Myślokracja, czyli from łeb to web

172. W poszukiwaniu najpiękniejszego nieba na świecie 18 marzec 2009 (środa)

Zaszufladkowany do: Nauka — frycjusz @ 9:47 pm

Jednym z najpiękniejszych i najbardziej zapadających w pamięć widoków z filmów SF i ilustracji z książek fantasy jest niebo z kilkoma księżycami. Widok niezwykły dla nas, przyzwyczajonych do tego, że na nocnym niebie widnieje tylko jedna sporych rozmiarów tarcza. Zazdrościmy mieszkańcom obcych planet możliwości podziwiania tak niezwykłego firmamentu, ale nie zapominajmy, że i nasz naturalny satelita jest piękny i wyjątkowy. Chociażby dlatego, że jest (nie licząc Charona) największym satelitą w porównaniu do swojej planety.

Z naszym Księżycem wiąże się mnóstwo ciekawostek. Nie czas i miejsce teraz je omawiać, ale wiemy np. że obrót Księżyca wokół własnej osi (tak, tak – obraca się on) jest idealnie zsynchronizowany z ruchami Ziemi w taki sposób, że cały czas widzimy tylko jedną jego stronę. Fakt ten ma proste naukowe uzasadnienie, ale nim się teraz nie będziemy zajmować. Ciekawą rzeczą jest też i to, że Księżyc jest ok. 400 razy mniejszy od  Słońca – ale zarazem, zupełnie przypadkiem (albo dzięki woli wszechmogącego Stwórcy, jak zapewne chcieliby kreacjoniści) Słońce leży od nas 400 razy dalej niż Księżyc, więc ich tarcze na niebie są niemal identycznej wielkości, co świetnie widać podczas zaćmienia Słońca. Równie widowiskowego zaćmienia jak mamy my, z idealnie zasłoniętą tarczą słoneczną i otaczającą ją koroną nie ma prawdopodobnie żadna inna planeta we wszechświecie (a w każdym razie jest ich doprawdy niewiele). Zaćmienia księżyca z kolei są świetną okazją do tego, aby udowodnić wszystkich niedowiarkom, zwolennikom płaskiej Ziemi oraz innym kreacjonistom to, że nasza planeta jest kulista, ponieważ w czasie zaćmienia na Ksieżyc nachodzi wyraźnie okrągły kształt.

Ale wróćmy do idei dwóch księżyców, bo to ona właśnie natknęła mnie do napisania tego artykułu. Jak wszyscy wiemy, masę księżyców (naukowcy sami nie są pewni, bo trudno rzec co jeszcze jest księżycem, a co po prostu dużym kamieniem i gdzie dokładnie rozpoczyna się ta granica) mamy wokół gazowych olbrzymów. Nie wiem ile jest ich dokładnie (wciąż to się zmienia), ale wokół Saturna, Neptuna, Jowisza i Urana naliczono ich w sumie grubo ponad setkę. No, ale co to za przyjemność z posiadania tak wielkiej ilości księżyców, skoro (ze względu na niezbyt przyjemną powierzchnię planety, w której, delikatnie mówiąc, nadzwyczaj łatwo ugrzęznąć) nie można ich z planety podziwiać. Możemy co najwyżej stanąć na powierzchni Trytona czy Ganimedes i patrzeć co się dzieje dookoła. Widok dosłownie nieziemski, bo oprócz całej masy księżyców krążących po różnych rejonach nieba nad wszyskim góruje gigantyczna planeta…

Ale powróćmy do bardziej hmmm… bliskich Ziemi miejsc. Chodzi mi w tym miejscu o Marsa. Kiedy dawno, dawno temu usłyszałem, że ma on dwa księżyce, zafascynowało mnie to niesamowicie. Równie szybko, jak przyszła fascynacja, równie szybko jednak nadeszło rozczarowanie. Phobos i Deimos, bo tak nazywają się owi towarzysze rzymskiego boga wojny, niewiele mają wspólnego z naszym, wyglądającym wszak jak mała planetka, Ksieżycem. Przede wszystkim są dużo, dużo mniejsi. Ich “średnica” w najszerszym miejscu (za chwilę wyjaśnię) wynosi nie więcej niż 15 (Deimos) i 25 (Phobos) km co przy ok 3,500 km średnicy Księżyca nie wygląda doprawdy imponująco.. Trudno rzec dokładnie jaką mają średnicę, a to ze względu na ich podłużny i nieregularny kształt – na pierwszy rzut oka można rzec, że wyglądają jak wielkie ziemniaki, przy czym Deimos jest ziemniakiem ładniejszym, gładszym i o ładniejszym kształcie, zaś Phobos niestety został jakoś uszkodzony i wygląda jak ziemniak wybrakowany. Oba ciała w każdym razie wykazują cechy typowe dla asteroid, bo zapewne takimi jakiś, bardzo odległy, czas temu były.

Ze względu na swoje nikłe rozmiary, owe obiekty z perspektywy Marsa, niestety, wcale nie wyglądają tak ładnie jak prezentuje się to na wspomnianych na początku tekstu ilustracjach i kadrach filmowych. Deimosa nie widać w ogóle. To znaczy widać, ale tylko w postaci jasnego obiektu na niebie i trudno go tak od razu z marszu odróżnić od innych gwiazd. Jednym pocieszeniem dla tego satelity (oprócz tego, że jest ładniejszy od swojego pryszczatego brata) może być to, że ze wszystkich widocznych punktów na niebie on akurat jest najjaśniejszy. Co do Phobosa – znajduje się on bardzo blisko globu (w całym układzie słonecznym żaden inny satelita nie odważa się zbliżać tak bardzo do swojej planety). Dzięki temu, pomimo swoich małych rozmiarów, patrząc na niego z Marsa widzimy nie jakąś gwiazdkę, ale tarczę księżyca. Szczegół, że dużo mniejszą od tarczy naszego księżyca (mniej więcej 1/3 promienia, czyli powiedzmy 1/9 powierzchni), ale jednak. Z małym “ale”. Ze względu na to, że Phobos znajduje się naprawdę blisko swojej planety, nie jest widziany z całego Marsa, ale tylko z równika i okolic, czyli ze strefy odpowiadającej mniej więcej naszej strefie międzyzwrotnikowej.

Zanim skończę swój wykład o marsowych księżycach, dodam tylko tyle, że są one nie tylko małe, ale i lekkie. Nie są bowiem zbudowane z litej skały, żelaza czy niklu, ale są w środku dziurawe i porowate (mówi się, że wewnątrz Phobosa może nawet znajdować się sporo lodu). Dzięki temu zarówno masa, jak i – co za tym idzie – grawitacja planety jest taka, że prawie jej nie ma. Znajdując się na Phobosie lepiej za dużo nie szaleć. Pierwsza prędkość kosmiczna dla tego obiektu jest bardzo niewielka. Skoczek, który na Ziemi skoczyłby na wysokość ok. 2 metrów, na Phobos zapewne po swoim wyczynie na tego satelitę już nie wrócił.

No i to byłoby na tyle w tej kwestii. Teraz tylko mieć nadzieję, że gdzieś poza Układem Słonecznym znajdzie się planeta wielkości Ziemi i o podobnych warunkach, wokół której krążą trzy ksieżyce – jeden zielony, jeden czerwony i jeden żółty. Ja sam ze względu na co najmniej 10 000 lat za wcześną datę urodzenia zapewne już się nie załapię na wycieczkę na taką planetę, ale miło pomarzyć…

 

164. W jakim świecie my do cholery żyjemy? 18 październik 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Nauka, filozofia, refleksje — frycjusz @ 7:18 am

Przyzwyczailiśmy się do pewnych rzeczy. Rzucamy piłką do góry – a ta za chwilę odwdzięczy nam się spadając wprost na głowę. Walimy ręką w ścianę – i potem tydzień chodzimy w gipsie. Żyjemy w świecie, w którym koła się toczą, pękające balony hałasują, ogień rozjaśnia ciemność, a woda w prace Frani podczas wirowania ucieka od środka i zaczyna przylegać do ścianek. Nie dziwi nikogo, że czas płynie zawsze w jednym kierunku, bliskie spotkanie III stopnia z drutami energetycznymi kończy się fatalnie, a ciało gorące ogrzewa także swoje otoczenie. Taki jest nasz świat, taki znamy i to, co widzimy, ekstrapolujemy na cały wszechświat. Ten duży z galaktykami i kwazarami i ten maleńki, z protonami i elektronami.

A przecież świat jest zupełnie inny. W bardzo dużych skalach zauważamy zjawiska, które delikatnie mówiąc zaskakują. Już samo to, że wielkich przecież rozmiarów księżyc od miliardów lat krąży wokół jeszcze większej Ziemi i jakoś na nią nie spada. Podobnie jak Ziemia nie spada na Słońce. Słońce pali się od pięciu miliardów lat – a naukowcy jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyliczyli że przy tym zapasie paliwa nie powinno wytrzymać więcej niż kilkadziesiąt tysięcy lat. Pomyślmy, jaki świetny argument dla kreacjonistów! Na szczęście jednak, ktoś kiedyś wpadł na pomysł reakcji termojądrowej i dzięki temu, że wiemy, że wewnątrz Słońca właśnie takie reakcje zachodzą, a nie zwykłe spalanie (jak sądzili dawni uczeni), możemy być całkowicie spokojni o to, że jeszcze kilka miliardów lat nam poświeci. Materia wewnątrz Słońca jest tak zagęszczona, że światło powstałe w samym centrum świetlnego globu dociera na Ziemię 30 000 lat – przy czym podróż z powierzchni Słońca na Ziemię trwa ledwie 8 minut.

No właśnie, światło. Wbrew temu, co głosi większość uczonych, światło rozchodzi się z natychmiastową prędkością. Podróżuje tak szybko, że dociera do celu natychmiast. Gdybyśmy wsiedli na promień świetlny i udali się np. do Mgławicy Andromedy, nawet byśmy nie zauważyli i już byśmy tam byli. Nie minąłby nawet ułamek sekundy. Podróż powrotna zajęłaby tyle samo czasu. Co ciekawe, z perspektywy ziemskiego obserwatora podróż trwałaby miliony lat. I po takiej ułamkosekundowej wyprawie tam i z powrotem, na Ziemi minęłoby wiele, wiele czasu. Czy takie „kurczenie” się i „rozciąganie” czasu w zależności od prędkości poruszającego się obiektu nie jest fascynujące?

Fascynujący jest Wielki Wybuch. Potraficie sobie wyobrazić, że przed Wielkim Wybuchem nie było w ogóle czasu? Ani przestrzeni? Cała czasoprzestrzeń została wygenerowana (i rozszerza się do dziś) właśnie w momencie wielkiego wybuchu. Co było przed Wielkim Wybuchem? Nawet odpowiedź „nic” nie jest prawidłowa. To pytanie po prostu nie ma sensu!

Czasoprzestrzeń zbudowana jest w niesamowity sposób. Zakrzywiona jakoś tworzy wewnątrz siebie meandry, o których nie mamy pojęcia. Mówi się, że ma dziesięć wymiarów, z czego sześć jest tak płaskich, że ich nie widzimy (polecam tę prezentację: http://www.tenthdimension.com/). Mówi się, że można wewnątrz niej tworzyć tunele, które skracają drogę podróżnym (jak w Star Treku) bądź nawet przemieścić się w czasie. Czasoprzestrzeń jest miejscami zakrzywiona. Dzięki temu, że nie jest idealnie płaska, istnieje coś takiego jak grawitacja. Grawitacja to nie jest „spadanie w kierunku dolnym”, jak wielu myśli, ani nawet przyciąganie się obiektów. To jedynie efekt zakrzywienia czasoprzestrzeni. Jakby powstał gdzieś wielowymiarowy „dół” w który wpadają różne obiekty, a na samym dnie tego dołu – nasza planeta (czy cokolwiek innego), która swoim ciężarem ten dół stworzyła. Czasoprzestrzeń w ogóle jest tak zakrzywiona, że patrząc przed siebie i mając odpowiednio silny teleskop, pewnie zauważylibyśmy tył własnej głowy. Tyle tylko, że światło musiałoby przebiec w tym czasie cały wszechświat. To (licząc z naszej perspektywy) trochę trwa. Tak więc jeżeli ktoś chce sprawdzić, czy łysieje, sugerowałbym bardziej efektywne metody.

Mamy kwazary, pulsary, gwiazdy neutronowe, czarne dziury, ciemną materię i energię, supernowe, uciekające od nas galaktyki i wiele innych fascynujących zjawisk. Jeszcze jedno mi się przypomniało. Mamy troszkę pecha, bo Słońce leży po niewłaściwej stronie ramienia Drogi Mlecznej. Gdyby je nieco przemieścić, w nocy widzielibyśmy na niebie piękny, jasny obiekt, większy i jaśniejszy od Księżyca. To centrum galaktyki, gdzie miliony gwiazd świecą połączonym blaskiem. Niestety, olbrzymia ilość pyłu międzygwiezdnego uniemożliwia nam zobaczenie tego cuda.

Wiemy i przyzwyczailiśmy się do tego, że wszechświat jest pusty, a gwiazdy we wszechświecie rozmieszczone są bardzo rozrzutnie. Mówi się, że gdyby gwiazda wielkości wiśni była w Belgradzie, to druga znalazłaby się gdzieś w okolicach Berlina. Ale zaskoczeniem zapewne będzie jeśli powiem, że niewiele mniej rozrzutne jest ułożenie atomów. Gdyby taki „wiśniowy” atom ustawić na środku boiska piłkarskiego, to następny atom znalazłby się gdzieś poza boiskiem. Między nimi jest pustka. Wokół atomów krążą elektrony, ale elektrony to bardziej widma niż cząstki.

Cuda, zaprawdę cuda dzieją się w mikroświecie. Tu już kompletnie nic nie jest takie, jak nam się wydaje. Nasz wszechświat zbudowany jest z niczego. My zbudowani jesteśmy dosłownie z niczego. O wyuczonym w szkole modelu, w którym kuleczki zwane elektronami okrążają po powłokach elektronowych zbiorowisko innych kuleczek zwanych protonami i neutronami, zapomnijcie. Przede wszystkim – elektrony są… no, czymkolwiek są, na pewno nie są piłeczkami. Są tak małe, że nie mają żadnego koloru (bo są krótsze od najkrótszych nawet fal świetlnych). Właściwie to nawet nie wiadomo czy są materialne, bo w sumie (podobnie jak światło) można je interpretować jako fale. Ta „dualność falowo-korpuskularna”, którą tak upodobali sobie fizycy, tak naprawdę to kolejna bujda. Mówi się, że elektron (czy foton) jest jednocześnie cząstką i falą. Ale tak naprawdę to nie jest ani jednym, ani drugim, ale czymś zupełnie innym. Czymś, czego nie umiemy ogarnąć ani sobie wyobrazić. Elektron umie znaleźć się w dwóch miejscach jednocześnie. Eksperymenty wykazały, że elektron przechodzi jednocześnie przez dwie oddalone od siebie szczeliny. Wiemy też, że kiedy elektron przechodzi z jednej powłoki elektronowej do drugiej, to wcale nie zachodzi jakieś przesuwanie go czy coś takiego. On po prostu ZNIKA w jednym miejscu i natychmiast pojawia się w innym. Coś zupełnie niewyobrażalnego w naszym świecie. Dlatego też traktuje się elektron jako normalny obiekt materialny, a kiedy ta wizja zawodzi – jako falę. I jakoś to się w fizyce sprawdza.

Protony i neutrony składają się z kwarków. Mamy sześć rodzajów kwarków, ale jakoś tak jest, że cała znana nam materia zbudowana w zasadzie jest z dwóch – „górnego” i „dolnego”. Pozostałe cztery rodzaje tworzą związki nietrwałe, rozpadające się nawet po jednej bilionowej sekundy. Ogólnie, wszystkie cząstki „materialne” (elektrony i kwarki) są fermionami, czyli posiadają spin ½. Co z tego wynika? Ano to, że (uwaga!) po obróceniu ich o 360 stopni otrzymujemy… cząstkę w jakiś tam sposób wyglądającą inaczej (jakbyśmy widzieli ją z innej perspektywy). Sam nie rozumiem do końca jak to możliwe, ale faktem jest, że dopiero po obróceniu o kolejne 360 stopni cząstka wraca do stanu wyjściowego. Dziwne? Dziwne.

Kwarki zbudowane są ze strun. Struny są tak maleńkie, że potrzeba kwadrylionów strun, aby utworzyć średnicę protonu. Drgają one sobie radośnie w dziesięciowymiarowej przestrzeni i są raczej jakąś formą energii niż czymś, co można nazwać materią. Jak rzekłem, wszechświat zbudowany jest z niczego.

Rozważmy pojedynczy atom wodoru, który kiedyś był w Słońcu, potem w jakimś rozbłysku trafił na Ziemię, związał się z atomem tlenu i leżał miliony lat w wodzie, zanim nie stał się atomem jakiegoś trylobita, potem amonita. Był już częścią drzewa, palmy, przebywał w oceanie i w lodzie arktycznym. Był częścią chmur i smagany wiatrem przenosił się z jednego końca świata na drugi. Był w skorupce jaja dinozaura, w mięśniu innego dinozaura i w płucach jeszcze innego. Dawno lat temu był nawet w kupce jakiegoś prehistorycznego żółwia, w sierści mamuta, liściu sosny. Pocił się nim średniowieczny rolnik, pił go (a potem wydalił) jakiś barokowy hrabia w peruce. Być może nawet, o zgrozo, pluł nim Adolf Hitler w czasie jednego ze swoich emocjonalnych przemówień, a potem stał się jakoś częścią ciała Jana Pawła II. Atomy się przenoszą się przecież w chmurach, deszczu, wietrze, poza tym oddychają nimi ludzie, którzy też się przemieszczają. A teraz ten sam atom jest u mnie, w moim ciele. Czy to nie fascynujące?

I w takim właśnie wnętrzu atomu wodoru żyją hipotetyczne istoty, zbudowane ze strun. Radośnie żyją sobie w dziesięciowymiarowej przestrzeni. Dla nich wszystko jest inne. Być może stworzyły zaawansowaną cywilizację, skomplikowaną filozofię, a ich matematyka i fizyka przerastają nasze o miliony lat. Ale czas ich życia jest krótki. Takie istotki żyją sobie ledwie kilka nanosekund. Dla nich jednak to całe dziesięciolecia. My zaś z kolei jesteśmy dla nich (o ile są w stanie nas dostrzec) odwiecznymi posągami. Nasza sekunda trwa dla nich miliardy lat. A światło, które zapalam dosłownie na minutę, trwa dla nich wieczność. O ile tylko będą w stanie to światło dostrzec, bo fala świetlna jest miliardy raz dłuższa od strun, w których oni, nieświadomi zupełnie słońca, dinozaura, Jana Pawła II ani mnie, żyją.

 

156. Przypadek pana Yarona Cohena 17 wrzesień 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Nauka, refleksje, społeczeństwo — HaeS @ 5:23 pm

Dzisiaj ze mnie wyjdzie trochę ksenosob. Ale co mi tam. Piszę, bo się wkurzyłem jak to usunęli mój komentarz. Nie dalej jak tydzień temu na YouTube oglądałem piosenkę “Diva”, którą niejaki Yaron Cohen podbił świat kilka lat temu, wygrawszy uprzednio po jej ząśpiewaniu konkurs Eurowizji. Związana z tym jest dodatkowa ciekawostka – Yaron poddał się serii operacji, w wyniku których utracił genitalia, kazał sobie za to doprawić sporej wielkości biust. Dodatkowo ubiera się, czesze i maluje jak kobieta, a że (dzięki kuracji hormonalnej) figurę ma smukłą i powabną, a głos dość wysoki, miękki i aksamitny, wygląda praktycznie jak kobieta. Nawet, nie powiem, dość atrakcyjna kobieta. Przyjął zatem pseudonim artystyczny Dana International i – już jako “kobieta” zdobył popularność na całym świecie. Talent i urodę Yarona ocenić możecie sami:

Na YouTube jest mnóstwo komentarzy na ten temat, większość odnosi się do samej piosenki (do której osobiście nic nie mam) czy talentu piosenkarza (którego również się nie czepiam, bo się na tym nie znam). Postanowiłem dorzucić oliwy do ognia i uświadomiłem ludziom, którzy masowo wypisywali jak “SHE” ładnie śpiewa i jaki to “SHE” ma talent. W miarę kulturalnie, bardziej po angielskiemu niż po angielsku napisałem co myślę – jakim się urodzisz, takim umrzesz i że to nie żadna “SHE”, tylko najprawdziwszy w świecie “HE”, niezależnie od tego jak wygląda.

Dzisiaj patrzę – komentarz znikł. Po prostu znikł. Co prawda znalazła się jedna odpowiedź (że niby jestem niemyślący), ale samego komentarza nie ma nigdzie i ani grzebanie z datami, ani z filtrem “jakości” komentarza nic nie pomogło. Wyparował. Czyżby mój pogląd został jakoś ocenzurowany?

Co nie zmienia moich zapatrywań w tej kwestii. Z drugiej strony (jeszcze bardziej dobitny przykład) – na gazeta.pl przez jakiś czas ukazywała się seria artykułów o mężczyźnie w ciąży. Zaczęło się od tego, że ów mężczyzna (nie pamiętam już imienia) jest w ciąży, potem że mężczyzna urodził, a na koniec – że będzie film oparty na jego życiorysie. Redaktorzy gazety, słynący z bardzo liberalnych przekonań i swobodnym podejściu do tego typu tematów, jedynie mimochodem wspominali za każdym razem, że ów mężczyzna to tak naprawdę, kolokwialnie rzecz ujmując, baba bez cycków, za to z wackiem. Po prostu rzeczona pani poddała się zabiegowi zmiany płci, darując sobie jednak etap zwany histerektomią, a polegający na usunięciu macicy, jajników i wszystkich innych kobiecych narządów wewnętrznych. Oto i całe rozwiązanie zagadki “mężczyzny” rodzącego dzieci. Na pytanie o płeć tej osoby proszę odpowiedzieć sobie samemu.

Z płcią nie jest tak prosto. Niby wyróżnia się jakieś pierwszorzędne cechy płciowe (obecnośc jąder/jajników), cechy drugorzędne (pozostałe narządy płciowe, szczególnie zewnętrzne) no i cechy trzeciorzędne (zarost, głos, jabłko Adama, figura itd). Wydaje sie, ze po usunieciu pierwszo i drugorzednych cech oraz po zmianie trzeciorzednych z meskich na zenskie, wszystko jest OK, ale przeciez tak naprawde płeć jest zapisana w genach i za wyjątkiem hermafrodytów, każdy z nas posiada swoją płeć genetyczną Gdyby nieświadom sprawy genetyk wziął pod lupę komórkę Yarona, przejrzał jego wszystkie chromosomy, zbadał jakieś guaniny, cytozyny i milion innych pierdół, rzekłby ze 100% pewnością: TO JEST FACET. Gdyby w tej chwili wziąć komórkę z np. podniebienia Yarona i odpowiednio ją “obrobić”, aby można było ją sklonować, w wyniku takiej operacji urodziłby się chłopiec. Jeżeli za 1000 lat archeolodzy odkryją grób Yarona, powiedzą: to jest szkielet mężczyzny. A że Yaron poddał się serii operacji? No cóż, nikt chyba nie będzie twierdzić, że gdyby Yaronowi dorobiono świńskie uszy, świński nos i 8 świńskich cycków, to byłby świnką. Albo jeszcze lepiej, gdyby przerobić mu nieco twarz, wydłużyć operacyjnie ręce, zmodyfikować nieco kształt dłoni i stóp i hormonalnie owłosić całe jego ciało, stałby się nagle szympansem. Żadna fizyczna przemiana nie sprawi, że człowiek stanie się kimś innym niż jest. No i jeszcze jeden przykład: nikt nie twierdzi, że Michael Jackson należy do rasy białej.

Ja wiem, wiem. Upraszczam wszystko. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze bowiem kolejny czynnik (kto wie czy nie najważniejszy) – psychiczna identyfikacja płciowa. Jeżeli Yaron czuje się kobietą, posiada drugo i trzeciorzędne cechy płciowe kobiece i chce, żeby do niego mówić Sharon, to może nawet tak jest lepiej, skoro czuje się on z tym dobrze.

Ale z drugiej strony – czy uproszczeniem nie jest bezkrytyczne przyjmowanie, że kilka operacji i zmiana imienia w urzędzie jest w stanie zmienić płeć człowieka? Pamiętajmy mimo wszystko, że możemy oszukać papier, możemy oszukać oczy i uszy, a kto wie – może i można penisa oszukać (nie zamierzam tego bynajmniej sprawdzać), ale natury się nie oszuka. Yaron urodził się mężczyzną i umrze mężczyzną. Przykro mi, nie ma sposobu, aby zmienić płeć człowieka, można co najwyżej bawić się w udawanie i przebieranki.

Nie mam w sumie nic przeciwko takim operacjom, być może one dużo dają panom i paniom, którzy fizycznie upodabniają się do osobników płci przeciwnej i może faktycznie im to jest potrzebne – jeżeli tak, to niech tam sobie robią. Niemniej jednak, warto mieć świadomość, że płeć mamy tylko jedną. Od urodzenia i na stałe.

Zanim definitywnie skończę – jeszcze jedna rzecz. Żeby naprawdę solidnie problem ocenić, trzeba byłoby jeszcze dokładniej przyjrzeć się pojęciom “mężczyzna” i “kobieta”, aby zobaczyć, że pojęcia te (podobnie jak miliony innych pojęć) są jedynie pojęciami wytworzonymi przez naszą cywilizację, a granica między nimi, na pozór wyraźna, tak naprawdę jest płynna, a tak w ogóle to dzielenie ludzi na mężczyzn i kobiety jest bez sensu, bo każdy z nas jest przecież człowiekiem i to wystarczy, bez żadnych bliższych określeń jakiego typu człowiekiem ktoś jest. Problem ten opiszę dużo dokładniej w osobnym poście, który też jest w przygotowaniu (chociaż zapewne nieprędko ujrzy on światło dzienne, bo sporo tu jeszcze wątpliwości i znaków zapytania).

 

147. Boleslaw Poltorny Zapomniany 18 sierpień 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Nauka, historia — HaeS @ 12:43 pm

Uparcie cale zycie powtarzam, ze z historii jestem ciemny. W moim wypadku szkola niestety nie spelnila swojej roli i nie mam zielonego pojecia co to byly wojny punickie, kto z kim i o co bil sie w bitwie pod Warna albo tez czym sie rozni konfederacja barska i targowicka i co w to w ogole ta konfederacja jest. Kim u licha byl Ludwik Warynski? Co odbilo Sobieskiemu ze az pod Wieden sie wybral z Turkami walczyc? O co chodzilo w Rewolucji Francuskeij i Wojnie Secesyjnej? No i calosci obrazu mojej niewiedzy historycznej dopelnia wielka czarna dziura dotyczaca I Wojny Swiatowej. Moze nie powinienem wiecej pisac, aby sie nie kompromitowac.

Wrecz przeciwnie: czas sie zaczac rehabilitowac i nadrabiac zaleglosci. Wciagnelo mnie ostatnio wlasnie tak na historie, troszke sobie czytam. Fascynujaca rzec, jak to sie czyta rozne rzeczy i wszystko uklada sie w pewna wielka calosc, kawalki ukladanki same wchodza w odpowiednie miejsce. Poczytam np. troszke o reformacji Lutra i Henryka VIII, ale jednoczesnie tez, jakby przy okazji, ze szczatkowych informacji, w glowie zaczal ukladac mi sie (oczywiscie niepelny) Karola V Habsburga. Tak sam z siebie. Cudowna rzecz.

Poki mi sie ta fascynacja nie znudzi (a znudzi sie kiedys na pewno), nadrabiam zaleglosci, skupiajac sie jednak nie na datach i faktach, ale przyczynach i skutkach roznych wydarzen, przy okaji wylawiajac rozne ciekawostki, jak chociaz opowiesc o koszmarnej brzydocie Anny Jagiellonki, od ktorej uciekali wszyscy potencjalni malzonkowie (nie wiem czy to prawda, ze Henryk Walezy uciekl w dniu slubu, rezygnujac tym samym z panowania nad Polska), a jedyny chetny na jej wdzieki Stefan Batory stronil od niej jak mogl i dopiero kiedy zrezygnowala ona z egzekwowania malzenskich obowiazkow, ich zycie zaczelo ukladac sie w miare harmonijnie. Albo tez i opowiesc o sw. Kindze, ktora na przekor mezowi uparla sie, ze zostanie dziewica i nie pomagaly ani prosby, ani grozby meza, a na dodatek cala ta zenujaca sytuacja sprawila, ze Boleslaw V zostal nazwany Wstydliwym. Takich historyj jest wiecej, a ich wylawianie jest swietna zabawa. Poszukajcie sobie np. jak zmarl krol Stanislaw Leszczynski, bo o takich rzeczach sie nie mowi, a szkoda!

Inna sprawa to tez i obserwacja na jak ubogich zrodlach bazuja historycy. Na temat monarchi wczesnopiastowskiej wiemy naprawde niewiele, a nawet to, co wiemy z polskich i obcych kronik i rocznikow jest czesto kwestionowane. Oto mniej wiecej jak wyglada proces badawczy mediewisty:

Kronikarz niemiecki Thietmar pisze, ze ksiaze Boleslaw (Chrobry) przepedzil swoja druga zone (ktorej nawet imienia nie znamy!) i poslubil Emnilde, corke czcigodnego ksiecia Dobromira. Nic wiecej o Dobromirze nie wiemy, ale zaraz sie dowiemy.  Skad? Takie historyczne czary mary: Dobromir to imie zachodnioslowianskie. Czcigodny oznacza, ze jest wiary chrzescijanskiej. Emnilda to imie brzmiace troszke z niemiecka. Tak wiec -Eureka! Mamy. Dobromir byl ksieciem Luzyckim, bo tylko Luzyce wpasowuja sie w te ukladanke.

Tak niestety wyglada badanie starych dziejow. Trzeba szukac, analizowac kazde slowo, a potem jeszcze kiedy juz wszystko mniej wiecej wiemy, zastanawiac sie nad prawdomownoscia kronikarza, bo z tym tez roznie bywalo. Szczegolnie jezeli kronikarz zywil do jakiegos wladcy czy rodu panujacego uraze, co zdarzalo sie czesto, pojawiala sie tendencja do oczerniania danej osoby.

Na takim wlasnie jednym wielkim znaku zapytania oparte sa dzieje Polski od Siemomysla po Boleslawa Krzywoustego. Potem Gall Anonim, Kadlubek, Janko z Czarnkowa i Dlugosz mniej wiecej na biezaco nam relacjonuja wiekszosc faktow, ale i tak pewne niejasnosci pozostaja.

Rozpisalem sie nieludzko i ten wstep do posta jest wielokroc dluzszy anizeli to, o czym chcialem napisac. Mawia sie, ze miedzy MIeszkiem II Lambertem (nawiasem mowiac, kilka lat przed smiercia wykastrowanym, co tez jest rzadko wspominana ciekawostka), a Kazimierzem I Odnowicielem panowal inny wladca – niejaki Boleslaw Zapomniany, starszy brat Kazimierza. Nic o nim nie wiemy i stanowi on jedna wielka zadadke. Byc moze nawet w ogole nie istnial.  Niektorzy mowia, ze byl takowy, ale byl jednym z “poronionych ksiazat”, ktorych bylo wiele wiecej. Inni sugeruja, ze kronikarzowi pomylilo sie cos z Bezprymem, wczesniejsycm wladca Polski (czesto pomijanym w roznych opracowaniach). Inni – ze faktycznie, byl krol (krol, nie zaden ksiaze!) Boleslaw II zwany srogim badz okrutnym, ktory jednak za swoje przewinienia oprocz kary smierci, zostal tez, mowiac po orwellowsku, ewaporowowany, czyli po prostu zapomniany na zawsze.

Jest kilka poszlak, np. obszerna wzmianka w Kronice WIelkopolskiej czy tez to, ze gdzies tam nazwano Boleslawa Smialego Boleslawem III, a Krzywoutego – Boleslawem IV. Sa tez powody, by faktyzcnie przypuszcac ze Mieszko Lambert mial oprocz Kazimierza takze starszego syna Boleslawa. No, ale jak bylo naprawde – nie wiemy. I to jest fascynujace. Wszak jest tyle dziur i tyle luk w naszej historii, tyle znakow zapytania, ktore zapewne nigdy nie zostana zapelnione. Poczytac mozna sobie troszke na Wikipedii, a jeszcze wiecej – na forum historycy.org.

Ja jednak abstrahujac od faktow historycznych i argumentow przeciwnikow i zwolennikow istnienia Boleslawa, nie przyjmuje do wiadomosci, ze takiego wladcy nie bylo. To zbyt piekna i ciekawa historia, aby wlozyc ja miedzy bajki i warto ja powtarzac, chociazby w formie legendy, aby Boleslaw Zapomniany wraz z ksieciem Krakiem i Piastem Kolodziejem zajal nalezne miejsce w swiadomosci polskiego narodu. Jego zywot az prosi sie o to o jakas historical fiction – ksiazke, film czy serial, ktory oparty na tych jakze watlych historycznych podstawach, opowie nam o Boleslawie Zapomnianym, stworzy prawdziwa, gleboko postac polskiego okrutnego krola, przeciwnika wiary chrzescijasnkiej, buntownika i jatrzyciela, ktory wspiawszy sie na szczyty wladzy, zostaje zdradzony przez ktoregos z ciemiezonych dworzan, zabity i zapomniany na zawsze, a wladze po nim obejmuje dobry ksiaze Kazimierz. Pole do manewru dla artysty jest naprawde ogromne, bo o Boleslawie Zapomnianym (i w ogole o latach jego mniemanych rzadow) wiemy doprawdy niewiele.

Tak wiec zawsze kiedy mowimy o Boleslawie I Chrobrym i Boleslawie II Smialym, pamietajmy, ze mozna jeszcze gdzies tam miedzy nich wscisnac (oprocz ma sie rozumiec Kazimierza Odnowiciela) jeszcze Boleslawa “poltornego” (I i I/II) Zapomnianego.

 

111. …a myślałem, że takie rzeczy to tylko w Erze i w bajkach. 3 maj 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Nauka, Z życia — HaeS @ 2:05 pm
Tags:

Dziś spacerując wraz z moim piesem po trawniku, spojrzałem pod nogi. I nie wiem jak, ale w gąszczu co najmniej kilkudziesięciu identycznych na pierwszy rzut oka koniczynek, a w dodatku tak gęsto rosnących, że nawet z bliska ciężko odróżnić jedną od drugiej, od razu rzuciła mi się w oczy ONA. Nachyliłem się i stwierdziłem, że moja początkowa diagnoza była słuszna: oto znalazłem czterolistną koniczynę! Natychmiast nastąpiłem do aktu dewastacji środowiska naturalnego i zarekwirowałem matce naturze mutanta. Dowód znaleziska przedstawiam poniżej.

Przekonany dotychczas byłem, że takowe okazy istnieją tylko w bajkach i przesądach. Jak się okazuje, byłem w błędzie. Niezastąpiona w takich sytuacjach wikipedia twierdzi, że na 10 000 “normalnych” konicznynek przypada jedna czterolistna. Nieporównywalnie rzadziej zdarzają się okazy pięcio czy sześciolistne (mój kumpel znany z bogatej wyobraźni twierdzi, że znalazł właśnie taki pięciolistny okaz), zaś rekordzistka miała aż 18 liści. Przyczyny powstawania takich koniczynek nie są do końca znane, być może to jakaś przypadkowa mutacja, a może gen recesywny.

Niedługo cieszyłem się jednak swoim odkryciem Kilka godzin później koniczynka już zwiędla i trzeba było ją wyrzucić. Czyżby szczęście, które rzekomo takie koniczynki mają przynosić, było aż tak ulotne?

 

110. Trzy spojrzenia na “Solaris” 1 maj 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Film, Książki, Nauka, filozofia, refleksje — HaeS @ 4:40 pm

Często zastanawiam się czy istnieje życie w kosmosie. To jeden z moich ulubionych tematów w ostatnim czasie. Naukowcy, posługując się rachunkiem prawdopodobieństwa, bez wahania odpowiadają, że jest rzeczą statystycznie pewną, że nasza galaktyka, o reszcie wszechświata nie wspominając, niemal roi się od różnych form życia. Jednocześnie jednak bardzo często przytacza sie paradoks Fermiego, który zazwyczaj streszcza się trzema, jakże wymownymi słowami: “Gdzie oni są?”. Zaiste dziwne, że wszechświat, który powinien kipić od życia, jest pusty i niemy. Radioteleskopy nie odbierają żadnych sygnałów radiowych nadawanych przez obce cywilizacje, nie udowodniono wizyty żadnego obcego na naszej planecie, zaś fabrykowane masowo przez Danikena i pokrewnych mu grafomanów książki przestawiające “dowody” na kontakty z obcą cywilizacją w odległej przeszłości wywołują u bardziej refleksyjnych czytelników poczucie zażenowania.

Ponieważ nie znamy żadnej alternatywnej (w stosunku do ziemskiej) formy życia w Kosmosie, wszystkie nasze wyobrażenia opieramy na tym, co już znamy, czyli na nas. Właśnie dlatego w filmach SF tak wiele jest istot humanoidalnych. Wychowani na Star Treku i Babylonie, wyobrażamy sobie, że kosmici wyglądają jak ludzie, mówią po angielsku, a od nas różnią się w najgorszym wypadku ilością plamek i wystających kości na głowie. Klingonowie z pierwszego Star Treka czy Sabaceni z Farscape’a nie różnią się nawet tym – na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie jak ludzie. Przyczyną takiego stanu rzeczy (oprócz wyobraźni autorów pozostającej w stanie szczątkowym) jest aspekt techniczny – łatwiej bowiem jest domalować aktorowi kilka plamek na czole niż stworzyć kosmitę z prawdziwego zdarzenia. Co nie zmienia faktu, że tzw. humanoidy to z naukowego punktu widzenia bzdura totalna, a jeśli dołożymy do tego jeszcze powszechną w filmach i serialach możliwość krzyżowania ludzi z odpowiadającymi im gatunkami z obcych planet, pozostaje jedynie chwila ciszy, refleksji i żalu nad zagubioną gdzieś przed laty inteligencją ludzi tworzących takie banialuki. Nie wspominam już o tępym plebsie, który łyka ten chłam bez zmrużenia oka.

Ci z nas, którzy umieją odrzucić od siebie stereotyp kosmity wyglądającego niemal identycznie, jak człowiek, nadal jakoś nie umieją wyjść ponad pewne ramy myślowe. Na takich właśnie utartych schematach oparto istoty pozornie zupełnie obce, ale tak naprawdę wzorowane na zwierzętach z naszej planety – np. obcego z filmu “Alien” czy brainsuckera z serialu Babylon 5. Kształty owych stworzeń, ich dziwaczne narządy i zwyczaje (jak np. kwas zamiast krwi czy żywienie się falami mózgowymi) faktycznie sprawiają, że istota wygląda na obcą. Ale czy na pewno? Do mnie akurat nie do końca to przemawia i niezależnie od liczby odnóży, kształtu szczęk i koloru krwi widzę cały czas głęboką inspirację ziemskimi formami życia. W odróżnieniu jednak od mojej dezaprobaty dla efektów pracy twórczej osób odpowiedzialnych za pojawienie się w uniwersach SF humanoidów, nie potępiałbym twórców istot takich jak Obcy. Starają się jak mogą, aby ich stworzenia wyglądały tak obco jak to tylko możliwe, uatrakcyjniając je o coraz bardziej wymyślne cechy. To o wiele ambitniejsze zadanie aniżeli danie aktorowi pary fioletowych szkieł kontaktowych i plastikowej nasadki na głowę.

O kroczek dalej idą ci scenarzyści filmowi i pisarze, którzy nie bawią się w naśladowanie dużych zwierząt, ale mikrobów. Jednak i tu istoty obce są za mało obce. Mało, że po dokładnym oglądzie okazuje się, że posiadają DNA, to jeszcze na ogół wchodzą w reakcję z ludzkim organizmem – zupełnie tak, jak infekty ziemskie. Na jakiej zatem podstawie bohaterowie filmu czy serialu twierdza, że owe zarazki są pozaziemskie?

Jak widzimy, autorzy SF nie do końca radzą sobie z tworzeniem obcych tak, aby było to z jednej strony interesujące, z drugiej wiarygodne. Jak dotychczas ledwie kilkukrotnie natknąłem się na stricte naukowe idee przedstawiające pozaziemskie istoty – jedna z nich, dotyczy krzemowych kryształów, rosnących na powierzchni planety i przypominających nieco krzaki, druga zaś – istot żyjących w koronach gwiazd. Obie przedstawiają coś, czego na ziemi nie ma i tak obce, że aż trudne do wyobrażenia. I to jest właśnie fascynujące.

SPOJRZENIE PIERWSZE: KSIĄŻKA STANISŁAWA LEMA

Przekonanie o obcości obcych oraz odraza do idei humanoidalnych kosmitów – to dwie cechy które łączą mnie z genialnym polskim pisarzem Stanisławem Lemem. Uchybieniem dla inteligencji czytelnika byłoby tłumaczenie w tym miejscu kim był Stanisław Lem, bo to człowiek zewsząd znany, ikona polskiego (i nie tylko polskiego) fantastycznonaukowego pisarstwa. No właśnie – fantastycznonaukowego. W odróżnieniu od tysięcy innych pisarzy czy scenarzystów, bujających w obłokach absurdu, Lem jak najbardziej poważnie podszedł do terminu “fantastyczno-NAUKOWY” (nacisk na drugi człon celowy) i unikał radosnej twórczości pozbawionej naukowej refleksji.

Dlatego też z przyjemnością przeczytałem jego “Solaris”. Po raz pierwszy w filmie czy literaturze spotkałem istotę naprawdę obcą. Istotę, której istnienie jestem w stanie zaakceptować, przy której poznawaniu nie prychnąłem z pogardą dla małej wyobraźni autora ani nie kiwałem z niedowierzaniem głową jak to zwykłem robić po tym, kiedy twórca przedstawia coś głupszego aniżeli sięga moje wyobrażenie głupoty. Formę życia tak odstającą od naszych wyobrażeń o istotach pozaziemskich, że większośc z nas odrzuci ją bez wahania. Istotą tą bowiem jest… cała planeta – tytułowa Solaris. A w zasadzie nie tyle planeta, co pokrywający ją cytoplazmatyczny ocean. Ocean zdaje się żyć własnym życiem, jest w ciągłym ruchu, a na jego powierzchni co rusz pojawiają się i znikają fascynujące twory – długonie, mimoidy, symetriady, asymetriady oraz kilka innych, których nazw nie pomnę. Nie są one tworzone przez proste zjawiska fizyczne, ale zdają się być jakimiś przejawami aktywności tej planety. Powstają celowo i każda z nich ma do spełnienia jakieś zadanie…

Nawiązanie kontaktu z takim wielkim planetarnym mózgiem jest bardzo trudne, żeby nie rzec – niemożliwe. Wszak Solaris jest sama i samotna, istnieje dla siebie. Nie posiadając żadnych towarzyszy swojego żywota, od samego swojego powstania będąc jedyną znaną sobie istotą, nie zdołała w sobie wytworzyć żadnych zdolności społecznych, żadnej potrzeby kontaktu z kimkolwiek. To jeszcze bardziej przeraża, ale jednocześnie pokazuje, jak obcą nam istotą jest Solaris. Trudno wyobrazić sobie jeszcze bardziej odstającą od naszego wyobrażenia formę życia – chwała za to Lemowi!

Oprócz rozległego wątku dotyczącego historii eksploracji i badań nad tą niezwykłą żyjącą planetą, Lem wprowadził także wątek traktujący o tym, co dzieje się z trójką astronautów mieszkających w orbitującej nad nią stacji kosmicznej. Zaczynają oni bowiem widywać dziwne rzeczy, ludzi, którzy przebywających gdzieś zupełnie daleko, a nawet nieżyjących. Jedną z nich jest Harey, zmarła przed laty żona głównego bohatera. Wydaje się, że właśnie tym wątkiem Lem ukręcił sam na siebie bicz, który zabił obie ekranizacje powieści.

Solaris doczekał się bowiem dwóch ekranizacji. Co ciekawe i ważne, budujące i druzgoczące zarazem, żadna z tych ekranizacji nie jest polska. Budujące – bo to jawny dowód na to, że Stanisław Lem zdobył uznanie za granicą, włączony został do kanonu wielkich pisarzy SF i szanowanych postaci z tego środowiska. Druzgoczące – bo świadczy to o poziomie polskiej kinematografii, która potrafi po raz milionowy wałkować jeden i ten sam wątek w kolejnych hitach będących ekranizacjami powieści Grocholi, ale nie umie wziąć się za ekranizacje wielkiego dzieła największego polskiego pisarza SF. W ogóle polskie kino SF leży i kwiczy. Jeżeli odrzucimy “Pana Kleksa w Kosmosie”, który to film SF żadną miarą kwalifikować się nie może, okazuje się, że od czasu świetnej swoją drogą “Seksmisji” nie nakręciliśmy ani jednego filmu SF. Tak więc musimy zadowolić się wspomnianym Panem Kleksem, tudzież “Reksiem w Kosmosie”. Szkoda, że polscy twórcy filmowi nie dostrzegają ogromnego potencjału w powieściach Lema, z drugiej jednak strony – po wszelakich “Wiedźminach”, “Quo Vadisach” i wysokobudżetowych polskich filmach widzimy, że superprodukcje w naszym rodzimym wydaniu spotykają się z ostrą krytyką widowni, dodajmy jeszcze, że nierzadko uzasadnioną. Pozostańmy zatem może przy kolejnych powieściach Grocholi. Kilka jeszcze zostało do zekranizowania. Niechaj plebs się cieszy i raduje obserwując amory Judyty z kimśtam, a elita… no, elita zasiądzie przed radzieckim i amerykańskim Solarisem.

SPOJRZENIE DRUGIE: FILM ANDRIEJA TARKOWSKIEGO

Pierwszym reżyserem, który podjął się realizacji trudnego jak się wydaje w ekranizacji Solarisa był rosyjski reżyser Andriej Arseniewicz Tarkowski. Tu drobna dygresja. Przypomina mi się bowiem jak na studiach w trakcie wykładu z fizyki profesor uświadamiał nas, że Nikola Tesla był Chorwatem. I pokreślał z całą stanowczością – CHORWATEM. A nie żadnym Jugosłowianinem. Toteż przestrzegam przed robieniem z Tarkowskiego reżysera radzieckiego.

A film… no cóż. Wszystkich, którzy chcieliby obejrzeć jego Solarisa z 1972 muszę ostrzec. Tarkowski to nie był rosyjski Spielberg. Bliżej mu raczej do Kieślowskiego czy Bergmana. Możemy zatem spodziewać się charakterystycznych dla tego typu kina zabiegów reżyserskich; przygotować trzeba się na dłużyzny, sceny w których nic się nie dzieje, momenty, kiedy patrzymy minutę na twarz bohatera kiedy ten zastanawia się co powiedzieć itd. Charakterystyczną cechą tego typu filmów jest też i to, że cała akcję można streścić w formie trzyminutowej wypowiedzi. Nie jestem fanem takiego kina, chociaż od czasu do czasu tego typu film sobie obejrzę ponieważ uważam, że obrazy takie niosą ze sobą pewną dawkę ekspesji, wyciszają i uwrażliwiają. No, ale jak rzekłem – od czasu do czasu i to raczej długiego czasu.

Tarkowski w swoim “Solarisie” wyraźnie spłaszczył i okroił wątek, który mnie akurat najbardziej interesował i który zajmował nieco ponad połowę książki – wątek badań prowadzonych na Solarisie, tudzież rozlicznych teorii na temat tej planety oraz jej zachowań. Od czasu do czasu oczywiście następuje nawiązanie do fragmentów powieści traktujących na ten temat (a nawet nawiązań tych jest dość dużo), jednak najwięcej ekranowego czasu zajmuje pokazywanie relacji między Chrisem, a Harey, tudzież nasączone filozofią rozmowy między bohaterami. W pamięć zapada dialog, w którym Snaut mówi: “My nie szukamy kosmosu – chcemy jedynie poszerzyć ziemię”, nawiązując do strachu przed nieznanym, niechęci do jakichkolwiek odkryć (takich jak choćby te na Solarisie) oraz predyspozycji ludzkości do duszenia się we własnym sosie i zamykania na wszystko to, co obce i nieznane.

Szczerze mówiąc, nie leży mi zbytnio ten film. Długi, nudny i taki właśnie bergmanowski. Ale to rzecz gustu. Wielu jest takich, którzy uważają ekranizację Tarkowskiego za intrygujące i inspirujące arcydzieło, perełkę sowieckiego kina. Rzecz gustu. Nadmienię jeszcze, że Lem również był delikatnie rzecz ujmując średnio zadowolony.

SPOJRZENIE TRZECIE: FILM STEVENA SODERBERGHA

Jeśli chodzi o film Soderbergha z 2002 (zwany powszechnie “Solarisem z Clooneyem”)… no cóż, powiem tak: ten to dopiero poszalał! O ile Tarkowski przeniósł wyraźnie punkt ciężkości z zagadkowości i tajemniczości planety na relacje psychologiczne między głównym bohaterem, a jego żoną, to twórca amerykańskiej wersji poszedł na całość, wywalając z książki wszystko to, co ma bezpośredni związek z badaniami i naturą planety, zostawiając jedynie znaną z powieści czwórkę bohaterów, zmieniając jednak ich nazwiska, a nawet płeć – np. z Santoriusa zrobiono nam czarnoskórą dr Gordon. Praktycznie cały film oparto na skomplikowanej (i dodajmy od razu – nudnej) analizie stosunków między Chrisem i Harey… e, to znaczy chciałem rzec: Chrisem, a Rheą, bo tak Soderbergh ochrzcił żonę głównego bohatera. Pobawił się przy tym w kilka nowych szczegółów – sporo filmowego czasu zajmuje pokazanie (w formie retrospekcji) życia na Ziemi Chrisa i Rhei, dowiadujemy się m.in. jak się poznali, o powodach rozstania itd. Wszystko sprowadza się ogólnie do tego, że Chrisa trapią wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności za śmierć Harey i boi się teraz ją stracić drugi raz. O samej jednak planecie Solaris, której opis zajął – przypominam jeszcze raz – ponad pół książki, w filmie nie ma ani słowa. Jedynie od czasu do czasu pokazano jej tajemniczą powierzchnię sugerując jakby, że to ona jest przyczyną wszystkich zwidów na stacji. Dużo kontrowersji wywołać też może zakończenie. Abstrahując już od faktu, że ostatnich kilkanaście minut nijak nie ma się do tego, co mogliśmy przeczytać w książce, przyznać trzeba, że końcówka jest zawiła, zakręcona i dająca wiele możliwości interpretacji. Mnie osobiście nie do końca to przekonuje i wydaje mi się naciągane i śmierdzące boską interwencją. Reżyser ma prawo do własnej interpretacji książki, wydaje się jednak, że tym razem przesadził.

Nie mogę jednak powiedzieć, że z Solarisa Soderbergh zrobił komercyjną, ckliwą miłosną kaszanę… Wręcz przeciwnie – mamy film wysmakowany, przemyślany, nowatorski i daleki od klasycznej holywoodzkiej tandety. Co nie zmienia faktu, że nudny i niewiele mający wspólnego z książkowym oryginałem. Sam Lem nigdy nie go obejrzał, zaś na podstawie prasowych recenzji stwierdził, że film niegodzien jest nosić tytuł Solaris i winien raczej być nazwany “Love in the outer space”. To mówi samo za siebie…

Podsumowując: Książka “Solaris” to rewelacja. Już kombinuję własny egzemplarz i polecam wszystkim szukającym w SF czegoś ponad utarte schematy. Jeżeli chodzi o filmy… nie sądzę, abym w przeciągu najbliższych kilku(nastu) lat do któregokolwiek z nich wrócił. Nie uwzględniają one bowiem akurat tego, co mnie w “Solarisie” zafascynowało najbardziej – daremnej próby kontaktu z istotą, która być może jest równie inteligentna jak my, ale jednocześnie jest od nas bardzo różna pod każdym względem. To, co stanowiło siłę książki, zostało z filmów wydarte. A szkoda.

 

99. Czy jesteśmy sami we Wszechświecie? 12 kwiecień 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Książki, Nauka — HaeS @ 10:25 am

Książka pod tym tytułem kupiona została przeze mnie z przeceny, za jedyne 5,40 zł. Oryginalnie kosztowała 35 zł, z nieznanych mi bliżej przyczyn znalazła się w koszyku z napisem “szajs, którego nikt nie chce kupić” wraz ze starymi płytami Britney Spears, zbiorem jakże ambitnych powieści z cyklu Harlequin(swoją drogą od ok. 10 lat obiecuję sobie, że przeczytam chociaż jednego Harlequina dla ogólnego oglądu sytuacji; jakoś wciąż mnie odpycha), tudzież innymi nieudanymi wytworami kultury.

Kupiłem z mieszanymi uczuciami; z reguły bowiem tego typu zakupy kończą się bolesnym zawodem i stwierdzeniem, że ludzie decydujący w marketach i księgarniach co ma być w koszu to jednak dobrzy fachowcy, znakomicie oddzielający ziarno od plew. Ale nie tym razem…

Książka ma podanych czterech autorów. Nie będę teraz przytaczał ich nazwisk, bo to czwórka francuskich naukowców, być może znanych ludziom interesujących się tymi sprawami, ale nigdy nie trafiających do telewizji czy do popularnej prasy. Dość nietypowa jest formuła – podzielono książkę na cztery równe części, w których są udzielane wywiady z owymi czterema dżentelmenami. Każdy z nich opowiada z grubsza o tym samym, skupiając się jednak na tych aspektach, które z racji wykonywanego zawodu najbardziej im są bliskie. Pierwszy pan zatem mówi o programie SETI, jego mechanizmie oraz o nadziejach z nim związanymi. Drugi skupia się na warunkach istniejących w kosmosie i tym, jakie jest prawdopodobieństwo tego, że powstało tam życie. Trzeci wybiega znacząco w przyszłość i pokazuje, jakich technologii mogliby używać Obcy i jakie za kilkaset lat być może będą dostępne nam. Wreszcie ostatni szuka definicji życia i pokazuje, że życie w kosmosie wcale nie musi być takie samo, jak to znane nam na ziemii.

Książka mi się sposobała z tego powodu, że autorzy (rozmówcy) preferują skrajnie racjonalne podejście. Nie dają się wciągnąć w spekulacje dotyczące odwiedzających nas latających spodków, piramid na Marsie ani kosmitów chcących zniszczyć nas jak w fimie Dzień Niepodległości. Nie rozbudzają nadziei na cuda, a przy każdej spekulacji balansującej na granicy nauki i fantazji, wyraźnie mówią, czy coś jest, czy nie jest możliwe oraz pod jakimi warunkami. Rzucają od czasu do czasu hasła – np. o istotach żyjących w nanoskali, dla których również czas uległ skurczeniu i których świat trwa kwadrylionowe części sekund, które dla nich jednak są niczym nasze miliardy lat, jednak za każdy razem albo daną tezę odrzucają, albo też mówią, że z powodu ograniczeń technologicznych (które będą do przeskoczenia w przyszłości) bądź fizycznych (których obejść się już nie da) nie jesteśmy w stanie wyjść z danym stwierdzeniem ponad poziom fantazji i spekulacji.

Opracowanie porusza wszystkie tematy, jakie mogą być związane z poszukiwaniem życia we wszechświecie – troszkę jest więc astrofizyki i kosmologii, troszkę teorii względności, socjologii, ewolucjonizmu, a nawet rachunku prawdopodobieństwa. Mieszają wszystko ze wszystkim, jednak w wysoce uporządkowany sposób, w taki sposób, aby nigdy nie wyjść poza ramy zdrowego rozsądku. Ani razu nie pada zatem stwierdzenie o podróżach z prędkością Warp (przykra wiadomość dla fanów Star Treka; jedyną prędkością, na jaką możemy liczyć w przeciągu najblizszych kilku tysięcy lat moze być góra 10% prędkości światła), zaś czas, w którym uda nam się skolonizować naszą galaktykę oszacowano na jakieś 50 mln lat (to jeszcze gorsza wiadomośc dla fanów Star Treka w którym już w XXIV w. śmigamy przez galaktykę w lewo i w prawo). Wspomina się też gdzieniegdzie o futurystycznych sposobach podróżowania – wielkim żaglu napędzanym energią słoneczną, napędzaniem przez wodór pozyskiwany z przestrzeni międzygwiednej itd. Jak jednak wspomniałem, zawsze z rozsądkiem, rozwagą i podając naukowe argumenty. Odrzuca się zatem w najbliższym czasie m.in. podróżowanie za pomocą antymaterii. Nawet podróż na Marsa wydaje się być bardziej skomplikowana aniżeli większość z nas sobie wyobraża.

Naukowcy mówią wprost i pozbawiają nas złudzeń: na dzień dzisiejszy nie ma żadnych powodów, aby przypuszczać, że gdziekolwiek we wszechświecie istnieje życie. Nie wykluczają oczywiście takiej opcji, ale w róznych postaciach przytaczany jest paradoks Fermiego, co sprawia, że wymowa ksiązki jednak jest pesymistyczna. Ale i tak szczerze polecam tym, którzy chociaz odrobinkę się tą tematyka interesuja.

 

70. Krótka Historia Czasu 6 luty 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Książki, Nauka, filozofia — HaeS @ 9:03 am
83-7150-308-3.jpg

Z ksiązką tą zetknąłem się już ponad rok temu i wówczas mnie zafascynowała. Jako że nareszcie stałem się posiadaczem własnego egzemplarza, przeczytałem po raz drugi, przekonując się, że rozumiem więcej niż poprzednio, ale wciąż jeszcze nie wszystko.

O co w tym wszystkim chodzi? Stephena Hawkinga zna przerażająca większość z nas. Nawet jeśli komuś to nazwisko jest zupełnie obce, to zgodnie z hipotezą twierdzącą, że jeden obraz mówi więcej niż tysiąc słów, zamieszczam jego zdjęcie.

images.jpeg

I co, wygląda znajomo? Z Hawkingiem związane są moje dwie refleksje. Pierwsza jest taka, że powiedzmy 200 lat temu nic by w życiu nie osiągnął. Może za młodu sformułowałby kilka genialnych teorii, potem jednak popadł w chorobę (przypominam – cierpi na stwardnienie zanikowe boczne) i cokolwiek utworzyłoby się w jego wybitnym umyśle, zostałoby tam do jego śmierci, która nastąpiłaby zapewne dość rychło. Hawking to fascynujący przykład odnośnie tego, jakiego postępu dokonała medycyna. Druga myśl jest taka, że bohatera podobnego do Hawkinga – absolutnego geniusza uwięzionego w kalekim ciele widziałbym w głównej roli w jakimś filmie/powieści. Mrocznym, tajemniczym i sugerującym istnienie wyższych sił, które widząc że stworzyły człowieka gotowego wyrwać ich tajemnice, postanowiły doprowadzić jego ciało do takiego stanu, aby mu to maksymalnie utrudnić. No, ale do rzeczy, bo wszak o książce mam pisać, a nie o Hawkingu.

Książka składa się z 11 rozdziałów (nie licząc ciekawego, chociaż ni w dupę ni w oko pasującego do reszty dodatku składającego się z ciekawostek z życia Einsteina, Galileusza i Newtona). Hawking omawia w niej historię poznawania wszechświata – od tego, jak Grecy odkryli że Ziemia jest okrągła oraz ówczesnych kontrowersji na temat ptomeleuszowskiej wizji świata, poprzez Kopernika, Galileusza, Newtona, Einsteina, Bohra i Rutheforda, a później przez odkrycie promieniowania tła i kwazarów, aż po zupełnie nowoczesne i pokręcone teorie o czarnych dziurach, superstrunach i wszechświecie bez brzegów. Rzeczy trudne i abstrakcyjne, wykraczające niejednokrotnie poza obszar zainteresowań przeciętnego człowieka, a już na pewno poza obszar zastosowań praktycznych. No bo po cóż mi wiedzieć, że czarna dziura może stać się supertanią i ultrawydajną elektrownią skoro sporym problemem byłoby sprowadzenie takowej w pobliże Ziemi (nie wspominając już o bezpieczeństwie układu słonecznego).

Hawking ma jednak bardzo ciekawy styl pisania. Jak sam podkreślił we wstępie ma świadomość, że każde zawarte w książce równanie odstarszy połowę potencjalnych czytelników. Dlatego stara się pisać prosto i zrozumiale. I przyznaję, udaje mu się to. Co prawda, przyznaję się bez bicia, nie wszystko zrozumiałem (o co kurcze chodzi z tą sumą po historiach?), jednak wiele zagadnień dzięki “Krótkiej historii czasu” stało mi się albo bliższymi, albo też w ogóle znajomymi. Znakomicie zdaję sobie sprawę, że o niektórych rzeczach po prostu nie można pisać prosto, a zagadnienia związane z budową wszechświata z całą pewnością do nich należą.

Mimo wszystko, uważam, że dla każdego kto ukończył liceum (a może nawet dla co zdolniejszych uczniów), a tym bardziej szkołę wyższą (najlepiej na kierunku ścisłym; wszystko jedno jakim) książka będzie dość zrozumiała, przynajmniej w najważniejszych kwestiach – tak, aby sobie ramowo, bez wchodzenia w szczegóły, wyrobić pogląd na to, o co temu Hawkigowi tutaj chodzi.

Za najbardziej fascynujący wniosek z “KHCz” uznaję fakt, że aby wytłumaczyć wydarzenia wielkoskalowe (Wielki Wybuch, oddziaływania grawitacyjne między galaktykami, czarne dziury) należy dogłębnie zbadać i zrozumieć pewne rzeczy w małej skali – jak na przykład budowę atomu, wiązania między kwarkami czy też co się dzieje kiedy elektron przeskakuje z jednej powłoki na drugą. I że dzięki temu paradoksowi wszystkie siły w fizyce idzie zapisać jednym zgrabnym równaniem. Tyle tylko, że nikt jeszcze takowego nie podał.

No cóż, książka pomimo tego, że dość trudna, to jednak jak najbardziej przyswajalna. Bardzo polecam i nie mogę się doczekać aż w moje wiecznie chwiwe łapska wpadnie inna książka Hawkinga “Wszechświat w Skorupce Orzecha”. Mam wrażenie, że będzie równie ciekawie.

 

66. 2001: Odyseja Kosmiczna (recenzja filmu + kupa przemyśleń na tematy różne, od nauki po politykę) 19 styczeń 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film, Nauka, społeczeństwo — HaeS @ 11:10 am

W 1957 roku Rosjanie wysłali w orbitę okołoziemską pierwszego sztucznego satelitę. W 1959 roku – już mieli fotografie ciemnej strony księżyca. Już w 1961 w kosmos wysłano Gagarina. Króko po tym John Kennedy zdeklarował się, że do końca lat 60-tych człowiek wyląduje na Księżycu. W 1966 Rosjanom udało się wysłać na powierzchnię srebrnego globu Wostoka – co prawda bezzałogowego, ale jednak. A już w trzy lata później, w 1969 Edvin Aldrin miał zatknąć amerykańską flagę na księżycu.

Pierwsze lata podboju kosmosu miały błyskawiczne tempo. Lata 60-te to właśnie najbardziej intensywny okres dla ery kosmicznej. W drugiej połowie lat 60-tych wiadomo było, że już za chwilę człowiek wyląduje na księżycu. A potem będzie Mars, będą bazy księżycowe, a na początku XXI wieku ludzie zaczną latać w kierunku księżyców Jowisza. Tak właśnie myśleli Kubrick z Clarkiem, kiedy tworzyli “Odyseję Kosmiczną”. Twórcy Star Treka (który powstał w podobnym czasie) poszli jeszcze dalej. Już w XXIII wieku ludzie mieli podróżować między gwiazdami, kolonizować inne systemy gwiezdne, teleportować się i współżyć z innymi cywilizacjami.

Wizja, nie powiem, całkiem rozsądna. Inna sprawa, że znacząco wyhamowano z ideą podboju kosmosu. Bazę kosmiczną mamy, ale tylko jedną (Alfę, wcześniej była baza Mir) i to nie na księżycu, ale gdzieś tam na orbicie. W kosmicznej pustce wisi sobie teleskop Hubble’a oraz setki sztucznych satelitów. Na Księżycu od trzydziestu lat nikogo nie było (i póki co nikomu tam się nie spieszy). Nawet załogowa podróż na Marsa wciąż stoi jeszcze pod znakiem zapytania, zaś księżyce gazowych olbrzymów jeszcze ze 100 lat (a może i dłużej) oglądać będziemy tylko przez teleskopy bądź ze zdjęć wysłanych przez automatyczne sondy.

No, ale taka wtedy była wizja i nie ma się co dziwić. Któż mógł przewidzieć, że wszystko tak wyhamuje? Janusz Korwin-Mikke zaraz pewnie by wyskoczył ze swoją teorią o konkurencji. I całkiem mądrą, nie powiem. Dopóki w kosmicznym wyścigu liczyli się Sowieci i Amerykanie, szli łeb w łeb. Później, po wylądowaniu na Księżycu, Sowieci jakby ucichli, chociaż ich dziełem była wszak stacja kosmiczna Mir. Być może w latach 70tych nie było jeszcze warunków technicznych, zaś od lat 80-tych ZSRR (a później Rosja) pogrążony był w głębokim kryzysie ekonomiczno-politycznym. Ale gdyby przy dzisiejszej technologii wciąż były dwie liczące się siły walczące np. o możliwość kolonizacji Marsa, pierwszy człowiek na Marsie stanąłby 10-20 lat temu, a dzisiaj stałaby tam już jakaś prymitywna baza (albo i dwie), sukcesywnie rozbudowywana. No, ale jest jak jest. Wspólnym wysiłkiem (chociaż głównie amerykańskim), powoli i mozolnie wybudowano stację kosmiczną Alfa. A za 30 lat, jak dobrze pójdzie, pierwszy człowiek stanie na Marsie. Proces zasiedlania Marsa nie zacznie się nigdy albo też za kilkaset lat.

Kultowy film Stanleya Kubricka powstał w 1968, czyli niemal w epicentrum złotej ery podboju kosmosu. Jak wspomniałem, reprezentuje całkiem logiczną jak na owe czasy wizję rozwoju lotów kosmicznych – w 2001 roku odbywa się pierwszy załogowy lot w kierunku Jowisza.

W filmie przewijają się dwa wątki. Pierwszy dotyczy tajemniczego monolitu w kształcie ogromnego, idealnie czarnego prostopadłościanu, prawodobnie będącego urządzeniem wytworzonym przez pozaziemską cywilizację. a raczej całej ich serii – jeden wylądował na Ziemii w czasach, kiedy ludzie wyglądali z grubsza jak goryle, drugi od kilku milionów lat znajduje się na Księżycu, a trzeci – w okolicach Jowisza. Czym jest ów monolit? Nie wiemy, ale wygląda na to, że czymś, co zdeterminowało fakt, że z małpoluda powstal myślący, świadomy człowiek. Czymś, co przyspieszyło naszą ewolucję Ale tak naprawdę to to pytanie musimy doczekać do końca filmu, aczkolwiek odpowiedź nie do końca mnie zadowala. Przyznać muszę, że jak na końcówkę tego filmu, to ja jestem zwyczajnie za głupi. Wolę jednak, kiedy coś jest wyłożone kawa na ławę.

Drugi wątek to zbuntowany komputer. HAL, główny komputer pokładowy na pokładzie statku Discovery, superinteligentny, świadomy i w pełni kontrolujący statek, doznaje jakby choroby psychicznej. Nie działa jak powinien, buntuje się i zaczyna zwalczać własną załogę. Wątek ten daje nam dwie kwestie do przemyślenia: pierwszą z nich odwieczne pytanie o to, czy byt będący sztuczną inteligencją naprawdę ma prawdziwe uczucia takie jak strach czy nienawiść; drugą – czy powierzanie komputerowi, choćby nie wiem jak doskonałemu, swojego życia i uzależnienie się od niego, jest dobrym pomysłem?

Film wyjąkowy z kilku względów. Niewiele w nim jest dialogów, za to sporo dłużyzn. Szczytem bezczelności ze strony Cubrica wydaje się moment, w którym w środku filmu przez ok. 3 minuty patrzymy się w czarny ekran i słuchamy muzyki. Sporo w ogóle jest scen, w których NIC się nie dzieje, a jedynie oglądamy jakąś mało wymowną scenkę (np. statek kosmiczny szybujący w przestrzeni) z urzekającą muzyką. Kiedy ogląda się film za pierwszym razem, sceny takie robią wrażenie i budują klimat. Obawiam się jednak, że za drugim, trzecim, piątym i dziesiątym obejrzeniem, wkurzałyby nieludzko i dlatego póki co do tego filmu nie powrócę.

Inną rzeczą wyrózniającą ten film z nawału innych produkcji SF, jest to, że to, że odyseja punkt ciężkości ma zdecydowanie bardziej po stronie “science” niż “fiction”. Wspomniałem już o bardzo prawdopodnej – jak na tamte czasy – wizji przyszłości. Ale oprócz tego, “2001: Odyseja Kosmincza” to jedyny znany mi film, w którym brak jest dźwięku w kosmosie, w którym widzimy i że w kosmosie jest coś takiego jak stan nieważkości (ach, te magnetyczne buty!). Jeżeli dodać do tego jeszcze to, że kosmonauta w kombinezonie słyszy swój oddech i bicie serca – tworzy się niesamowity, realistyczny i klimatyczny miks, którego próżno szukać gdziekolwiek indziej (no, może w filmie “2010: The year we make contact”).

Troszkę o wadach. Jak rzekłem, dłużyzny mnie nie rażą, razi mnie to niejasne zakończenie (zapewne nie tylko ja, ale 99% ludności jest na nie za głupie) oraz efekty specjalne. O ile przy starym “Star Treku” troszkę denerwują, to w przypadku odysei wręcz odpychają. Sztuczność czuć na kilometr. Bez dwóch zdań ktoś mógłby zrobić ’special edition’ tego filmu i zrobić efekty specjalne (szczególnie te z końcówki filmu) od nowa, tudzież podmienić to, co widzimy na ekranach monitorów, bo mi wszystko jakoś komputerami 8-bitowymi zalatuje.

Mimo wszystko – bardzo inteligentny kawałek klasyki, lektura obowiązkowa dla każdego!

 

45. O Star Treku po raz drugi, a przy okazji o postępie techonologicznym i moim poglądzie na kosmitów. 20 listopad 2007 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Nauka, Seriale, refleksje — HaeS @ 5:33 pm

Oglądam od jakiegos czasu “Star Treka”. Przypominam, że nie mówię tu o Voyagerze, Enterprisie, Deep Space czy też tych odcinach z tym łysym kapitanem Pickardem, tylko o tym Star Treku z lat 60-tych, od którego wszystko się zaczęło. Poprzednio pisałem z umiarkowanym entuzjazmem i moje odczucia generalnie się nie zmieniły, jednak tym razem chciałem zwrócić uwagę na kilka szczegółów i niuansów, jakie wynikają ze zderzenia mnie, osoby wychowanej na przełomie wieków z tym wiekowym (no i wiekopomnym również) dziełem.

Po pierwsze – wizja przyszłości zaprezentowana w “Star Treku” nieco odbiega od dzisiejszej wizji. Nikt widocznie nie przewidział w jakim kierunku postąpi rozwój technologii. Co prawda bohaterowie korzystają z teleportów, phaeserów, gadających inteligentnych komputerów i napędów warp (i nie jest powiedziane, że tych rzeczy ludzkość wcześniej czy później nie wytworzy), a nawet mają przy sobie prymitywne komunikatory, podobne nieco w funkcji (a nawet z grubsza w wyglądzie) do telefonów komórkowych. Wówczas wizja posiadania osobistego komunikatora przy sobie była tak nieziemska i cudowna, że widzowie zapewne patrzyli z zachwytem na to cudo, wyobrażając sobie, że dopiero za kilkaset lat będziemy mieli dostęp do takiej technologii. Dzisiejsi widzowie patrząc na komunikatory, wzdychają jedynie z politowaniem, kwitujac “co za cegła!”. Podobnie ma się sprawa z innymi urządzeniami pełne one są wielgachnych diód, gałek i pokręteł, przypominając nieco radia żywcem wyjęte z PRL-u. Żadnych wyświetlaczy LCD, paneli dotykowych, żadnego pędu do miniaturyzacji – wszystko jest wielgachne i niezbyt estetyczne. Komputery pomimo tego, że gadają pełnymi zdaniami ludzkim głosem i rozumieją nawet najbardziej abstrakcyjne polecenia, wyposażone są w prymitywne wyświetlacze o jakości grafiki zbliżonej do komputerów ośmiobitowych. Widać więc, że wizja technologii scenarzystów nie do końca się sprawdziła – niektóre rzeczy poszły do przodu dużo szybciej, niż ci się spodziewali, innych jednak (jak np. teleportacja czy napęd warp) zapewne nie doczekamy sie nawet i w XXIII czy XXIV wieku. No cóż, jak ktoś za 50 lat będzie oglądał jakiś dzisiejszy serial, zapewne będzie miał dokładnie te same zastrzeżenia.

Po drugie – kosmici. Tutaj mamy wolną amerykankę i zupełny brak realizmu. Nie jest to jednak bolączka tylko “Star Treka”. To samo przecież było w Farscapie czy Babylon5. Założenie twórców jest mniej więcej takie: kosmici to humanoidalne dwunożne istoty o anatomii bardzo zbliżonej do ludzi. Są podobnej wielkości, przystosowani do podobnej grawitacji i temperatury, odżywiają się tym samym, co ludzie, a oddychają atmosferą tlenowo-azotową. Co więcej, zbieżnośc ta jest tak olbrzymia, że mają skórę tego samego koloru (chociaz zdarzają się u nich także rasy czarne – kosmicznych azjatów jeszcze nie zauważyłem, ale zapewne wszystko przede mną), podobny układ włosów, zębów, palców itd, a róznią się zazwyczaj mało istotnymi szczegółami (uszy u Spocka to najlepszy przykład). Dokłada się do tego potem jakąś ciekawostkę anatomiczną, której nie widać – zieloną krew, trzy wątroby albo zdolności psioniczne no i mamy kosmitę gotowego. Aha, jeszcze bardzo ważne, żeby mówił po angielsku (aby nie przesadzać, twórcy dokładają do tego jakąś filozofię z elektronicznymi translatorami, ale niesmak i tak pozostaje). Oczywiście, różnie oni szanują wolność, demokrację, hierarchię służbową, patriotyzm, prawo i miliony innych bzdur, które wymyśliła sobie ludzkość.

Bezczelność scenarzystów jednak sięga jeszcze dalej: otóż oni sobie po prostu krzyżują gatunki z różnych planet. Wszak Spock jest synem Ziemianki i Volcana. Jak to możliwe – nie mam pojęcia, ale zapewniam was o jednym: jeśli kiedykolwiek w kosmosie znajdziemy humanoidalną istotę, to łatwiej będzie zrobić krzyżówkę człowieka z marchewką niż z tym kosmitą, który składa się z zupełnie innych substacji. Inteligencji kosmici (o ile istnieją), wyglądają zapewne zupełnie inaczej. Oparci na węglu bądź krzemie, mogą być znacznie mniejsi bądź więksi. Różnić mogą się nie tylko kolorem zewnętrznej powłoki (niekoniecznie skóry – może być np. łuska bądź twarda skorupa) czy owłosieniem (o ile takowe mają). Mogą oddychać inną atmosferą (np. dwutlenkiem węgla, metanem czy parą wodną), być przystosowanymi do innej grawitacji. Składają się zapewne z komórek, ale białka, aminokwasy, tłuszcze i inne substancje organiczne zupełnie różnią się od naszych. Ich DNA (chociaż też nie jest powiedziane, że posiadają taką informację w swoich komórkach) jest zupełnie różne od ludzkiego. Nie musza być stałocieplni.Mogą mieć po sześć odnóży – na czterech chodzą, dwóch kolejnych używają jak ręce. Mogą nie mieć otworu gębowego – mogą wsysać pokarm całym ciałem. Mogą nie mieć oczu – na całym ich ciele znajdować się mogą komórki światłoczułe, zaś niektóre rejony byłyby szczególnie wrażliwe na światło. Ich uszy mogą znajdować się na stopach – w ten sposób odbieraliby drgania gruntu. Może być tak, że żyją tylko w tempetaturze kilkuset stopni. Albo też i na odwrót, być może do życia potrzebują ciekłego metanu tak, jak i my potrzebujemy ciekłej wody – wtedy żyją w ekstremalnie niskich temperaturach. Różnice między ich językiem, a naszym zapewne są gigantyczne – pomijając to, że większości ich głosek zapewne byśmy nie usłyszeli (ultra i infradźwięki). Nawet założenie o dwóch płciach niekoniecznie jest słuszne.

Różnice pomiędzy różnymi gatunkami na Ziemi w zależności od środowiska, w którym żyją, są tak olbrzymie, że powinno to dać do myślenia scenarzystom i pisarzom SF. Co bowiem jeśli organizm żywy rozwija się głęboko pod powierzchnią planety, bez dostępu światła, w esktremalnie niskiej/wysokiej temperaturze? Co jeśli przyszłoby im rozwijać się w atmosferze metanowej, czysto azotowej, chlorowej albo jeszcze innej? Co jeśli grawitacja jest dwanaście razy większa od naszej? No i co jeśli stworzenia te powstały w warunkiach, w których grawitacja jest praktycznie żadna? Czy muszą być porównywalnej wielkości z Ziemianiami, jeśli wychowali się na większej i cięższej planecie? Takie pytania można zadawać w nieskończoność i jedno wiem: na pewno żaden kosmit nie różni się od ziemian tylko spiczastymi uszami i zieloną krwią.

No i jeszcze różnice kulturowe – dla przykładu, Roddenbery za bardzo przejął się Romulanami (żyjącymi w okolicach gwiad Remus i Remulus) i potraktował temat dosłownie. Noszą oni zbroje i hełmy, pozdrawiają się jak Rzymianie, a dowodzą nimi pretorzy i centaurowie. Śmiech na sali. Brakuje tylko “Ave Cezar” w kierunku człowieka z wieńcem laurowym na głowie. Różnice w budowach mózgu sprawiły, że różnice kulutowe między Kalifornią, a Mozambikiem to pikuś przy różnicach kulturowych pomiędzy Ziemianami, a mieszkańcami drugiego końca galaktyki. Ale zanim to dotrze do twórców SF, sporo jeszcze czasu minie.

Póki co, oglądam ST (a także Farscape czy B5) dla rozrywki, bardziej traktując to jako “fiction” aniżeli “science”. A rozrywka jest, nie powiem, całkiem przyzwoita.

 

25. Zjawiska tak sprzeczne, że aż zgodne, czyli rzecz o kolorach. 6 wrzesień 2007 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Nauka — HaeS @ 8:32 pm

Przyznaję się bez bicia: lubię czasem myśleć o różnych rzeczach, o których żadna przeciętna osoba nie myśli. Analizuję nasz świat, zastanawiam się jaka jest jego natura i dlaczego coś jest urządzone tak, jak jest. I nie zawsze wszystko mi się zgadza. Czasem spotykam dwa wzajemnie sprzeczne zjawiska, które trzeba ze sobą pogodzić. Tak jest i tym razem. OSTRZEGAM – BĘDZIE HARDKOR. Kto jest humanistą i nie wyznaje się na fizyce co namniej na poziomie podstawowym, niech sobie daruje tekst, bo albo go znudzi, albo nic z niego nie zrozumie.

Ostatni mój problem brzmi następująco:

Mamy widmo elektromagnetyczne, a konkretnie jego część składającą się z fal świetlnych. Największe fale to te czerwone, najmniejsze – fioletowe. Dlaczego w takim razie kolor fioletowy odbieramy jako tak bliski czerwonemu, skoro leżą na przeciwległych krańcach widma świetlnego?

Inaczej: jeśli stworzymy koło barwne, w którym umieścimy wszystkie kolory w taki sposób, że płynnie przechodzą z jednego do drugiego (patrz rysunek), to czerwień przechodzi w fiolet w bardzo ładny, płynny sposób, równie zgrabnie jak np. zieleń przechodzi w żółć.

Dlaczego? Wszak kolor czerwony i fioletowy są teoretycznie skrajnie od siebie różne.

Oto wytłumaczenia, jakie udało mi się znaleźć w internecie i na grupach dyskusyjnych (dziękuję kolegom z pl.sci.fizyka za pomoc w rozgryzieniu problemu):

Hipoteza 1: Podwójny grzbiet
Fala czerwona ma dlugość ok. 0,38um, fioletowa – ok. 0,77um, czyli dwa razy dłuższą. Ludzki mózg widząc światło fioletowe, przetwarza wybiórczo co drugi grzbiet fali i dlatego światło czerwone tak bardzo wydaje sie być podobne do fioletowego.

Zonk: Wytłumaczenie bardzo ładne, ale byłoby do przyjęcia tylko wtedy, gdyby oczy działały tak, jak uszy. Niestety, w odróżnieniu od fal dźwiękowych, oczy (ani mózg) nie rejestrują i nie analizują długości fali. Fale określonej długości pobudzają określone receptory w oczach i sygnał o tym, które receptory zostały pobudzone idzie do mózgu. Mózg nie wie która fala jest krótsza, która dluższa, a jedynie które receptory aktualnie są pobudzone.

Hipoteza 2: Zdolny receptor
Receptory w oczach podzielić możemy na trzy grupy: L (odpowiedzialne za widzenie koloru czerwonego), M (widzące kolor zielony) i S (kolor niebieski). Odbierają one fale o konkretnej długości; jeśli do oka wpadnie światło innego koloru, wówczas kombinacja liniowa natężenia poszczególnych kolorów z tych trzech receptorów idzie do mózgu, gdzie mózg przetwarza tę informację na stosowny kolor – np światło pomarańczowe pobudza receptory czerwone i żółte jednocześnie; dopiero w mózgu informacja ta zostaje przekształcona na “TO JEST KOLOR POMARAŃCZOWY”. Hipoteza druga mówi, że receptory L są skonstruowane w taki sposób, że oprócz tego, że odbierają fale najdłuższe, mogą odbierać też i fale najkrótsze – czyli fioletowe. Ponieważ zarówno kolor czerwony, jak i fioletowy drażni ten sam receptor, mózg odbiera je jako kolory zbliżone.

Zonk: Teoria świetna i jak dla mnie doskonale tłumacząca problem. Zonk jest tylko jeden – nigdzie nie udało mi się znaleźć tekstu potwierdzającego, że receptory L naprawdę reagują na kolor fioletowy.

Hipoteza 3: Fiolet to… fiolet
Wracamy do receptorów (patrz hipoteza druga). Mamy trzy receptory – L (czerwony), M (zielony) i S(niebieski). Światło fioletowe możemy otrzymać nie tylko jako najkrótszą falę widma elektromagnetycznego, ale też jako mieszankę koloru czerwonego z niebieskim. Zatem fioletowe fale pobudzają zarówno receptory L, jak i receptory S, a mieszankę powstałą w wyniku tego pomieszania mózg odbiera jako kolor pośredni między czerwonym, a niebieskim, zatem fioletowy. Voila!

Zonk: Masło maślane. Hipoteza nie tłumaczy nic. Matematycy mawiają, że dwa najdebilniejsze dowody to przez założenie tezy i zaprzeczenie założenia. Tu mamy do czynienia z tym pierwszym. Zakładamy bowiem z góry, że kolor fioletowy jest to kolor między czerwienią, a niebieskim, a potem tłumaczymy dlaczego mózg odbiera fiolet jako fiolet. Nadal nie ma jednak odpowiedzi dlaczego fiolet jest w kole barw przed czerwienią i co on tam robi.

Hipoteza 4: Zamknięty cykl
Najśmielsza hipoteza (i chyba najlepsza) mówi, że ta cała afera z kolorami to po prostu zwykłe złudzenie, jakim mami naszą świadomość mózg. Jak wspomniałem przy okazji hipotezy 2., w oku następuje jedynie “odczyt” siły, z jaką promień światła działa na receptory L, M i S, a następnie w mózgu następuje analiza materiału. Mózg nie wie, że receptory L odbierają fale o najdłuższej długości, a receptory S – fale najkrótsze. Po prostu ma trzy kolory do dyspozycji i z ich różnych kombinacji tworzy pozostałe barwy w zależności od informacji otrzymanych w oku. Natura lubi symetrię. Mózg analizuje informacje i wie, że jest kolor pośredni między kolorami zielonym, a niebieskim oraz między kolorami czerwonym i zielonym. Ponieważ – podkreślam jeszcze raz – mózg nie wie, że kolor czerwony zaczyna, a fioletowy kończy pasmo światła widzialnego, przyjmuje, że między nimi też występuje jakieś płynne przejście i sprawia, że kolory te wydają nam się podobne – skrajny kolor czerwony (czyli ten o najdłuższej fali) i skrajny kolor fioletowy (ten o najkrótszej fali) zlewają się w jedno. W ten właśnie sposób wszystkie kolory tworzą zgrabny, zamknięty cykl. I właśnie to wytłumaczenie mi się wydaje najwiarygodniejsze.

 

24. Zodiak, horoskopy i inne pierdoły. 3 wrzesień 2007 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Nauka — HaeS @ 6:35 pm

Zabobon zwany horoskopami trwa w historii ludzkości od dobrych kilku tysięcy lat. Skąd się wziął – wie chyba każdy. Dwanaście gwiazdozbiorów, tzw. zodiakalnych, tworzy na niebie krąg. Księżyc, słońce oraz wszystkie planety poruszając sie po niebie nigdy nie znajdują się w innym gwiazdozbiorze niż jednym z dwunastu gwiazdozbiorów zodiakalnych. Komuś kiedyś w czasach zabobonów uroiło się, że to, gdzie które ciało niebieskie akurat się znajduje, ma jakiś wpływ na nasze życie. No i ten pogląd jakoś nie wiedzieć czemu trwa po dziś dzień w umysłach milionów ludzi.

Horoskopy pisane są w sposób bełkotliwy i ogólnikowy tak, że zawsze można gdzieś coś tam przypasować. Znana jest anegdotka o profesorze, który poprosił studentów o listę dat urodzin i nastepnego dnia dostarczył im szczegółowe horoskopy mówiące o ich charakterze. Kiedy zapytał, komu się zgadza opis, w górę podniósł się las rąk. Wówczas profesor poprosił, aby studenci wymienili się kartkami i sprawdzili, czy ich zdaniem horoskop sąsiada jest trafny. Studenci zrobili co kazał i nagle zaczęli się śmiać. Dlaczego? Bo okazało się, że profesor dał wszystkim takie same opisy.

Argumentów przeciw tej bezsensowanej wierze padło mnóstwo, z wieloma zapewne się spotkaliście, ale nie każdy wie o koronnym argumencie przeciwko wierze w horoskopy. Odpalcie sobie dowolny program służący do wyświetlania zawartości nieboskłonu, wpiszcie w niego swoją datę urodzenia i zobaczcie gdzie w momencie waszego urodzenia znajdowało się Słońce. Jako że ja się urodziłem pod znakiem ryb, powinno znajdować się w gwiazdozbiorze Pisces (ryby). No, ale czeka nas spora niespodzianka. Bo kiedy ja się urodziłem, słońce znajdowało się w gwiazdozbiorze Aquarius (wodnik). I tego typu zonki będą pojawiały się chyba przy każdej dacie urodzenia. Osoba zupełnie nieprzygotowana astronomicznie, taka jak np. ja, może przeżyć spory szok. I takowy przeżyłem. Stwierdziłem w koncu, że widocznie coś źle wpisuję albo program jest trefny i dałem sobie spokój na kilka miesięcy, zapominając o sprawie.

Czytając jednak pewną książeczkę popularnonaukową traktującą o gwiazdozbiorach, natrafiłem na informację o zjawisku precesji. Ziemska kula wykonuje wiele ruchów: obraca się wokół własnej osi, krąży wokół Słońca i wreszcie wraz ze Słońcem wykonuje ruch po galaktyce. Ale to nie wszystko. Oś obrotu Ziemi wciąż się waha i przesuwa, niczym oś obrotu dziecięcego bąka (swoją drogą, po dziś dzień jedna z moich ulubionych zabawek). Ruch taki jest bardzo powolny, pełne “wahanie” trwa 26 000 lat. Zjawisko takie nazywamy precesją i jest dobrze znane astronomom.

Co to ma do rzeczy? Ano, dużo. Znaki zodiaku wymyślili i nazwali Grecy mniej więcej 2000 lat temu. Właśnie oni podzielili niebo na 12 części po 30 stopni. W ciągu tych 2000 lat wskutek precesji znaki zodiaku uległy przesunięciu mniej więcej o 30 stopni, czyli o jeden znak. Ale astrologowie uparcie liczą wszystko według stanu nieba sprzed 2000 lat. Dlaczego? Tylko oni wiedzą. Nawet jeśli naprawdę gwiazdy mają wpływ na nasze życie (w co szczerze wątpię), to astrologowie posługują się nieaktualnymi danymi. Wszak ja urodziłem się pod znakiem wodnika. Ważny jest aktualny stan nieba, a nie taki, jaki byłby 2000 lat temu tego samego dnia, prawda?

No i w ten sposób mamy kolejny argument, którym można zgasić maniakalnego fana horoskopów i innych pokrewnych zabobonów. Chociaz z doświadczenia już wiem – takich nic nie przekona.

 

15. Dlaczego liście zą zielone? 7 sierpień 2007 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Nauka — HaeS @ 10:00 pm

Jako że ostatnio katuję siebie (i przy okazji was) serialami, postanowiłem – dla rozluźnienia – rzucić coś zupełnie od tematyki ogólnoserialowej oderwanego, a mianowicie pytanie (jedno z moich ulubionych): DLACZEGO LIŚCIE SĄ ZIELONE?

Liście są zielone, bo zawierają zielony chlorofil – to wie każdy średnio zdolny dzieciak opuszczając szkołę podstawową. Odpowiedź na to pytanie jest jednak niepełna. Tak niepełna, że aż można nazwać ją wymijającą .To tak samo jakby powiedzieć, że największe przypływy i odpływy są podczas pełni księżyca, bo wtedy widzimy cały księżyc. Stwierdzenie to jest prawdziwe, ale nie wyczerpuje absolutnie sedna problemu, wytłumaczenie zaś jest zupełnie inne.

Nie będę teraz tłumaczył jak to jest z tym księżycem i przyplywami (ale serio podczas pełni księżyca są największe!), zajmiemy się liśćmi. Są zielone. No i co z tego, że są zielone? Ano, dużo z tego. Popatrzmy na sprawę ekonomicznie: roślina żyje dzięki energii słonecznej. Przetwarza energię promieni słonecznych na potrzebne sobie rodzaje energii. Wchłania światło czerwone i je przetwarza. Wchłania światło niebieskie i je przetwarza. Wchłania żółte, pomarańczowe, różowe, a nawet błękit paryski, szmaragd i miliony innych nierozróżnialnych dla facetów kolorów. ALE KOLOREM ZIELONYM GARDZI! Gdyby wchłaniała i przetwarzała także fale świetlne o częstotliwości odpowiadającej kolorowi zielonemu, liście byłyby czarne, a rośliny wykorzystałyby całe spekrum barw dla swoich potrzeb. No więc – co złego jest w kolorze zielonym, dlaczego nie nadaje on się do fotosyntezy, dlaczego roślina woli być zielona niż skorzystać z dobrodziejstw zielonych pasm widma słonecznego?

Odpowiedź na to pytanie jest skomplikowana i nie wiadomo tego do końca, ale na pewno powyższy “ekonomiczny” tok nie do końca jest poprawny. Mało która roślina przetwarza więcej niż 2% energii, którą mogłaby wykorzystać (!). Zatem spokojnie mogłaby sobie darować nie tylko kolor zielony, ale też i wszystkie inne i być niemal idealnie biała, z lekkim odcienem różu czy błękitu (czyli odbijać niemal wszystkie fale świetlne!) a i tak zdołałaby przeżyć, o ile oczywiście zwiększyłaby znacząco swoją wydajność z 2% do powiedzmy 95%.

Rośliny niekoniecznie musza być zielone – istnieją ozdobne kwiaty mające liście niebieskawe, zaś glony żyjące pod wodą są brunatne bądź szare. Rośliny żyjące “w niewoli” w eksperymentalnych warunkach bez dostępu światła, a żyjące jedynie dzięki sztucznie emitowanym falom niezbędnym im do wzrostu nie są zielone, lecz białawożółte. Ale wystarczy im odrobina słońca, aby natychmiast się zazielenić. Dlaczego?

Nauka wcześniej czy później to zapewne wyjaśni (a może nawet i teraz istnieje jakieś pokrętne naukowe wytłumaczenie), ale mi nawet nie zależy specjalnie na wytłumaczeniu. Bo co to za satysfakcja żyć w świecie odpowiedzi, kiedy pytania są znacznie ciekawsze, emocjonujące i pobudzające dla umysłu?

 

10. Co Einstein powiedział swojemu fryzjerowi? 30 lipiec 2007 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Książki, Nauka — HaeS @ 6:12 pm

Robert L. Wolke
Co Einstein powiedział swojemu fryzjerowi

Zielona niepozorna książeczka o durnym tytule – tak można w skrócie opisać moje pierwsze spotkanie z książką. Kiedy jednak zacząłem wertować jej zawartość tak się zauroczyłem, że postanowiłem dokończyć lekturę w domu (a co!) i w ten sposób stałem się jej właścicielem. I nie żałuję ani troszkę wydanych pieniędzy.

Książka jest książką popularnonaukową, sformułowaną w modnym ostatnimi czasy formacie pytań i odpowiedzi. Przygniatająca większość zagadnień dotyczy fizyki, od czasu do czasu autor zahacza jednak delikatnie o chemię, rzadziej o matematykę. W wyjątkowo przystępny sposób Wolke tłumaczy różne zagadnienia. Wyjaśnia m.in. dlaczego Farenheit przyjął taką, a nie inną skalę, dlaczego księżyc jest zwrócony tą samą stroną do Ziemi, dlaczego szkło jest przezroczyste i na dziesiątki innych pytań, nawet tak głupich jak to, czy strzelec wystrzeliwujący salwę w górę może oberwać z kuli, która wróci na ziemię siłą grawitacji i jakie mogą być tego konsekwencje. Każde wytłumaczenie jest primo wyczerpujące, secundo – proste, tertio – dowcipne. Przy okazji autor obala kilka mitów (m.in. o ciekłości szkła, przekraczaniu bariery dźwięku i różnym kierunku wirowania wody wypływającej ze zlewu w zależności od półkuli, na której się przebywa), oczywiście dokładnie i analitycznie (sprowadzając wszystko do zachowania atomów i cząsteczek) tłumaczy jak jest naprawdę. Znakomita pozycja dla osób ciekawych świata, chcących poznać mechanizmy nim rządzące, zrozumieć to, co jeszcze niezrozumiałe oraz odkryć, że to, co wydawało się oczywiste, wcale aż takie proste i oczywiste nie jest. Poza tym niesamowicie pobudza ciekawość i wywołuje apetyt na większą porcję wiedzy, czyli daje taki intelektualny kop w dupę (w pozytywnym tego słowa znaczeniu).

Bardzo dobra książka, jedna z najlepszych spotkanych przeze mnie w ostatnich latach. Polecam gorąco mając nadzieję, że i inne dzieła Wolke’a zostaną wydane w Polsce.