Nie, nie – nie pomyliliście się. To jest HaeS BloG. Cały czas ten sam, tylko w nowej skórce. Przyczyna tej metamorfozy jest oczywista – świętujemy!
Minął cały rok słoneczny (dodatkowo nieco dłuższy bo 366 dniowy) od momentu, kiedy pojawił się pierwszy wpis na blogu. Wpis – można sobie zajrzeć , dotyczący płyty Apocalyptiki. I tak to się zaczęło. Blog z założenia miał być wzorowany po części na blogu Mierzwiaka (znanego też jako Gniot), którym byłem wprost zafascynowany swojego czasu, a po niespodziewanym jego zamknięciu w sierpniu 2008 – miał być duchowym kontynuatorem i ideowym następcą tego świetnego serwisu. Kto odwiedzał Mierzwiaka, wie z pewnością jak ambitne i trudne było postawniowne przede mną to zadanie. Szybko okazało się, że wcale tak łatwo nie będzie. Nikłe zainteresowanie blogiem ze strony czytelników (kilka/kilkanaście odwiedzin dziennie) i praktycznie zero komentarzy przez pierwszych kilka tygodni zupełnie zniechęcało. W dodatku pierwszy komentarz, jaki kiedykolwiek otrzymałem, był to komentarz do wpisu nr7 od nieznanego czytelnika o jakże wymownej treści “dziecko neostrady”. Usunąłem go (w sumie teraz żaluję, bo było nie było – historyczny pierwszy komentarz). Niemniej jednak, początki były trudne. Szybko zdałem sobie sprawę, że sprawienie, aby blog był popularny i naprawdę często odwiedzany czy komentowany jest zadaniem trudnym i karkołomnym (do dzisiaj nie udało mi się nawet w 1/4 osiągnąć zamierzonego pułapu). Ale nie zniechęciło mnie to. Z czasem (dość szybko) przestałem bawić się w Mierzwiaka i zacząłem dorabiać się własnego stylu prowadzenia bloga.
Z czasem jednak pojawił się pierwszy stały czytelnik – R-Chee, który zmobilizował mnie do większego zaangażowania się w serwis i być może nawet uratował blog, który zmierzał w listopadzie do samounicestwienia, porzucenia i zapomnienia w mrokach sieci. Na szczęście tak się nie stało. W okresie kiedy już mi się nie chciało po jednej z rozmów z R-Cheem, rzuciłem się do pracy, napisałem kilka postów, potem kilka następnych i jeszcze następnych i wszystko ruszyło do przodu. Bardzo ostro. Potem było już tylko lepiej, szczególnie kiedy R-Chee zaczął sam udzielać się na blogu, pisząc posty w nieco innym stylu niż mój, ale o podobnej tematyce, zawsze fenomenalnie dopracowane i dopieszczone (ja sam czasem wrzucam posty z literówkami, błędami gramatycznymi czy zdaniami urwanymi w połowie, co potem muszę poprawiać – R-Cheemu nigdy się to nie zdarzyło). Luty 2008, czyli początek naszej współpracy był najlepszym miesiącem w historii bloga – najwięcej było odwiedzin, najwięcej komentarzy i najwięcej postów. Potem, niestety, coś pękło i skończyło się na dziesięciu postach. R-Chee pisze już dużo rzadziej (a szkoda), ale i tak na wysokim poziomie. Poza tym nadmienić muszę, że jego post o “Band of Brothers” (jeden z najlepszych w historii bloga) był początkiem pewnej rewolucji – od tego momentu staram się pisać staranniej, posty są dłuższe i na ogół z jakimiś zdjęciami. Po prostu R-Chee pokazał w ten sposób jak powinno pisać się posty. Jego wkład w rozwój bloga jest nieoceniony i za to w tym miejscu chciałbym mu serdecznie podziękować.
Zresztą, ja jestem cały czas otwarty na współpracę. Jeżeli ktoś ma coś mądrego do powiedzenia, pisze ładnie i ciekawie na tematy które już na blogu się pojawiały, a nie chce mu się prowadzić własnego bloga – zapraszam do pisania. Oferuję blog, który może nie jest gigantem, ale ma już pewną ilość czytelników i swoją pozycję na blogowym “rynku”, więc na pewno w próżnię pisać nie będziecie. Łamy są jak najbardziej otwarte, a różnorodność autorów (a tym samym stylów i poglądów) może blogowi wyjść tylko na plus – co krótki, chociaż bardzo owocny okres wzmożonej aktywności R-Cheego pokazał dobitnie.
Blog, z perspektywy tego roku, jest przedsięwzięciem udanym. Być może najbardziej udaną rzeczą, którą samodzielnie stworzylem przez całe moje życie. Pomysł, aby wrzucać swoje przemyślenia i refleksje na blog był strzałem w dziesiątkę. Cieszę się, że przez rok mialem przyjemność prowadzić tego bloga i na pewno będę ciągnął tę zabawę dalej. Martwi mnie troszkę mało ilość komentarzy. Chociaż nie jest to zmartwienie takie, jakie miałem na samym początku, kiedy cieszyłem się jak głupi z każdego wpisu, do którego pojawił się chociaż jeden komentarz. Dzisiaj jest już pod tym względem dużo lepiej, ale nadal cieszy mnie i z ogromnym zainteresowaniem czytam każdą notkę pozostawioną przez czytelnika, niejednokrotnie dając odpowiedź. Komentarze to taka spirala, napędzająca popularność bloga. W momencie, kiedy pod jakimś postem tworzy się dyskusja, liczba wejść wyraźnie rośnie, bo każdy chce zobaczyć czy na jego odpowiedź jest już riposta i jak rozwija się dyskusja. Dyskuje takie niejednokrotnie są o wiele ciekawsze aniżeli treść samego posta.
Blog ma, jak się okazuje, całkiem spore grono stałych czytelników, którzy regulanie go nie tylko odwiedzają, ale także i komentują – rzeczowo i konstruktywnie, co jest dla mnie szczególnie cenne. Dziękuję zatem (kolejność dośc przypadkowa i przepraszam, jeżeli kogoś pominąłem): R-Cheemu, Maciejowi Rynarzewskiemu, Frustratowi, Q, Vertokowi, Dru’, Paweuu, Mellowi, SpecShadowowi, Finarfinowi (poprzednio podpisującemu się jako :) ), Lunetariusowi, BG, Surionowi, Elenoir, Lolkowi, Florchakhovi, Mr_Evilowi, brt12, a także Renii, która na blogu była krótko, ale spowodowała ogromne zamieszanie, sporo emocji i mocno nakręcała dyskusję. Wbrew sugestiom co poniektórym oświadczam, że Renia była prawdziwa. W każdym razie ani ja, ani R-Chee nie stworzyliśmy tej postaci, aby sprowokować dyskusję i podgrzać atmosferę. Chociaż z drugiej strony – być może ktoś z zewnątrz sobie jaja robił. Bo mi samemu istnienie takiej osoby wydaje się być wysoce nieprawdopodobne.
Do dzisiaj niestety nie wiem jak wielu mam czytelników. Póki co bowiem mam tylko dwa źródła tej wiedzy: mogę liczyć wejścia na blogu bądź stałych komentatorów. Liczenie wejść na blogu jest metodą wysoce nieefektywną, bo są ludzie, którzy wchodzą tu kilka razy dziennie albo też trafiają przypadkowo (np. z wyszukiwarki), zatem dane są znacząco zawyżone. Z drugiej strony – ci, którzy komentują to z pewnością nie wszyscy czytelnicy i przekonany jestem, że zdarzają się tacy, którzy bardziej czytają aniżeli komentują (co więcej – jestem tego pewien, bo znam takich osobiście). Ale ta niewiedza o liczbie czytelników to chyba bolączka każdego blogera.
Prowadzenie bloga to nie tylko fajna zabawa i okazja do pokazania siebie całemu światu, ale także – wejście do pewnej eksluzywnej grupy internatuów, którzy tym się różnią od tłuszczy nauczonej wyłącznie oglądania filmów na youtube i ściągania pornoli, że mają coś ciekawego do powiedzenia. WordPress to chyba najlepszy serwis blogowy nie tylko ze względu na darmowość, brak reklam i całkiem przyjemny interfejs, ale też ze względu na poziom i kulturę blogowania. Rozpoczynając swój serwis, miałem chyba tylko jeden link na blogrollu. Dzisiaj jest ich dużo więcej. Każdy jest dla mnie w jakiś sposób cenny, każdy odwiedzam od czasu do czasu (niektóre zdecydowanie za rzadko, przyznaję), czytam, zostawiam komentarze jeżeli jest to technicznie możliwe – rss-uję. Cieszy mnie bycie częścią być może niezbyt licznej, ale za to wielkiej duchem i umysłem grupki wordpressowców, którzy swoimi postami mnie bawią, ale też inspirują. Wielkie dzięki!
Nie byłbym sobą, gdybym nie podał kilku liczb. Niniejszy spis jest 136. wpisem na blogu, średnio na miesiąc wypada zatem 11,33 posta – nie jest źle. Z tego 126 wpisów jest mojego autorstwa, 10 – autorstwa R-Cheego. Komentarzy (póki co) pojawiło się 424, wypada 3,14 (fajna, matematyczna liczba) na posta. Też jest fajnie. Co ciekawe, komentarzy spamowych (dotyczących reklamy Viagry i powiększania penisa), cierpliwie wyłapywanych przez Akismet, było 441. Blog zanotował 41 801 odsłon (stan na 14.07.2008, godz. 7:11), średnio zatem 114 dziennie. Najlepszym miesiącem był luty 2008 – 5976 odsłon (213 dziennie), najgorszym – lipiec 2007, kiedy przez 18 dni odwiedzin było 226 (13 dziennie). Obecnie utrzymuje się dość stała dobowa liczba 130-140 odwiedzin, jednak od szczytowego lutego cały czas utrzymuje się tendencja spadkowa i zdaje się, że dopiero w tym miesiącu (o ile utrzyma się ilość odwiedzin) zostanie ona zatrzymana.
Ostatnio spotkałem się z krytyką nt interfejsu. Dwie osoby (jedna na blogu, druga na gg) narzekały na zbyt dużą ilość postów na głównej stronie i na inne niedogodności. Dziwi mnie to. Powiem tak: interfejs bloga został przeze mnie głęboko przemyślany. Skroiłem go podług własnych potrzeb i upodobań, mając w pamięci wszystkie te rzeczy, które denerwują mnie u innych blogerów i starając się im zapobiec. 100 wpisów na jednej stronie to standard, który sam bym widział chętnie na wszystkcih innych blogach. W ten sposób bowiem zapoznawanie się z archiwami jest łatwe, proste i przyjemne – wystarczy tylko przewinąć w dół. Posty pokazywane są w całości, a nie w kawałku, który trzeba sobie wyklikać, aby czytać dalej – to też świadoma taktyka, mająca na celu ułatwienie życia czytelnikowi. Dla mnie jest to nawet upierdliwe, bo utrudnia obserwację które posty cieszą się popularnością, ale dobro czytelnika jest najważniejsze. Żeby napisać komentarz, nie trzeba się rejestrować, logować ani nawet czekać na moderację. Dla potrzeb nawigacji są kategorie po prawej stronie (seriale, kościół, filmy, z życia, książki itd), dobrane tak, aby nie były zbyt ogólnikowe i aby każdy mógł na dany temat natychmiast otrzymać listę postów. Wprowadziłem też i wyszukiwarkę wewnątrzblogową, a nawet indeks seriali – nawigacja jest zatem IMO idealna. A jednak są tacy, co narzekają. Dlatego też pozwoliłem sobie na kilka zmian w interfejsie. Dużo się nie zmienia i bardziej są to modyfikacje kosmetyczne aniżeli funkcjonalne, ale jednak coś tam się zmieniło. W szczególności ilość postów na stronie głównej została zredukowana do 30, co robię naprawdę z ciężkim sercem. Vox populi, vox dei.
No cóż, jeżeli ktoś ma jakieś zastrzeżenia/zalecenia albo chce napisać coś miłego (ojej, bo się zaraz zarumienię), może napisać w komentarzu. Poza tym, to świetna okazja dla co poniektórych, aby rozpocząć karierę komentatora. Blog na pewno będzie kontynuowany, zaś tematyka i stylistyka utrzymane będą w dotychczasowej formie, ewoluując jednak wraz ze zmianą moich zainteresowań. Już teraz mogę np. zapowiedzieć, że będzie mniej postów o serialach, bo te mi się przejadają powoli. A’propos przejadania – zachęcam do poczęstowania się HaeSowym tortem, którym sam piekłem… ee, to znaczy narysowałem. W Paincie oczywiście (ech, luddysta ze mnie wychodzi).
