnie w momentach kiedy odkrywa się że to clishe to jednak prawda.

ns1

Zmęczony codziennością człowiek przystanie któregoś dnia, rozejrzy się wokół siebie i zapyta “gdzie moje marzenia?”. Przypomni sobie wszystkie swoje plany z dzieciństwa, nieudolne próby latania na miotle i zaklinania rzeczywistości, marzenia o swoim przyszłym życiu, próby przywołania kosmitów i kilka innych epizodów z mojego wczesnego życia, które mógłbym nazwać wstydliwymi, ale każdy z nas przez to w jakimś stopniu przeszedł… A im intensywniej ty się działo, tym lepiej chyba świadczy o człowieku i jego życiu wewnętrznym. Oczywiście, w miarę dorastania i edukacji, zaczynałem rozumieć zależności fizyczne (między obiektami) i społeczne (między ludźmi) i jednocześnie zdawać sobie sprawę z tego, co jest możliwe, a co nie. I chociaż prawda to bolesna, to jednak świat jest pusty, zimny i pozbawiony czarów, którymi tak mocno żyliśmy w dzieciństwie.

Czy da jednak się wrócić do tego zapomnianego świata marzeń? Myślę, że takim właśnie powrotem jest niegdyś świetnie każdemu dziecku (małemu i dużemu) film “Neverending Story”, dziś – nieco już zapomniany, przykryty warstwą kurzu i siedmioma tomami “Harry’ego Pottera”. Takie czasy. A szkoda, bo film na który dzisiajsze dzieci spojrzą tylko w ostateczności (po obejrzeniu wszystkich odcinków “Hanna Montana” po raz dwunasty) i który ze względu na nieco przestarzałą warstwę wizualną być nie będzie potrafił przykuć ich wzroku, wciąz jest jednym z najcenniejszych (o ile nie najcenniejszym) zabytkiem światowej kinematografii dziecięcej.

ns2

O co tutaj chodzi? Nie chciałbym zdradzać za dużo, ale główną osią tego filmu jest wzajemne przenikanie dwóch światów – świata prawdziwego i świata fantazji. Odbywa się to dzięki cudownej książce opowiadającej o świecie fantazji pochłanianym krok za krokiem przez Nicość (czyżby metafora do tego wszystkiego co napisałem powyżej?) i chłopcu, który próbuje ten świat ocalić. To tak w dużym skrócie, bo nie chcę spoilerować tym, którzy tego nie oglądali (albo oglądali bardzo dawno temu).

Klimat tego filmu jest unikalny. O wiele mocniej i silniej przeżywa się to rzecz jasna jako dziecko, ale nadal skałojad, wszechogarniająca (i przerażająca bardziej niż Buka) nicość, smok wyglądający jak wielki pies i dwie wielkie bramy do wyroczni robią potężne wrażenie i zapadają głęboko w pamięć. Wszystko ogląda się jednym tchem i przeżywa niesamowicie.

ns3

Jedyną rzeczą, jaką miałbym do zarzucenia temu filmowi są efekty specjalne – jak na rok 1984 zapewne oszałamiające, dziś miejscami budzące uśmiech politowania. Aż się marzy taki remake na mogłę tego, jaki swojego czasu urządził Lucas swoim StarWarsom. No i żałuję, że w 1984 roku nie miałem okazji wybrać się do kina na ten film. Z tego co wiem jednak, nie był on w polskich kinach wyświetlany.

Warto zanurzyć się w krainę własnych marzeń z dzieciństwa. W każdym z nas jescze tkwi dziecko. Już nie naiwne, ale wciąż ufne. Już nie lekkomyślne, ale wciąż pragnące dobrej zabawy. I wciąż pragnące bezpieczeństwa, miłości, ciekawe świata i ludzi. I potrafiące odczuwać czyste, nieskażone ideałami współczesnego świata szczęście. Dziecko to jednak, przytłamszone głosem zdrowego rozsądku, otaczającym je zewsząd superego i ogromnym parciem świata na to, aby wreszcie wydoroślało, staje się zupełnie zapomniane i zaniedbane, tylko czasami, w chwilach szczególnego wzruszenia dochodząc do głosu. A warto wyruszyć na poszukiwanie swojego wewnętrznego dziecka, zaś “Neverending Story” jest świetnym wstępem do tej fascynującej, nomen omen niekończącej się, zabawy.

 

168. Patriotyzm a tzw “patrioci” 11 listopad 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Kościół, Z życia, refleksje, społeczeństwo — R-Chee @ 6:13 pm

Coś ostatnio nudą wieje na tym blogu.  Odczuwa się brak Huberta. Trzeba coś podziałać w takim razie, a biorąc pod uwagę fakt, że dziś przypada nasze święto narodowe (kolejne) postanowiłem zamieścić tu pewien tekst, który napisałem równo rok temu, a z różnych przyczyn techniczno-organizacyjnych nie miałem możliwości zaprezentowania go szerszej publiczności. Przez rok troszkę się pozmieniało w moim życiu, ale sam tekst nie stracił nic ze swojej aktualności (no może moją praktyką katolicką).

” Jako że jestem praktykującym chrześcijaninem-katolikiem (zdecydowanie bardziej utożsamiam się z tym pierwszym określeniem) dziś, jak co niedziele uczestniczyłem we Mszy Świętej. Godzina 12:00, rozpoczyna się nabożeństwo i tu niespodzianka. Nasz nowy ksiądz, młody facet na dzień dobry rzuca hasłem: “Polska to dziwny kraj, robiący wszystko na przekór”. Nie mam osobiście nić przeciwko wszelakim nowością, ale nieco zaskoczyła mnie taka osobista wypowiedź duszpasterza, tym bardziej na początku Mszy, kiedy to zawsze (przynajmniej za mojej pamięci) kończyło się na przywitaniu z wiernymi (komentarze zostawiano na okres kazania lub ewentualnie ogłoszeń). Na tym jednym zdaniu się nie skończyło. I właśnie owa treść przyczyniła się do zamieszczenia owego wpisu.(…)

Rzecz dotyczyła Polskości i patriotyzmu w związku z dzisiejszym Świętem Niepodległości. Ksiądz w 5 minutowym “przedkazaniu” przedstawił swoją troskę o słabnący w Polsce i Polakach patriotyzm, ponieważ zauważył że… mało flag wywieszono dziś w oknach. Wypadało by rzec “Mama mia” i złapać się za głowę. Że co? Że jak? A od kiedy to wystawienie flagi jest miarą patriotyzmu? Szczerze mówiąc poczułem się niemiło, gdy usłyszałem z ambony że jestem apatriotą. I podejrzewam, że nie tylko ja.

Nie widzę niczego złego w wystawianiu flagi w czasie świąt narodowych. Wręcz przeciwnie, gdybym takową miał, to pewnie sam bym ją zawiesił. Ale nikomu, powtarzam nikomu!, nie muszę udowadniać swojego patriotyzmu poprzez zawieszenie flagi. Ani Kaczyńskiemu (według którego stałem po stronie ZOMO), ani Giertychowi (który chciałby moim młodszym kolegom i koleżankom wpajać miłość do ojczyzny na siłę), ani mojemu księdzu. Patriotyzm nosimy w swoich sercach, a nie wystawiamy go za okno w czasie kilku w roku świąt państwowych. A jeśli już to zrobię, to nie po to by się tym afiszować (bo brak tu celowości), ale po to by robić wszystko co się da dla dobra ojczyzny.

Szczerze mówiąc nie zauważyłem, by na przełomie ostatnich lat w Polsce zrodziła się taka tradycja jak chociażby w Stanach Zjednoczonych, by każdy obywatel wywieszał w swoim oknie flagę. Do tej pory była to domena wszelkiego rodzaju instytucji i urzędów państwowych. Skąd zatem u naszego księdza zatroskanie o słabnącą tradycję, której w rzeczy samej u nas dotąd nie było? Jak to sam tłumaczył: “Jak było to zabronione, w czasie komuny, to flagi powiewały, a teraz…”. No właśnie, “teraz”…

Patriotyzm objawiał się szczególnie mocno wtedy, gdy w kraju dzieje się źle, bo trudno jest z całą pewnością nazwać się patriotą wtedy, kiedy nic nam nie zagraża. Sam nie mogę tego stwierdzić ze stu procentową pewnością. Jednak ja nie mógłbym zarzucić drugiej osobie braku przywiązania do narodu tylko dlatego, że w jego oknie 11 listopada nie pojawiła się biało czerwona flaga. Bo nie wiem, czy mając przyłożony do skroni przez SS-mana czy innego agenta KGB naładowany pistolet nie wyrzekł bym się swojego kraju w zamian za uratowane życie.

Patriotyzm jest częścią naszej duszy. Częścią pozostającą w uśpieniu i czekając na moment w którym będzie musiała się przebudzić. I oby w dobie powszechnej, europejskiej zgody, taki stan utrzymał się jak najdłużej. Bo nie mam żadnych wątpliwości (wbrew przekonaniu pewnych “autorytetów”, których swoiste “apele” są najłagodniej mówiąc niepotrzebny), że w chwili gdy zajdzie taka potrzeba, polski naród jak zawsze wykaże się charakterystycznym dla siebie bohaterstwem i patriotyzmem.

Jestem ciekaw jakie jest wasze zdanie na ten temat.  Pozdrawiam serdecznie.

 

164. W jakim świecie my do cholery żyjemy? 18 październik 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Nauka, filozofia, refleksje — frycjusz @ 7:18 am

Przyzwyczailiśmy się do pewnych rzeczy. Rzucamy piłką do góry – a ta za chwilę odwdzięczy nam się spadając wprost na głowę. Walimy ręką w ścianę – i potem tydzień chodzimy w gipsie. Żyjemy w świecie, w którym koła się toczą, pękające balony hałasują, ogień rozjaśnia ciemność, a woda w prace Frani podczas wirowania ucieka od środka i zaczyna przylegać do ścianek. Nie dziwi nikogo, że czas płynie zawsze w jednym kierunku, bliskie spotkanie III stopnia z drutami energetycznymi kończy się fatalnie, a ciało gorące ogrzewa także swoje otoczenie. Taki jest nasz świat, taki znamy i to, co widzimy, ekstrapolujemy na cały wszechświat. Ten duży z galaktykami i kwazarami i ten maleńki, z protonami i elektronami.

A przecież świat jest zupełnie inny. W bardzo dużych skalach zauważamy zjawiska, które delikatnie mówiąc zaskakują. Już samo to, że wielkich przecież rozmiarów księżyc od miliardów lat krąży wokół jeszcze większej Ziemi i jakoś na nią nie spada. Podobnie jak Ziemia nie spada na Słońce. Słońce pali się od pięciu miliardów lat – a naukowcy jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyliczyli że przy tym zapasie paliwa nie powinno wytrzymać więcej niż kilkadziesiąt tysięcy lat. Pomyślmy, jaki świetny argument dla kreacjonistów! Na szczęście jednak, ktoś kiedyś wpadł na pomysł reakcji termojądrowej i dzięki temu, że wiemy, że wewnątrz Słońca właśnie takie reakcje zachodzą, a nie zwykłe spalanie (jak sądzili dawni uczeni), możemy być całkowicie spokojni o to, że jeszcze kilka miliardów lat nam poświeci. Materia wewnątrz Słońca jest tak zagęszczona, że światło powstałe w samym centrum świetlnego globu dociera na Ziemię 30 000 lat – przy czym podróż z powierzchni Słońca na Ziemię trwa ledwie 8 minut.

No właśnie, światło. Wbrew temu, co głosi większość uczonych, światło rozchodzi się z natychmiastową prędkością. Podróżuje tak szybko, że dociera do celu natychmiast. Gdybyśmy wsiedli na promień świetlny i udali się np. do Mgławicy Andromedy, nawet byśmy nie zauważyli i już byśmy tam byli. Nie minąłby nawet ułamek sekundy. Podróż powrotna zajęłaby tyle samo czasu. Co ciekawe, z perspektywy ziemskiego obserwatora podróż trwałaby miliony lat. I po takiej ułamkosekundowej wyprawie tam i z powrotem, na Ziemi minęłoby wiele, wiele czasu. Czy takie „kurczenie” się i „rozciąganie” czasu w zależności od prędkości poruszającego się obiektu nie jest fascynujące?

Fascynujący jest Wielki Wybuch. Potraficie sobie wyobrazić, że przed Wielkim Wybuchem nie było w ogóle czasu? Ani przestrzeni? Cała czasoprzestrzeń została wygenerowana (i rozszerza się do dziś) właśnie w momencie wielkiego wybuchu. Co było przed Wielkim Wybuchem? Nawet odpowiedź „nic” nie jest prawidłowa. To pytanie po prostu nie ma sensu!

Czasoprzestrzeń zbudowana jest w niesamowity sposób. Zakrzywiona jakoś tworzy wewnątrz siebie meandry, o których nie mamy pojęcia. Mówi się, że ma dziesięć wymiarów, z czego sześć jest tak płaskich, że ich nie widzimy (polecam tę prezentację: http://www.tenthdimension.com/). Mówi się, że można wewnątrz niej tworzyć tunele, które skracają drogę podróżnym (jak w Star Treku) bądź nawet przemieścić się w czasie. Czasoprzestrzeń jest miejscami zakrzywiona. Dzięki temu, że nie jest idealnie płaska, istnieje coś takiego jak grawitacja. Grawitacja to nie jest „spadanie w kierunku dolnym”, jak wielu myśli, ani nawet przyciąganie się obiektów. To jedynie efekt zakrzywienia czasoprzestrzeni. Jakby powstał gdzieś wielowymiarowy „dół” w który wpadają różne obiekty, a na samym dnie tego dołu – nasza planeta (czy cokolwiek innego), która swoim ciężarem ten dół stworzyła. Czasoprzestrzeń w ogóle jest tak zakrzywiona, że patrząc przed siebie i mając odpowiednio silny teleskop, pewnie zauważylibyśmy tył własnej głowy. Tyle tylko, że światło musiałoby przebiec w tym czasie cały wszechświat. To (licząc z naszej perspektywy) trochę trwa. Tak więc jeżeli ktoś chce sprawdzić, czy łysieje, sugerowałbym bardziej efektywne metody.

Mamy kwazary, pulsary, gwiazdy neutronowe, czarne dziury, ciemną materię i energię, supernowe, uciekające od nas galaktyki i wiele innych fascynujących zjawisk. Jeszcze jedno mi się przypomniało. Mamy troszkę pecha, bo Słońce leży po niewłaściwej stronie ramienia Drogi Mlecznej. Gdyby je nieco przemieścić, w nocy widzielibyśmy na niebie piękny, jasny obiekt, większy i jaśniejszy od Księżyca. To centrum galaktyki, gdzie miliony gwiazd świecą połączonym blaskiem. Niestety, olbrzymia ilość pyłu międzygwiezdnego uniemożliwia nam zobaczenie tego cuda.

Wiemy i przyzwyczailiśmy się do tego, że wszechświat jest pusty, a gwiazdy we wszechświecie rozmieszczone są bardzo rozrzutnie. Mówi się, że gdyby gwiazda wielkości wiśni była w Belgradzie, to druga znalazłaby się gdzieś w okolicach Berlina. Ale zaskoczeniem zapewne będzie jeśli powiem, że niewiele mniej rozrzutne jest ułożenie atomów. Gdyby taki „wiśniowy” atom ustawić na środku boiska piłkarskiego, to następny atom znalazłby się gdzieś poza boiskiem. Między nimi jest pustka. Wokół atomów krążą elektrony, ale elektrony to bardziej widma niż cząstki.

Cuda, zaprawdę cuda dzieją się w mikroświecie. Tu już kompletnie nic nie jest takie, jak nam się wydaje. Nasz wszechświat zbudowany jest z niczego. My zbudowani jesteśmy dosłownie z niczego. O wyuczonym w szkole modelu, w którym kuleczki zwane elektronami okrążają po powłokach elektronowych zbiorowisko innych kuleczek zwanych protonami i neutronami, zapomnijcie. Przede wszystkim – elektrony są… no, czymkolwiek są, na pewno nie są piłeczkami. Są tak małe, że nie mają żadnego koloru (bo są krótsze od najkrótszych nawet fal świetlnych). Właściwie to nawet nie wiadomo czy są materialne, bo w sumie (podobnie jak światło) można je interpretować jako fale. Ta „dualność falowo-korpuskularna”, którą tak upodobali sobie fizycy, tak naprawdę to kolejna bujda. Mówi się, że elektron (czy foton) jest jednocześnie cząstką i falą. Ale tak naprawdę to nie jest ani jednym, ani drugim, ale czymś zupełnie innym. Czymś, czego nie umiemy ogarnąć ani sobie wyobrazić. Elektron umie znaleźć się w dwóch miejscach jednocześnie. Eksperymenty wykazały, że elektron przechodzi jednocześnie przez dwie oddalone od siebie szczeliny. Wiemy też, że kiedy elektron przechodzi z jednej powłoki elektronowej do drugiej, to wcale nie zachodzi jakieś przesuwanie go czy coś takiego. On po prostu ZNIKA w jednym miejscu i natychmiast pojawia się w innym. Coś zupełnie niewyobrażalnego w naszym świecie. Dlatego też traktuje się elektron jako normalny obiekt materialny, a kiedy ta wizja zawodzi – jako falę. I jakoś to się w fizyce sprawdza.

Protony i neutrony składają się z kwarków. Mamy sześć rodzajów kwarków, ale jakoś tak jest, że cała znana nam materia zbudowana w zasadzie jest z dwóch – „górnego” i „dolnego”. Pozostałe cztery rodzaje tworzą związki nietrwałe, rozpadające się nawet po jednej bilionowej sekundy. Ogólnie, wszystkie cząstki „materialne” (elektrony i kwarki) są fermionami, czyli posiadają spin ½. Co z tego wynika? Ano to, że (uwaga!) po obróceniu ich o 360 stopni otrzymujemy… cząstkę w jakiś tam sposób wyglądającą inaczej (jakbyśmy widzieli ją z innej perspektywy). Sam nie rozumiem do końca jak to możliwe, ale faktem jest, że dopiero po obróceniu o kolejne 360 stopni cząstka wraca do stanu wyjściowego. Dziwne? Dziwne.

Kwarki zbudowane są ze strun. Struny są tak maleńkie, że potrzeba kwadrylionów strun, aby utworzyć średnicę protonu. Drgają one sobie radośnie w dziesięciowymiarowej przestrzeni i są raczej jakąś formą energii niż czymś, co można nazwać materią. Jak rzekłem, wszechświat zbudowany jest z niczego.

Rozważmy pojedynczy atom wodoru, który kiedyś był w Słońcu, potem w jakimś rozbłysku trafił na Ziemię, związał się z atomem tlenu i leżał miliony lat w wodzie, zanim nie stał się atomem jakiegoś trylobita, potem amonita. Był już częścią drzewa, palmy, przebywał w oceanie i w lodzie arktycznym. Był częścią chmur i smagany wiatrem przenosił się z jednego końca świata na drugi. Był w skorupce jaja dinozaura, w mięśniu innego dinozaura i w płucach jeszcze innego. Dawno lat temu był nawet w kupce jakiegoś prehistorycznego żółwia, w sierści mamuta, liściu sosny. Pocił się nim średniowieczny rolnik, pił go (a potem wydalił) jakiś barokowy hrabia w peruce. Być może nawet, o zgrozo, pluł nim Adolf Hitler w czasie jednego ze swoich emocjonalnych przemówień, a potem stał się jakoś częścią ciała Jana Pawła II. Atomy się przenoszą się przecież w chmurach, deszczu, wietrze, poza tym oddychają nimi ludzie, którzy też się przemieszczają. A teraz ten sam atom jest u mnie, w moim ciele. Czy to nie fascynujące?

I w takim właśnie wnętrzu atomu wodoru żyją hipotetyczne istoty, zbudowane ze strun. Radośnie żyją sobie w dziesięciowymiarowej przestrzeni. Dla nich wszystko jest inne. Być może stworzyły zaawansowaną cywilizację, skomplikowaną filozofię, a ich matematyka i fizyka przerastają nasze o miliony lat. Ale czas ich życia jest krótki. Takie istotki żyją sobie ledwie kilka nanosekund. Dla nich jednak to całe dziesięciolecia. My zaś z kolei jesteśmy dla nich (o ile są w stanie nas dostrzec) odwiecznymi posągami. Nasza sekunda trwa dla nich miliardy lat. A światło, które zapalam dosłownie na minutę, trwa dla nich wieczność. O ile tylko będą w stanie to światło dostrzec, bo fala świetlna jest miliardy raz dłuższa od strun, w których oni, nieświadomi zupełnie słońca, dinozaura, Jana Pawła II ani mnie, żyją.

 

156. Przypadek pana Yarona Cohena 17 wrzesień 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Nauka, refleksje, społeczeństwo — HaeS @ 5:23 pm

Dzisiaj ze mnie wyjdzie trochę ksenosob. Ale co mi tam. Piszę, bo się wkurzyłem jak to usunęli mój komentarz. Nie dalej jak tydzień temu na YouTube oglądałem piosenkę “Diva”, którą niejaki Yaron Cohen podbił świat kilka lat temu, wygrawszy uprzednio po jej ząśpiewaniu konkurs Eurowizji. Związana z tym jest dodatkowa ciekawostka – Yaron poddał się serii operacji, w wyniku których utracił genitalia, kazał sobie za to doprawić sporej wielkości biust. Dodatkowo ubiera się, czesze i maluje jak kobieta, a że (dzięki kuracji hormonalnej) figurę ma smukłą i powabną, a głos dość wysoki, miękki i aksamitny, wygląda praktycznie jak kobieta. Nawet, nie powiem, dość atrakcyjna kobieta. Przyjął zatem pseudonim artystyczny Dana International i – już jako “kobieta” zdobył popularność na całym świecie. Talent i urodę Yarona ocenić możecie sami:

Na YouTube jest mnóstwo komentarzy na ten temat, większość odnosi się do samej piosenki (do której osobiście nic nie mam) czy talentu piosenkarza (którego również się nie czepiam, bo się na tym nie znam). Postanowiłem dorzucić oliwy do ognia i uświadomiłem ludziom, którzy masowo wypisywali jak “SHE” ładnie śpiewa i jaki to “SHE” ma talent. W miarę kulturalnie, bardziej po angielskiemu niż po angielsku napisałem co myślę – jakim się urodzisz, takim umrzesz i że to nie żadna “SHE”, tylko najprawdziwszy w świecie “HE”, niezależnie od tego jak wygląda.

Dzisiaj patrzę – komentarz znikł. Po prostu znikł. Co prawda znalazła się jedna odpowiedź (że niby jestem niemyślący), ale samego komentarza nie ma nigdzie i ani grzebanie z datami, ani z filtrem “jakości” komentarza nic nie pomogło. Wyparował. Czyżby mój pogląd został jakoś ocenzurowany?

Co nie zmienia moich zapatrywań w tej kwestii. Z drugiej strony (jeszcze bardziej dobitny przykład) – na gazeta.pl przez jakiś czas ukazywała się seria artykułów o mężczyźnie w ciąży. Zaczęło się od tego, że ów mężczyzna (nie pamiętam już imienia) jest w ciąży, potem że mężczyzna urodził, a na koniec – że będzie film oparty na jego życiorysie. Redaktorzy gazety, słynący z bardzo liberalnych przekonań i swobodnym podejściu do tego typu tematów, jedynie mimochodem wspominali za każdym razem, że ów mężczyzna to tak naprawdę, kolokwialnie rzecz ujmując, baba bez cycków, za to z wackiem. Po prostu rzeczona pani poddała się zabiegowi zmiany płci, darując sobie jednak etap zwany histerektomią, a polegający na usunięciu macicy, jajników i wszystkich innych kobiecych narządów wewnętrznych. Oto i całe rozwiązanie zagadki “mężczyzny” rodzącego dzieci. Na pytanie o płeć tej osoby proszę odpowiedzieć sobie samemu.

Z płcią nie jest tak prosto. Niby wyróżnia się jakieś pierwszorzędne cechy płciowe (obecnośc jąder/jajników), cechy drugorzędne (pozostałe narządy płciowe, szczególnie zewnętrzne) no i cechy trzeciorzędne (zarost, głos, jabłko Adama, figura itd). Wydaje sie, ze po usunieciu pierwszo i drugorzednych cech oraz po zmianie trzeciorzednych z meskich na zenskie, wszystko jest OK, ale przeciez tak naprawde płeć jest zapisana w genach i za wyjątkiem hermafrodytów, każdy z nas posiada swoją płeć genetyczną Gdyby nieświadom sprawy genetyk wziął pod lupę komórkę Yarona, przejrzał jego wszystkie chromosomy, zbadał jakieś guaniny, cytozyny i milion innych pierdół, rzekłby ze 100% pewnością: TO JEST FACET. Gdyby w tej chwili wziąć komórkę z np. podniebienia Yarona i odpowiednio ją “obrobić”, aby można było ją sklonować, w wyniku takiej operacji urodziłby się chłopiec. Jeżeli za 1000 lat archeolodzy odkryją grób Yarona, powiedzą: to jest szkielet mężczyzny. A że Yaron poddał się serii operacji? No cóż, nikt chyba nie będzie twierdzić, że gdyby Yaronowi dorobiono świńskie uszy, świński nos i 8 świńskich cycków, to byłby świnką. Albo jeszcze lepiej, gdyby przerobić mu nieco twarz, wydłużyć operacyjnie ręce, zmodyfikować nieco kształt dłoni i stóp i hormonalnie owłosić całe jego ciało, stałby się nagle szympansem. Żadna fizyczna przemiana nie sprawi, że człowiek stanie się kimś innym niż jest. No i jeszcze jeden przykład: nikt nie twierdzi, że Michael Jackson należy do rasy białej.

Ja wiem, wiem. Upraszczam wszystko. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze bowiem kolejny czynnik (kto wie czy nie najważniejszy) – psychiczna identyfikacja płciowa. Jeżeli Yaron czuje się kobietą, posiada drugo i trzeciorzędne cechy płciowe kobiece i chce, żeby do niego mówić Sharon, to może nawet tak jest lepiej, skoro czuje się on z tym dobrze.

Ale z drugiej strony – czy uproszczeniem nie jest bezkrytyczne przyjmowanie, że kilka operacji i zmiana imienia w urzędzie jest w stanie zmienić płeć człowieka? Pamiętajmy mimo wszystko, że możemy oszukać papier, możemy oszukać oczy i uszy, a kto wie – może i można penisa oszukać (nie zamierzam tego bynajmniej sprawdzać), ale natury się nie oszuka. Yaron urodził się mężczyzną i umrze mężczyzną. Przykro mi, nie ma sposobu, aby zmienić płeć człowieka, można co najwyżej bawić się w udawanie i przebieranki.

Nie mam w sumie nic przeciwko takim operacjom, być może one dużo dają panom i paniom, którzy fizycznie upodabniają się do osobników płci przeciwnej i może faktycznie im to jest potrzebne – jeżeli tak, to niech tam sobie robią. Niemniej jednak, warto mieć świadomość, że płeć mamy tylko jedną. Od urodzenia i na stałe.

Zanim definitywnie skończę – jeszcze jedna rzecz. Żeby naprawdę solidnie problem ocenić, trzeba byłoby jeszcze dokładniej przyjrzeć się pojęciom “mężczyzna” i “kobieta”, aby zobaczyć, że pojęcia te (podobnie jak miliony innych pojęć) są jedynie pojęciami wytworzonymi przez naszą cywilizację, a granica między nimi, na pozór wyraźna, tak naprawdę jest płynna, a tak w ogóle to dzielenie ludzi na mężczyzn i kobiety jest bez sensu, bo każdy z nas jest przecież człowiekiem i to wystarczy, bez żadnych bliższych określeń jakiego typu człowiekiem ktoś jest. Problem ten opiszę dużo dokładniej w osobnym poście, który też jest w przygotowaniu (chociaż zapewne nieprędko ujrzy on światło dzienne, bo sporo tu jeszcze wątpliwości i znaków zapytania).

 

153. Sztuka wznoszenia czyli cztery spojrzenia na filmy Tomasza Bagińskiego. 31 sierpień 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film, refleksje — R-Chee @ 10:54 pm

Tomasz Bagiński. Rysownik, animator i reżyser. Człowiek będący dziś wzorem dla animatorów z całego świata. Czym sobie zasłużył na takie miano?

O urodzonym w Białymstoku Tomaszu Bagińskim po raz pierwszy usłyszałem w 2003 roku, kiedy to jego dzieło otrzymało nominację do Oscara w kategorii: krótki film animowany. Katedra, bo o niej mowa, wstrząsnęła nie tylko naszym, przyznajmy to, ubogim rynkiem animacji komputerowych, ale całym cywilizowanym światem. W owym czasie chyba nie tylko ja byłem ciekaw kim jest człowiek o którym z takim entuzjazmem wypowiadały się jednym chórem wszystkie polskie media. Dodajmy media, które do tej pory z rzadka interesowały się tego typu twórczością.

Rok po tej informacji miałem okazję sam ocenić ów film. I cóż mogę powiedzieć. To co zobaczyłem na szklanym ekranie telewizora przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Później pojawiły się kolejne animacje, między innymi równie udany Fallen Art. Oba filmy tu już dziś w wielu kręgach dzieła kultowe. Sam jestem wielkim fanem obu produkcji. Czując się zatem wystarczającym autorytetem w tej materii postanowiłem podzielić się w wami moimi wrażeniami i spostrzeżeniami dotyczącymi dzieł animatora z Białegostoku.

Dodam przy okazji, że do napisania postu w takiej formie zainspirował mnie Hubert swoim wpisem na temat Solaris.

“Rain” czyli początek drogi.

Deszcz był pierwszym filmem wyprodukowanym przez Tomasza Bagińskiego. Ukończone jeszcze w czasach studenckich dzieło stworzone zostało w pojedynkę na domowym PC. Krótka historia opowiadająca o człowieku szukającym szczęścia w iluzorycznym świecie okazała się sporym sukcesem (kilkanaście lokalnych nagród) i początkiem nie źle zapowiadającej się kariery, w rozwijaniu której  pomóc mu odtąd miała współpraca z Platige Image, wyspecjalizowanym w tworzeniu grafiki komputerowej i animacji 3d czołowym studiem post produkcyjnym w Polsce, odpowiedzialnym między innymi za dość popularne obecnie u nas reklamy Tesco i Biedronki (całkiem niezłych swoją drogą).

Co do samego filmu. Przyznam szczerze, że nie zrobił on na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Fabuła dość mocno przypominająca główny wątek Matrixa, nie należała do szczególnie nowatorskich, jakkolwiek dzieło pojawiło się na rok przed wypuszczeniem filmu Wachowskich, toteż nie można nikogo oskarżać o plagiat. Sporą pikselozę i kiepską animację postaci także można panu Tomaszowi wybaczyć. Przecież każdy, kto wie cokolwiek na temat tworzenia tego typu dzieł zdaje sobie sprawę, że pracując w domowych warunkach na PC z najwyżej 1998 roku nie sposób stworzyć jakiś epicki obraz. W dziele tym brakuje jednak znanego z późniejszych filmów Bagińskiego klimatu, intrygującej metaforyczności i oryginalnej, wciskającej w fotel muzyki. Zamiast niej mamy dobre, ale szeroko znane na świecie utwory, średnio moim zdaniem pasujące do obrazu.

Podsumowując, Rain mnie nie przekonał. Widziałem sporo lepszych animacji, nawet tych rodzimych. Może Deszcz wypadłby w moich oczach lepiej, gdybym obejrzał go przed zapoznaniem się z innymi dziełami pana Bagińskiego (niestety tak nie było, choć może i stety, bo mógłby mnie ów obraz zniechęcić do obejrzenia kolejnych filmów). Trzeba jednak pamiętać, że film powstawał w niezbyt sprzyjających warunkach i że to dzięki odniesionemu właśnie przez tę animację sukcesowi, mogłem rozkoszować się kolejnymi, znacznie lepszymi dziełami Tomasza Bagińskiego.

Ocena: 4/10

“The Cathedral” czyli pierwszy poważny sukces.

Nominację do Oskara w kategorii krótki film animowany otrzymał obraz Katedra wyreżyserowany przez Polaka, Tomka Bagińskiego. Takie mniej więcej słowa pojawiały się przez kilka dni w polskich mediach, wywołując przy tym nie małe zamieszanie. Jako Polak byłem dumny, jako miłośnik kina – zaskoczony. Bo chyba nikt się nie spodziewał, że animacja jakiegoś amatora z nad Wisły może w oczach jury Amerykańskiej Akademii Filmowej zyskać więcej niż dzieła z krajów, w których na takie produkcje wydaje się znacznie większe pieniądze, a ich popularność jest niewspółmiernie większa niż w borykającej się wciąż z lokalną zaściankowością Polsce. Podkreślić należy, że film powstał na podstawie równie dobrze ocenianego i często nagradzanego opowiadania Jacka Dukaja, z którym Bagiński często współpracował tworząc m.in. wszystkie okładki dla jego książek. Ostatecznie film nagrody nie otrzymał, ale o takim wyróżnieniu i o profitach płynących z tego faktu jeszcze kilka lat temu Tomasz Bagiński mógł jedynie pomarzyć.

Zachęcony dobrymi recenzjami postanowiłem samemu zapoznać się z Katedrą. Czas jednak płynął, a o filmie mówiło się coraz mniej. Co więcej, brak w owym czasie dostępu do internetu sprawił, że moje szanse na obejrzenie go przed ewentualną premierą telewizyjną były bliskie zeru. W końcu o animacji na jakiś czas zapomniałem. Okazja jednak się nadarzyła i to dość dla mnie niespodziewanie. Nadzieje na ocenienie filmu odżyły na nowo. Tuż przed kolejną oskarową galą TVP1 uraczyła nas Katedrą. Każdy kto kiedykolwiek oglądał na żywo ceremonię wręczenia Oskarów wie, jak musiałem walczyć ze snem, by film obejrzeć. I udało się, ale dzieło okazało się w odbiorze znacznie trudniejsze niż się tego na początku spodziewałem. Nie do końca przekonany, czy winę za ów fakt ponosi mój zmęczony organizm, czy po prostu obraz nie spełnił pokładanych w nim przeze mnie oczekiwań, ponownie na jakiś czas odłożyłem myśli o filmie.

No i nadeszła nowa era. Era wszechobecnego internetu i dostępu do wszelakich produkcji filmowych. Skorzystałem i ja. Postanowiłem jednak nie ulegać chwili i poczekać z filmem na odpowiedni moment. Spokojny wieczór, gdy wszyscy w koło smacznie już spali, słuchawki na uszach dla wzmocnienia efektu dźwiękowego i całkowita ciemność dla wzmocnienia efektu wizualnego. Wygodny fotel. Maksymalne skupienie. A potem już tylko ja i ekran monitora…

Chyba żadne słowa nie oddadzą mojego zachwytu. Nie wiem czy musiałem dojrzeć do tego filmu (stawiam raczej na opcję ze zmęczeniem na mojej osobistej premierze), ale wrażenie jakie na mnie wywarł można określić tylko jednym słowem – GENIALNE! Co więcej, na jednym razie się nie skończyło. Film z każdym kolejnym obejrzeniem, a wracam do niego co najmniej raz na dwa miesiące, wciąż wywołuje u mnie ciarki na plecach. Jest to bodajże obok starej trylogii Star Wars najczęściej oglądany przeze mnie film. Co z tego że krótki, skoro w ciągu tych sześciu minut potrafi dostarczyć znacznie więcej emocji niż wiele bezwartościowych półtorej godzinnych produkcji.

Co tak urzekło mnie w tej animacji? Na pewno nie zadowoliła by was odpowiedź, że wszystko, mimo iż tak należało by odpowiedzieć.
Na początek fabuła. Przez niektórych uważana jest za najsłabszą część dzieła. Inni twierdzą nawet, że film jest jej pozbawiony. Na pierwszy rzut oka mogło by się to wydawać prawdą. Rozumiem, że film może się nie spodobać, zwłaszcza jeśli ktoś lubi mieć wszystko podane na tacy. Mamy przeto pewnego długowłosego wędrowca wchodzącego do jakiegoś dziwnego budynku (tytułowej Katedry). Chodzi, rozgląda się na boki, dochodzi na drugi kraniec tego osobliwego obiektu i czeka na świt, by dokonała się w nim przemiana. Zdaje sobie sprawę, że taki opis może zniechęcić. Ale tak w skrócie wygląda to co widzimy na ekranie. Czy film jest zatem pozbawiony fabuły? Nic bardziej mylnego. Treść jest, ale głęboko ukryta między wierszami. Każdy kto choć trochę potrafi posługiwać się metaforami może znaleźć w tej historii sens. To tak jak w doszukiwaniu się dosłowności w wierszach. Odbiór wygląda podobnie i każdy może zinterpretować fabułę Katedry na własny sposób. Dla mnie na przykład jest to opowieść o schyłku naszej wędrówki jaką jest życie, gdzie zmierz symbolizuje ostatnie chwilę owego życia, a wschód – śmierć, czyli nowy początek. Katedra reprezentuje w takim wypadku dziedzictwo ludzkości, monumentalny pomnik będący zapisem naszej historii, umacniany przez nasze doświadczenia zebrane z całego życia. Innymi słowy, jest tym co po sobie kiedyś zostawimy dla potomnych. Oczywiście wciąż niektóre metafory są dla mnie nie jasne, jak chociażby “żywy” piasek formujące dziwne kształty po tym, jak wędrowiec chwyta go nieco do ręki. Ale jak już pisałem, każdy może dostrzec w tym obrazie coś innego. I to jest właśnie fascynujące. Wiersz w formie audio wizualnej.
A co do owej formy, to przyznać trzeba, że to kolejna mocna strona filmu. Każdy pokazujący się na ekranie monitora obraz to arcydzieło. W pamięci zapadł mi zwłaszcza fragment prezentujący wygląd świata (przepiękne połączenie klimatów gotyckich, mitologii i elementów space opery) oraz chwila przed samą przemianą, gdy bohater historii klęczy otoczony jasno niebieskim światłem wschodzącego słońca. Animacja jest świetna, mimo iż w kilku fragmentach przypomina nieco przerywnik z jakiejś gry komputerowej pokroju Tomb Raidera.
Nie można nie wspomnieć również o genialnie dopasowanej do obrazu ścieżce dźwiękowej, która idealnie buduje nastrój. Dźwięk zmienia dynamikę w zależności od akcji. Niby sprawa oczywista, ale w Katedrze wygląda to tak, jakby każdy drobny fragment muzyczny był dokładnie przemyślany i wpasowany co do ułamka sekundy. Niestety nie mam pewności, czy wykorzystane utwory są oryginalne, bo wydaje mi się, że jeden z motywów już słyszałem, prawdopodobnie w wykonaniu Immediate Music bądź X-Ray Dog. Ale pewności nie mam.

Czy obraz Bagińskiego zasługiwał na Oskara? Zdecydowanie! Co więcej, w moim odczuciu ów film jest jak winno. Im dłużej go mam, tym chętniej do niego wracam. Jeśli zatem zachęciłem cię moją recenzją, do obejrzenia filmu Tomasza Bagińskiego, zastosuj się do kilku rad. Stwórz odpowiedni klimat! Nie oglądaj go w środku dnia, gdy jeszcze nie daj Boże obok kręcą się członkowie rodziny. Pogrąż się w całkowitej ciemności, z dobrze wyregulowanymi kolorami monitora i z wygodnymi słuchawkami na uszach. Nawet jeśli film nie spodoba ci się od strony fabularnej, to jest spora szansa że chociaż jego forma artystyczna wciągnie cię bez reszty. No chyba że lubisz filmy z Segalem i z ogoloną głową jeździsz na bojówki swoim BMW. W takim wypadku film zdecydowanie odradzam.

Ocena: 10/10

“Fallen Art” czyli potwierdzenie wysokiej formy.

Trzy lata po premierze Katedry na światło dzienne wychodzi kolejna produkcja Tomka Bagińskeigo, zatytułowana Fallen Art. Co ciekawe, oryginalny tytuł angielski ma pewną przewagę nad polskim tłumaczeniem. Okazuje się bowiem, że film można rozumieć jako “Sztukę spadania” bądź “Upadłą sztukę”. Oba tytuły idealnie pasują do dzieła i doskonale się uzupełniają.

Ze Sztuką spadania zapoznałem się stosunkowo szybko. Znacznie szybciej niż miało to miejsce w przypadku Katedry, na co bez wątpienia miał wpływ rozwój technologiczny. I podobnie jak w przypadku swojego poprzednika, na temat nowej produkcji Bagińskiego niewiele wiedziałem przed jej obejrzeniem. Wspominałem już kiedyś przy okazji wpisu dotyczącego Apocalypto, że taka sytuacja sprawia, iż już na początku film dostaje ode mnie małego plusika. Lubię być zaskakiwany, a tu nastąpił dokładnie taki efekt. Biorąc pod uwagę sukces jaki bez wątpienia odniosła Katedra, spodziewałem się wiele po Sztuce Spadania. I nie zawiodłem się. Ale po kolei.

Mamy oto starą bazę wojskową gdzieś na Karaibach, w której to emerytowani oficerowie, oddają się swoim chorym pasją. Brzmi intrygująco? Z pewnością ciekawiej niż opis Katedry. Ale to co dzieje się na ekranie zaskakuje nawet takiego starego wyjadacza jak ja. Pomysł na historię jest niesamowity. Nie będę nic zdradzał, by nie psuć wam zabawy, ale na prawdę warto poświęcić owe 7 minut na zapoznanie się z tą animacją, która w gruncie rzeczy jest zupełnie inna niż Katedra. Pomijam już poprawioną grafikę. Film nie ma już tego mrocznego klimatu, jest jednak moim zdaniem bardziej intrygujący, a metafora jest znacznie łatwiejsza w odbiorze, choć nadal obraz można dowolnie interpretować. Dla mnie jest to ewidentna karykatura ustroju komunistycznego, w którym to dla kaprysu władzy masowo poświęca się ludzi.
Od strony wizualnej czy dźwiękowej nie można się do filmu przyczepić, choć akurat w tym przypadku nie są już wymagane specjalne przygotowania vel mrok, klimat i słuchawki na uszach. Muzyka jest nawet dość radosna, choć to ewidentna zmyłka odciągająca nieco uwagę od prawdziwego tragizmu sytuacji. Czyżby komunistyczna propaganda?

Fallen Art jest godnym następcą Katedry. Jest zupełnie inny od swojego poprzednika, co nie znaczy że mu jakoś specjalnie ustępuje. Moja ocena filmów Bagińskiego jest oczywiście subiektywna i w osobistym rankingu Fallen Art, choć nieznacznie, ale jednak ustępuje pola poprzednikowi. Jako miłośnik fantasy lepiej potrafię wczuć się w klimat Katedry, co nie zmienia faktu, że Sztuka spadania jest bardzo dobrą produkcją potwierdzającą olbrzymi talent reżysera.

Ocena: 9/10

“Wiedźmin” czyli pierwszy krok w stronę komercjalizacji.

O realizacji gry rpg na podstawie prozy Szapkowskiego mówiło się na długo przed jej premierą. Atmosferę wokół produktu podgrzała dodatkowo informacja, iż za intro i outro gry odpowiadać miał nie kto inny jak Tomasz Bagiński. I stało się. Powstały dwa bardzo dobre filmiki promujące ów rpg. Gra przypominająca swoją drogą genialną serię Gothic, odniosła spory sukces, nie tylko na scenie rodzimej, ale na całym świecie. Trudno przeliczyć ile w tym zasługi wstawek stworzonych przez Bagińskiego, niewątpliwie jednak uatrakcyjniły one i spopularyzowały produkt. Nie czytałem prozy Szapkowskiego (choć jako miłośnik klimatów fantasy – powinienem, i nie wykluczone że wkrótce to uczynię), ale oglądając stworzone przez Bagińskiego animacje odnosi się wrażenie, że są one znacznie bliżej pierwowzoru wykreowanego przez Szapkowskiego niż serial z Michałem Żebrowskim w roli głównej (swoją drogą nie tak całkiem tragicznym jak na Polskie realia). W sumie chętnie obejrzałbym cały serial zrealizowany właśnie techniką komputerową. Może taka produkcja okazała by się większym sukcesem niż filmy fabularne.

Pierwszy filmik przedstawia bardzo popularną scenę walki Geralta ze Strzygą przejmującą ciało młodej księżniczki. Walka jest dynamiczna, świetnie zaanimowana i do tego dość krwawa. Geralt nie patyczkuje się z potworem, używając argumentów w postaci magii, miecza i własnych pięści. Ostatni argument został przedstawiony jednak zbyt komicznie i nierealnie, psując nieco odbiór całościowy. Animacja robi wrażenie i wygląda znacznie lepiej niż walka z udziałem filmowego Wiedźmina. Co by jednak dobrego nie powiedzieć o filmie, jest to nic więcej jak czysta akcja. Nie ma tu miejsca na głębszą myśl, metaforyczność czy zaskakujące momenty. Ot, świetnie zrealizowana scena walki rodem z najlepszych filmów fantasy.

Drugi film, będący endingiem, to podobne klimaty, tym razem jednak walka ma miejsce pomiędzy dwojgiem ludzi (no, jak się okazuje nie do końca ludźmi). Choreografia jest imponująca. Przeciwnicy poruszają się jak żywi i co najważniejsze nie zanotowałem ani jednego gorszego fragmentu takiego jak chociaż mająca miejsce w intrze drażniąca mnie walka na pięści ze Strzygą. Tu jednak także po za rozwiązaniem zagadki, której treść poznali jedynie gracze, nie ma nic ponad komercję. Ale czy to źle?

Ocena: 8/10

Byłem ostatnio z bratem na Mrocznym Rycerzu Nolana. Joker grany przez niedawno zmarłego Heathera Ledgera, wypowiedział w  filmie bardzo ciekawą kwestię. Brzmiała ona mniej więcej tak: “Jeśli umiesz coś zrobić dobrze, nie rób tego za darmo”. Tomasz Bagiński, jak każdy dobry rzemieślnik ma święte prawo do zarabiania na swoich produktach (o czym niektórzy krzykacze i krytycy najwyraźniej zapomnieli). I ja go w tym popieram, życząc mu, aby dorobił się na swoim talencie fortuny. Mam przy tym nadzieję, że tworząc kolejne filmy mające z założenia przynosić jedynie profity, pan Tomasz nie zapomni o swoich początkach i nadal będzie tworzył dzieła na miarę Katedry czy Sztuki spadania.

A jest na to szansa, bo zasypany nagrodami animator z Białystoku nie zamierza spoczywać na laurach. Po za przygotowanym dla „Reporterów bez granic” anty chińskim Made in China, którego premiera z niewiadomych przyczyn wciąż jest odwlekana, w przygotowaniu są kolejne jego dzieła, takie jak Kinematograf na podstawie komiksu Mateusza Skutnika czy Ruch Generała – kolejny po Katedrze film oparty na prozie Dukaja. Jest więc na co oczekiwać. Nim jednak będziemy mieli okazję je obejrzeć, warto sięgnąć do źródła i w przypadku gdy tego jeszcze nie uczyniliśmy, zapoznać się z dotychczasową twórczością Tomasza Bagińskiego. Gorąco polecam wszystkie wyprodukowane dotąd przez niego filmy, mimo iż zdaje sobie sprawę, że nie każdemu  przypadną one do gustu

Pzdr.

 

135. W co wierzę? 10 lipiec 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Kościół, filozofia, refleksje — HaeS @ 7:44 am

Od dłuższego czasu zapowiadam opublikowanie postu o moim światopoglądzie. Cieszę się, że nareszcie, po długim i złożonym procesie twórczym mam zaszczyt ów post przedstawić. Pomimo tego, że spisałem chyba wszystko, co miałem spisać i starałem się pisać szczerze i w pełni zgodnie z moimi odczuciami, wciąż nie mogę pozbyć się wrażenia, że post jest jakiś niepełny, a to, co w nim jest napisane – lekko się kłóci z tym, co czuję. Być może dlatego, że moja (i chyba nie tylko moja) religijność nie jest ukształtowana raz na zawsze, podlega nieznacznym fluktuacjom i co, co piszę dzisiaj, niekoniecznie musi być zgodne z tym, co napisałbym powiedzmy za miesiąc. Dlatego też spodziewać się można za jakiś czas update’u tego posta. Póki co jednak – zapraszam do czytania. Od razu ostrzegam, że post jest chyba najdłuższy w historii bloga i dość nietypowy, bo bardzo osobisty.

WSTĘP

Spisanie własnego światopoglądu to rzecz bardzo trudna. Człowiek bowiem pisze to, co czuje i to, co myśli, ale żeby to zrobić, trzeba najpierw dobrze poznać swoje uczucia i swoje myśli. Nie zawsze jest ich się świadomym. Jeżeli bowiem, dla przykładu, człowiek boi się wejść do ciemnego pokoju, czego się lęka? On sam rzeknie, że ciemności. Ale może tak naprawdę kieruje nim jakieś stłumione wspomnienie z dzieciństwa, a może i pierwotny instynkt odziedziczony jeszcze bo naszych prapradziadkach, którzy ze swoją maczugą nigdy nie zapuszczali samotnie się w otchłanie ciemnych jaskiń w obawie przed tygrysami szablastozębnymi czy innymi drapieżnymi potworami. Tak czy owak owo wytłumaczenie o strachu przed ciemnością (która sama w sobie groźna nie jest ani odrobinkę) jest jedynie wymówką – ale wymówką tak silną, że nawet człowiek ją stosujący wierzy w nią głęboko. No i tak jest z wieloma uczuciami. Za pozornie prostą strukturą psychoemocjonalną, kiedy wydaje się że wszystko o sobie wiemy (niektórzy nawet w całej swej bucie rozszerzają swoje poczucie wszechwiedzy nie tylko na psychikę swoją, ale i innych), kryje się niewyobrażalnie wielkie siedlisko ukrytych motywów, niewypowiedzianych uczuć, stłumionych potrzeb i zamaskowanych myśli. No gdzieś w tym wszystkim swoje miejsce znajduje także religia. W jaki zatem sposób dojść czym tak naprawdę, poza powierzchownymi deklaracjami, jest dla danego człowieka wiara, jak głęboko ona jest zakorzeniona w umyśle i które dokładnie potrzeby człowieka spełnia?

Dlatego też do tego postu podchodzę bardzo niepewnie i ostrożnie. Skupianie się na konkretach jest bezcelowe, bo konkrety to tylko co, ja znam i o czym ja wiem – a jak przed chwilą napisałem, w głowie siedzi dużo więcej niż sobie zdajemy z tego sprawę. Z kolei dywagowanie na temat tego, co BYĆ MOŻE uważam i co BYĆ MOŻE mną kieruje z kolei to głupota, bo takich “być może” jest całe mnóstwo, a na dodatek często bywają one ze sobą wzajemnie sprzeczne i nie sposób dojść które ma sens, a które nie. Być może zatem żyjemy w jednym wielkim matrixie kierowanym przez Boga, jak chciał Berkeley, a być może żadnego Boga nie ma, nie było i nie będzie, jak konkluduje Dawkins. Tak w ogóle to słowa “niewiedza” i “niepewność” pojawiały będą się bardzo często. W zasadzie one właśnie są słowami-kluczami mojego prywatnego “wyznania” i one doprowadziły mnie do tego, że teraz mam do religii wszelakich stosunek taki, jaki mam.

CHRZEŚCIJAŃSTWO – CZYŻBY JEDYNA RELIGIA? (cz. 1)

Ochrzczony zostałem w Kościele Katolickim, podobnie jak dziesiątki milionów innych Polaków bez mojej wiedzy i zgody w wieku kilku tygodni. Od najmłodszych lat, konkretnie zaś – już od przedszkola, jakoś tak nie umiałem tak po prostu uwierzyć i cieszyć się swoją wiarą, jak to bez trudu udawało się innym. Po indoktrynacji katechetki o treści następującej (w dużym skrócie): “Człowiek jest grzeszny i za każdym razem kiedy robi coś złego, popełnia grzech. Ale pojawił się na Ziemi syn Boga, Jezus, który złożył z siebie ofiarę, który zginął na krzyżu, odkupując nasze grzechy i dzięki temu wszyscy mamy szansę iść do raju po śmierci”, kiedy każdy z moich rówieśników kiwał ze zrozumieniem, ja jakoś nie mówiłem z zachwytem “jakie to cudowne, że ktoś taki się się pojawił!”. Szczerze mówiąc, nigdy nie łapałem za bardzo o co z tym chodzi. Dziwny byłem? Może i tak.

Pytań, jakie sobie zadawałem od najmłoszych lat było mnóstwo. Większość z nich to taka katolicka “klasyka”, do której każdy myślący (wierzący czy nie) chrześcijanin wsześniej czy później dojdzie: “Skoro Bog stworzył tylko Adama i Ewę, skąd ich potomstwo miało żony?”; “Jeżeli Bóg stworzył cały świat i wszystko pochodzi od Boga, to skąd wziął się sam Bóg?”; “Jak to może być, że ten sam Bóg istnieje w trzech osobach, które są czym innym, a zarazem tym samym?”, “Skoro Bóg jest taki dobry i miłosierny, dlaczego tyle zła jest na świecie”; no i wreszcie najważniejsze: “Dlaczego Bóg aby odkupić grzechy ludzkości, musiał złożyć swojego syna (albo też i samego siebie, zależnie od tego jak interpretować trójcę świętą) w ofierze?”. Ostatnie pytanie jest bardzo istotne. No bo czym była śmierć Jezusa na krzyżu? Jaki cel miał Bóg, aby składać swojego syna w ofierze dla… samego siebie? Interpretacji jest całe mnóstwo, żadna do mnie nigdy nie trafiła. Najbliższą chyba jakiemukolwiek sensowi (chociaż wypaczonemu) jest patrzenie na ukrzyżowanie jako demonstracja Boga dla ludzkości “patrzcie jaki to ja jestem dobry, jak ja się poświęcam!”. Jakkolwiek jednak na to nie patrzeć, historia ta moim zdaniem zupełnie nie trzyma się kupy, jest niezrozumiała i morał z niej do końca jest dla mnie jasny.

Inna bajka to dogmaty i to, w co Kościół każe nam wierzyć. Niepokalane poczęcie, wniebowzięcie Maryi i kilka innych cudownych wydarzeń jakoś nie do końca do mnie docierały. Najwięcej moich wątpliwości wzbudza konsekracja, kiedy to hostia przeistacza się i staje się Ciałem Chrystusa. Kiedy pierwszy raz to usłyszałem od księdza, zapytalem odruchowo: “SYMBOLIZUJE Ciało Chrystysa?”, co ksiądz natychmiast sprostował: “Nie, nie… to JEST Ciało Chrystusa”. Stwierdzenie jak dla mnie bezsensowne i irracjonalne. Czytałem swojego czasu kilka dzieł chrześcijańskich guru, w których podkreślano jak ważne jest przeistoczenie oraz próbowano uzmysłowić jak to możliwe, że coś, co ewidentnie jest kawałkiem opłatka, jest tak naprawdę cząstką Boga. I chyba źle (z perspektywy wiary) zrobiłem, że drążyłem ten temat, bo moja bezowocna próba zrozumienia tego to był początek końca mojej wiary – kropla, która sprawiła, że czara goryczy zaczynała wydawać się ciężka, a za jakiś czas – miała się przelać.

Im starszy byłem, tym więcej pytań zacząłem zadawać, tym były one głębiej przemyślane i tym dojrzalsze. Spójrzmy, dla przykładu, na następujący problem: chrześcijański świat to powierzchniowo mniej więcej połowa Ziemi (dwie Ameryki + Europa + spora część Afryki + Australia), zaś ludnościowo – dużo mniej (33% jeśli chodzi o ścisłość). Nie wszyscy chrześcianie to Katolicy – wikipedia podaje, że stanowią oni 17,4% mieszkańców Ziemi. Zatem stwierdzenie, że jedynie Katolicy dzięki uczestnictwu w sakramentach (robionych według jedynego słusznego obrządku) dostąpią zbawienia, napawa trwogą o losy dusz pozostałych 82,6% ludzi, ale jednocześnie każe zapytać – co z nimi? Przecież oni TEŻ się modlą do swojego Boga, też mają własne obrzędy i rytuały i wierzą w ich słuszność równie mocno jak katolicy wierzą w słuszność swoich rytuałów. Żyjąc w mocno skatolicyzowanym społeczeństwie (jak nasze) trudno uwierzyć, że religia katolicka to bardziej wyjątek niż reguła na świecie. Spójrzmy na taką Tajlandię, gdzie zewsząd wyrastają złote świątynie poświęcone Buddzie. Jedźmy do Iranu, gdzie atmosfera wiary w Allaha i wielkiej czci dla słó Mahoeta jest wszechobecna. Przyjrzyjmy się kulturze Indii, gdzie wyznań jest mnóstwo, ale w żaden sposób nie przypominają naszych. Wspomnieć wypada o olbrzymich piramidach budowane przez Majów ku czci różnych bóstw. Zapytajmy ludy Tutsi o to, kogo należy czcić. A najlepiej to pjedźmy do Jerozolimy, gdzie jest totalny misz-masz trzech religii i człowiek, który z żadną nigdy nie miał do czynienia, na pewno miałby spory problem z określeniem która religia jest bliższa prawdy. Powstaje naturalne w tej sytuacji pytanie – KTO MA RACJĘ? Czyja wiara jest lepsza, pełniejsza, bliższa Bogu? Jak to zbadać, jak to sprawdzić, jak do tego dojść? Jedyną konkluzją, do której udało mi się dojść, bardzo istotną w kontekscie dalszych rozważań, było stwierdzenie, że w gruncie rzeczy wszystkie religie czczą tego samego Boga, tylko na różne sposoby. I skoro jest tyle wyznań, tyle sposobów, nie ma możliwości, aby Bóg wyróżnił jakkolwiek jedno z nich. Słucha modlitw wszystkich.

W tym momencie pada na twarz cała doktryna katolicka. Nadal możemy czcić Jezusa, ale jak to możliwe, że Bóg zesłał nam Jezusa, po to tylko aby czciła go ledwie 1/3 ludzkości? Co z resztą ludzi? Czy im nie dane jest dostąpić zbawienia? Można to naciągnąć i dodać, że ten sam Bóg zesłał Buddę do Chin, a Mahometa Arabom. Oczywiście, powstaje zaraz pytanie dlaczego ich poglądy wzajemnie się kłócą, a wyznawcy nierzadko nienawidzą. Ale można też, z równym prawdopodobieństwem, przyjąć, że wszyscy wielcy prorocy, to w gruncie rzeczy zwykli ludzie, obdarzeni sporą mądrością życiową, ale zarazem i wielką charyzmą, która sprawiła, że słuchały ich tlumy, które po śmierci uznały ich za Boga (albo jego wysłannika). Obie koncepcje (przyjęcie wszystkich proroków bądź odrzucenie wszystkich) mają swój sens, niemniej jednak nie można bez uwikłania się w sprzeczności, przyjąć, że wysłannikiem Boga jest Jezus, a kluczowe postacie pozostałych religii to fałszywi prorocy.

Fakt ten ma poważne konsenwencje. Podczas mszy ksiądz czyta słowa “Bierzcie i Jedzcie z Tego wszyscy…”. Ci, którym zdarza się jeszcze chocić do kościoła, niech zwrócą uwagę – on to CZYTA. Zawsze. Nie mamrocze z pamięci, nie próbuje jakoś wyrazić tego nieco innymi słowami, ale czyta. W skupieniu, powoli, ostrożnie, żeby nie przegapić ani nie przeinaczyć żadnej literki. Są to bowiem słowa konieczne dla ważności mszy. Bez nich nie będzie ważne przeistoczenie, nie będzie ważny sakrament, nie będzie zbliżenia ludzi z Bogiem. Skoro jednak, jak w poprzednim akapicie napisałem, tego samego Boga czcić można na różne sposoby, to przeistoczenie może być ważne z nieco innymi słowami bądź nawet bez nich. Może nawet być msza bez przeistoczenia. Może być nawet zupełnie inny obrządek religijny, poświęcony Bogu wg wskazań innego mesjasza i w gruncie rzeczy nic strasznego się nie stanie. W ten sposób właśnie przestałem być katolikiem, a bardzo krótko po tym – chrześcijaninem. Przełomem w moim życiu okazało się właśnie stwierdzenie, że nie ma jedynej słusznej religii, nie ma jedynego słusznego sposobu czczenia Boga… cały czas jednak pozostaje Bóg. Ale czy on naprawdę istnieje?

GDZIE JEST TEN BÓG?

Koncepcja Boga jest tak stara jak ludzkość, a moze nawet jeszcze starsza i swoją historią sięga do małpoludów. Czczono rózne rzeczy – zwierzęta, rośliny, obiekty na niebie, fikcyjnych nieśmiertelnych ludzi żyjących na pobliskiej górze Olimp – idea Boga ewoluowała wraz z rozwojem myśli ludzkiej, aż wreszcie kilka tysięcy lat temu zatrzymała się (przynajmniej w naszym rejonie świata) na etapie omnipotentnej i omniprezentnej, wiecznej i odwiecznej, niewidzialnej istoty, nazwanej Bogiem. Istotę tę w róznych rejonach świata czci się po dziś dzień. We współczesnych czasach powraca jednak coraz częściej i coraz głośniej pytanie, które zadawane było i wcześniej, ale cicho i nieśmiało aby tylko uniknąć ośmieszenia czy oskarżenia o herezję – pytanie o to, czy takowa istota w ogóle istnieje. Spróbuję się teraz do tego odnieść.

Problem jest chyba najcięższy ze wszystkich mi znanych, a jego rozwiązanie zdaje się być sprawą beznadziejną. Szukanie dowodu naukowego mija się z celem. Nauka nie jest w stanie dać dowodu istnienia Boga, a sprawę gmatwa jeszcze bardziej fakt, że o wiele łatwiej udowodnić, że coś istnieje aniżeli wykazać, że nie istnieje (zainteresowanym tym faktem polecam poczytanie informacji o czajniczku Russela). I nauka obalając wszystkie kolejne dowody istnienia istoty wyższej, daje jedynie świadectwo słabości tych dowodów, wciąż jednak nie mogąc sobie rościć prawa do definitywnego zamknięcia sprawy istnienia/nie istnienia Boga. Wszystkie dowody istnienia istoty wyższej, czy to przedstawione w starożytności, średniowieczu czy czasach nowożytnych, takie jak “dowody” św. Tomasza z Akwinu, argument pierwszej przyczyny, celowości czy też bełkot Kanta, dawno temu już padły pod naporem krytyki filozofów, tudzież zostały wysłane do lamusa w wyniku odkryć naukowych. Niegdyś dowodem istnienia Boga było już samo to, że świat istnieje – dzisiaj już wiemy, że powstał on w wyniku Wielkiego Wybuchu, a wszystkie istoty żywe z nami włącznie wyewoluowały z prostych jednokomórkowców powstałych z kosminczego bulionu kilka miliardów lat temu. Później znajdowano dla Boga rózne miejsca i role we wszechświecie, ale nauka bezlitoście wykazywała za każdym razem, że wyssane z palca koncepcje nie mają racji bytu, a dane zjawisko wytłumaczyć można przy pomocy fizyki, psychologii czy rachunku prawdopodobieństwa. I nawet teraz, kiedy spekuluje się jeszcze po cichu, że może to sam Bóg spowodował wielki wybuch albo kierował w jakiś sposób procesem ewolucji (np. poprzez natchnienie człowieka darem świadomości) spodziewać się można raczej, że i te koncepcje, i tak już będące potężnym wycofaniem pozycji w stosunku do bajań średniowiecznych teologów, zostaną zweryfikowane negatywnie. Co sprytniejsi księża (np. Michał Heller) ostrzegają (słusznie) przed traktowaniem Boga jako zapchajdziury dla tej czy tamtej teorii mając pełną świadomość tego, że prowadzi to bardziej do ośmieszenia religii aniżeli do udowodnienia istnienia Boga.

Skąd w ogóle wzięła się wiara w Boga? Tysiące lat temu człowiek widząc wiele rzeczy, których wyjaśnić sobie nie umiał (jak np. pioruny na niebie, wschód i zachód słońca czy dziwaczne zjawisko polegające na tym, że ciało ludzkie przestaje czasem oddychać, reagować, poruszać się, następnie stygnie, aż w końcu gnije) zaczął dorabiać do tego różne ideologie. Oczywistym z punktu widzenia człowieka o znikomej wiedzy naukowej oczywistym wnioskiem z tego, że takie, a takie zjawisko zachodzi jest to, że za tym wszystkim stoi KTOŚ. Ktoś potężniejszy i ktoś silniejszy od człowieka. Istota ponadnaturalna, która potrafi sprawić, że z nieba leci deszcz, a w kobiecym łonie powstaje mały człowiek. Z czasem, aby wyjaśnić nie tylko zjawiska naturalne, ale także i relacje międzyludzkie, te prymitywne bożki zaczęły ewoluować, stawały się coraz bardziej ludzkie – bywały zatem zazdrosne, mściwe, okrutne, ale i sprawiedliwe czy miłosierne. Właśnie w ten sposób powstała ogólnie przyjęta wizja Boga żydowskiego (chrześcijańskiego), który daleki jest już od bogów Indian czy plemion papuaskich, jednak wydaje się być ideą będącą odległym spadkobiercą właśnie tych prymitywnych bożków. Do czego zmierzam? Ano, do wniosku (przyznaję, kontrowersyjnego), że wiele wskazuje na to, że gdyby w tej chwili ludzkość od samego początku była na tym etapie rozwoju naukowego, koncepcja Boga nie pojawiła by się wcale. Pojawiła się ona w zamierzchłych czasach, wywodzi się z wieloletniej tradycji i historii i każda “czątka wiary” obecna w świadomości miliardów ludzi na całym świecie właśnie stamtąd – z głębokiej przeszłości, czasów niewiedzy – pochodzi. Współczesne środowisko naukowe, który szuka wyjaśnień wszystkiego w racjonalnych twierdzeniach, eksperymentach i obliczeniach, nie przewiduje w wyjaśnianiu zjawisk naturalnych roli dla Boga, którą przeznaczono mu od samego początku, dopiero później dodając mu kolejne niekoniecznie związane z wyjaśnieniem tajemnic natury atrybuty. Całkiem prawdopodobne jest zatem, że to nie Bóg stworzył człowieka – to człowiek stworzył Boga.

Jeszcze niedawno kategoryczne stwierdzenie, że Bóg nie istnieje, było jak dla mnie co najmniej ryzykowne. Rasowi ateiści, całkowicie odrzucający koncepcję Bytu Wyższego w zasadzie wydawali się mi równie zaślepieni i zamknięci na dyskusję jak katolicy czy muzułmanie, przekonani bezwględnie o prawdziwości własnej religii. Po lekturze “Boga Urojonego” Dawkinsa patrzę na to nieco inaczej. W książce tej autor niesamowicie przekonująco, argumentując czysto logicznie dowodzi, że zegoś takiego jak Bóg nie ma prawa być we wszechświecie, jednakże podreśla w jednym miejscu, że PRAWIE na pewno nie ma Boga. Kwestia nie jest przecież wcale taka prosta. Być może istnieje siła wyższa, być może nie. Pewne przesłanki wskazują na to, że istnieją na naszym świecie rzeczy, których nigdy nie rozgryziemy i że prawdopodobnie ktoś lub coś kreuje naszą rzeczywistość w sposób nie do końca zgodny z wizją wszechświata, jaką dyktują nam współczesne paradygmaty naukowe. Być może paradygmaty są błędne i trzeba je skorygować, a może… kto wie?

CHRZEŚCIJAŃSTWO – CZYŻBY JEDYNA RELIGIA? (cz. 2)

Ustaliliśmy zatem, że nie wiemy, czy Bóg istnieje czy nie i – co gorsza – wydaje się, że nigdy tego nie odkryjemy. Zanim przejdziemy do implikacji tego stwierdzenia, jeszcze jedna raz powrócimy do pytania o to, czy chrześcijaństwo (katolicyzm) jest jedyną słuszną religią.

To myślenia jest taki: Jeżeli Bóg nie istnieje – sprawa prosta: Boga nie ma. Jeżeli zaś istnieje – nie możemy być pewni jego formy. Czy jest tylko siłą spajającą wszechświat, bezosobowym bytem przenikającym wszystko, a może świadomą i myslącą istotą podobną do człowieka – tyle tylko, że wszechmocną? Jest wielu Bogów czy tylko jeden? Jeżeli dopuścimy tę ostatnią możliwość – czy ten jeden Bóg (w postaci osobowej) jest istotą z natury dobrą (pojęcie “dobro” jest niejednoznaczne; przyjmijmy tutaj jego potoczne znaczenie) czy też może (jak twierdzą malteiści) złą, winną wszelkiego zła na świecie, przed którym chronią się ludzie wzajemną życzliwością i pomocą? Może jest tak, że to nie ludzie niszczą to, co Bóg nam daje, ale próbują naprawić to, co nam zabiera? A może po prostu Bóg nie interesuje się zupełnie naszym światem i pozostawił go samemu sobie, jak chciał Einstein? Możliwości jest, jak widzicie mnóstwo. Co więcej, nie znamy sposobu aby ustalić która z nich jest prawdziwsza od innych – pozostają jedynie domysły i spekulacje, ewentualnie opieranie się na Piśmie Świętym, przy czym nie mamy żadnej gwarancji że to, co tam jest nie jest bajką opartą gnieniegdzie na historycznych wydarzeniach. Stąd też śmiem twierdzić, że zamykanie się w jednej koncepcji i dodawanie jeszcze do niej mnóstwa szczegółów nie bardzo wiadomo skąd wziętych jest zatem wysoce nierozsądne. A dokładnie tak robi większość religii. Przeanalizuję to na przykładzie katolicyzmu, bo akurat ta religia mi jest najbliższa (wszak oficjalnie wciąż jestem katolikiem…), najlepiej mi znana, a poza tym najbardziej rozpowszechniona w naszym kraju.

Katolicy zatem na pytanie “czy jest Bóg czy go nie ma” odpowiadają bez wahania: JEST. Na pytanie “jaką ma formę” odpowiadają: OSOBOWĄ i na dodatek jeszce uzupełniają szczegółami – dzielą go na trzy osoby boskie, każdej z nich przydając pewne role. Na pytanie czy jest dobry, czy zły – odpowiadają też bez wahania DOBRY. I znów dodają mnóstwo szczegółów. Wprowadzają pojęcie grzechu i dokładają całą historię o Jezusie, zrodzonym z dziewicy, który zmarł na krzyżu, aby nas od tego grzechu ocalić. Specjaliści od starożytnego Rzymu twierdzą co prawda, że Jezus był postacią historyczną i najprawdopodobniej właśnie na krzyżu zmarł, ale to tylko świadczy o Jezusie (i to Jezusie-człowieku!) a nie o poprawności chrześcijańskiej wizji świata. Następnie tworzy się całą ideologię dotyczącą sposobu, w jaki owego Boga (i Jezusa) należy czcić, na czele z odprawianiem mszy w której kulminacyjnym punktem jest spożywanie Hostii, czyli opłatka, który jak to chrześcijanie są święcie przekonani, jest ciałem Boga. Hmmm… jak na świat, w którym tak naprawdę nawet nie wiemy, czy Bóg istnieje, czy też nie, fascynująco dużo w chrześcijaństwie jest tych rytuałów i szczegółów dotyczących czczenia Boga i doprawdy zaskakująco wielkie jest przekonanie ludzi o ich słuszności i prawdziwości. Oczywiście, przekonania te nie biorą się znikąd, bo oparte są na Biblii. Pomijając już kwestię prawdomówności Biblii i wykluczając to, że znajdują się w niej jakiejkolwiek konfabulacje i coraz bardziej bliskie fantastyce dopiski mnichów przepisujących przez stulecia to dzieło, to jednak pamiętajmy, że Kościół wiele prawd wyciąga z Biblii nadinterpretując pewne zapisy (przykład czyśćca jest najbardziej klarowny), a od czasu do czasu biorąc niektóre rzeczy zupełnie z sufitu (np. wniebowzięcie NMP).

Prawda jest taka, że podchodząc do sprawy zgodnie z metodologią naukową, o Bogu nie wiemy kompletnie nic. Skoro nie wiemy, to skąd wiedzieć czy on wymaga jakiejkolwiek naszej czci, a nawet jeśli wymaga – to jaki sposób jego czczenia jest właściwy? Jeżeli nawet założymy, że Bogu potrzebne jest nasze uwielbienie, że on sobie cokolwiek z tego robi, to skąd przekonanie, że Żydzi robią to lepiej od Szyitów, Protestanci od Prawosławnych, a Katolicy lepiej od Siouxów? Jakby dobrze się zastanowić, to żadna religia nie jest lepsza ani gorsza niż pozostałe. Owszem, niektóre wymagają poważniejszego traktowania aniżeli inne (nie porównujmy tworzonej i rozwijanej przez 2000 lat potęgi i wiedzy Kościoła, obecnej w tysiącach ksiąg, monumentalnych świątyniach i dobrej czy złej, ale na pewno olbrzymiej roli w historii Europy, z ludźmi tańczącymi z siekierą wokół ogniska w nadziei, że jutro będzie padał deszcz); niektóre są nawet społecznie pożyteczne – różne przykazania, których lud przestrzega w obawie przed wiecznym potępieniem tworzą w społeczeńśtwie jakiś ład i są podstawą, z której w człowieku wytwarza się moralność. Ale metafizycznie, pod względem stopnia zbliżenia do Istoty Wyższej – o wszystkich religiach teistycznych wiemy tylko tyle, że nie wiemy czy działają, czy nie. Ale jak mamy wiedzieć, skoro nawet nie wiemy, czy mają one do kogo się modlić?

GARŚĆ UWAG

Zanim przejdziemy do sedna problemu i zaprezentuję w końcu swoją własną religię, rzucę kilka luźnych uwag o katolicyzmie, chrześcijaństwie i religii w ogóle. Ważnym i ciekawym dla mnie problemem jest związek między religią, a moralnością. Czy takowy istnieje? Czy wspomniany już kręgosłup moralny wytwarza się w trakcie wieloletniego nauczania o roli Boga w życiu człowieka oraz potrzebie postępowania wg jego wskazań? Czy właśnie wtedy powstaje w nas sumienie, poczucie “dobra” i “zła” (obecne u ogromnej większości ludzi w późniejszym życiu już nawet po całkowitej rezygnacji z praktyk religijnych), czy też można te wszystkie twory psychicznie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie wytworzyć w młodym człowieku w inny sposób – np. metodą naśladowania pozytywnych wzorców? Odpowiedź na to pytanie jest o tyle istotna, że pozwoli to mi definitywnie rozstrzygnąć wątpliwości na temat tego, czy indoktrynacja religijna w szkołach i przedszkolach jest potrzebna czy nie. Póki co wydaje mi się, że nie (Dawkins ma podobne stanowisko), ale mimo wszystko wciąż mam wątpliwości.

Bardzo śmieszy mnie postawa sporej części społeczeństwa. Nawet wśród ludzi, którzy do kościoła chodzą rzadko (albo i wcale…), zauważa się jeden i ten sam trend. Małe dziecko zawsze posyła się do chrztu. Często ludzie nawet nie rozumieją czym tak naprawdę jest chrzest, zapomnieli czym jest grzech pierworodny. Ważne, żeby dziecko ochrzcić. Bo tak wszyscy robią, bo taki jest zwyczaj, bo jakoś tak głupio jak dziecko nieochrzone. No i nieochrzczonego dziecka nikt nie dopuści do komunii. Komunia to już w ogóle parodia. Jako nauczyciel w wiejskiej szkole rzeknę z własnej obserwacji, że I Komunia Święta jako przeżycie duchowe i pierwszy bezpośedni kontakt młodego człowieka z Ciałem Bożym, pełne uczestnictwo w mszy świętej itd. jest zupełnym archaizmem socjologicznym. Dzieciaki mają o tym mętne pojęcie, rodzice – jezscze mętniejsze. O wiele ważniejsza jest “komunia” jako moment w życiu dziecka, kiedy będzie ono w centrum uwagi, będzie głównym gościem przy stole, wszyscy przyjdą na imprezę właśnie z jego powodu i no i kiedy dostanie ono komputer, rower czy MP4. A msza? Przyjęcie Ciała Chrystusa? Aaa.. pewnie chodzi o ten moment, kiedy przed przyjęciem komunijnym trzeba iść do kościoła. Ano, trzeba. Co zrobić. Podobny jest stosunek ludzi do ślubu kościelnego. Mało kto wyobraża sobie ślub bez białej sukni, welonu, ołtarza i uroczystej przysięgi w obecności kapłana. Ale to wszystko to tylko takie głęboko społecznie zakorzenione symbole. Religijny aspekt uroczystości – przysięga przed Bogiem, moment kiedy dwa ciała stają się jednym nierozerwalny węzeł małżeński to rzeczy dość abstrakcyjne. I tak właśnie, nie ukrywajmy – hipokryzyjnie – postępuje wielu Polaków: ochrzić, bo trzeba; wysłać do komuni, bo prezenty; ślub kościelny bo tak fajnie i ładnie.

Ja sam oczywiście nie widzę sensu chrzczenia dziecka, o posyłaniu do komunii nie wspominam. Chrzest dziecka jest deklaracją rodzica: “jestem chrześcijaninem, chcę swoje dziecko wychować w tej wierze”. Jeśli ktoś tym chrześcijaninem w gruncie rzeczy nie jest – cała operacja traci sens. Tylko jak potem dziecku wytłumaczyć, że nie pójdzie do komunii i nie dostanie fury prezentów? Trudno mi to wszystko jednak jednoznacznie krytykować, bo szczerze mówiąc, ja sam ulegam troszkę tej magii – uważam, że ślub cywilny bez przysięgi przed ołtarzem wydaje mi się ślubem niepełnym. Nawet jeśli przysięga w kościele nie wiąże się dla mnie z żadnymi religijnymi przeżyciami ani duchowymi konsekwencjami.

MOJA WŁASNA RELIGIA

Crześcijańscy myśliciele czasem jednak wymyślą coś pożytecznego. Jedną z takich rzeczy jest Brzytwa Ockhama. William Ockham, średniowieczny (bodajże szkocki) myślciel rzekł niegdyś, że nie należy mnożyć bytów ponad konieczność. Rozumieć to należy tak, że jeżeli tworzymy sobie jakąś teorię, jakąś wizję, jakiś światopogląd, to korzystamy tylko z tego, co jest nam niezbędne. Odrzucamy cały zbędny balast, wszystko to, co jest niepewne. No i właśnie na tym oparłem swój światopogląd. Mając wykształcony kręgosłup moralny, można godnie, szczęśliwie, twórczo oraz korzystnie dla siebie i otoczenia żyć będąc zupełnie pozbawionym koncepcji osobowego Boga, która mało, że trudna do udowodnienia, to jeszcze jak się zdaje, zupelnie człowiekowi do codziennego życia niepotrzebna.

Żyję dla siebie. Żyję dla innych. Cieszę się byciem częścią tego świata, moim skromnym w nim udziałem, moim relatywnie niewielkim wpływem na losy innych. Cieszę się za każdym razem kiedy coś dzięki mnie stało się lepsze, kiedy dzięki mnie ktoś jest szczęśliwszy, kiedy ja sam dzięki twórczej współpracy w innymi osiągam kolejny poziom człowieczeństwa. Celem mojego życia jest samorozwój oraz tworzenie harmonijnych związków z otoczeniem w taki sposób, aby osiągnąc z tego osobistą satysfakcję, jednocześnie inspirując i rozwijając innych, cały czas pamiętając o jednostkowej odrębności mojej osoby i każdego, kogo spotykam. Cały czas delektuję się pięknem świata – zarówno tego, który stworzyła natura, jak i tego, który do tego naturalnego fundamentu dobudowali ludzie. Wyrażam ogromny podziw dla dokonań naszych przodkow w każdej jednej dziedzinie (jak np. architektura, muzyka, filozofia, nauka) i szanuje dokonania wielkich ludzi, ktorzy żyli przede mną. Jednoczesnie mam ogromny respekt dla natury – i tej najbliższej (krzaczki, ptaszki i jeziorka), ale też tej, ktora hen daleko nad naszymi glowami pokazuje swoje najstraszniejsze oblicze w piekle czarnych dziur czy też w tajemniczych kwazarach, a nawet dla zupełnie dla nas niewyobrażalnych kwarków tworzących neurony i protony. Świat, od atomu po galaktykę, jawi się jako wielka zagadka, której pewnie nigdy nie obejmiemy, ale która będzie fascynować pokolejne pokolenia badaczy. Powtarzajac za Einteinem, wyrazam głęboką atencję dla niesamowicie zlozonej, ciekawej i wciaz pelnej tajemnic wizji swiata, jaka oferuje nam nauka. To jest moja wiara, to jest moja religia, to jest moje credo. Dawkins nazywa ludzi tak podchodzacych do zycia “gleboko religijnymi niewierzacymi”. A ja sie na te kategorie moim skromnym zdaniem w pełni łapię. I dziwię się tym, którzy poświęcają swoje życie dla idei… idei, która jest nieweryfikowalna z samej definicji, której nie można na żaden sposób sprawdzić, która uwikłana jest w mnóstwo sprzeczności i niejasności. I wreszcie – która utrudnia stanie się w pełni człowiekiem, poprzez głupie dogmaty.

Bardzo często spotykam ludzi inteligentnych, błyskotliwych, oczytanych. Ludzi, którzy nie dają sobie w kaszę dmuchać, nie dają się oszukiwać innym, radzą sobie w każdej jednej dziedzinie życia, umieją odróżnić prawdę od fałszu, dobro od zła i nie wierzą w żadne bajki, jakie inni im chcą wcisnąć – w żadne, poza jedną, otrzymaną w spadku od żydowskich pasterzy i rybaków. Nie tylko w nią wierzą i poświęcają mnóstwo energii, czasu i pieniędzy na wszystko, co się z tą wiarą wiąże, ale bronią jej całym swoim życiem. Klasycznym przykładem może być wspomniany już ks. Michał Heller, który oprócz tego, że jest księdzem, jest też fizykiem specjalizującym się w kosmologii i początkach wszechświata (!), ale znam też (mniej spektakularne) przypadki z życia. Skąd to się bierze? Wpływ społeczny? A może indoktrynacja od wczesnego dzieciństwa? Zjawisko dla mnie fascynujące i niepojęte. Na pewno do zbadania i przeanalizowania.

A co jeśli po śmierci okaże się, że jednak Bóg istnieje i nadszedł czas mojego sądu? No cóż, wierzę że nie będzie pytał mnie ile razy w roku przyjmowałem komunię świętą, czy modliłem się do świętego Antoniego i czy wierzę w świętość Jana Pawła II i cuda przez niego uczynione, ale zapyta po prostu jakim byłem człowiekiem i czy dzięki mnie świat stał się lepszy, a ludzie szczęśliwsi. Tylko w taką wersję jestem w stanie uwierzyć i tylko takiego Boga jestem w stanie przyjąć. I tylko Boga, który jest w stanie to docenić mogę zaakceptować.

No i na koniec, jako pewnego rodzaju podsumowanie i znakomity komentarz do całej mojej ścieżki duchowej, polecam piękne i jakże głębokie odpowiadanie pochodzące z bloga druidh.wordpress.com.

CO DALEJ?

Przeczytałem niedawno “Boga Urojonego” Dawkinsa, który sporo w moim światopoglądzie namieszał (recenzja będzie, oj będzie tylko muszę troszkę ochłonąć); chętnie zabiorę się za kilka innych pokrewnych pozycji krytykujących religię katolicką (albo religie w ogóle); zresztą jestem w trakcie czytania zbioru trzech esejów pt. “Religia i Ja”. W planie jest także przeczytanie książki oraz obejrzenie filmu o Marcinie Lutrze, w które już się zaopatrzyłem. Po każdej pozycji książkowej, filmowej czy nawet serialowej gdzie pojawia się wątek religijny, zaczynam przemyśliwać różne sprawy, a wskutek tych przemyśleń mój światopogląd nieznacznie się zmienia. I tak dryfuję od wyspy do wyspy na oceanie niepewności. Kiedy dotrę do kolejnego brzegu – pierwsi o tym się dowiecie.

 

131. Jam był w Gieczu 2 lipiec 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Z życia, historia, refleksje — HaeS @ 10:27 am

Giecz to mała wieś, leżąca w powiecie średzkim, licząca ok. 150 mieszkańców w kilkudziesięciu domach rozlokowanych wzdłuż jednej głównej i kilku pomniejszych ulic. Leży nie więcej niż 35 km ode mnie i ledwie 2-3 km od miejsca, gdzie pracuję. Aż wstyd, że dopiero teraz się tam wybrałem. Patrząc na to wszystko, aż trudno uwierzyć, że tysiąc lat temu był jeden z głównych piastowskich grodów (mówi się nawet o stołeczności Giecza, co ustawia tę wieś w jednym rzędzie z Krakowem, Gnieznem i Poznaniem). Jedynie kamienny romański kościół sugeruje, że kiedyś działo się tu coś wielkiego. Nie będę teraz przytaczał historii tego kościoła, chociaż na pewno jest ciekawie – kto chce, może poszukać w internecie, informacji jest dość dużo.

Zajmę się czymś innym. Mniej wiecej kilometr z dużym hakiem od współczesnego Giecza trzeba jechać, aby dotrzeć do serca tych ziem. Grodziszczko to resztki grodu z IX wieku (albo i jeszcze wcześniejszego), świadczące o dawnej potędzie Giecza. Do zwiedzania doprawdy nie ma dużo – można obejść wszystko w 10 minut, ale każde miejsce ma swoją historię i jak się nad nim pochylić, zastanowić, poszukać w odpowiednich źródłach – to o każdym z tych miejsc prawić można przez godzinę. Nawet witająca przybyłych brama z piastowskim godłem i powiewająca na wale polska flaga, zatknięta na jakby gigantycznej dzidzie z grotem (przepraszam za nieprofesjonalne słownictwo) robi wrażenie. Mamy w Grodziszczku drewniany kościół, wybudowany na gruzach kościoła kamiennego, którego resztki znajdują się zakopane pod stopami zwiedzającego (fragment muru celowo zostawiono odkryty). Są fundamenty pałacu z przyboczną kaplicą, który nigdy nie powstał (i nikt nie wie dlaczego). Dreszczyku emocji dodaje fakt, że przez lata fundamenty przykryte były cmentarzem, który usunięto dopiero w latach 60tych. Jest też i sporo innych ciekawostek. Niestety, niewiele się dowiedziałem, bo pani odpowiedzialna za prowadzenie tutejszego muzeum, zajęta była spotkaniem z archeologami, którzy regularnie nawiedzają to miejsce i szukają nowych rzeczy, skazany byłem zatem na siebie i panią kasjerkę z muzeum, która również sporo mi ciekawych rzeczy opowiedziała.

Gród stracił znaczenie po rozpierdusze zafundowanej nam przez braci Czechów w 1138, a ostatecznie został zapomniany prawodopobnie po najedździe Krzyżackim w 1331. I w ten sposób zamiast dużego miasta w stylu Poznania, troszkę mniejszego (ale pięknego) miasta w stylu Gniezna, albo chociaż miasteczka z historyczną przeszłością jakim są Pyzdry czy Kruszwica, mamy wspomnianą tylko maleńką, dość zapomnianą wieś.

Dużo się zmieniło tutaj. Nie ma już jeziora otaczającego gród, nie ma też w środku żadnych domostw (poza plebanią). Ale klimat średniowiecza i tak pozostaje. Bezcenną rzeczą jest stąpać po ziemi, po której stąpał Mieszko I i II czy Bolesław Chrobry, a być może nawet Siemowit, Lestek i Siemomysł. Kto wie, moze nawet legendarny Piast Kołodziej w miejscu, gdzie dzisiaj rośnie żyto, miał skromną chatkę i żył tam z Rzepichą. Po takiej wizycie inaczej czyta się “Starą Baśń”, inaczej ogląda się filmy i seriale o średniowieczu, nawet w Baldura się inaczej gra i inaczej się czyta Kajka i Kokosza. Czuję jakbym ja dostał się w część średniowiecza, a część średniowiecza weszła we mnie.

 

114. Murzynek Bambo w Elblągu mieszka 14 maj 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: refleksje, społeczeństwo — HaeS @ 10:10 am

Właśnie przeczytałem wstrząsający wywiad z czarnoskórym lekarzem z Elbląga. Wywiad jest tutaj, ja natomiast rzucę w tym miejscu na jego temat drobną refleksję, bo na pewno jest o czym pisać.

Problemu z murzynami, jak to nazywa się czasem czarnoskórą mniejszość społeczną (ja sam nie widzę w tym określeniu nic obraźliwego), ja sam osobiście nigdy nie miałem. Nigdy dla mnie nie istniały żadne bambusy, czarnuchy czy asfalty. Człowiek to człowiek – prawda dla mnie jest oczywista i naturalna i za każdym razem, kiedy czytam taką historię jak powyżej zaprezentowana, aż chcę wydać z siebie okrzyk zdziwienia. Jak trzeba głupim, naiwnym, ciemnym i niedouczonym, aby tej oczywistej prawdy o równości wszystkich ludzi nie widzieć? Dla mnie osobiście kolor skóry u człowieka jest mniej więcej takim samym wyznacznikiem wartości człowieka, jak jego wzrost, kształt oczu czy kolor włosów. Owszem, gdzieś tam kiedyś ktoś udowodnił, że z trzech ras ludzkich to właśnie czarna ma średnio najmniejszy mózg (czytający to rasiści – nie cieszcie się tak, nie cieszcie, bo największy z kolei mają pogardzani przez co poniektórych i nazywani “żółtkami” Azjaci), pytanie tylko – czy to ma aż takie znaczenie? Jednym tchem mogę wymienić z 10 znanych mi osób, które prawdopodobnie mózg mają mniejszy niż u przeciętnego czarnoskórego mieszkańca naszej planety. Zresztą, nawet jeśli przyjmiemy że statystyczny murzyn ma nieco niższe IQ – zaraz powstaje pytanie: I CO Z TEGO? Wielu i tak będzie powyżej polskiej normy, a nawet ci ciut mniej uzdolnieni w wyobraźnię przestrzenną czy myślenie abstrakcyjne, mają wszak wrażliwość i uczucia (czyli to, co czyni z nas ludzi) takie same, jak i my.

Co zresztą będę argumentował. Inteligentny i myślący człowiek sam z siebie wie, że przybysze z dalekiego południa są takimi ludźmi, jak i my – cieszą i smucą ich te same sprawy, czują tak samo jak i my, mają te same potrzeby emocjonalne. Głęboko wierzę w to, że mogą być takimi samymi przyjaciółmi, pracownikami czy partnerami życiowymi jak biali. Owszem, są pewne różnice – sam oryginalny wygląd zwraca uwagę (kto z nas nigdy się nie obejrzał nigdy widząc na ulicy Murzyna?), mają czasem śmieszny akcent czy głupawe (ale nieszkodliwe) zwyczaje. To ostatnie to kwestia kultury, w jakiej dorastali, a równie dziwni mogą z naszego punktu widzenia być Arabowie, Eskimosi czy Indianie z Peru. My z ich punktu widzenia też mamy dziwaczne pomysły. Wszak nasza kultura nie jest jedyną słuszną, a jedynie jedną z wielu, nie robiłbym zatem wielkiego “halo” z diety przybyszy z Mauretanii i Zimbabwe albo z ich sposobów chronienia się przed pechem.

Tu się może nieznacznie narażę, ale ja sam widzę u siebie zachowanie, które może być zinterpretowane przez niektórych jako rasistowskie. Jedyną bowiem mniejszością narodową, która mnie razi, są Cyganie – ale tylko ci nie do końca zasymilowani, którzy zamiast żyć, pracować i zarabiać jak każdy przyzwoity Polak, okradają zwykłych, szarych ludzi, w dodatku pozostając na ogół bezkarnymi. Słyszę zewsząd, że nie każdy Cygan (czy też “Rom” jak każą siebie nazywać) ma w naturze kradzież i oszustwo, jednak jest wśród nich wielu takich, którzy na powszechnie istniejący stereotyp cygana-złodzieja bardzo, ale to bardzo solidnie zapracowało. Ci, którzy to robią, charakteryzują się skrajną bezczelnością, nie przebierają w ofiarach, a do tego pozostają zupełnie bezkarni. Znam przypadki babci, której cyganka ukradła 700 zł świeżo otrzymanej emerytury czy też ludzi, którzy zostali okradzieni przez Cyganki współpracujące ze starą wróżbitką, która swoimi czarami odwracała uwagę delikwenta od bagaży. Zasada jest taka: im latwiejsza ofiara, tym lepsza. I nic mnie bardziej nie denerwuje niż istnienie takich ludzi w naszym społeczeństwie. Dlatego właśnie widząc na dworcu kolejowym grupę ludzi o charakterystycznych rysach twarzy i kolorze skóry, ubranych w typowe cygaskie stroje i idących całą watahą wokół nobliwej seniorki rodu, trzymam kurczowo swoje bagaże bliżej siebie i omijam ich szerokim łukiem, modląc się w duchu o jakieś wydarzenie na świecie, które spowoduje ich masową emigrację z naszego kraju. Chcialbym pokreślić jedną, istotną rzecz: w odróżnieniu od rasistów, którzy nienawidzą murzynów tylko za to, że są czarni, mnie osobisice w cygańskim narodzie denerwują nie ich geny, nie ich język ani kolor skóry, ale ich styl życia i ich normy społeczne, które jawnie kłócą się w wielu miejscach z polską tradycją i polskim prawem, do których to co poniektórzy Romowie szacunku nie mają żadnego, przedkładając swoje dość barbarzyńskie zwyczaje ponad nasz społeczny ład. Chociaż oczywiście bardzo daleko mi do podburzania przeciwko temu narodowi, a tym bardziej opisanych w cytowanym artykule bicia i podpalania.

A w szkolach, powinno sie od najmlodszych lat uczyc o rownosci wszystkich ludzi. Najlepsza lekcja bylaby obecnosc wsrod uczniow czarnoskorych dzieci, ale o takie w Polsce trudno, poza tym – artykul pokazuje jak koncza sie proby asymilacji ciemnej skory z ciemna masą. Szkoda gadać.

 

112. Polecone: Wyspa Delfinów 4 maj 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Książki, O blogu, polecone, refleksje — HaeS @ 5:59 pm

Dziś rozpoczynam na swoim blogu cykl, w którym będę omawiał książki, filmy i inne wytwory kultury, o których dowiedziałem się (bądź zostałem do nich zachęcony) dzięki blogom, na które od czasu do czasu zaglądam. W ten sposób w sposób wirtualny zbliżam się do moich kolegów-blogerów, zacieśniam wirtualne więzi, a jednocześnie pokazuję, jak byt w blogosferze przeplata się z prawdziwym życiem i jaki ma na nie wpływ, na mój rozwój intelektualny, a także – być może w przyszłości – towarzyski. Że człek nie bloguje sam dla siebie, ale po to, aby się z kimś czymś podzielić, dać komuś coś z siebie, ale jednocześnie od innych chłonąć cząstki ich osobowości, żyć tym, czym żyją inni. Pan Spock z kamienną twarzą rzekłby w tym miejscu “fascinating!”.

Na pierwszy rzut idzie zatem “Wyspa Delfinów” (powered by Surion)

Recenzja Suriona (po której kupiłem książkę na allegro): Tutaj.

Arthur C. Clarke najbardziej znany jest z cyklu “Odyseja Kosmiczna”. Powstały w sumie cztery tomy. Pierwsze dwa z nich – których akcja dzieje się w roku 2001 oraz 2010 (moje recenzje tu) zostały zekranizowane. Dwa kolejne, których czas akcji umieszczony jest w 2061 i 3001 ekranizacji póki co się nie doczekały. Szczerze mówiąc, nie czytałem jeszcze żadnego z czterech tomów (chociaż pierwsze dwa mam w planach; dwa kolejne też bym chciał przeczytać tyle, że są trudno dostepne); ba – nie czytałem jeszcze niczego Clarke’a i dlatego też nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać.

W jednej rzeczy w Surionem się zgadzam: Clarke niestety nie błyszczy stylem. Proste i raczej krótkie zdania, brak jakichkolwiek komplikacji stylistycznych czy składniowych, zero ozdobników, słownictwo najprostsze jak się da – miejscami ma się wrażenie, że czyta się książkę dla 10-latków. Owa ułomność stylistyczna autora na początku drażni, na szczęście z czasem człowiek się przyzwyczaja i nie przeszkadza to już tak bardzo. Fabuła sama w sobie też niestety zbyt wyszukana nie jest. Nie będę jej streszczał, bo co będę psuł zabawę czytelnikowi, ale przebieg akcji, ale powiem tylko tyle, że raczej nie dzieje się nic wartego uwagi. Bohaterowie… szkoda gadać. Dziecinny Johnny dręczony przez niedobrą ciotkę i jeszcze bardziej dziecinny jego przyjaciel, do tego dobroduszny profesorek i jego nieco zimniejszy współpracownik + galeria kilku innych równie mało interesujących postaci. A, zapomniałem o delfinach, które też grają ważną rolę.

Książkę zatem mógłbym rnąć do kosza (albo “wyćpnąć na gemylę”, jak to moja babcia mawiała) bez większego żalu. Jednak jest w niej coś, co przyciąga. Clarke w ów żenujący spektaktl pozbawiony jakiejkolwiek ciekawej akcji prowadzony w dodatku przez marnie skrojonych bohaterów, wkleił kilka interesujących pomysłów, które sprawiają, że książka nabiera zupełnie innego wymiaru. Wiadomo powszechnie, że delfiny są istotami wysoce inteligentnymi i w zasadzie jedyną istotą na intelektualnej drabinie postawioną wyżej od nich jest człowiek. Clarke poszedł nieco dalej. Zasugerował, że delfiny posiadają własny język, na tyle podobny do ludzkiego, że człowiek jest w stanie (przy pomocy oczywiście odpowiedniej maszynerii) rozszyfrować delfinią ową mowę, a także i odpowiedzieć delfinom w ich języku. Jak dla mnie, całkiem wiarygodna historia. Co ważne, Clarke ubarwia całą historię o zdawałoby się mało istotne, ale sprawiające że wszystko zyskuje na wiarygodności szczegóły – jak choćby ten, że defliny posługują się systemem dwójkowym. No i napisac muszę, że bohaterowie rozgryzając delfinią mowę, trafiają na tajemniczą legendę, o której Surion wspominał. Także i ja ani słowem nie wspomnę o czym te defliny od wieków rozprawiają, ale legendą nie zawiodłem się ani trochę. Autor wplótł w książkę także i inną, autentyczną i bardzo interesującą legendę – tym razem opowiadaną przez ludzi, – a mianowicie o Mary Watson.

Po świeżej lekturze “Solarisa”, po którym wciąż jeszcze nie ochłonąłem, wnioskuję, że być może ludzkość popełnia błąd szukając inteligencji w kosmosie. Być może inteligentne cywilizacje składające się ze świadomych jednostek (nieco innych niż sobie wyobrażaliśmy, ale jednak) żyją tutaj, na ziemi? Sporo czasu i pieniędzy poświęcono już inteligencji szympansów, która jest dobrze zbadana i opisana, mam wrażenie jednak, że o wiele większy potencjał tkwi w delfinach, słoniach i świniach. Tak mało o nich się mówi, a przecież to niewiarygodnie inteligentne zwierzęta. Kto wie co naprawdę dzieje się w ich głowach…

Wracjąc do mojej ostatniej lektury – plusem “Wyspy Delfinów” może być to, że mnóstwo dowiadujemy się o tych sympatycznych stworzonkach, ich zwyczajach, zabawach, radościach i utrapieniach. Poza tym nie sposób nie wspomnieć o tym, że Clarke porusza delikatnie pewne problemy społeczno-filozoficzne, ustami bohaterów wypowiada się m.in. w sprawie tresowania zwierząt (a w dalsze perspektywie – ludzi) przy pomocy elektrostymulacji mózgu, porusza też kwestię pokoju na świecie, ekologii itd. Podoba mi się też to, że Clarke umieszczając akcję w dość odległej przyszłości, nie fantazjuje zbytnio, nie wymyśla skomplikowanych cacek ani dziwacznego przebiegu historii. W zasadzie z jego skromnych wizji co nieco się sprawdziło, a za kiladziesiąt lat kiedy do mniej lub bardizej powszechnego użytku wejdą poduszkowce, książka nie będzie miała chyba żadnego poważnego zgrzytu między wyobrażeniami Clarke’a, a rzeczywistością.

Książkę polecam, ale bez głębszego przekonania. Zazwyczaj unikam ocen liczbowych, ale wyjątkowo powiem, że jako czytadło oceniłbym to na dwa z dużym minusem, jako książkę, z której możemy wynieść jakąś wiedzę bądź refleksję – na czwórkę. Jeżeli zatem kogoś taka delfinia perspektywa zbytnio nie rusza, może bez żalu sobie “Wyspę Delfinów” odpuścić.

 

110. Trzy spojrzenia na “Solaris” 1 maj 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Film, Książki, Nauka, filozofia, refleksje — HaeS @ 4:40 pm

Często zastanawiam się czy istnieje życie w kosmosie. To jeden z moich ulubionych tematów w ostatnim czasie. Naukowcy, posługując się rachunkiem prawdopodobieństwa, bez wahania odpowiadają, że jest rzeczą statystycznie pewną, że nasza galaktyka, o reszcie wszechświata nie wspominając, niemal roi się od różnych form życia. Jednocześnie jednak bardzo często przytacza sie paradoks Fermiego, który zazwyczaj streszcza się trzema, jakże wymownymi słowami: “Gdzie oni są?”. Zaiste dziwne, że wszechświat, który powinien kipić od życia, jest pusty i niemy. Radioteleskopy nie odbierają żadnych sygnałów radiowych nadawanych przez obce cywilizacje, nie udowodniono wizyty żadnego obcego na naszej planecie, zaś fabrykowane masowo przez Danikena i pokrewnych mu grafomanów książki przestawiające “dowody” na kontakty z obcą cywilizacją w odległej przeszłości wywołują u bardziej refleksyjnych czytelników poczucie zażenowania.

Ponieważ nie znamy żadnej alternatywnej (w stosunku do ziemskiej) formy życia w Kosmosie, wszystkie nasze wyobrażenia opieramy na tym, co już znamy, czyli na nas. Właśnie dlatego w filmach SF tak wiele jest istot humanoidalnych. Wychowani na Star Treku i Babylonie, wyobrażamy sobie, że kosmici wyglądają jak ludzie, mówią po angielsku, a od nas różnią się w najgorszym wypadku ilością plamek i wystających kości na głowie. Klingonowie z pierwszego Star Treka czy Sabaceni z Farscape’a nie różnią się nawet tym – na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie jak ludzie. Przyczyną takiego stanu rzeczy (oprócz wyobraźni autorów pozostającej w stanie szczątkowym) jest aspekt techniczny – łatwiej bowiem jest domalować aktorowi kilka plamek na czole niż stworzyć kosmitę z prawdziwego zdarzenia. Co nie zmienia faktu, że tzw. humanoidy to z naukowego punktu widzenia bzdura totalna, a jeśli dołożymy do tego jeszcze powszechną w filmach i serialach możliwość krzyżowania ludzi z odpowiadającymi im gatunkami z obcych planet, pozostaje jedynie chwila ciszy, refleksji i żalu nad zagubioną gdzieś przed laty inteligencją ludzi tworzących takie banialuki. Nie wspominam już o tępym plebsie, który łyka ten chłam bez zmrużenia oka.

Ci z nas, którzy umieją odrzucić od siebie stereotyp kosmity wyglądającego niemal identycznie, jak człowiek, nadal jakoś nie umieją wyjść ponad pewne ramy myślowe. Na takich właśnie utartych schematach oparto istoty pozornie zupełnie obce, ale tak naprawdę wzorowane na zwierzętach z naszej planety – np. obcego z filmu “Alien” czy brainsuckera z serialu Babylon 5. Kształty owych stworzeń, ich dziwaczne narządy i zwyczaje (jak np. kwas zamiast krwi czy żywienie się falami mózgowymi) faktycznie sprawiają, że istota wygląda na obcą. Ale czy na pewno? Do mnie akurat nie do końca to przemawia i niezależnie od liczby odnóży, kształtu szczęk i koloru krwi widzę cały czas głęboką inspirację ziemskimi formami życia. W odróżnieniu jednak od mojej dezaprobaty dla efektów pracy twórczej osób odpowiedzialnych za pojawienie się w uniwersach SF humanoidów, nie potępiałbym twórców istot takich jak Obcy. Starają się jak mogą, aby ich stworzenia wyglądały tak obco jak to tylko możliwe, uatrakcyjniając je o coraz bardziej wymyślne cechy. To o wiele ambitniejsze zadanie aniżeli danie aktorowi pary fioletowych szkieł kontaktowych i plastikowej nasadki na głowę.

O kroczek dalej idą ci scenarzyści filmowi i pisarze, którzy nie bawią się w naśladowanie dużych zwierząt, ale mikrobów. Jednak i tu istoty obce są za mało obce. Mało, że po dokładnym oglądzie okazuje się, że posiadają DNA, to jeszcze na ogół wchodzą w reakcję z ludzkim organizmem – zupełnie tak, jak infekty ziemskie. Na jakiej zatem podstawie bohaterowie filmu czy serialu twierdza, że owe zarazki są pozaziemskie?

Jak widzimy, autorzy SF nie do końca radzą sobie z tworzeniem obcych tak, aby było to z jednej strony interesujące, z drugiej wiarygodne. Jak dotychczas ledwie kilkukrotnie natknąłem się na stricte naukowe idee przedstawiające pozaziemskie istoty – jedna z nich, dotyczy krzemowych kryształów, rosnących na powierzchni planety i przypominających nieco krzaki, druga zaś – istot żyjących w koronach gwiazd. Obie przedstawiają coś, czego na ziemi nie ma i tak obce, że aż trudne do wyobrażenia. I to jest właśnie fascynujące.

SPOJRZENIE PIERWSZE: KSIĄŻKA STANISŁAWA LEMA

Przekonanie o obcości obcych oraz odraza do idei humanoidalnych kosmitów – to dwie cechy które łączą mnie z genialnym polskim pisarzem Stanisławem Lemem. Uchybieniem dla inteligencji czytelnika byłoby tłumaczenie w tym miejscu kim był Stanisław Lem, bo to człowiek zewsząd znany, ikona polskiego (i nie tylko polskiego) fantastycznonaukowego pisarstwa. No właśnie – fantastycznonaukowego. W odróżnieniu od tysięcy innych pisarzy czy scenarzystów, bujających w obłokach absurdu, Lem jak najbardziej poważnie podszedł do terminu “fantastyczno-NAUKOWY” (nacisk na drugi człon celowy) i unikał radosnej twórczości pozbawionej naukowej refleksji.

Dlatego też z przyjemnością przeczytałem jego “Solaris”. Po raz pierwszy w filmie czy literaturze spotkałem istotę naprawdę obcą. Istotę, której istnienie jestem w stanie zaakceptować, przy której poznawaniu nie prychnąłem z pogardą dla małej wyobraźni autora ani nie kiwałem z niedowierzaniem głową jak to zwykłem robić po tym, kiedy twórca przedstawia coś głupszego aniżeli sięga moje wyobrażenie głupoty. Formę życia tak odstającą od naszych wyobrażeń o istotach pozaziemskich, że większośc z nas odrzuci ją bez wahania. Istotą tą bowiem jest… cała planeta – tytułowa Solaris. A w zasadzie nie tyle planeta, co pokrywający ją cytoplazmatyczny ocean. Ocean zdaje się żyć własnym życiem, jest w ciągłym ruchu, a na jego powierzchni co rusz pojawiają się i znikają fascynujące twory – długonie, mimoidy, symetriady, asymetriady oraz kilka innych, których nazw nie pomnę. Nie są one tworzone przez proste zjawiska fizyczne, ale zdają się być jakimiś przejawami aktywności tej planety. Powstają celowo i każda z nich ma do spełnienia jakieś zadanie…

Nawiązanie kontaktu z takim wielkim planetarnym mózgiem jest bardzo trudne, żeby nie rzec – niemożliwe. Wszak Solaris jest sama i samotna, istnieje dla siebie. Nie posiadając żadnych towarzyszy swojego żywota, od samego swojego powstania będąc jedyną znaną sobie istotą, nie zdołała w sobie wytworzyć żadnych zdolności społecznych, żadnej potrzeby kontaktu z kimkolwiek. To jeszcze bardziej przeraża, ale jednocześnie pokazuje, jak obcą nam istotą jest Solaris. Trudno wyobrazić sobie jeszcze bardziej odstającą od naszego wyobrażenia formę życia – chwała za to Lemowi!

Oprócz rozległego wątku dotyczącego historii eksploracji i badań nad tą niezwykłą żyjącą planetą, Lem wprowadził także wątek traktujący o tym, co dzieje się z trójką astronautów mieszkających w orbitującej nad nią stacji kosmicznej. Zaczynają oni bowiem widywać dziwne rzeczy, ludzi, którzy przebywających gdzieś zupełnie daleko, a nawet nieżyjących. Jedną z nich jest Harey, zmarła przed laty żona głównego bohatera. Wydaje się, że właśnie tym wątkiem Lem ukręcił sam na siebie bicz, który zabił obie ekranizacje powieści.

Solaris doczekał się bowiem dwóch ekranizacji. Co ciekawe i ważne, budujące i druzgoczące zarazem, żadna z tych ekranizacji nie jest polska. Budujące – bo to jawny dowód na to, że Stanisław Lem zdobył uznanie za granicą, włączony został do kanonu wielkich pisarzy SF i szanowanych postaci z tego środowiska. Druzgoczące – bo świadczy to o poziomie polskiej kinematografii, która potrafi po raz milionowy wałkować jeden i ten sam wątek w kolejnych hitach będących ekranizacjami powieści Grocholi, ale nie umie wziąć się za ekranizacje wielkiego dzieła największego polskiego pisarza SF. W ogóle polskie kino SF leży i kwiczy. Jeżeli odrzucimy “Pana Kleksa w Kosmosie”, który to film SF żadną miarą kwalifikować się nie może, okazuje się, że od czasu świetnej swoją drogą “Seksmisji” nie nakręciliśmy ani jednego filmu SF. Tak więc musimy zadowolić się wspomnianym Panem Kleksem, tudzież “Reksiem w Kosmosie”. Szkoda, że polscy twórcy filmowi nie dostrzegają ogromnego potencjału w powieściach Lema, z drugiej jednak strony – po wszelakich “Wiedźminach”, “Quo Vadisach” i wysokobudżetowych polskich filmach widzimy, że superprodukcje w naszym rodzimym wydaniu spotykają się z ostrą krytyką widowni, dodajmy jeszcze, że nierzadko uzasadnioną. Pozostańmy zatem może przy kolejnych powieściach Grocholi. Kilka jeszcze zostało do zekranizowania. Niechaj plebs się cieszy i raduje obserwując amory Judyty z kimśtam, a elita… no, elita zasiądzie przed radzieckim i amerykańskim Solarisem.

SPOJRZENIE DRUGIE: FILM ANDRIEJA TARKOWSKIEGO

Pierwszym reżyserem, który podjął się realizacji trudnego jak się wydaje w ekranizacji Solarisa był rosyjski reżyser Andriej Arseniewicz Tarkowski. Tu drobna dygresja. Przypomina mi się bowiem jak na studiach w trakcie wykładu z fizyki profesor uświadamiał nas, że Nikola Tesla był Chorwatem. I pokreślał z całą stanowczością – CHORWATEM. A nie żadnym Jugosłowianinem. Toteż przestrzegam przed robieniem z Tarkowskiego reżysera radzieckiego.

A film… no cóż. Wszystkich, którzy chcieliby obejrzeć jego Solarisa z 1972 muszę ostrzec. Tarkowski to nie był rosyjski Spielberg. Bliżej mu raczej do Kieślowskiego czy Bergmana. Możemy zatem spodziewać się charakterystycznych dla tego typu kina zabiegów reżyserskich; przygotować trzeba się na dłużyzny, sceny w których nic się nie dzieje, momenty, kiedy patrzymy minutę na twarz bohatera kiedy ten zastanawia się co powiedzieć itd. Charakterystyczną cechą tego typu filmów jest też i to, że cała akcję można streścić w formie trzyminutowej wypowiedzi. Nie jestem fanem takiego kina, chociaż od czasu do czasu tego typu film sobie obejrzę ponieważ uważam, że obrazy takie niosą ze sobą pewną dawkę ekspesji, wyciszają i uwrażliwiają. No, ale jak rzekłem – od czasu do czasu i to raczej długiego czasu.

Tarkowski w swoim “Solarisie” wyraźnie spłaszczył i okroił wątek, który mnie akurat najbardziej interesował i który zajmował nieco ponad połowę książki – wątek badań prowadzonych na Solarisie, tudzież rozlicznych teorii na temat tej planety oraz jej zachowań. Od czasu do czasu oczywiście następuje nawiązanie do fragmentów powieści traktujących na ten temat (a nawet nawiązań tych jest dość dużo), jednak najwięcej ekranowego czasu zajmuje pokazywanie relacji między Chrisem, a Harey, tudzież nasączone filozofią rozmowy między bohaterami. W pamięć zapada dialog, w którym Snaut mówi: “My nie szukamy kosmosu – chcemy jedynie poszerzyć ziemię”, nawiązując do strachu przed nieznanym, niechęci do jakichkolwiek odkryć (takich jak choćby te na Solarisie) oraz predyspozycji ludzkości do duszenia się we własnym sosie i zamykania na wszystko to, co obce i nieznane.

Szczerze mówiąc, nie leży mi zbytnio ten film. Długi, nudny i taki właśnie bergmanowski. Ale to rzecz gustu. Wielu jest takich, którzy uważają ekranizację Tarkowskiego za intrygujące i inspirujące arcydzieło, perełkę sowieckiego kina. Rzecz gustu. Nadmienię jeszcze, że Lem również był delikatnie rzecz ujmując średnio zadowolony.

SPOJRZENIE TRZECIE: FILM STEVENA SODERBERGHA

Jeśli chodzi o film Soderbergha z 2002 (zwany powszechnie “Solarisem z Clooneyem”)… no cóż, powiem tak: ten to dopiero poszalał! O ile Tarkowski przeniósł wyraźnie punkt ciężkości z zagadkowości i tajemniczości planety na relacje psychologiczne między głównym bohaterem, a jego żoną, to twórca amerykańskiej wersji poszedł na całość, wywalając z książki wszystko to, co ma bezpośredni związek z badaniami i naturą planety, zostawiając jedynie znaną z powieści czwórkę bohaterów, zmieniając jednak ich nazwiska, a nawet płeć – np. z Santoriusa zrobiono nam czarnoskórą dr Gordon. Praktycznie cały film oparto na skomplikowanej (i dodajmy od razu – nudnej) analizie stosunków między Chrisem i Harey… e, to znaczy chciałem rzec: Chrisem, a Rheą, bo tak Soderbergh ochrzcił żonę głównego bohatera. Pobawił się przy tym w kilka nowych szczegółów – sporo filmowego czasu zajmuje pokazanie (w formie retrospekcji) życia na Ziemi Chrisa i Rhei, dowiadujemy się m.in. jak się poznali, o powodach rozstania itd. Wszystko sprowadza się ogólnie do tego, że Chrisa trapią wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności za śmierć Harey i boi się teraz ją stracić drugi raz. O samej jednak planecie Solaris, której opis zajął – przypominam jeszcze raz – ponad pół książki, w filmie nie ma ani słowa. Jedynie od czasu do czasu pokazano jej tajemniczą powierzchnię sugerując jakby, że to ona jest przyczyną wszystkich zwidów na stacji. Dużo kontrowersji wywołać też może zakończenie. Abstrahując już od faktu, że ostatnich kilkanaście minut nijak nie ma się do tego, co mogliśmy przeczytać w książce, przyznać trzeba, że końcówka jest zawiła, zakręcona i dająca wiele możliwości interpretacji. Mnie osobiście nie do końca to przekonuje i wydaje mi się naciągane i śmierdzące boską interwencją. Reżyser ma prawo do własnej interpretacji książki, wydaje się jednak, że tym razem przesadził.

Nie mogę jednak powiedzieć, że z Solarisa Soderbergh zrobił komercyjną, ckliwą miłosną kaszanę… Wręcz przeciwnie – mamy film wysmakowany, przemyślany, nowatorski i daleki od klasycznej holywoodzkiej tandety. Co nie zmienia faktu, że nudny i niewiele mający wspólnego z książkowym oryginałem. Sam Lem nigdy nie go obejrzał, zaś na podstawie prasowych recenzji stwierdził, że film niegodzien jest nosić tytuł Solaris i winien raczej być nazwany “Love in the outer space”. To mówi samo za siebie…

Podsumowując: Książka “Solaris” to rewelacja. Już kombinuję własny egzemplarz i polecam wszystkim szukającym w SF czegoś ponad utarte schematy. Jeżeli chodzi o filmy… nie sądzę, abym w przeciągu najbliższych kilku(nastu) lat do któregokolwiek z nich wrócił. Nie uwzględniają one bowiem akurat tego, co mnie w “Solarisie” zafascynowało najbardziej – daremnej próby kontaktu z istotą, która być może jest równie inteligentna jak my, ale jednocześnie jest od nas bardzo różna pod każdym względem. To, co stanowiło siłę książki, zostało z filmów wydarte. A szkoda.

 

88. “Dlaczego nie zdążymy na EURO 2012, a Polska nie będzie drugim Imperium Brytyjskim” czyli refleksje poirytowanego czytelnika. 3 marzec 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: refleksje, społeczeństwo — R-Chee @ 11:42 pm

Witajcie parafianie.

Całkiem niedawno w me ręcę wpadł ciekawy tekst, napisany przez jednego z moich znajomych. Ów referacik jest wyrazem sfrustrowania, będącego wynikiem opieszałości ludzi odpowiedzialnych za przygotowania do EURO 2012. Tekst był ciekawy, miejscami zabawny, ale przede wszystkim dający do myślenia. Dlatego za zgodą autora i mojego bossa Huberta S. postanowiłem zamieścić go na blogu.

Życzę miłej lekturki.

“Temat Euro 2012 jest ostatnio bardzo ważny i szeroko podejmowany w naszym kraju. Można powiedzieć, że jest wręcz modny. Na początku była wielka radość: udało nam się, mamy upragnione mistrzostwa, to wielka szansa etc. Muszę przyznać, że bardzo się z tego powodu cieszyłem (z natury jestem optymistą). Uznałem więc, że faktycznie coś może się zmienić, że wybudujemy autostrady, będziemy mieć stadiony przypominające stadiony, a nie baraki czy ruiny greckich amfiteatrów. Wierzyłem, że nasz kraj otworzy się na świat, zmienimy stereotyp i Polska nie będzie już znana z tego, że poluje się tu na mamuty i jeździ rydwanami z przyklejonym logiem Volkswagena, zapewne zdobytym podczas wyprawy wojennej jednego z naszych dzikich plemion. Mówiąc prościej i bez żartów: wierzyłem, że będzie jakiś postęp, coś się zacznie dziać. Po jakimś czasie euforia opadła. Okazało się, że słowo „autostrada” nie jest słowem używanym przez kierowców i polityków nader często i z serdecznym, pełnym satysfakcji uśmiechem. Okazało się też, że nasze „stadiony” bardziej przypadłyby do gustu rzymskim gladiatorom niż profesjonalnym piłkarzom. Najlepszym podsumowaniem tego, co się okazało są słowa: „Houston, mamy problem”. Problem był, bo przecież nasz kraj zapalił się do pomysłu mistrzostw, nie mogliśmy okazać się gorsi np. od jakiś Włochów (kim oni w ogóle są, co oni sobie myślą, lepsi od nas? bzdura). Należało coś przedsięwziąć. Łatwo mówić, trudniej wykonać. Był jeden rząd, ale potem były wybory i kolejna euforia, nowy rząd i tego typu historie. Warto więc było wykorzystać ją póki trwała i z zapałem wymyślić plan działania.

I wymyślono. Zaczęto znów mówić o autostradach, stadionach przypominających kolejne cudy świata i standardach, których nie powstydziłoby się nawet Monaco. No może troszkę przesadzam, ale myślę, że łatwo wyczuć o co mi chodzi. Czy coś się zmieniło?

Nie. Nie śledzę z zapałem każdej budowy związanej z Euro 2012, ale śledzę wiadomości i nie słyszę jakoś informacji w stylu: „Mamy już 3 miliardy kilometrów autostrad” lub „Szwajcaria prosi nas o pomoc w rozbudowie swojej infrastruktury” czy „Stadion narodowy ukończony, wszystko zapięte na ostatni guzik”. Nie słyszę nic! Może ogłuchłem? Nie, nie sądzę. Odpowiedź jest prosta: mało się dzieje.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Nie jestem przecież zapalonym kibicem, temat nie jest najbliższy mojemu sercu. Piszę, ponieważ obserwując pewne zdarzenie, doznałem natchnienia, by opisać część swoich przemyśleń.

Rzecz zdarzyła się w Sosnowcu, kilka dni temu. Czekałem sobie na autobus do Katowic, na przystanku przy ulicy Orlej. Każdy student (i nie tylko student) filologii wie, że niedaleko tego przystanku jest coś bardzo ważnego i coś, z czym każdy wiąże duże nadzieje. A mianowicie (fanfary) nowy gmach wydziału filologicznego. Cudo, na które każdy czeka już bardzo długo. Sama inicjatywa budowy znana jest już od dawna, ale dopiero niedawno Rada Plemienna Sosnowca (czy ktokolwiek tam urzęduje) zadecydowała, że „w sumie” ta budowla mogłaby powstać. I powstaje, w tempie całkiem interesującym, aż miło popatrzeć. Ale może mogłoby być szybciej? Czy może ja jestem niewdzięcznym studencikiem, który by tylko narzekał? Powód jest inny. Stojąc na przystanku widziałem, że co jakiś czas od strony owej budowy szło spokojnie kilku robotników, pojedynczo lub parami. Szli kupić sobie śniadanie. Rozumiem to świetnie, ale zastanawia mnie, po co ta dezorganizacja? Przecież i tak każda drużyna robotników musi dziennie wypalić 150 papierosów, zapewniając w ten sposób 40 % całościowego dochodu British American Tobacco. Czy nie można wysłać jednego człowieka, który by zaopatrzył swoich pracowników w potrzebne rzeczy (jedzenie, napoje itp.)? Czy nie można zorganizować tego sprawniej? W ten sposób na budowie praca przebiegałaby harmonijnie, wszyscy mieliby przerwę w jednym czasie, a nie jakiś indywidualny tok pracy, zależny od upodobań, poważania na budowie czy ciśnienia atmosferycznego w Burkina Faso. Właśnie w tym sęk. W tej dysharmonii i braku organizacji. To mnie zdziwiło i natchnęło. Jak możemy wybudować autostrady i stadiony, skoro nie mamy potrzebnej organizacji, a każdy chce robić coś po swojemu? W ten sposób całą logistykę szlag trafia, czego skutkiem jest chaos i bałagan. Wszystko po kawałeczku, zamiast raz, a dobrze. Czy Imperium Brytyjskie byłoby Imperium Brytyjskim, gdyby wysyłano co 2 dni statek, który dostarczałby jeden listek herbaty z Indii? Czy wieża Eiffela powstałaby szybko jakby przyjęto plan, że co tydzień jeden mieszkaniec Paryża odda zardzewiały widelec, by można było go przetopić na element do wieży? Nic by nie powstało, ani Imperium ani symbol Paryża. Dlaczego? Bo takie działanie, które opisałem powyżej jest BEZSENSU. Dlatego właśnie zacząłem wątpić w to, że zdążymy na Euro 2012. Jeśli dalej będzie nam brakowało organizacji, to będzie wielka klapa. Najgorsze jest to, że mimo tego, że każdy widzi jak jest, nikt nie przyzna, że możemy nie zdążyć. Dlaczego? Bo kieruje nami buta, jakaś irracjonalna duma narodowa, która każe nam udawać krezusów i trzymać „fason”. Niestety prawda bywa okrutna, ale jej nikt nie chce wyjawić, bo to by oznaczało zaprzeczenie samemu sobie, a tego nie moglibyśmy sobie wybaczyć, nieprawdaż? Cóż, pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że to ulegnie w końcu zmianie i będziemy mieć standardy europejskie. Że nabierzemy do siebie dystansu i zaczniemy działać, z rozsądkiem. Tego chciałbym życzyć wszystkim.”

Tekst: Klusek

Edycja: R-Chee

 

Jestem ciekaw, czy zgadzacie się z tą pesymistyczną wizją.

Pozdrawiam

 

85. Kosovo je Srbija!!! 27 luty 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Polityka, refleksje — HaeS @ 5:45 pm

Dość rzadko (a ostatnio w ogole nie) wypowiadam sie na tematy polityczne; polityka miedzynarodowa stanowi dla mnie totalna abstrakcje, zas kiedy Donaldo objal urzad prezesa rady ministrow, stracilem momentalnie zainteresowanie polityka, bo po cyrku jaki zaoferowal nam Kaczynski z przystawkami, powrocilismy z hukiem na stare smiecie – bo Tusk pod wzgledem intencji politycznych (nie mylic z opcjami politycznymi) nie rozni sie niczym od Suchockiej, Pawlaka, Cimoszewicza, Oleksego, Krzaklewskiego (wiem, premierem był Buzek, ale czy aby na pewno?) czy Millera. Czyli grupka kolesi na stołkach nic nie robi, a jeżeli coś robi to po to, aby jakoś wspomóc swoich kasiastych kolegów.  Nuuuuuuudy. I mnie to zupelnie nie interesuje. Juz lepiej sie czytalo (pisalo) o grupce nieudolnych ideowcow z poprzedniej koalicji. Ci przynajmniej mieli jaka WIZJE.

Ale akurat jest dosc zywy temat, ktory moge poruszyc. Co prawda nie jest zupelnie nowy, ale jednak caly czas jeszcze swiezy. Chcialbym dodac cos od siebie, uciekajac od sloganów gloszonych przez roznych ludzi, unikajac tego, aby powtorzenia juz wypowiedzianych opinii staly sie glowna czescia mojej wypowiedzi i wreszcie rzucic nowe spojrzenie na te sprawe. Spojrzenie, ktore jest zupelnie pomijane w mediach. A moze nikt na to nie wpadl? Nie, chyba az tak ginialny to nie jestem.

Za kazdym razem kiedy w Europie malenkie panstewko (no, Serbia az tak malenka nie jest, ale patrzac tylko w skali Europejskiej) dzieli sie na jeszcze mniejsze panstewka, zawsze wychodzi ze mnie okrzyk zdumienia. Kosowo odziela sie od Serbii. Jakies tam ruchy niepodleglosciowe sa w Bosni, tez nie bedacej jakims gigantem. Od malenkiej Mołdawii chce sie uniezaleznic jeszcze bardziej malenkie Naddniestrze. Pragnienie bycia niezależnym u kolejnych narodzików staje się coraz silniejsze, z drugiej jednak strony – państw w Europie jest już tak dużo, a nasz kontynent ma największy stosunek długości granic państw do powierzchni kontynentu, najmniejszą średnią wielkośc państwa i najmniejszą średnią ludność państwa. Ale państewka dzielą się i dzielą dzielić pewnie się będą, osłabiając swoją pozycję. Bo kto w międzynarodowej polityce liczy się z małymi państwekami?

Swoją drogą, poczekajmy na ucywilizowanie się Afryki. Kiedy prawa mniejszości narodowych i językowych, świadomość narodowa oraz ogólny poziom spaprania i staczania się sfer politycznych i dyplomatycznych zrówna się z Europą, dopiero zacznie się szał. Tysiące plemion, każde mające własną historię, własny język i własne wierzenia zacznie nagle dostrzegać swoją jedność narodową i będzie chciało własnego państwa. No, ale tu już nie za mojej kadencji takie rzeczy.

Ktoś rzeknie – co ja pierdolę, wszak naród kosowski ma prawo do samostanowienia! Może i ma, podobnie jak każdy naród prawo do samostanowienia, ale… zaraz zaraz, jaki naród kosowski? Tożto najprawdziwsi w świecie Albańczycy, którzy rozpanoszyli się na rdzennie serbskich ziemiach jak u siebie! Tak swoją drogą drogą, nie popieram czystek etnicznych, ale Serbowie dobrze wiedzieli co robią w 1998, rozpoczynając taką właśnie akcję zakończoną NATOwskimi nalotami.

To, co teraz napisze, zabrzmi strasznie niepatriotycznie, ale myslę, że obywatele nowego tworu nie będą tak naprawdę wolni. Wolność nie jest wolnością, kiedy człowiek jest nie człowiekiem, ale częścią, obywatelem państwa. Dopoki wladze nad nim maja ludzie, ustalajacy prawa, powolujacy sie na historie panstwa, bioracy od niego podatki. Czlowiek wolny to czlowiek, ktory jest od pastwa niezalezny. Nie podoba sie Albanczykom, ze rzadza nimi Serbowie? OK, zrozumiale. Ale mysle, ze to wlasnie dlatego, ze Serbowie tam RZADZA, rządząc gopodarką, Serbowie ustalają tamtejsze prawa, Serbowie to, Serbowie tamto… I nie chodzi mi o Serbów jako o naród, ale o kilkunastu Serbów w rządzie i troszkę więcej w parlamencie.

Mam nadzieje, ze z czasem panstwa Europy zaczna powoli dawac swoim obywatelom coraz wiecej swobody. Powszechna prywatyzacja wszystkiego, co sie da. Ograniczenie systemu prawnego do niezbednego minimum. Zniesienie wiekszosci podatkow – niech obywatele sami placa za wszystko, nie potrzebuja do tego panstwa. W momencie, w ktorym system prawno-gospodarczy w calej Europie ustabilizuje sie wlasnie w taki sposob, przestanie bolec Albanczykow, ze rzadza nimi Serbowie. Każdy człowiek rządził będzie sobą. Moze wtedy staniemy sie jedna wielka europejska rodzina. Nie przez podboj, nie przez narzucanie (jak to bywalo w przeszlosci), nie przez ujednolicanie norm prawnych (jak to robi Unia), ale przez rezycnacje z narzucania komukolwiek norm. Bo bunt i chec uwolnienia sie od pantwa powstaje na ogol wlasnie wtedy, kiedy panstwo za duzo od nas chce. Najlepszym przykladem sa trzy zabory polskie. O ile w pruskim i rosyjskim co rusz wybuchalo jakies powstanie, to w austriackim byl wzgledny spokoj. Bo tam ludziom pozwolono byc soba i dzieki temu mieli wzgledny spokoj ani powodow aby sie buntowac(oczywiscie, jak na tamte czasy). Gdyby ludzie byli wolni, mogący mówić własnym językiem, wyznający religię jaką chcą, nieograniczeni ze wszystkich stron prawem o stopniu skomplikowania zbliżonemu do pisma chińskiego, mogący po prostu swobodnie żyć i cieszyć się życiem, nikt nie chcialby sie wyrwac, bo i po co? Tak naprawde niewazne przeciez w jakim kraju zyje – wazne, aby byly przestrzegane moje prawa jako jednostki.

Współczuję braciom Serbom wszak stracili swoja macierz, swoje Gniezno, Poznan, Giecz i Lednice i mam jedynie nadzieję, że sytuacja taka nie będzie wygodnym precedensem dla kolejnych grup ludzi żądających powstawania mini-państewek, bo mapa Europy zacznie przypominać zbiór setek kropeczek, z których każda reprezentuje jakieś państwo. Tylko czekac na jakieś ruchy niepodległościowe w Liechtensteinie i Andorze.

 

81. 14 lutego czyli dzień… 14 luty 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Z życia, refleksje, społeczeństwo — R-Chee @ 10:51 pm

Tak się z Hubertem zastanawialiśmy czy by jakieś notki dotyczącej Walentynek nie zamieścić. Dodam, że myśleliśmy o tym niezależnie, ale nikt nie wpadł na pomysł o czym by tu napisać. Że komercjalizacja, że amerykanizacja? Jak stwierdził HaeS to banały powtarzane wszędzie od lat. I ja się z tym stwierdzeniem zgadzam. Coś o Nocy Kupały? Już lepiej, ale nadal zbyt mało oryginalnie. Na szczęście w takich sytuacjach z pomocą przychodzi niezastąpiony bash.

<Baska_15> 14 luty – nasze święto misiaczkuu :*
<Kacz> Chyba Twoje
<Baska_15> Jak to?
<Kacz> 14 luty – Dzień Chorego na Padaczkę
<Baska_15> dupek
<Kacz> wikipedia rulez :P

To jest jeden z tekstów jaki znalazłem dziś na www.bash.org.pl. Z początku myślałem, że ktoś sobie jaja robi (o co nie trudno na bashu, w końcu po to powstała ów stronka), ale jak powęszyłem nieco po necie (za sugestią jednego z uczestników rozmowy na wikipedii) to się okazało, że istotnie dziś tj. 14 lutego jest Dzień Chorych na Padaczkę. Co więcej, jak się okazuje św. Walenty jest także ich patronem. A teraz zagadka. Ilu z was zdawało sobie z tego sprawę? Założę się że mniej jak 5%. Ja sam zresztą byłem zaskoczony (brata jutro wkręcę).

Dla zainteresowanych tematem, sami zobaczcie ile ważnych dni mają niepełnosprawni:
LINK

A do samych Walentynek to mam nadzieję, że się wam udały. Prawdą jest, że najbardziej na ten dzień narzekają ci, którzy nie mają go z kim spędzić. Wiem, bo sam wiele razy narzekałem. Acz w tym roku nastąpiła miła odmiana i spędziłem ów dzień w towarzystwie przesympatycznej znajomej, którą serdecznie pozdrawiam.

No więc jednak jakiś wpis na Walentynki jest.

Pzdr

 

80. O MacDonaldyzacji Kościoła, Latającym Potworze Spaghetti, rażących zadniedbaniach przy przygotowaniach do Euro oraz na co idą pieniądze, które iść winny na zbieranie psich kup. 12 luty 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Kościół, refleksje — HaeS @ 8:11 pm

Euro 2012 zbliża się wielkimi krokami. Przygotowania (przynajmniej na papierze) idą pełną parą. Wciąż powstają projekty stadionów dla kibiców, hoteli w których kibice będą spali, autostrad i torów, którymi kibice będą podróżowali. Co niektórzy zastanawiają się czy jest wystarczająco dużo barów, zdolnych kibiców przyjąć, ale jakoś nikt nie mysli o ich potrzebach duchowych. No bo czy jest wystarczająco dużo świątyń w Polsce, w których kibice z Holandii, Angli, Niemiec czy Grecji będą mogli się pomodlić? Czy kościoły na czas Euro nie będą przetłoczone? A nawet jeśli nie, to przecież wiadomo, że nasze kościoły odstają swoją estetyką od kościołów zachodnich, wskutek czego kibice mogą odczuwać dyskomfort. Należy sporo zainwestować w ten pomijany dotychczas aspekt.

Ale polski Kościół nie śpi. Co rusz powstają nowe świątynie, a stare są remontowane, na co idą ogromne pieniądze. Najlepszym przykładem takiej, jakże potrzebnej Polsce, inwestycji z której na pewno skorzystają spragnieni modlitwy po emocjach kolejnego spotkania kibice podczas podróży z Poznania do Warszawy czy Gdańska, jest bazylika w Licheniu.

Nie byłem jeszcze w Licheniu pomimo tego, że to ode mnie aż tak koszmarnie daleko nie jest (pewnie ze 100 km, może troszkę mniej). Nie byłem, bo po pierwsze nigdy nie zapuszczam się w tamte okolice (nie mam tam po co jeździć), po drugie zaś – od pewnego czasu pozostaję na bakier z Kościołem i tylko lenistwo, tudzież konformizm czy strach przed reakcją mojego proboszcza powstrzymuje mnie od przejścia się do biura parafialnego i odcięcia się od tej organizacji raz na zawsze.

Póki jeszcze pozostawałem blisko Kościoła (a taki okres w moim zyciorysie był), zawsze byłem przekonany, że najważniejszy w religii jest Bóg oraz jego relacja z człowiekiem. To Bóg człowieka zmienia, Bóg człowieka umacnia, Bóg pozwala człowiekowi powstać nawet z najgorszego upadku. Wiara jest rzeczą bardzo osobistą, opiera sie na więzi Człowieka z Bogiem. Celem życia człowieka jest zbawienie, a osiągnąć jest można przez możliwie jak najbliższe zbliżenie do Boga.Pośrednikiem miedzy Człowiekiem, a Bogiem jest Chrystus, a jego reprezentantem – Kościół. Zaraz, zaraz… a gdzie w tej całej gadaninie jest miejsce na “budynek kościola musi być jak najwiekszy, jak najwspanialszy, jak najbardziej odpasiony i zbudowany mozliwie jak najwiekszym nakladem finansowym”? Nie ma? Ha! To ciekawe.

Jako człowiek małej wiary, ale jednocześnie osoba, która ceni sobie pragmatyczne podejście do życia, nie mogę pojąć fenomenu przeznaczenia gigantycznej kasy na tak przyziemny cel. Stoi sobie budynek. OK, super. Jest duży. I ze wszystkich stron oblepiony złotem. I jest zajefajny, fajnie wygląda, fajnie się prezentuje. I jest jeden z największych w Europie. Aż chce się krzyknąć: WOW! Ale zaraz potem przychodzi pytanie: I co z tego?

Nie wiadomo ile ta inwestycja kosztowała. Liczyć to w dziesiątkach czy setkach milionów złotych? Cała pociecha w tym, że mnie nie kosztowała ani złamanego grosza, nawet takiego sprzed denominacji. Jednak zatrważające jest to, jak wielu jest ludzi, którzy swoje pieniądze przeznaczają na tak mało produktywne rzeczy. Przeraża to równie mocno, jak fakt, że stare babcie przeznaczają tyle pieniędzy na prywatne zachcianki Rydzyka.

No i sprawa ma jeszcze jeden wydźwięk. W Warszawie powstaje kolejne tego rodzaju cudo. W końcu w Warszawie odbędzie się mecz otwarcia, więc na pewno tabuny kibiców będą chciały skorzystać z tego bożego przybytku. Może już nie aż TAK imponującego, ale jednak. I tym razem zbudowanego za moje ciężko zapracowane pieniądze. Tyle tylko, że nikt mnie nie pytał o zdanie. Widziałbym te pieniądze prędzej jako pieniądze przeznaczone na opłacenie ekipy od zbierania psich odchodów w miastach, dokarmiania dzieci z patologicznych rodzin albo na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Bylby przynamniej jakis pozytek. Ale przecież świątynia, która będzie po prostu stała i żadnego z niej pożytku nie będzie, jest ważniejsza. Prawda?

Przypomina mi się zaraz Latający Potwór Spaghetti. NIe chce mi się teraz pisać kim on jest (zainteresowanych odsyłam do niezastąpionej wikipedii), ale jednym z przykazań Latającego Potwora Spaghetti było:
Naprawdę Wolałbym, Żebyś Nie Budował Za Miliony Dolarów Kościołów/Świątyń/Meczetów/Kaplic Dla Mojej Makaronowej Doskonałości, Podczas Gdy Pieniądze Lepiej Wydać Na (Wybierz Sam):
Skończenie Z Biedą
Wyleczenie Choroby..
Życie W Pokoju, Kochanie Namiętnie I Obniżenie Kosztów Kablówki

Zabawne, ze religia stworzona dla jaj jest mi blizsza od tej, ktora na powaznie traktuje sie od 2000 lat.. Ale może kiedyś, kiedy będę miał ku temu stosowną okazję, przejadę się do Lichenia. Po co? Zobaczyć jak to wygląda. Zapewne imponująco. Zrobić parę fotek. Wejść na taras widokowy tak wysoki, że widać panoramę na odległość 30 km. Ale mszę już sobie daruję. Nie potrzebuję, jak inni, pretekstu do zwiedzania tego miejsca pod postacią mszy. No bo nie czarujmy się, jak któś chce iść na mszę, to pójdzie do pobliskiej rozwalającej się kapliczki. A TAM się jeździ po to, aby zobaczyć Religijny Disleyland, Święty Multipleks, MacDonald Pana Boga, a nie po to, aby w jakikolwiek sposób pogłębić swoje życie duchowe czy kontakt z Bogiem.

 

78. Cloverfield czyli o braku szacunku dla polskiego widza. 10 luty 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film, refleksje — R-Chee @ 9:50 pm

Przybyłem, zobaczyłem i się ucieszyłem, że pomimo iż ceny biletów w weekend idą sporo w górę, nie żałowałem wydanych pieniędzy. Film niesamowicie mi się podobał. Brat zawiedziony też nie był. Właśnie takiego kinowego widowiska oczekiwałem od twórcy LOSTa. Jednak nie o samym filmie chciałem tu napisać, a o rzeczach które mnie irytują w kwestii dystrybucji i wyświetlania filmów w polskich kinach.

Pierwsza rzecz dotyczy tłumaczeń tytułów zagranicznych filmów. Wiele razy polscy dystrybutorzy dawali popis swoich nieprzeciętnych umiejętności w tej kwestii. Nie będę tu wymieniał konkretnych tytułów, bo zapewne każdy z nas już miał nieprzyjemność zetknięcia się z tym problemem. Przyznaje się bez bicia, że mnie osobiście aż tak bardzo to nie raziło. Ale do jasnej cholery kto wpadł na pomysł, by zmienić angielski tytuł na zupełnie inny… angielski tytuł. Bo i może słowo “monster” jest ogólnie przez polaków rozumianym ( w końcu co piąty Ziemianin to Chińczyk, a co trzeci Anglik to Polak), ale nadal jest to nazwa czysto angielska. Skoro nasi mądrzy tłumacze chcieli spolszczyć tytuł tego filmu, to czemu nie nazwali go Projekt: Potwór? Oczywiście uważam, że tytuły będące nazwami własnymi powinny trafiać do polskich kin w oryginale, tak jak w przypadku Shrecka czy Spidermana (wyobrażacie sobie tytuły filmów: “Ogr” czy “Człowiek-pająk”?). Jeżeli z kolei scenarzyści bali się, że nic nie mówiący tytuł nie przyciągnie widzów do kin, to można było zastosować na przykład nazwę Projekt: Cloverfield. Na miejscu Abramsa, po takim numerze, to bym chyba zaskarżył polskich dystrybutorów.

Druga sprawa natomiast dotyczy “pokazów przedseansowych”. No ja wiem, że marketing. Wiem, że kina utrzymują się w dużej mierze dzięki temu. Ale nie potrafię zdzierżyć, że płacąc niemal 20zł za film trwający niespełna 90min muszę przez 10-15 min oglądać durne reklamy, których w telewizji mogę się naoglądać ile dusza zapragnie i to za darmo (no w cenie abonamentu, ale idąc z całą rodziną na jakiś seans filmowy zapłacę więcej niż za miesiąc kablówki z HBO i Canal + włącznie). Oczywiście nie jestem żadnym fanem telewizyjnych reklam (poza małymi wyjątkami). Chodzi mi o to, że za te niemałe pieniądze oczekiwał bym szacunku ze strony osób odpowiedzialnych za wyświetlanie filmów w kinie i oszczędzenie nam chociaż tam konieczności oglądania reklam sklepów z ubraniami, sieci telefonii komórkowych czy barów szybkiej obsługi. Zwiastuny 2-3 filmów i tyle. Właściwy seans.
Z drugiej jednak strony nie jest jeszcze tak źle. Można się nawet ucieszyć, że jeszcze nikt nie wpadł na “genialny” pomysł, by przerywać film w kinie reklamami puszczanymi co 25 minut jak to ma się w przypadku telewizji. Obym nie wyprorokował, bo wtedy to już chyba nikt do kina nie będzie chciał chodzić.

Pzdr

 

76. Das Boot 9 luty 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film, historia, refleksje, społeczeństwo — HaeS @ 7:21 pm

das_boot_ver1.jpg

Dramat Wojenny 

Niemcy 1981 

Filmów, których akcja działa sie na łodzi podwodnej powstało już kilka. Znany powszechnie jest film “Polowanie na Czerwony Październik” a popularnością niewiele ustępuje mu “Karmazynowy Przypływ”. Nie będę kłamał ani bajerował: nie oglądałem ani jednego, ani drugiego, bo taka tematyka niezbyt mnie pociągała. Skusiłem się jednak na niemiecki “Das Boot”. Ale to nie piękna łódź podwodna majestatycznie sunąca przezmorze z wynurzoną górną częścią zachęciła mnie do obejrzenia tego filmu. Zachęciło mnie coś zupełnie innego…

Ostatnimi czasy zauważam u siebie delikatny trend polegający na zwiększonym zainteresowaniem tematyką wojenną. Jestem w trakcie oglądania “Kompanii Braci”, który to serial wyjątkowo realistycznie prezentuje wojnę, cały jej bezsens i okrucieństwo. Przy okazji odpaliłem sobie na kompie starego dobrego Commandosa. Oglądając “Kampanię” (i grając w Commandosa) miałem jednak wrażenie, że coś tu nie gra. Dobrzy amerykańscy żołnierze cały czas złych łoją Szkopów, zaś okropni Szkopowie zaś nie pozostają Jankesom dłużni. I wtedy naszła mnie taka myśl, że tam po drugiej stronie też są żołnierze. I oni też są ludźmi. Tak samo jak ich koledzy (czy to dobre słowo?) po drugiej stronie barykady boją się o swoje życie. Mają rodziców, którzy drżą o to, aby synowie powrócili cali i zdrowi do domu. Mają dość wojny, nienawidzą jej. Cierpią, kiedy ich najlepszy przyjaciel ginie od kuli wroga. Nie mogą patrzeć na otaczające ich cierpienie, ale najbardziej boli świadomość, że oni sami są przyczyną takiego samego cierpienia po stronie wroga.

W ogóle raczej nie spotykam się z poglądem, że Niemcy są ofiarami II wojny światowej. Pisząc “Niemcy” nie mam na myśli: “Państwo Niemieckie”, ale: “Obywatele Niemieccy”. A przecież trafili się tam ludzie, którzy stracili na wojnie synów. Ludzie, którzy wskutek jakichś alianckich ataków, stracili życie, zdrowie, kończynę bądź cały majątek. Ludzie, którzy stanęli przed koniecznością zmiany całego swojego życia, których spokojna, sielankowa egzystencja została przerwana przez wybuch wojny. Kiedy kogoś pytam o to, zazwyczaj słyszę “sami sobie winni”. Dlaczego się o tym mówi w ten sposób?

Dlatego też chciałem znaleźć film opowiadający o tym, co działo się “po drugiej stronie”. Film, w którym przedstawiono by losy nie bohaterskich amerykańskich żołnierzy, którzy ginęli za swoją ojczyznę, ale losy równie bohaterskich i równie odważnych, chociaż otoczonych tabu, żołnierzy niemieckich. A że jedynym niemieckim filmem wojennym, jaki miałem pod ręką był “Das Boot”, toteż właśnie “Das Boot” obejrzałem.

Widok przerażający. Zapewne fani “Karmazynowego Przypływu” i “Czerwonego Października” już co nieco o tym wiedzą, ale napiszę – w łodzi podwodnej jest ciasno jak cholera. Kilkudziesięciu ludzi upchniętych na maleńkiej powierzchni – klimat zaiste klaustrofobiczny. Dodatkowo co rusz się coś dzieje. To mamy sztorm i kołysze łodzią na lewo i prawo (swoją drogą – dlaczego nie chowali wtedy łodzi pod wodę?), to pęka jakaś śruba i przecieka woda do środka, to wybucha pożar, to ktoś wysyła w kierunku łodzi torpedę, to się znowu coś innego dzieje… miejscami sytuacja wydaje się beznadziejna i nie do opanowania. Słowem – jeden gigantyczny stres. Tak, jak to na wojnie bywa. Tyle tylko, że o ile można katapultować się z samolotu bądź uciec z okopu, z łodzi podwodnej ucieczki nie ma. Warunki życia koszmarne, ryzyko olbrzymie i w dodatku życie w ciągłym napięciu.

Jako że twórcy “Das Boot” są Niemcami, mogli sobie pozwolić sobie na pewne zagrania, które w amerykańskim filmie by nie przeszły. Kiedy załoga wysyła cztery torpedy w kierunku wrogiego okrętu, za chwilę słychać cztery uderzenia. Piąty huk oznacza pęknięcie kadłubu. Wszyscy stoją w ciszy i nasłuchują. Cisza, konsternacja, jakby smutek i żal. Załoga znakomicie zdaje sobie sprawę, co się tam dzieje. Podobnie jest kiedy załoga “dobija” zniszczony okręt i okazuje się, że na nim są jeszcze ludzie. Płonący wskakują do wody, błagając o pomoc. Jeden z załogantów płacze, a kapitan z wyraźnie ciężkim sercem wycofuje łódź z miejsca zdarzenia. I potem znów cisza wśród załogi. Nikt nie wie co powiedzieć… Jak pisałem, Niemcy mogli sobie na taki film pozwolić. Wyobraźcie sobie gdyby coś takiego było w filmie Amerykańskim. Jaki krzyk, jaki lament. “Dlaczego płaczą po Niemcach?”, “Żałują tych zbrodniarzy?”, “Dobrze im tak!”.

W filmie prawie w ogóle nie ma swastyki. Jedna pojawia się gdzieś tam pod koniec na banderze któregoś okrętu, ale nie powiewa, tylko wisi bezładnie, więc nawet nie widać, że to naprawdę jest swastyka. Szkoda, że reżyser nie poszedł krok dalej i nie zdecydował się na nieco więcej realizmu. Widocznie uznał, że lud nie jest przygotowany do takiego widoku i dla wielu osób byłaby to zniewaga, bądź obraza. W 1981 rany po II Wojnie Światowej wciąż były jeszcze otwarte. Ja sam jestem poglądu, że II Wojna Światowa tak naprawdę zakończyła się w 1989 wraz z upadkiem komunizmu, żelaznej kurtyny i Muru Berlińskiego. Do dzisiaj jeszcze wielu na dźwięk słowa “Niemiec” ma jednoznaczne skojarzenia. Pokazanie prawdy, że żołnierze ze swastykami na rękawach to zwykli ludzie, wśród których nie każdy identyfikuje się z poglądami Hitlera, a jedynie wykonuje rozkazy – nie zawsze z uśmiechem na twarzy, czasem z wątpliwościami, a czasem w wyraźnym wewnętrznym oporem to jednak ryzykowna misja i nawet w niemieckim filmie zdecydowano się tego nie pokazywać. A szkoda.

Słówko o zakończeniu (w tym akapicie spoiler dla tych, co nie oglądali!). Dośc niespodziewane. Smutne, tragiczne, wymowne. Wszystko pada, wszystko umiera, wszystko się kończy. Nagle i niespodziewanie. I mi jest osobiście żal tej łodzi, żal tych ludzi, żal kapitana, który tyle z tą łodzią przeżył… Jeszcze raz człowiek pyta – PO CO TO WSZYSTKO? Dlaczego tylu ludzi musiało w czasie wojny zginąć, tylu cierpieć, tylu zostać okaleczonych, tylu zostały zniszczone perspektywy życiowe… Znakomicie ukazana antywojenna wymowa filmu – Petersen nie wypowiada się tutaj ani przeciwko Hitlerowi, ani przeciwko aliantom. Wypowiada się przeciwko wojnie i pokazuje, że cierpienie i straty nie były tylko udziałem aliantów.

Jeszcze kwestie techniczne. Miałem dość słabą kopię, ale widok łodzi podwodnej wynurzającej się spod wody robi niesamowite wrażenie i można się w nim zakochać równie mocno, jak co poniektórzy kochają dwupłatowce wznoszące się w powietrze bądź czołgi wynurzające się zza wniesienia. Drugą rzeczą, którą uwielbiam w łodziach podwodnych jest piękny, delikatny dźwięk wydawany przez sonar. Podobno są maniacy, którzy nagrali sobie wdech i wydech Lorda Vadera na płytę i słuchają tego przez 70 minut. Mam wrażenie, że ja mógłbym tak słuchać sonaru. No i nie sposób wspomnieć o fenomenalnej muzyce do filmu wraz z głównym utworem – tak tajemniczym i mrocznym, że można nim straszyć dzieci.

Film długi – 208 minut (sic!) i musiałem rozłożyć sobie go na dwie raty – jestem co prawda przyzwyczajony do maratonów, ale serialowych. Film zawsze wymaga większego skupienia. 208 minut to na pewno długo, ale dla tych, którzy kochają takie klimaty Petersen przygotował prawdziwy rarytas – trwającą 293 (czyli 4 godziny i 53 minuty) wersję reżyserską. Nic, tylko oglądać… Ja chyba jednak się za to nie wezmę zbyt szybko.

No i na koniec słówko wyjaśnienia – mam nadzieję, że z samej recenzji wynika to jasno i wyraźnie, jeżeli jednak ktoś ma wątpliwości oznajmiam, że absolutnie nie zgadzam się z poglądami Adolfa Hitlera ani metodami przez niego stosowanymi. Zwracam jedynie uwagę na to, że często zwracamy uwagę na zbiorowość (“ci źli okropni Niemcy, co rozpętali II Wojnę Światową”) zupełnie gubiąc gdzieś w naszym toku myślenia jednostki – ludzi. Takich jak my, którzy mieli nieszczęście urodzić się w I połowie XX wieku w Niemczech. Którzy trafili na epokę rządów Hitlera. Zaraz pewnie usłyszę, że to naród niemiecki wybrał Hitlera. Pomijając kwestię manipulacji narodem, zwróćmy uwagę na to (jak zawsze w polityce) Hitler miał swoich entuzjastów, umiarkowanych zwolenników, sceptyków i przeciwników. W trakcie wojny ucierpieli wszyscy.

 

75. 1001 mądrości ludowych na każdą okazję 9 luty 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: filozofia, refleksje — HaeS @ 2:29 pm

W niniejszym poście przedstawiam moją kolekcję dotychczas zebranych aforyzmów i mysli róznych osób. Zebrane są one z najróżniejszych źródeł – filmów, książek, gazet, sygnaturek na forach róznych osób, opiśów gg itd. Są wśród nich także i moje myśli, ale ponieważ wrzucam wszystko do jednego worka, już od kilku lat, trudno rzec co się skąd w tym worku wzięło. Oczywiście aż 1001 tych mądrości tutaj nie ma, ale za to wszystkie są ciekawe, a niektóre – wręcz genialne. No to jedziemy:

- Ludzie tęknią za cakowitą odmianą, a jednoczenie pragną, by wszystko pozostało takie jak dawniej.
- Nic samo w sobie nie jest dobre, ani złe. Dopiero myślenie takim je czyni.
- Lepiej jest żalowac czegos, co sie zrobiło, niz tego czego sie nie zrobiło.
- Nie widzimy rzeczy takimi, jakimi są. Widzimy je takimi, jakimi my jesteśmy.
- Jak w życiu się coś wali, to trzeba z tego skorzystać. Zwykle wychodzi z tego co ciekawszego.
- Nic tak nie pomaga zajrzeć w głąb swojej duszy jak cierpienie.
- Ludzie w więszości nie są sobą. Są sumą cudzych myli i przyzwyczajeń. Ludzie są kukiełkami sterowanymi przez społeczeństwo. Pocignij za sznurek, a uzyskasz daną reakcję.
- Nie można uczynic niewolnikiem czowieka wolnego, gdyż czowiek wolny pozostaje wolny nawet w więieniu – Platon
- Żal, że sie coś zrobio, przemija z czasem. Ale żal, że się czegoś nie zrobio, nie przemija nigdy.
- Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.
- Obce Cywilizacje? Albo są, albo ich nie ma. Obie możliwości przerażają mnie jednakowo (prawd. Carl Sagan)
- Seks jest potrzeb ciała, miłość jest potrzebą duszy.
- Sztuka jest piękna tylko wtedy, kiedy odnajdujemy w niej coś z siebie.
- Kto jest szczęśliwy w sercu, nie musi szukać szczęścia gdzieś na zewnątrz.
- Gdyby ludzki mózg by tak prosty, że moglibymy go zrozumieć, wówczas i tak bylibymy tak głupi, że nie zrozumielibyśmy go i tak(z książki “Świat Zofii”)
- Są tylko dwie nieskończone rzeczy: wszechświat i ludzka głupota, przy czym wcale nie jestem pewien co do wszechświata (A.Einstein)
- Wczoraj jest historią, jutro – tajemnicą, a dziś – darem
- Każdy więzień, każdy samotnik, zajęty dzień i noc tylko własnym losem, gotów jest przypuszczać, że również inni, będący na wolności, zajmują sie nim wyłącznie.
- Wszyscy chcą naszego dobra, nie dajmy go sobie zabrać!
- Ludzie są dobrzy, tylko czasem im się coś myli.
- Zawsze pamiętaj, że tylko zdechłe ryby płyną z prądem.
- W ciężkich sytuacjach życiowych lepiej walczyć i być pokonanym niż poddać się i żyć żalem do samego siebie, że nie podjęło się wyzwania.
- Przeszłoci nie ma, żyj teraniejszością i myśl o przyszłości
- Niekiedy robiąc krok w tył możesz nabrać większego rozpędu i przeskoczyć kałużę.
- Prawdziwy mężczyzna nie umartwia się nad sobą i nie żali się nad swym losem. Prawdziwy mężczyzna prze do przodu.
- Chcesz kogoś pokochać, najpierw pokochaj siebie.
- Zazwyczaj jestemy pochonięci myślami, myślimy o przyszości, rozmylamy o przeszości, to co nam sie wydarzyło, zwłaszcza złego, prawie nigdy natomiast, nie odczuwamy chwili teraźniejszej.
- Zycie nie powie Ci: poużalaj sie nad sobą, a ja stanę obok i poczekam.
- Kto poda za innymi, nigdy nikogo nie wyprzedzi (Michelangelo Buonaroti)
- Błędem ludzkości nie jest to, że odchodzi od religii; błedem ludzkości jest to, że odchodzi od religii, nie szukając niczego w zamian.
- Nic na świecie nie zostało tak sprawiedliwie rozdzielone jak rozum: każdy uważa, że otrzymał dostateczną porcję (Jacques Tati).
- Przeszłość jest wspomnieniem, przyszłość – tajemnicą. Pozostaje nam dzień dzisiejszy.
- “Dobro narzucone wbrew woli obdarowanego przestaje być dobrem”
- Głupiec narzeka na ciemność, mędrzec zapala świecę.
- Dużo ludzi nie wie, co z czasem robić. Czas nie ma z ludźmi tego kłopotu .
- Oczekuj niczego od innych, wszystkiego od siebie. Rozczarujesz się tylko sobą.
- Ludzie wielcy rozmawiają o ideach; ludzie średni rozmawiają o wydarzeniach; ludzie mali rozmawiają o bliźnich.
- Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty Twojego życia.
- Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy.