Myślokracja, czyli from łeb to web

169. O dwóch takich, co myśleli że zagrają Queen lepiej niż Queen 7 grudzień 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Muzyka — frycjusz @ 4:08 pm

Kim są dla mnie bracia Cugowscy? W pierwszej kolejności – synami Krzysztofa Cugowskiego. W drugiej – jakimiś tam kolejnymi gwiazdkami show biznesu, których można ustawić w jednym rzędzie z Gosią Andrzejewicz i innymi “piosenkarzami”, których nazwisk nawet nie znam. Pomimo tego, że od całego polskiego mainstreamu muzycznego stronię jak mogę, udało mi się kilka ich utworów gdzieś tam kiedyś usłyszeć i jakoś trudno było się oprzeć wrażeniu, że panowie ci wybili się dzięki tatusiowi (albo też – szerzej – dzięki nazwisku), bo takich artystów jak oni mamy na pęczki i tylko kwestią układów bądź szczęścia jest to, który wypłynie na szerokie wody showbiznesu, a który skończy jako grajek na wiejskich weselach.W moje ręce zupełnie przypadkiem wpadła płyta braci “A tribute to Queen”. Jako umiarkowany sympatyk ekipy Freddy’ego, z przyjemnością wracający co jakiś czas do jego największych hitów, nie odmówiłem sobie zapuszczenia sobie tego albumu. Po przesłuchaniu stwierdziłem, że dzięki tej płycie Bracia jednocześnie zyskali mój szacunek jako zdolni wykonawcy i utalentowani piosenkarze, stracili natomiast jego resztki jako niezależni artyści i twórcy Sztuki. Dlaczego? Otóż nagrali oni covery najgorzej jak tylko się da.

Covery są nutka w nutkę identyczne z oryginałami. Nie różnią się w zasadzie niczym. Bracia pomimo tego, że znakomicie poradzili sobie nawet z trudnymi partiami wokalnymi z “We are the champions” czy “Show must go on”, nie wnieśli jednak do tej muzyki nic nowego. Słuchając płyty miałem wrażenie jakbym kupił sobie tanią podróbę Queenów. Kiedyś krążyły takie albumy – wielkimi literami napisane “Metallica”, na okładce cztery twarze z grubsza podobne do wykonawców, a do góry maleńkimi literkami “Zespół Step by Step wykonuje utwory zespołu…”. Tutaj mamy do czynienia z czymś podobnym. Z tą różnicą, że Bracia to, co robią, robią (od strony technicznej) naprawdę dobrze. Tyle tylko, że spodziewałem się raczej jakiejś twórczej innowacji, poważnych zmian w aranżacji, przyspieszenia bądź zwolnienia niektórych utworów, a nie bezmyślnego małpowania Queenów.

A kto chce usłyszeć jak to powinno się robić niech posłucha koncertu “A Tribute to Queen” (tego z Lizą Minelli, Georgem Michalem, Guns’n Roses i kto tam wie kim jeszcze). Nawet tak wyśmiewana i znienawidzona przez fanów Queen skaładanka “Queen Dance Traxxx” z połowy lat 90-tych, w której utwory Freddy’ego na warsztat wzięły największe gwiazdy niemieckiego (i nie tylko) dance’u prezentuje się na tle tego, co pokazali Bracia przyzwoicie. Bo lepiej wszak stworzyć coś nowego na bazie znanego utworu niż jakiś utwór nagrać od nowa tak, aby prawie niczym się nie różnił od oryginału.

Dobrze, że chociaż cena płyty przyzwoita, chociaż nawet za te niespełna 30 PLN lepiej jednak sobie darować i kupić coś innego. A najlepiej to odpalić prawdziwego Freddy’ego. Ten śpiewa to samo co Bracia, tak samo (no dobra – dużo lepiej, chociaż Bracia nie mają się czego wstydzić), ale za to nikogo nie udaje.

 

144. Varius Manx – Beginning i New Shape. 1 sierpień 2008 (piątek)

Zaszufladkowany do: Muzyka — HaeS @ 1:23 pm

Jak szłyszymy “Varius Manx”, większość z nas momentalnie kojarzy tę nazwę z Anitą Lipnicką i utworem “Zanim Zrozumiesz”, Kasią Stankiewicz i jej (no, przyznajmy, mocno kontrowersyjną) piosenką “Orła Cień” czy też Moniką Kuszyńską, która śpiewała “Moje Eldorado”. To są trzy twarze Variusa. Ale niewielu wie, że przed Lipnicką też był Varius. Ba, wydał nawet dwie płyty! I na nich się właśnie się skupimy.

Wszystko zaczęło się od instrumentalnego albumu “Beginning” wydanego w zamierzchłym 1990 roku. Album, o którego istnieniu (poza fanami zespołu) mało kto wie, jeszcze mniej osób chociaż widziało okładkę, a słuchali go już naprawdę nieliczni. Mi się udało załapać do tej nielicznej grupy. Varius Manx objawiający się w albumie “Beginning” to zupełnie inna bajka niż ten zespół, który z Anitą, Kasią czy Moniką okupował pierwsze dziesiątki list przebojów w całej Polsce. Niemal w ogóle nie słyszymy ludzkiego głosu, za to mamy nastrojowe, złożone i skomplikowane kompozycje, mile łaskoczące uszy. Nie znam się na muzyce, więc nie będę doszukiwał się jakichś inspiracji ani też szczegółowo opisywał stylu muzycznego. W każdym razie, na pewno mamy do czynienia z Muzyką przez duże M.

Po niewątpliwym sukcesie “Beginning” przyszedł czas na kolejny album – “New Shape”. W zasadzie niewiele się stylem różni od poprzednika. Większość utworów to instrumentalne, po raz pierwszy pojawiają się jednak także i utwory śpiewane przez dwóch Robertów: Jansona i Amiriana. Moim zdaniem, ciut gorszy od poprzedniego, ale również na pewno ciekawy i wart uwagi. Polecam te właśnie dwa, zapomniane zupełnie przez historię albumy. Jeżeli nie macie dostępu do tej płyty, a mniej więcej chcecie wyobrazić sobie jak mógł brzmieć wczesny Varius, posłuchajcie utworów “Emu” (z albumu Emu) i “Elf Skradnie wasze serca” (z albumu Elf). Tytułowy utwór z albumu “Ego” (chociaż bardzo dobry) już nie końca pasuje, bo jest już dynamiczniejszy i agresywniejszy.

Pierwsze dwa albumy wcale nie są aż tak egzotyczne i nieznane. Jeden z utworów z albumu “The New Shape” został wykorzystany… no właśnie, gdzie? W jakiejś reklamie, czołówce programu telewizyjnego, a może serialu? Za nic w świecie nie mogę sobie przypomnieć, ale melodię tę słyszałem dziesiątki razy:

Varius Manx  - Tightrope Walker

Dalszą historię Variusa wszyscy już znają. Przełom w zespole przyszedł wraz z 18-letnią Anita. Anglojęzyczny w większości album “Emu” jest (jak dla mnie) najlepszym dokonaniem w historii zespołu. Poetycka dusza artystki znakomicie wkomponowała się w zespół, tworząc album, który z jednej strony jest czymś zupełnie nowym, zupełnie nieprzystającym do wcześniejszych dokonań zespołu, z drugiej – mamy do czynienia jakby z naturalną ewolucją grupy, która wciąż pozostaje starym dobrym Variusem z czasów Beginning i New Shape tyle tylko, że… lepszym, pełniejszym, jak gdyby dopiero teraz rozkwitłym z całą mocą. Po “Emu” nadszedł Elf, niewiele gorszy. Do obu tych albumów mam ogromny sentyment i uważam, że nawet teraz, po kilkunastu latach od wydania wciąż jeszcze warto do nich powracać.

Po wydanu “Elfa” Anita odeszła z zespołu. Rozwód nie wyszedł na dobre ani Anicie, ani zespołowi. Solowe dokonania Lipnickiej nie były IMO wybitne, ale – całe szczęście – koniec końców wyszła na swoje dzięki związkowi z Johnem Porterem, dzięki czemu jej gwiazda jeszcze raz zabłysła z całą mocą.

Z kolei Janson z kolegami po odejściu Anity stanęli przed poważnym dylematem. Mogli powrócić do źródeł, dalej rozwijając swój artyzm, albo też powalczyć o utrzymanie na rynku muzycznym, przynoszącym oprócz kłopotliwej być może sławy związane z nią profity pieniężne. Wybrali drugie rozwiązanie. Nowa wokalistka, Kasia Stankiewicz była zupełnie inną osobowością artystyczną aniżeli Anita. Album “Ego” nie był jeszcze taki zły, chociaż stanowił kolejny krok oddalający zespół od jego korzeni. Po “End” z korzeni nie zostało już praktycznie nic, zaś kolejne albumy (w których wokalistą była Monika Kuszyńska) sprawiły, że całkiem ciekawy koncept, jaki początkowo miał Janson z braćmi Marciniakami, rozpłynął się zupełnie i Varius Manx stał się po prostu kolejną “starą wygą” na rynku muzycznym, która mało, że niczego ciekawego nagrać nie umie, to jeszcze swoją obecnością blokuje dostęp do rynku młodym, zdolnym i ambitnym muzykom – dokładnie takim samym, jakimi sami byli niegdyś. Zespół ten stanowi modelowy wręcz przykład tego, jak sukces komercyjny sprawia, że muzycy zapominają o swoich artystycznych ambicjach z początku kariery.

Zespół skończył w sposób, w jaki żaden zespół nie chciałby zakończyć kariery – w wyniku wypadku samochodowego ciężko ucierpiała wokalistka Monika Kuszyńska, działalność zespołu zawieszono na czas nieokreślony. Po niesmaku ostatnich albumów prośba o skrócenie agonii artystycznej niegdyś znakomitej marki była jak najbardziej naturalna. Szkoda tylko, że los wybrał tak drastyczny sposób na przerwanie tej farsy.

Dlatego też warto złożyć hołd zespołowi, który pierwsze dwa (dobre) albumy wydał jako zupełnie nieznany szerszej publiczności, wykazując się wrażliwością artystyczną i zupełną ucieczką od otaczjącej nas zewsząd popkulturowej mieszanki, w kolejnych dwóch zaś połączył (co jest rzadkie) sukces artystyczny z komercyjnym. A resztę litościwie przemilczmy.

 

118. Euroszmata 25 maj 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Muzyka, TV — HaeS @ 4:10 pm

Od razu powiem: nie oglądałem ostatniej Eurowizji (podobnie jak chyba siedmiu czy ośmiu poprzednich) i wszystko, co wiem, wiem z internetowych doniesień. A wiem, że nasza Isis Gee (o której istnieniu dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy okazało się, że będzie nas reprezentować) zajęła zaszczytne ostatnie miejsce. No cóż, ktoś musi być ostatni i o to pretensji nie mam. Zreszta, do kogo? Nie wybrał jej żaden Wojewódzki, Leszczyński, Hołdys, Rodowiczka ani żaden inny guru polskiej muzyki. Wybrał ją lud polski metodą tele-naciągaczki dla naiwnych 0700. Lud chciał, lud ma. I akurat aspekt kiepskich wystepow Polakow mnie średnio interesuje, bo po pierwsze – przyzwyczailem sie, po drugie – mój szacunek do tego konkursu z roku na rok systematycznie spada.

Eurowizja miała dwa etapy staczania się: zniesienie nakazu śpiewania w językach narodowych i wprowadzenie głosowań audiotele. Nie pamietam, który etap był pierwszy, który drugi (może nastąpiły jednocześnie), ale te dwa posunięcia sprawiły, że konkurs momentalnie stracił prestiż. Jeżeli chodzi o audiotele… hmmm… moja nauczycielka historii z liceum mawiała, że demokracja jest kiepskim systemem, bo zwycięża w nim głupota większości. A głosowanie audiotele w Eurowizji jest dobitnym przykładem. Wygrywają piosenki robione pod publiczkę (a publiczka jest jaka jest… powiedzmy sobie wprost: że mniej więcej 3/4 ludności każdego cywilizowanego państwa to ludzie raczej malo myślący), najlepiej żeby była ładna panienka, śpiewała coś melodyjnego, starała się nie fałszować za bardzo, a jak ktoś jest brzydki i śpiewać nie umie, to ubierze dziwaczne maski, troszkę się powygłupia jak Lordi i zwycięstwo ma w kieszeni. Czasy, kiedy wyboru tego, kto pojedzie na Eurowizję oraz kto ją wygra dokonywało profesjonalne jury, dawno niestety minęły.

Śpiewanie w językach narodowych było doprawdy piękną ideą, szczególnie w erze przedinternetowej kiedy posluchac czegos w malo popularnym jezyku bylo rzadko spotykana okazja. A tutaj można było wysłuchać szwedzkich czy węgierskich wokalistów śpiewających w swoich pięknych i nieczesto promowanych u nas językach, dodatkowo ubarwiających swoje występy różnymi elementami zaczerpniętymi ze swojej kultury narodowej. Słowem – czuło się, że oto na scenę wchodzi kawałek Islandii, kawałek Włoch, kawałek Belgii czy Szwajcarii. Po “rewolucji językowej” każdy teraz stara się, żeby było modnie, nowocześnie, schludnie i zapierało dech w piersiach. “Narodowość” konkursu niestety padła, a jego idea przedstawiania poprzez piosenkę kultur różnych krajów jest już ideą martwą. Teraz mamy takie disco-euro na którym każdy kraj wystawia kogo chce (np. Polacy wystawiają amerykankę, a Niemcy kilka lat temu mieli szansę wystawić Michała Wiśniewskiego) i przedstawia piosenkę w dowolnym języku. Niekoniecznie ładną, niekoniecznie ładnie wykonaną. Wszystkie chwyty dozwolone, byle tylko zdobyć serca publiczności no i głosy audiotele. A że ciemny lud wszystko kupi…

W tegorocznym konkursie spolonizowana Amerykanka Isis Gee poległa na całej linii, zdobywając jedynie kilka marnych punktow od brytyjskiej i irlandziej Polonii (swoją drogą, mnie jej utwór nie zachwycił), niewiele lepiej w zeszłym roku wypadl amerykańsko-rosyjski duet. Może wreszcie czas dać szansę Polakom? Aby uzmysłowić jak piękna jest polska myśli muzyczna, przedstawię dwa filmiki. Na pierwszym mamy naszą kochaną Edytkę, która w 1994 reprezentowała Polskę na festiwalu (swoją drogą, pierwszym festiwalu z udziałem Polaków). Zaśpiewała cudownie, wyśpiewała drugie miejsce. Warto wysłuchać choćby dlatego, że to wykonanie jest jeszcze ładniejsze od tego, które znamy z płyty “Dotyk”. Drugi filmik pokazuje Hanię Stach w pięknym utworze “Regroup” (co prawda po angielsku, ale i tak ładnie), który ciemna polska tłuszcza odrzuciła na rzecz duetu The Jet Set, który furory na eurowizji nie zrobił. A za rok reprezentować nas będzie Gosia Andrzejewicz (wersja optymistyczna) albo kolejna wyciągnięta z kapelusza importowana gwiazda (wersja pesymistyczna).

edyta:

hania:

 

11. Lost Soundtrack 2 sierpień 2007 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Muzyka, Seriale — HaeS @ 8:23 am

Po co się wydaje ścieżki dźwiękowe? Zazwyczaj po to, aby osoba zainteresowana filmem/serialem i zauroczona występującymi w nim piosenkami mogła odpalić sobie ulubiony motyw, wysłuchać go w całości, rozkoszując się dobrą jakością i brakiem dialogów zakłócająch odbiór utworu. No i po to, aby organizacja mająca prawa autorskie do soundtracku nieco sobie zarobiła. Mam rację?

Soundtracki mają to do siebie, że zazwyczaj bywają dobre. Zazwyczaj wpisują się w klimat filmu i nawet utwory, które nie znalazły się ostatecznie w filmie, a są na płytce, trzymają klasę i są zbliżone pod względem klimatu. Z ostatnio wysłuchanych przeze mnie wciąż w pamięci pozostaje album Legend zespołu Clannad będący de facto sountrackiem do serialu Robin of Sherwood (NIE MYLIĆ ZE WSPÓŁCZESNYMI ROBINAMI!), ścieżka dźwiękowa do Chicago, Moulin Rouge czy serialu Twin Peaks (ścieżka do filmu Twin Peaks: FWWM niestety ssie). Nawet soundtrack do American Pie: Band Camp ma swój urok, dobrze wpasowuje się w klimat filmu i jak najbardziej da się wysłuchać, jeżeli ktoś oczywiście lubi muzykę, której grupą dolelową są amerykańscy nastolatkowie.

Jednak tak dosłownego potraktowania słowa “soundtrack” jak przy serialu Lost jeszcze nie widziałem. Sam serial jest wybitny. Dźwięk w serialu – róznież. Znakomicie zlewa sie z nim w jedną całość, podkreśla smutek niektórych momentów, wkomponowuje się w soczystą akcję, sprawia, że sceny śmieszne śmieszą jeszcze bardziej, jednak świetnie dobrane są też utwory przy scenach bardziej refleksyjnych. Za dopasowanie ścieżki dźwiękowej do serialu daję piątkę bez wahania.

Jednak pomimo tego, płyta z soundtrackiem to jakieś nieporozumienie, zaś chęć zysku zdecydowanie przeważyła chęć poczęstowania widza czymś wyjątkowo dobrym. Mamy do czynienia z zapodaniem dokładnie tych samych motywów muzycznych, które widzimy np. podczas informowania Shannon o śmierci Boone’a, szalonym wyścigu Hurleya z czasem w nadziei na załapanie się na samolot, śmierci Ethana i wielu innych. Ale motywy muzyczne, bez obrazu, nie budzą już żadnych emocji. Nawet mój ulubiony “Hollywood and Vines”, który pojawia się od czasu do czasu w serialu (uwielbiam momenty, kiedy się pojawia!) traci cały swój urok.

Absolutnie nie da się tego zapuścić w winampie czy na wieży i delektować się muzyką. To nie muzyka, to jakiś shit. Samo w sobie nie ma absolutnie żadnej wartości. Zyskuje dopiero koegzystując z całokształtem serialu Lost, gdzie świeci pełnym blaskiem. Dlatego też osoby zainteresowane sountrackiem z Losta z góry ostrzegam: szkoda czasu i pieniędzy. Soundtrack z Losta najlepiej odsłuchuje się podcas oglądania serialu. Wszystkie inne próby jego odsłuchania są z góry skazane na niepowodzenie.

 

9. Chicago O.S.T. 27 lipiec 2007 (piątek)

Zaszufladkowany do: Muzyka — HaeS @ 4:06 pm

Nie jestem ekspertem od muzyki, więc nie za bardzo znam też jazz. Zawsze mi się kojarzył z takim trio w którym jeden pan gra na fortepianie, drugi na trąbce, trzeci na czymś jeszcze (albo śpiewa takie bibabibobibabobobibabum), grają powoli, smętnie i strasznie nudzą swoją grą. No i dlatego jazzu unikam jak ognia, nie rozumięjąc fascynacji tą muzyką milionów ludzi na całym świecie.

Ale jazz dopadł mnie podstępie i od tyłu. Obejrzałem film Chicago i od razu stwierdziłem, że najsilniejszą jego stroną jest ścieżka dźwiękowa. Przesłuchałem ją wielokrotnie zanim zaczęło do mnie docierać, że to jest właśnie prawdziwy jazz. Jaz, który jest piękny i wcale nie nudny. Kompozycje są zlozone, żywe i ciekawe. Muzyka barwna i skomplikowana, stosująca wiele pomysłów i patentów, grana na wielu instrumentach, a nie tylko na trąbce i fortepianie. Łatwo wpadające w ucho melodie, świetne wokale, znakomite aranżacje. Cuuuuuuuuuudowna!! Takiego jazzu nie boję się ani troszkę.

 

1. Apocalyptica plays Metallica by four Cellos 14 lipiec 2007 (sobota)

Zaszufladkowany do: Muzyka — HaeS @ 11:16 am

Nazwę tę pierwszy raz usłyszałem chodząc jeszcze do liceum (ha… kiedy to było?). Zakochany wówczas totalnie w Metallice i ubóstwiający ją ponad wszystko, nie mogłem zignorować faktu pojawienia sie czegos takiego. Pozyczylem od kumpla kasete “Apolyptica Plays Metallica by four Cellos”(wtedy jeszcze mozna bylo dostac je w sklepach zanim niewidzialna reka rynku sprawila, ze wyparly ją płyty CD – zresztą, napiszę o tym osobny artykuł) i zatopiłem się w magicznych dźwiękach wiolonczeli.

Niektórzy śmieją się ze mnie kiedy o tym wspominam, ale jestem szczerze przekonany, że większość odmian rocka (a w szczególności metal) jest muzyką pochodzącą od muzyki barokowej, tudzież klasycznej. Właśnie metal jest nią głęboko zainspirowany i ideowo jest jej najbliższy. Gdyby Bach, Mozart czy Beethoven urodzili się w dzisiejszych czasach, słuchaliby jeśli nie metalu, to co najmniej rocka. I taką muzykę by tworzyli. Jest w niej coś pięknego, wzniosłego, rzekłbym niemalże: romantycznego. Tym wszak metal różni się od muzyki punkowej.

Niemniej jednak metal rózni się też dużo od muzyki klasycznej i dla słuchacza takiej muzyki przejście z Czajkowskiego do Metalliki może być szokiem. Tak też widocznie pomyślało czterech finów, którzy postanowili uczynić z kilku utworów tego kultowego zespołu utwory mówiąc językiem biologii “wtórnie przystowowane” do ucha melomana.

Nie do końca osiągnęli ten efekt, który ja bym widział najchętniej (IMHO najlepiej zrobiłby to kwartet smyczkowy uzupełniony o jakieś instrumenty perkusyjne), ale i tak to, co słychać, wymiata. Znakomite interpretacje utworów “Metallicznych” zasługują na najwyższą cześć i uznanie. Oczywiście, traktować to wszystko z przymrużeniem oka i jako ciekawostkę jedynie. Ponoć zespół zaczął wydawać potem także i swoje autorskie utwory – nie wiem, nie słuchałem.

Tak czy owak, robi wrażenie nawet po latach i dla wszystkich fanów Metalliki – pozycja absolutnie obowiązkowa.