Myślokracja, czyli from łeb to web

166. Przekleństwo trzeciej części 20 październik 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Film, Gry, Książki — frycjusz @ 2:02 pm

Nie wiem czy też tak macie, ale mnie dopadło jakieś przekleństwo polegające na tym, że nie dane mi jest dokończyć sporej części trylogii. Oto kilka co bardziej spektakularnych przykładów:

Trylogia husycka Sapkowskiego – wręcz arcydzieło, byłem zachwycony. Przeczytałem „Narrenturm” i „Bożych Wojowników”. Ponieważ miejscowa biblioteka jakoś ociągała się z zakupem „Lux Perpetua”, książka ta nigdy nie wpadła w moje łapska. A szkoda. Nawet gdybym chciał przeczytać teraz ostatni tom, musiałbym uprzednio odświeżyć sobie dwa pierwsze. Może się kiedyś w końcu za to wezmę. Podobnie ma się sprawa z „Władcą Pierścieni”. Swojego czasu (jeszcze w liceum) przeczytałem pierwsze dwie części. Potem coś tam wypadło (jakieś matury czy coś tam mieliśmy pisać) i za trzecią się nie wziąłem do dziś. Potem musiałbym zacząć wszystko od nowa, a tego mi się już nie chciało robić. Przyznaję się: nigdy nie przeczytałem do końca „Władcy Pierścieni”. Nie znam nawet zakończenia. Od dłuższego czasu myślę o tym, żeby zakupić ładne wydanie w twardej oprawie (koniecznie powered by Skibniewska) i nadrobić tę haniebną zaległość. Póki co jednak, cena mnie przeraża. Przeczytałem też i (dość nietypowo) drugą i trzecią część trylogii Sienkiewicza – „Potop” i „Pana Wołodyjowskiego”. Za „Ogniem i Mieczem” brałem się wielokrotnie (ostatnio pół roku temu). Jakoś nie mogę tej książki zdzierżyć i najdalej dotarłem do połowy pierwszego tomu. Także trylogia Verne’a też czeka na dokończenie. Swojego czasu pochłonąłem błyskawicznie „Dzieci Kapitana Granta” i „Tajemniczą wyspę”. Niestety, „20 000 mil podwodnej żeglugi” z powodu niewystarczającego wyposażenia szkolnej biblioteki wciąż na mnie czeka.

Idąc tym tropem, podobnie mam z filmami. Co do Władcy Pierścieni – obejrzałem tylko „Drużynę Pierścienia” i „Dwie Wieże”. Trzecią część obiecałem sobie obejrzeć dopiero po przeczytaniu książki. Obejrzałem dwa pierwsze Mad Maxy. I dwie pierwsze części „Ojca Chrzestnego”. Tak jakoś wypadło. Aha, i jeszcze mam za sobą tylko dwa „Terminatory” i „Krzyki”. Ale w tych dwóch ostatnich przypadkach specjalnie tego nie żałuję.

A gry komputerowe? Przeszedłem Fallouta I i (prawie) Fallouta II. Na trzeciego nie mam ochoty. Za stary już na to jestem. Identycznie rzecz ma się z Warcraftami. Podobnie pewnie będzie z Diablo jak wyjdzie trzecia część, bo raczej się nią nie zainteresuję (pomimo dobrej znajomości dwóch poprzednich części).

Sporą część z tych zaległości chciałbym kiedyś jakoś tam nadrobić, na niektórych – nie zależy mi specjalnie.

 

149. Pochopnie osadzony “Pochopnie osadzony” 20 sierpień 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Książki — HaeS @ 11:14 pm

Obiecalem sobie to mniej wiecej od polowy liceum, a moze jeszcze i ciut wczesniej. I nigdy ta glupia mysl nie wyszla jakos z mojej glowy. Chcialem zrobic cos odmozdzajacego, wbrew zdrowemu rozsadkowi, pozbawionego wszelkiej logiki, cos, do czego ciezko sie potem przyznac przed kolegami przy piwie. Cos, czym brzydzilem sie, ale jednoczesnie pragnalem to zrobic. Z ciekawosci, a moze i z masochizmu. No i teraz, po mniej wiecej dziesieciu latach czajenia sie i rozwazania czy warto taka glupote zrobic, w koncu postanowilem raz na zawsze sprawe rozwiazac. I w ten wlasnie sposob moje glupawe mlodziencze marzenie stalo sie rzeczywistoscia – przeczytalem pierwszego w swoim zyciu “Harlequina”.

Na szczescie nie musialem podchodzic do usmiechajacej sie z daleka fioletowej polki (albo i regalu) w zadnej bilbiotece i narazac sie na spojrzenia pan bibliotekarek - znalazl sie jeden Harlequin gdzies w przepastnej piwnicy siostry. Trafil mi sie niestety gruby egzemplarz (315 stron), wskutek czego na czytanie tego musialem zmarnowac dwa popoludnia zamiast jednego. Ale co mi tam. Odmozdzyc tez sie czasem trzeba.

Tytul – “Pochopnie osadzony”. Fabula: Will ucieka z wiezienia, gdzie siedzi za morderstwo (nieslusznie), a pograzyly go fotografie wykonane przez niejaka Kelly. Pierwsze kroki po ucieczce kieruje wlasnie do Kelly i z nia, jaka zakladniczka u boku, rozpoczyna swoja krucjate o odzyskanie dobrego imienia i zemste na tych, ktorzy go wrobili. Ciag dalszy rozpaczliwie latwy do przewidzenia (ja go przewidzialem po ok. 50 stronach) – kidnaper i zakladniczka zakochuja sie w sobie, oczywiscie Will znajduje dowody niewinnosci, a prawdziwi winni laduja tam, gdzie ich miejsce, czyli w pace. Calosc konczy sie obrzydliwie slodkim happy endem.

Oczywiscie trudno tu mowic o jakichs wielkich talentach literackich autorki – ot, zreczna rzemieslniczka, wiedzaca jak stworzyc ckliwe czytadlo, nie potrafiaca jednak w swoje dzielo tchnac atmosfery wielkiej sztuki, unikajaca poetyckich porownan, dlugich opisow ani jakichkolwiek glebszej refleksji wypowiedzianej czy to slowami bohaterow, czy narratora. Ksiazka, z ktorej w zasadzie nic nie wynika, a jedyna rzecza ktora poznalismy i nauczylismy sie po jej przeczytaniu co wspomniana juz naiwna historyjka.

Mimo wszystko milo cos takiego przeczytac. Ksiazke, w ktorej nie trzeba sledzic slowa. Ksiazke, w ktorej bez problemu spamietuje sie wszystkie watki i wydarzenia. Ksiazke, w ktorej mamy bardzo wyraznie zarysowanych dobrych i zlych. Ksiazke, ktorej bohaterowie sa obrzydliwie pozytywni. Ksiazke troszke naiwna i pokazujaca moze zbyt wyidealizowany (ale jaki piekny!) obraz naszego swiata. No i wreszcie cos optymistycznego, sprawiajacego, ze chce sie zyc. Rola takich dziel dla dobrego samopoczucia milionow starzejacych sie z kazdym dniem kur domowych, pozbawionych juz marzen z mlodowsci, jest nieoceniona i z pewnoscia podnosi morale narodu, a przynajmniej jego zenskiej czesci, do ktorej de facto jest adresowana.

Moja ciekawosc zostala zaspokojona, bo kolejne tego typu dzielo jednak zbyt szybko nie siegne. Mimo wszystko wole ambitniejsza literature. Ale Harlequina tak pochopnie nie osadzajmy jako dno literatury, albo tez i jej parodie. Widywalem gorsze ksiazki nie-harlequinowskie. Ot, mamy czytadlo dla zapelnienia czasu. Niezbyt ambitne, trafiajace w niskie instynkty kobiece (a moze i niektore meskie) ale tez i raczej nie robiace wody z mozgu. Polecac zatem nikomu nie bedzie, ale gdyby kiedys zdarzylo sie wam, ze bedziecie w obcym kraju, obcym miejscu, sami w domu i do wyboru macie TV z ktorej nic nie rozumiecie, a jakiegos polskiego Harlequina – nie brzydzic sie go. Da sie strawic.

 

125. Twin Peaks: Sekretny dziennik Laury Palmer (+ lista rzeczy związanych z TP, z którymi warto sie zapoznac) 25 czerwiec 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Książki, Seriale — HaeS @ 6:50 pm

Twin Peaks to jeden z najgenialniejszych i najciekawszych (a w opinii wielu – najgenialniejszy i najciekawszy) serail wszechczasów. Nietypowe postacie, wyjątkowy klimat, świetne pomysły i fabuła, która wciąga od pierwszego odcinka aż po ostatni. Niewiele serialowi ustępuje film “Fire Walk With Me”, uzupełniający pewne luki i wyjaśniający kilka serialowych znaków zapytania, ale i będący sam w sobie świetnym, klimatycznym filmem, który zapada w pamięc i nie nudzi nawet po n-tym obejrzeniu nawet tych, którzy serialu nie widzieli (pomimo tego konsekwetnie i po raz n-ty sugeruję, aby film obejrzeć jednak po serialu). Ale to nie wszystko, co wyszło związane ze światem Twin Peaks. Pojawiła się bowiem książka Jennifer Lynch (zbieżność nazwisk z twórcą serialu jest nieprzypadkowa – Jennifer jest jego córką) “Sekretny Dziennik Laury Palmer”, poza tym pojawiło się obszerne nagranie audio pt. “Dale Cooper: My life, my tapes”, za co McLachlan dostał Grammy. Polacy mogą zapoznać z tym w formie ładnie przetłumaczonego pdfa przez jednego z fanów serialu. Oprócz tego wyszła jeszcze jakaś gra karciana związana ze światem Twin Peaks, ale ciekawe są też i przedsięwzięcia nieoficjalne. Jak ktoś dobrze poszpera, może w necie znaleźć m.in. fan-fictionowy scenariusz filmu “Sowy nie są tym, czym się wydają” (po polsku), zamykającego ostatecznie serial, pełen scenariusz filmu “Fire Walk with me” zawierający także wycięte sceny (swoją drogą – sceny te zostały nakręcone, a fani wciąż ostrzą sobie zęby i naciskają tu i ówdzie, aby w końcu materiał ten ujrzał światło dzienne). Gdzieś tam spotkałem się również z fan-fictinowym odcinkiem 3×01. O alternatywnym zakończeniu pilota serialu już na blogu wspominałem. Jak więc widzimy, świat Twin Peaks jest dość bogaty w różne add-ony, fan fictiony, materiały nieoficjalne i niekanoniczne. Oczywiście, nie ma co porównywać tego z uniwersum Star Wars, ale i tak jest w czym wybierać. Pomijam już parodie (w jednej z nich wystąpił sam Dale), nawiązania i filmy/seriale mniej lub bardziej inspirowane TP (a chodzi m.in. o X-files, Lost czy Northern Exposure). Jakby co, to dla zdesperowanych pozostają jeszcze wstępy do każdego odcinka, prowadzone przez Kobietę z Klockiem (niestety, nie widziałem ich). Szkoda, że na światło dzienne nie wyszły chociaż scenariusze dwóch kolejnych filmów które miały być nakręcone tuż po “Fire Walk with me” (Lynch wkurzył się po krytyce tego filmu i powiedział, że nic więcej kręcił nie będzie) czy też filmu “With a Thousand Angels”, który miał być kręcony ok. 2000 r. Jeszcze 2-3 lata temu przebąkiwało się o kolejnym twin-peaksowym projekcie, którego akcja osadzona byłaby już nie w Twin Peaks, ale w innym mieście, a głównym bohaterem byłby opętany przez BOBa Dale Cooper. Nic więcej niestety o tym nie wiadomo.

Niestety, dodatkowe produkcje nie stoją na najwyższym poziomie. Nie ze wszystkim się zapoznałem (w szczególności nie mogę jakoś zabrać się za “My life, my tapes”… po prostu nienawidze czytac pdfów, a drukowanie to kosztowna zabawa) , ale np. scenariusz “Sowy nie są tym, czym się wydają” jest jak dla mnie totalną porażką. Nie lepiej niestety sprawa ma się z “Sekretnym dziennkiem Laury Palmer”. Książka ma ok. 200 stron i strukturę pamiętnika, który Laura zaczyna pisać w dniu swoich dwunatych urodzin, a kończy kilka dni przed śmiercią. Poznajemy w nim ciemną stronę Laury. Po obejrzeniu serialu, Laura w moich oczach jawiła się jako porządna i ułożona licealistka. Z czasem wyszły na wierzch jej grzeszki (praca w One-Eyed Jack, ciągnięcie dwóch związków jednocześnie, kokaina itd). Prawdziwego szoku doznałem jednak dopiero po “Fire Walk with Me”, gdzie postać Laury przedstawiono w zupełnie innym świetle. Sympatyczna licealistka nocą zamieniała się w wyzwolonego, pozbawionego jakichkolwiek zahamowań wampa. Ale na tym nie koniec. Ostateczny krach wizerunku Laury jako grzecznej dziewczynki widzimy właśnie w pamiętniku, w którym objawia ona swoje oblicze. Po ukończeniu ok. 15 lat na przemian mamy tylko seks, narkotyki i BOBa, który – jak się przekonujemy – obecny był w życiu Laury od bardzo, bardzo dawna.

W ksiązce spotykamy chyba wszystkie postacie (a przynajmniej ich większość), jakie znamy z serialu, od kobiety z klockiem po Harolda Smitha. Sylwetki tych osób dzięki pamiętnikowi zostają nieco rozbudowane. Warto nadmienić też, że autorka starała się nawiązać do serialu i filmu możliwie jak najpełniej. Dlatego właśnie kilka ostatnich kartek z pamiętnika widnieje jako “wyrwane” (bo zostały istotnie wyrwane w filmie FWWM), zgadza się też i kilka innych drobnych szczegółów. Nie zgadza się za to datowanie – wg autorski śmierć Laury nastąpiła na początku 1990; większość fanów TP jest na stanowisku, że stało się to na początku 1989 (nigdzie nie pada konkretny rok, ale sporo jest przesłanek wskazujących właśnie na 1989).

Ale to akurat nie jest największy zarzut, jaki można postawić książce. Książka jest po prostu nudna. Monotonia aż bije po oczach. O ile na początku jeszcze zapiski Laury dają radę (mamy przecież np. spotkanie z Kobietą z Klockiem czy też pełne perwersji pierwsze doświadczenia erotyczne dziewczyny), to jednak im dalej – tym gorzej. Monotonny bełkot o spotkaniach z Leo, Jaquesem, Jednookim Jacku, Bobbym i BOBie, bez myśli przewodniej, bez niczego, co by wciągało i zachęcało do przeczytania kolejnego wpisu. Ciężko się to czyta. Ja wiem, to ma być pamiętnik, pamiętniki siłą rzeczy nie mają głównego wątku ani samodzielnej fabuły, jednak Jennifer Lynch z tym realizmem formuły pamiętnikowej znacząco przesadziła. Można było rozegrać to inaczej, a w tej postaci “Sekretny Dziennik Laury Palmer” nie jest niczym innym aniżeli żałosną próbą zbicia dodatkowego grosza na elektryzującej miliony ludzi na całym świecie nazwie “Twin Peaks”. A ja sie na to nabralem… No coz, pewnie nie ja jeden.

 

117. Mroczna Wieża 23 maj 2008 (piątek)

Zaszufladkowany do: Książki — HaeS @ 8:58 pm

Po chyba pięciu (a może i sześciu) latach dobrnąłem w końcu do ostatniego tomu “Mrocznej Wieży”. Czytałem to nietypowo. Oczywiście we właściwej kolejności, ale z długimi przerwami, narzuconymi po części przez cykl wydawniczy, po częśći przez moje szczupłe finanse (staram się kupować książki, a nie wypożyczać!), a także przez brak fizycznej możliwości kupna kolejnych tomów czy długą kolejkę pozycji do przeczytania. Wskutek wielu okoliczności ostatni tom trzymałem w rękach po raz pierwszy w życiu mniej więcej dwa lata po przeczytaniu przedostatniego. Jako że niewiele pamiętałem, postanowiłem zaszaleć (a co!) i przed lekturą “Mrocznej Wieży VII” jeszcze raz przebrnąć przez pierwsze sześć tomów.

A właśnie, tak sobie piszę i piszę jakby wszyscy wiedzieli czym “Dark Tower” jest. A przecież nie każdy musi wiedzieć. Cykl powieściowy Stephena (swoją drogą imię “Stephen” jest dla mnie jakieś takie dziwne; z dwóch wersji tego imienia jakoś bardziej mi pasi “Steven”) Kinga składa się z 7 tomów. Tomy czytać należy zdecydowanie w kolejności narzucej przez autora; czytanie na wyrywki bądź przeskakiwanie tomów jest zdecydowanie niewskazane. Można zatem “Mroczną Wieże” potraktować jako jedną długą powieść. Nie do końca byłoby to jednak takie podejście jest słuszne. Każdy tom oprócz tego, że ma swój własny klimat, posiada własny wątek (wraz z rozgrywającym się gdzieś tam w tle wątkiem głównym) oraz własną strukturę (tomy dzielone są na różnie – na rozdziały, pieśni, części o różnej długości); oprócz tego generalnie przy każdej książce zmienia się miejsce akcji i (częściowo) bohaterowie. Zatem każdy tom tworzy pewną oddzielną całość i może być nazwany osobną powieścią z zastrzezeniem jednak, ze – jak pisalem – ze wzgledu na obecnosc glownego watku, nalezaloby czytac je po kolei.

Świat Mrocznej Wiezy jest dziwny i niezrozumialy. Miesza sie w nim wiele watkow, wiele koncepcji i wiele motywow, ktore przewijaja sie przez wspolczesny film i literature. Przypomina zatem “Mroczna Wieza” nieco western, chociazby poprzez postac glownego bohatera, jego miejsce pochodzenia, jego mlodosc i jego swietna umiejetnosc poslugiwania sie rewolwerami. Ale jednoczesnie w “Mrocznej WIezy” jest sporo elementow science-fiction, bo co rusz napotykamy slady jakiejs dawno upadlej cywilizacji, po ktorej wciaz pozostaly dzialajace maszyny. Trafne byloby zaklasyfikowanie cyklu jako fantastykę, bo sporo jest tu nierealnych rzeczy, takich jak przechodzenie między światami, cofanie się w czasie, magiczne kule, a nawet najprawdziwsza w świecie czarownica. Jest też coś z horroru (ach, te demony i gigantyczne pająki wysysające wnętrzności!), coś z sensacji, a jeden z tomów mocno zalatuje romansem. Słowem – dla każdego coś miłego. Istnie postmodernistyczna mieszanka.

Głównym bohaterem jest Roland – człowiek, mieniący się ostatnim rewolwerowcem, przemierzający ten dziwny i niezrozumiały świat w poszukiwaniu Mrocznej Wieży. Na początku (i w zasadzie to prawie do samego końca) nie wiemy czym jest ta wieża, dlaczego on jej szuka i co go czeka w środku. Dzięki niezrozumiałym wyrokom przeznaczenia, Roland może przejść od czasu do czasu do naszego świata i nieco w nim zamieszać, podobnie jak niektóre osoby z naszego świata trafić mogą (i trafiają) do świata Rolanda. Z czasem przybysze dołączają do Rolanda i krystalizuje się drużyna… zaiste dziwna drużyna, ale jednak drużyna, która wraz z głównym bohaterem uparcie podążą poszukując Mrocznej Wieży. Czy dotrą do niej?

Tych, ktorzy czytali, zaskoczę wszystkich ostro kiedy napiszę, że najlepszym tomem dla mnie był pierwszy – “Roland”. Jako że kolekcjonowałem wydanie ze “Świata KsiążkI”, nie miałem do czynienia z nowym, ulepszonym Rolandem 2003 (którego czytali ci, którzy korzystali z wydania “Albatrosa”), tylko ze starą wersją sprzed trzydziestu lat. A i tak podobał mi się najbardziej. Utwór oszczędny w środkach, ale pomysłowy. Klimatyczny. Refleksyjny. Zaskakuje już pierwszy rozdział – jak później ujał to King, pisany “od tyłu”, posiadający retrospekcje, retrospekcje od retropekcji i retrospekcje od retrospekcji od retrospekcji. Ogólnie pierwszy rozdział sam w sobie stanowi ciekawe opowiadanie, można je sobie poczytać bez szczegółowego wgłębiania się w zawartość reszty “Rolanda”, o pozostałych siedmiu tomach nie wspominając. King w “Rolandzie” stworzył fascynujący świat, który potem – i mówię to z żalem – konsekwetnie rozmienia na drobne, niszcząc wspaniałość i prostotę pierwszego tomu Mrocznej Wieży. Dodać muszę, że w starym “Rolandzie” pewne fakty nie do końca zgadzają się z tym, z czym zetkniemy się w reszcie ksiązek. Dopiero w nowej, poprawionej wersji z 2003 King dopasował “Rolanda” do reszty cyklu.

Dwa kolejny tomy – “Powołanie Trójki” i “Ziemie Jałowe” też dają radę. King zaczyna co prawda zakręcać w charakterystyczny dla siebie sposób akcję, zmienia się też i jego styl narracji na bardziej żywy i dynamiczny, ale też bardziej rozwlekły. Okazuje się zatem, że np. 2-3 strony przeznaczone są na mętny opis przeżyć psychicznych bohatera, z którego nic nie wynika. Ot, cały King. Pomimo tego – akcja rusza ostro do przodu, dużo się dzieje, sporo się dowiadujemy i na pewno jest ciekawie.

“Czarnoksiężnik i Kryształ”, najgrubszy ze wszystkich tomów, to baśń. Długa, piękna baśń o młodości Rolanda. Dodać muszę (wszak to żadna tajemnica, a kto czytał “Rolanda” już o tym wie), że baśń bez happy endu. Część ta przez wielu uważana jest za najlepszą część cyklu. Postać Rolanda nabiera w niej z jednej strony (nareszcie!) człowieczeństwa, z drugiej jednak – dramatyzmu i tragiczności. Tom na pewno udany, poza żałosnym zakończeniem z butami i czarnoksiężnikiem z Oz, nad którym jeszcze się później nieco poznęcam.

“Wilki z Calla” to ostatni “normalny” tom zanim wydarzenia nabiorą niesamowitego pędu i zrobi się chaos. Na razie jesteśmy w Calla, gdzie bohaterowie spotykają ludzi udręczonych wizytami tytułowych Wilków. Zatrzymują się w swojej drodze do wieży i postanawiają się ich raz na zawsze pozbyć. Tom dobry i ciekawy, zaskakujący, nasycony pełnokrwistą akcją.

I tu się kończy to, co w “Mrocznej Wieży” najpiękniejsze. Zupełną porażką jest bowiem dla mnie tom szósty – “Pieśń Susannah”. Pomijam już drobny szczegół, że wszystko dzieje się nie w świecie Rolanda, ale w “naszym” świecie. Pomijam to, ze pada dzięki temu klimat. Pomijam to, że tworzy się nieco chaosu i zamieszania przez te wszystkie podróże w czasie, rozdrobnienie grupy na kilka częśći wykonujących różne zadania i kilka innych szczegółów. Ale pominąć nie mogę faktu, że ta książka jest normalnie nudna jak flaki z olejem. Ale niestety, trzeba czytać wszystko i po kolei, zatem i “Pieśń Susannah” trzeba przemęczyć.

No i w ten sposób dochodzimy do tomu ostatniego. Też nie jest rewelacyjny, niestety. Za długi, zbyt rozwlekły, miejscami nudnawy. Całe szczescie, pod koniec akcja zaczyna przyspieszac, watki sie zamykac, a wszystko zmierza w coraz szybszym tempie do upragnionego finalu, ktory… Powiem tylko tyle, że zakończenie jest niespodziewane, fascynujące, oryginalne i ciekawe, chociaż fanatycy logiki (do których zaliczam się m.in. ja i mr Spock) mogą się tego i owego czepiać. No, ale powiedzmy, że daje radę.

Seria jako całość… na pewno dobra. Wciaga, a to najwazniejsze. Do naszej grupki bohaterow sie przywiazujemy, traktujemy ich jak przyjaciol, zyjemy ich radosciami i smutkami, myslimy o nich nawet wtedy kiedy spokojnie stoja na polce zamknieci miedzy stronnicami ksiazek. Mamy oryginalny swiat, tajemniczy klimat, duzo sie dzieje – to duze plusy. No i jeszcze cos, co ja bardzo cenie – zlozonosc i wielowatkowosc. Wydarzenia z pierwszego tomu maja wplyw na to, co sie dzieje duzo pozniej. Na pewno polecilbym bez wahania, ale nie ma rozy bez kolcow (chociaz z roza to akurat kiepskie porownanie… zaraz sie dowiecie dlaczego).

Seria ma pewną istotną wadę, a mianowicie – wprowadzanie do świata “Mrocznej Wieży” elementów nijak do niego pasujących. Żeby przybliżyć o co mi chodzi, posłużę się wyrafinowanym porównaniem. Wyobraźcie sobie ilustrację do “Władcy Pierścieni”. Elfy, ludzie i krasnoludy siedzący gdzieś tam w lesie w świecie pełnym magii i zaskakujących zjawisk. Pomimo, że ten świat jest wymyślony, czuje się jego prawdziwość. No i teraz do tej ilustracji dodajmy fakt, że po niebie lata różowy słoń, narysowany w komiksowo-kreskówkowej stylistyce. Pasuje ten różowy słoń? Za nic w świecie! Psuje harmonię obrazu, zaburza u obserwatora poczucie realności, wydaje się być sztuczny i na siłę wprowadzony. No i tak samo jest z chorymi pomysłami Kinga, wymyślananymi z czapy, jakby na poczekaniu i bez chwili zastanowienia się nad ich sensowanością wprowadzanymi do powieści. Pomijam już nawiązania w “Mrocznej Wieży” do innych książek tego autora, bo bohaterowie spotykają m.in. Ojca Callahana z “MIasteczka Salem” czy też zrujnowane miasto z “Bastionu”. Takich nawiązań jest nieco więceji tego się nie czepiam – może nawet i fajnie, że autor łączy różne swoje książki w jedną całość, nawet jeśli nie do końca to się trzyma kupy. Ale wspomnieć trzeba o fatalnej końcówce IV tomu, kiedy bohaterowie znajdują nie wiadomo jak i skąd na drodze komplet butów specjalnie dla nich uszykowanych czy spotykają czarnoksiężnika z Oz (koniec końców okazało się, że to nie on, ale i tak niesmak pozostaje). W V tomie główni przeciwnicy używają mieczy jakby z gwiezdnych wojen i rzucają zniczami z napisem “Harry Potter”. Pojawiają się też nawiązania do Spidermana. Wszystko to sprawia, że świat nie tylko traci na realności, ale też wydaje się być pozbawiony sensu i logiki. Doprawdy, panie King – świat “Mrocznej Wieży” sam w sobie już jest tak zamotany (dodajmy – cudownie zamotany i cieszę się z tego, że taki jest) przez podróże w czasie, czarownice, gadające zwierzęta i żyjące cieniem swojej dawnej świetności maszyny, że wszystkie “udoskonalenia” przez Pana wprowadzone wywołują u czytelnika zażenowanie równie mocne, jakie wywołałby różowy Beniamin Blumchen wesoło krzyczący “Tereeeeee!” nad głową Galadrieli.

Jednym z takich “uatrakcyjnień”, a zarazem największym błędem Stephena Kinga było IMO wprowadzenie do serii jako jednego z bohaterów… samego siebie. W “Pieśni Susannah” autor zrobił to jeszcze dość delikatnie i gdyby skończyło tylko na krótkim spotkaniu Kinga z Rolandem, skomentowałbym to jako miły, troszkę ironiczny akcent. Niemniej jednak pod koniec “Pieśni Susannah” nawiązań do postaci Kinga jest dużo więcej, a postać ta stanowi ważne również ogniwo ostatniego tomu, co dla mnie jest już przegięciem. Długo bałem się, że “Mroczna Wieża” skończy się jak “Akademia Pana Kleksa” – Roland trafi do swojej wieży, a tam spotka Kinga, który stworzył i kontroluje jego świat. Na szczęście aż tak źle nie jest. Ale i tak umieszczenie i – co gorsza – konwekwentne prowadzenie swojej postaci, tworzenie z niej klucza do świata Rolanda i uzależnianie losów bohaterów od losu swojego powieściowego alter ego i tak śmierdzi mi na kilometr kiczem.

Inna sprawa to Róża. Boshe, ile można wałkować jedno i to samo? Dla niezaznajomionych z cyklem/nie pamiętających o co chodzi: gdzieś na pustej działce w Nowym Jorku rośnie róża. Nie wiadomo jak i kiedy, bez słowa wyjasnienia, bohaterowie ubzdurali sobie, że ta róża jest najważniejszą rzeczą na świecie, którą trzeba chronić za wszelką cenę i wszystimi dostępnymi środkami. Róża pojawia się głównie w V i VI tomie i jest co rusz wspominana – wciąż ktoś od tej róży chce, wciąż grozi jej jakieś niebezpieczeństwo, wciaż się o niej mówi nawet jeśli po prostu sobie akurat rośnie i nikt nie czycha nad nią z sekatorem. A zdezorientowany czytelnik pyta tylko sam siebie o co z tą różą chodzi, bo mnie się akurat ważna nie wydawała. Wydawała się wkurwiająca i róża, i wszystkie nawiązania do niej.

Pomimo wszystkiego tego, co napisałem powyżej – polecam “Mroczną Wieżę” wszystkim, którzy lubią Kinga. Wszystkim, którzy lubią fantastykę. Wszystkim, którzy lubią długie, wielowątkowe, złożone opowieści. Wszystkim, którzy chcą przeczytać coś ciekawego. “Mroczna Wieża” miejscami nudzi, miejscami zniechęca, miejscami niemal chce się przerwać czytanie i zakończenie przygody z tą książką. Ale odrobinka (a czasem troszkę więcej niż odrobinka) cierpliwości ofiarowana Rolandowi i jego kamratom zwróci się i zaprocentuje. Ja w każdym razie nie żałuję tego, że zacząłem swoją przygodę z tym cyklem i nie żałuję też tego, że dotrwałem do jej końca. Wrecz przeciwnie: cieszę się, że trafiłem (torszkę przypadkiem) na ten cykl i że miałem okazję przejść wraz z Rolandem i jego przyjaciółmi tę jakże długą drogę. I wam życzę równie mocnych wrażeń.

Aaaaaaaaa! Jeszcze coś. Abrams (ten od Lostów) ma to zekranizować. Nie mogę się normalnie doczekac…

 

112. Polecone: Wyspa Delfinów 4 maj 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Książki, O blogu, polecone, refleksje — HaeS @ 5:59 pm

Dziś rozpoczynam na swoim blogu cykl, w którym będę omawiał książki, filmy i inne wytwory kultury, o których dowiedziałem się (bądź zostałem do nich zachęcony) dzięki blogom, na które od czasu do czasu zaglądam. W ten sposób w sposób wirtualny zbliżam się do moich kolegów-blogerów, zacieśniam wirtualne więzi, a jednocześnie pokazuję, jak byt w blogosferze przeplata się z prawdziwym życiem i jaki ma na nie wpływ, na mój rozwój intelektualny, a także – być może w przyszłości – towarzyski. Że człek nie bloguje sam dla siebie, ale po to, aby się z kimś czymś podzielić, dać komuś coś z siebie, ale jednocześnie od innych chłonąć cząstki ich osobowości, żyć tym, czym żyją inni. Pan Spock z kamienną twarzą rzekłby w tym miejscu “fascinating!”.

Na pierwszy rzut idzie zatem “Wyspa Delfinów” (powered by Surion)

Recenzja Suriona (po której kupiłem książkę na allegro): Tutaj.

Arthur C. Clarke najbardziej znany jest z cyklu “Odyseja Kosmiczna”. Powstały w sumie cztery tomy. Pierwsze dwa z nich – których akcja dzieje się w roku 2001 oraz 2010 (moje recenzje tu) zostały zekranizowane. Dwa kolejne, których czas akcji umieszczony jest w 2061 i 3001 ekranizacji póki co się nie doczekały. Szczerze mówiąc, nie czytałem jeszcze żadnego z czterech tomów (chociaż pierwsze dwa mam w planach; dwa kolejne też bym chciał przeczytać tyle, że są trudno dostepne); ba – nie czytałem jeszcze niczego Clarke’a i dlatego też nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać.

W jednej rzeczy w Surionem się zgadzam: Clarke niestety nie błyszczy stylem. Proste i raczej krótkie zdania, brak jakichkolwiek komplikacji stylistycznych czy składniowych, zero ozdobników, słownictwo najprostsze jak się da – miejscami ma się wrażenie, że czyta się książkę dla 10-latków. Owa ułomność stylistyczna autora na początku drażni, na szczęście z czasem człowiek się przyzwyczaja i nie przeszkadza to już tak bardzo. Fabuła sama w sobie też niestety zbyt wyszukana nie jest. Nie będę jej streszczał, bo co będę psuł zabawę czytelnikowi, ale przebieg akcji, ale powiem tylko tyle, że raczej nie dzieje się nic wartego uwagi. Bohaterowie… szkoda gadać. Dziecinny Johnny dręczony przez niedobrą ciotkę i jeszcze bardziej dziecinny jego przyjaciel, do tego dobroduszny profesorek i jego nieco zimniejszy współpracownik + galeria kilku innych równie mało interesujących postaci. A, zapomniałem o delfinach, które też grają ważną rolę.

Książkę zatem mógłbym rnąć do kosza (albo “wyćpnąć na gemylę”, jak to moja babcia mawiała) bez większego żalu. Jednak jest w niej coś, co przyciąga. Clarke w ów żenujący spektaktl pozbawiony jakiejkolwiek ciekawej akcji prowadzony w dodatku przez marnie skrojonych bohaterów, wkleił kilka interesujących pomysłów, które sprawiają, że książka nabiera zupełnie innego wymiaru. Wiadomo powszechnie, że delfiny są istotami wysoce inteligentnymi i w zasadzie jedyną istotą na intelektualnej drabinie postawioną wyżej od nich jest człowiek. Clarke poszedł nieco dalej. Zasugerował, że delfiny posiadają własny język, na tyle podobny do ludzkiego, że człowiek jest w stanie (przy pomocy oczywiście odpowiedniej maszynerii) rozszyfrować delfinią ową mowę, a także i odpowiedzieć delfinom w ich języku. Jak dla mnie, całkiem wiarygodna historia. Co ważne, Clarke ubarwia całą historię o zdawałoby się mało istotne, ale sprawiające że wszystko zyskuje na wiarygodności szczegóły – jak choćby ten, że defliny posługują się systemem dwójkowym. No i napisac muszę, że bohaterowie rozgryzając delfinią mowę, trafiają na tajemniczą legendę, o której Surion wspominał. Także i ja ani słowem nie wspomnę o czym te defliny od wieków rozprawiają, ale legendą nie zawiodłem się ani trochę. Autor wplótł w książkę także i inną, autentyczną i bardzo interesującą legendę – tym razem opowiadaną przez ludzi, – a mianowicie o Mary Watson.

Po świeżej lekturze “Solarisa”, po którym wciąż jeszcze nie ochłonąłem, wnioskuję, że być może ludzkość popełnia błąd szukając inteligencji w kosmosie. Być może inteligentne cywilizacje składające się ze świadomych jednostek (nieco innych niż sobie wyobrażaliśmy, ale jednak) żyją tutaj, na ziemi? Sporo czasu i pieniędzy poświęcono już inteligencji szympansów, która jest dobrze zbadana i opisana, mam wrażenie jednak, że o wiele większy potencjał tkwi w delfinach, słoniach i świniach. Tak mało o nich się mówi, a przecież to niewiarygodnie inteligentne zwierzęta. Kto wie co naprawdę dzieje się w ich głowach…

Wracjąc do mojej ostatniej lektury – plusem “Wyspy Delfinów” może być to, że mnóstwo dowiadujemy się o tych sympatycznych stworzonkach, ich zwyczajach, zabawach, radościach i utrapieniach. Poza tym nie sposób nie wspomnieć o tym, że Clarke porusza delikatnie pewne problemy społeczno-filozoficzne, ustami bohaterów wypowiada się m.in. w sprawie tresowania zwierząt (a w dalsze perspektywie – ludzi) przy pomocy elektrostymulacji mózgu, porusza też kwestię pokoju na świecie, ekologii itd. Podoba mi się też to, że Clarke umieszczając akcję w dość odległej przyszłości, nie fantazjuje zbytnio, nie wymyśla skomplikowanych cacek ani dziwacznego przebiegu historii. W zasadzie z jego skromnych wizji co nieco się sprawdziło, a za kiladziesiąt lat kiedy do mniej lub bardizej powszechnego użytku wejdą poduszkowce, książka nie będzie miała chyba żadnego poważnego zgrzytu między wyobrażeniami Clarke’a, a rzeczywistością.

Książkę polecam, ale bez głębszego przekonania. Zazwyczaj unikam ocen liczbowych, ale wyjątkowo powiem, że jako czytadło oceniłbym to na dwa z dużym minusem, jako książkę, z której możemy wynieść jakąś wiedzę bądź refleksję – na czwórkę. Jeżeli zatem kogoś taka delfinia perspektywa zbytnio nie rusza, może bez żalu sobie “Wyspę Delfinów” odpuścić.

 

110. Trzy spojrzenia na “Solaris” 1 maj 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Film, Książki, Nauka, filozofia, refleksje — HaeS @ 4:40 pm

Często zastanawiam się czy istnieje życie w kosmosie. To jeden z moich ulubionych tematów w ostatnim czasie. Naukowcy, posługując się rachunkiem prawdopodobieństwa, bez wahania odpowiadają, że jest rzeczą statystycznie pewną, że nasza galaktyka, o reszcie wszechświata nie wspominając, niemal roi się od różnych form życia. Jednocześnie jednak bardzo często przytacza sie paradoks Fermiego, który zazwyczaj streszcza się trzema, jakże wymownymi słowami: “Gdzie oni są?”. Zaiste dziwne, że wszechświat, który powinien kipić od życia, jest pusty i niemy. Radioteleskopy nie odbierają żadnych sygnałów radiowych nadawanych przez obce cywilizacje, nie udowodniono wizyty żadnego obcego na naszej planecie, zaś fabrykowane masowo przez Danikena i pokrewnych mu grafomanów książki przestawiające “dowody” na kontakty z obcą cywilizacją w odległej przeszłości wywołują u bardziej refleksyjnych czytelników poczucie zażenowania.

Ponieważ nie znamy żadnej alternatywnej (w stosunku do ziemskiej) formy życia w Kosmosie, wszystkie nasze wyobrażenia opieramy na tym, co już znamy, czyli na nas. Właśnie dlatego w filmach SF tak wiele jest istot humanoidalnych. Wychowani na Star Treku i Babylonie, wyobrażamy sobie, że kosmici wyglądają jak ludzie, mówią po angielsku, a od nas różnią się w najgorszym wypadku ilością plamek i wystających kości na głowie. Klingonowie z pierwszego Star Treka czy Sabaceni z Farscape’a nie różnią się nawet tym – na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie jak ludzie. Przyczyną takiego stanu rzeczy (oprócz wyobraźni autorów pozostającej w stanie szczątkowym) jest aspekt techniczny – łatwiej bowiem jest domalować aktorowi kilka plamek na czole niż stworzyć kosmitę z prawdziwego zdarzenia. Co nie zmienia faktu, że tzw. humanoidy to z naukowego punktu widzenia bzdura totalna, a jeśli dołożymy do tego jeszcze powszechną w filmach i serialach możliwość krzyżowania ludzi z odpowiadającymi im gatunkami z obcych planet, pozostaje jedynie chwila ciszy, refleksji i żalu nad zagubioną gdzieś przed laty inteligencją ludzi tworzących takie banialuki. Nie wspominam już o tępym plebsie, który łyka ten chłam bez zmrużenia oka.

Ci z nas, którzy umieją odrzucić od siebie stereotyp kosmity wyglądającego niemal identycznie, jak człowiek, nadal jakoś nie umieją wyjść ponad pewne ramy myślowe. Na takich właśnie utartych schematach oparto istoty pozornie zupełnie obce, ale tak naprawdę wzorowane na zwierzętach z naszej planety – np. obcego z filmu “Alien” czy brainsuckera z serialu Babylon 5. Kształty owych stworzeń, ich dziwaczne narządy i zwyczaje (jak np. kwas zamiast krwi czy żywienie się falami mózgowymi) faktycznie sprawiają, że istota wygląda na obcą. Ale czy na pewno? Do mnie akurat nie do końca to przemawia i niezależnie od liczby odnóży, kształtu szczęk i koloru krwi widzę cały czas głęboką inspirację ziemskimi formami życia. W odróżnieniu jednak od mojej dezaprobaty dla efektów pracy twórczej osób odpowiedzialnych za pojawienie się w uniwersach SF humanoidów, nie potępiałbym twórców istot takich jak Obcy. Starają się jak mogą, aby ich stworzenia wyglądały tak obco jak to tylko możliwe, uatrakcyjniając je o coraz bardziej wymyślne cechy. To o wiele ambitniejsze zadanie aniżeli danie aktorowi pary fioletowych szkieł kontaktowych i plastikowej nasadki na głowę.

O kroczek dalej idą ci scenarzyści filmowi i pisarze, którzy nie bawią się w naśladowanie dużych zwierząt, ale mikrobów. Jednak i tu istoty obce są za mało obce. Mało, że po dokładnym oglądzie okazuje się, że posiadają DNA, to jeszcze na ogół wchodzą w reakcję z ludzkim organizmem – zupełnie tak, jak infekty ziemskie. Na jakiej zatem podstawie bohaterowie filmu czy serialu twierdza, że owe zarazki są pozaziemskie?

Jak widzimy, autorzy SF nie do końca radzą sobie z tworzeniem obcych tak, aby było to z jednej strony interesujące, z drugiej wiarygodne. Jak dotychczas ledwie kilkukrotnie natknąłem się na stricte naukowe idee przedstawiające pozaziemskie istoty – jedna z nich, dotyczy krzemowych kryształów, rosnących na powierzchni planety i przypominających nieco krzaki, druga zaś – istot żyjących w koronach gwiazd. Obie przedstawiają coś, czego na ziemi nie ma i tak obce, że aż trudne do wyobrażenia. I to jest właśnie fascynujące.

SPOJRZENIE PIERWSZE: KSIĄŻKA STANISŁAWA LEMA

Przekonanie o obcości obcych oraz odraza do idei humanoidalnych kosmitów – to dwie cechy które łączą mnie z genialnym polskim pisarzem Stanisławem Lemem. Uchybieniem dla inteligencji czytelnika byłoby tłumaczenie w tym miejscu kim był Stanisław Lem, bo to człowiek zewsząd znany, ikona polskiego (i nie tylko polskiego) fantastycznonaukowego pisarstwa. No właśnie – fantastycznonaukowego. W odróżnieniu od tysięcy innych pisarzy czy scenarzystów, bujających w obłokach absurdu, Lem jak najbardziej poważnie podszedł do terminu “fantastyczno-NAUKOWY” (nacisk na drugi człon celowy) i unikał radosnej twórczości pozbawionej naukowej refleksji.

Dlatego też z przyjemnością przeczytałem jego “Solaris”. Po raz pierwszy w filmie czy literaturze spotkałem istotę naprawdę obcą. Istotę, której istnienie jestem w stanie zaakceptować, przy której poznawaniu nie prychnąłem z pogardą dla małej wyobraźni autora ani nie kiwałem z niedowierzaniem głową jak to zwykłem robić po tym, kiedy twórca przedstawia coś głupszego aniżeli sięga moje wyobrażenie głupoty. Formę życia tak odstającą od naszych wyobrażeń o istotach pozaziemskich, że większośc z nas odrzuci ją bez wahania. Istotą tą bowiem jest… cała planeta – tytułowa Solaris. A w zasadzie nie tyle planeta, co pokrywający ją cytoplazmatyczny ocean. Ocean zdaje się żyć własnym życiem, jest w ciągłym ruchu, a na jego powierzchni co rusz pojawiają się i znikają fascynujące twory – długonie, mimoidy, symetriady, asymetriady oraz kilka innych, których nazw nie pomnę. Nie są one tworzone przez proste zjawiska fizyczne, ale zdają się być jakimiś przejawami aktywności tej planety. Powstają celowo i każda z nich ma do spełnienia jakieś zadanie…

Nawiązanie kontaktu z takim wielkim planetarnym mózgiem jest bardzo trudne, żeby nie rzec – niemożliwe. Wszak Solaris jest sama i samotna, istnieje dla siebie. Nie posiadając żadnych towarzyszy swojego żywota, od samego swojego powstania będąc jedyną znaną sobie istotą, nie zdołała w sobie wytworzyć żadnych zdolności społecznych, żadnej potrzeby kontaktu z kimkolwiek. To jeszcze bardziej przeraża, ale jednocześnie pokazuje, jak obcą nam istotą jest Solaris. Trudno wyobrazić sobie jeszcze bardziej odstającą od naszego wyobrażenia formę życia – chwała za to Lemowi!

Oprócz rozległego wątku dotyczącego historii eksploracji i badań nad tą niezwykłą żyjącą planetą, Lem wprowadził także wątek traktujący o tym, co dzieje się z trójką astronautów mieszkających w orbitującej nad nią stacji kosmicznej. Zaczynają oni bowiem widywać dziwne rzeczy, ludzi, którzy przebywających gdzieś zupełnie daleko, a nawet nieżyjących. Jedną z nich jest Harey, zmarła przed laty żona głównego bohatera. Wydaje się, że właśnie tym wątkiem Lem ukręcił sam na siebie bicz, który zabił obie ekranizacje powieści.

Solaris doczekał się bowiem dwóch ekranizacji. Co ciekawe i ważne, budujące i druzgoczące zarazem, żadna z tych ekranizacji nie jest polska. Budujące – bo to jawny dowód na to, że Stanisław Lem zdobył uznanie za granicą, włączony został do kanonu wielkich pisarzy SF i szanowanych postaci z tego środowiska. Druzgoczące – bo świadczy to o poziomie polskiej kinematografii, która potrafi po raz milionowy wałkować jeden i ten sam wątek w kolejnych hitach będących ekranizacjami powieści Grocholi, ale nie umie wziąć się za ekranizacje wielkiego dzieła największego polskiego pisarza SF. W ogóle polskie kino SF leży i kwiczy. Jeżeli odrzucimy “Pana Kleksa w Kosmosie”, który to film SF żadną miarą kwalifikować się nie może, okazuje się, że od czasu świetnej swoją drogą “Seksmisji” nie nakręciliśmy ani jednego filmu SF. Tak więc musimy zadowolić się wspomnianym Panem Kleksem, tudzież “Reksiem w Kosmosie”. Szkoda, że polscy twórcy filmowi nie dostrzegają ogromnego potencjału w powieściach Lema, z drugiej jednak strony – po wszelakich “Wiedźminach”, “Quo Vadisach” i wysokobudżetowych polskich filmach widzimy, że superprodukcje w naszym rodzimym wydaniu spotykają się z ostrą krytyką widowni, dodajmy jeszcze, że nierzadko uzasadnioną. Pozostańmy zatem może przy kolejnych powieściach Grocholi. Kilka jeszcze zostało do zekranizowania. Niechaj plebs się cieszy i raduje obserwując amory Judyty z kimśtam, a elita… no, elita zasiądzie przed radzieckim i amerykańskim Solarisem.

SPOJRZENIE DRUGIE: FILM ANDRIEJA TARKOWSKIEGO

Pierwszym reżyserem, który podjął się realizacji trudnego jak się wydaje w ekranizacji Solarisa był rosyjski reżyser Andriej Arseniewicz Tarkowski. Tu drobna dygresja. Przypomina mi się bowiem jak na studiach w trakcie wykładu z fizyki profesor uświadamiał nas, że Nikola Tesla był Chorwatem. I pokreślał z całą stanowczością – CHORWATEM. A nie żadnym Jugosłowianinem. Toteż przestrzegam przed robieniem z Tarkowskiego reżysera radzieckiego.

A film… no cóż. Wszystkich, którzy chcieliby obejrzeć jego Solarisa z 1972 muszę ostrzec. Tarkowski to nie był rosyjski Spielberg. Bliżej mu raczej do Kieślowskiego czy Bergmana. Możemy zatem spodziewać się charakterystycznych dla tego typu kina zabiegów reżyserskich; przygotować trzeba się na dłużyzny, sceny w których nic się nie dzieje, momenty, kiedy patrzymy minutę na twarz bohatera kiedy ten zastanawia się co powiedzieć itd. Charakterystyczną cechą tego typu filmów jest też i to, że cała akcję można streścić w formie trzyminutowej wypowiedzi. Nie jestem fanem takiego kina, chociaż od czasu do czasu tego typu film sobie obejrzę ponieważ uważam, że obrazy takie niosą ze sobą pewną dawkę ekspesji, wyciszają i uwrażliwiają. No, ale jak rzekłem – od czasu do czasu i to raczej długiego czasu.

Tarkowski w swoim “Solarisie” wyraźnie spłaszczył i okroił wątek, który mnie akurat najbardziej interesował i który zajmował nieco ponad połowę książki – wątek badań prowadzonych na Solarisie, tudzież rozlicznych teorii na temat tej planety oraz jej zachowań. Od czasu do czasu oczywiście następuje nawiązanie do fragmentów powieści traktujących na ten temat (a nawet nawiązań tych jest dość dużo), jednak najwięcej ekranowego czasu zajmuje pokazywanie relacji między Chrisem, a Harey, tudzież nasączone filozofią rozmowy między bohaterami. W pamięć zapada dialog, w którym Snaut mówi: “My nie szukamy kosmosu – chcemy jedynie poszerzyć ziemię”, nawiązując do strachu przed nieznanym, niechęci do jakichkolwiek odkryć (takich jak choćby te na Solarisie) oraz predyspozycji ludzkości do duszenia się we własnym sosie i zamykania na wszystko to, co obce i nieznane.

Szczerze mówiąc, nie leży mi zbytnio ten film. Długi, nudny i taki właśnie bergmanowski. Ale to rzecz gustu. Wielu jest takich, którzy uważają ekranizację Tarkowskiego za intrygujące i inspirujące arcydzieło, perełkę sowieckiego kina. Rzecz gustu. Nadmienię jeszcze, że Lem również był delikatnie rzecz ujmując średnio zadowolony.

SPOJRZENIE TRZECIE: FILM STEVENA SODERBERGHA

Jeśli chodzi o film Soderbergha z 2002 (zwany powszechnie “Solarisem z Clooneyem”)… no cóż, powiem tak: ten to dopiero poszalał! O ile Tarkowski przeniósł wyraźnie punkt ciężkości z zagadkowości i tajemniczości planety na relacje psychologiczne między głównym bohaterem, a jego żoną, to twórca amerykańskiej wersji poszedł na całość, wywalając z książki wszystko to, co ma bezpośredni związek z badaniami i naturą planety, zostawiając jedynie znaną z powieści czwórkę bohaterów, zmieniając jednak ich nazwiska, a nawet płeć – np. z Santoriusa zrobiono nam czarnoskórą dr Gordon. Praktycznie cały film oparto na skomplikowanej (i dodajmy od razu – nudnej) analizie stosunków między Chrisem i Harey… e, to znaczy chciałem rzec: Chrisem, a Rheą, bo tak Soderbergh ochrzcił żonę głównego bohatera. Pobawił się przy tym w kilka nowych szczegółów – sporo filmowego czasu zajmuje pokazanie (w formie retrospekcji) życia na Ziemi Chrisa i Rhei, dowiadujemy się m.in. jak się poznali, o powodach rozstania itd. Wszystko sprowadza się ogólnie do tego, że Chrisa trapią wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności za śmierć Harey i boi się teraz ją stracić drugi raz. O samej jednak planecie Solaris, której opis zajął – przypominam jeszcze raz – ponad pół książki, w filmie nie ma ani słowa. Jedynie od czasu do czasu pokazano jej tajemniczą powierzchnię sugerując jakby, że to ona jest przyczyną wszystkich zwidów na stacji. Dużo kontrowersji wywołać też może zakończenie. Abstrahując już od faktu, że ostatnich kilkanaście minut nijak nie ma się do tego, co mogliśmy przeczytać w książce, przyznać trzeba, że końcówka jest zawiła, zakręcona i dająca wiele możliwości interpretacji. Mnie osobiście nie do końca to przekonuje i wydaje mi się naciągane i śmierdzące boską interwencją. Reżyser ma prawo do własnej interpretacji książki, wydaje się jednak, że tym razem przesadził.

Nie mogę jednak powiedzieć, że z Solarisa Soderbergh zrobił komercyjną, ckliwą miłosną kaszanę… Wręcz przeciwnie – mamy film wysmakowany, przemyślany, nowatorski i daleki od klasycznej holywoodzkiej tandety. Co nie zmienia faktu, że nudny i niewiele mający wspólnego z książkowym oryginałem. Sam Lem nigdy nie go obejrzał, zaś na podstawie prasowych recenzji stwierdził, że film niegodzien jest nosić tytuł Solaris i winien raczej być nazwany “Love in the outer space”. To mówi samo za siebie…

Podsumowując: Książka “Solaris” to rewelacja. Już kombinuję własny egzemplarz i polecam wszystkim szukającym w SF czegoś ponad utarte schematy. Jeżeli chodzi o filmy… nie sądzę, abym w przeciągu najbliższych kilku(nastu) lat do któregokolwiek z nich wrócił. Nie uwzględniają one bowiem akurat tego, co mnie w “Solarisie” zafascynowało najbardziej – daremnej próby kontaktu z istotą, która być może jest równie inteligentna jak my, ale jednocześnie jest od nas bardzo różna pod każdym względem. To, co stanowiło siłę książki, zostało z filmów wydarte. A szkoda.

 

99. Czy jesteśmy sami we Wszechświecie? 12 kwiecień 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Książki, Nauka — HaeS @ 10:25 am

Książka pod tym tytułem kupiona została przeze mnie z przeceny, za jedyne 5,40 zł. Oryginalnie kosztowała 35 zł, z nieznanych mi bliżej przyczyn znalazła się w koszyku z napisem “szajs, którego nikt nie chce kupić” wraz ze starymi płytami Britney Spears, zbiorem jakże ambitnych powieści z cyklu Harlequin(swoją drogą od ok. 10 lat obiecuję sobie, że przeczytam chociaż jednego Harlequina dla ogólnego oglądu sytuacji; jakoś wciąż mnie odpycha), tudzież innymi nieudanymi wytworami kultury.

Kupiłem z mieszanymi uczuciami; z reguły bowiem tego typu zakupy kończą się bolesnym zawodem i stwierdzeniem, że ludzie decydujący w marketach i księgarniach co ma być w koszu to jednak dobrzy fachowcy, znakomicie oddzielający ziarno od plew. Ale nie tym razem…

Książka ma podanych czterech autorów. Nie będę teraz przytaczał ich nazwisk, bo to czwórka francuskich naukowców, być może znanych ludziom interesujących się tymi sprawami, ale nigdy nie trafiających do telewizji czy do popularnej prasy. Dość nietypowa jest formuła – podzielono książkę na cztery równe części, w których są udzielane wywiady z owymi czterema dżentelmenami. Każdy z nich opowiada z grubsza o tym samym, skupiając się jednak na tych aspektach, które z racji wykonywanego zawodu najbardziej im są bliskie. Pierwszy pan zatem mówi o programie SETI, jego mechanizmie oraz o nadziejach z nim związanymi. Drugi skupia się na warunkach istniejących w kosmosie i tym, jakie jest prawdopodobieństwo tego, że powstało tam życie. Trzeci wybiega znacząco w przyszłość i pokazuje, jakich technologii mogliby używać Obcy i jakie za kilkaset lat być może będą dostępne nam. Wreszcie ostatni szuka definicji życia i pokazuje, że życie w kosmosie wcale nie musi być takie samo, jak to znane nam na ziemii.

Książka mi się sposobała z tego powodu, że autorzy (rozmówcy) preferują skrajnie racjonalne podejście. Nie dają się wciągnąć w spekulacje dotyczące odwiedzających nas latających spodków, piramid na Marsie ani kosmitów chcących zniszczyć nas jak w fimie Dzień Niepodległości. Nie rozbudzają nadziei na cuda, a przy każdej spekulacji balansującej na granicy nauki i fantazji, wyraźnie mówią, czy coś jest, czy nie jest możliwe oraz pod jakimi warunkami. Rzucają od czasu do czasu hasła – np. o istotach żyjących w nanoskali, dla których również czas uległ skurczeniu i których świat trwa kwadrylionowe części sekund, które dla nich jednak są niczym nasze miliardy lat, jednak za każdy razem albo daną tezę odrzucają, albo też mówią, że z powodu ograniczeń technologicznych (które będą do przeskoczenia w przyszłości) bądź fizycznych (których obejść się już nie da) nie jesteśmy w stanie wyjść z danym stwierdzeniem ponad poziom fantazji i spekulacji.

Opracowanie porusza wszystkie tematy, jakie mogą być związane z poszukiwaniem życia we wszechświecie – troszkę jest więc astrofizyki i kosmologii, troszkę teorii względności, socjologii, ewolucjonizmu, a nawet rachunku prawdopodobieństwa. Mieszają wszystko ze wszystkim, jednak w wysoce uporządkowany sposób, w taki sposób, aby nigdy nie wyjść poza ramy zdrowego rozsądku. Ani razu nie pada zatem stwierdzenie o podróżach z prędkością Warp (przykra wiadomość dla fanów Star Treka; jedyną prędkością, na jaką możemy liczyć w przeciągu najblizszych kilku tysięcy lat moze być góra 10% prędkości światła), zaś czas, w którym uda nam się skolonizować naszą galaktykę oszacowano na jakieś 50 mln lat (to jeszcze gorsza wiadomośc dla fanów Star Treka w którym już w XXIV w. śmigamy przez galaktykę w lewo i w prawo). Wspomina się też gdzieniegdzie o futurystycznych sposobach podróżowania – wielkim żaglu napędzanym energią słoneczną, napędzaniem przez wodór pozyskiwany z przestrzeni międzygwiednej itd. Jak jednak wspomniałem, zawsze z rozsądkiem, rozwagą i podając naukowe argumenty. Odrzuca się zatem w najbliższym czasie m.in. podróżowanie za pomocą antymaterii. Nawet podróż na Marsa wydaje się być bardziej skomplikowana aniżeli większość z nas sobie wyobraża.

Naukowcy mówią wprost i pozbawiają nas złudzeń: na dzień dzisiejszy nie ma żadnych powodów, aby przypuszczać, że gdziekolwiek we wszechświecie istnieje życie. Nie wykluczają oczywiście takiej opcji, ale w róznych postaciach przytaczany jest paradoks Fermiego, co sprawia, że wymowa ksiązki jednak jest pesymistyczna. Ale i tak szczerze polecam tym, którzy chociaz odrobinkę się tą tematyka interesuja.

 

91. Harry Potter i Kamień filozoficzny (książka, film & gra komputerowa) 22 marzec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film, Gry, Książki — HaeS @ 10:01 am

Nie znać Harry’ego Pottera w dzisiejszym świecie, gdzie otacza nas ze wszystkich stron, parodiowany jest w filmach i programach telewizyjnych, nawiązuje się do niego tu i ówdzie, mówi się o nim, to po prostu wstyd – z takiego założenia wyszedłem wychodząc z bilbioteki z “Harrym Potterem i Kamieniem Filozoficznym” pod pachą. Tak, tak – HaeS postanowił zapoznać się z tą książką, dowiedzieć się o co jest tyle szumu i dlaczego ma to tylu fanów. Fabuły streszczać nie muszę – wszak wszyscy wiedzą, że do czynienia mamy z młodocianym czarodziejem, który dopiero poznaje tajniki magii w szkole w Hogwarcie. Czytając książkę, jednocześnie ssałem film i grę komputerową o Harrym. Dobrze wszak mieć pełny ogląd sytuacji.

I po przeczytaniu z żalem stwierdziłem, że książka na pewno nie zachwyca. Ot, takie czytadło. Dziecinne, ale nie na tyle, żeby odpychało. Można poczytać, troszkę się dzieje, ale trudno mówić o wyciąganiu z tej książki jakiejś swojej filozofii życiowej, prowokowaniu do przemyśleń i refleksji czy o zmianie światopoglądu. Rzekłbym, że to taki klasyczny przypadek kiedy produkt raczej przeciętny i nie wyróżniający się z szeregu innych staje się znany, popularny, aż w końcu kultowy tylko i wyłącznie dzięki zręcznemu marketingowi a także w pewnym stopniu – co warto podkreślić – umiejętnej akcji promocyjnej którą zasponsorowanej przez Kościół. Wszak na tym samym patencie stasus bestsellera zdobył “Kod Leonarda da Vinci”, która to książka w życiu nie wypłynęłaby na tak szerokie wody mainstreamu, gdyby tylko Karol W. wraz z Josephem R. siedzieli cicho. Wszak każdy myślący człowiek załapie że “Kod” śmierdzi na kilometr bujną wyobraźnią autora i fikcją literacką. Ach, zapomniałem – ludzie Kościoła nie powinni myśleć. Wszak myśli za nich ktoś inny, kto wie lepiej.

Stosunek Kościoła do cyklu o mlodym czarodzieju tez nie do końca jest dla mnie zrozumiały, ale nie wnikam w to – być może po zakończeniu wszystkich tomów (co chyba jednak zrobię) poczytam sobie jeszcze jakąś książkę z serii “Harry Potter – dobry czy zły?”, bo takowych się troszkę nakładem powiązanych z Kościołem wydawnictw ukazało i wtedy się dopiero ustosunkuję do argumentów. Gdybym miał mówić teraz, rzekłbym, że argumenty Kościoła przeciwko HP są śmieszne, żeby nie rzec żałosne. Wszak satanizmu w HP nie ma w ogóle, a takie rzeczy jak czary, smoki, potwory i bestie jakby żywcem z piekła wzięte pojawiają się bardzo często w literaturze dziecięcej i czepianie się akurat Harry’ego jest jakby nie na miejscu. No, ale dokłanie wypowiem się po przeczytaniu takiej książki (o ile w ogóle przeczytam); jakby co, można liczyć na moją relację z lektury na blogu.

Za kolejne książki się raczej zabiorę, ale mój pierwotny pomysł posiadania własnej kolekcji ksiażek o Harrym chyba jednak nie końca jest pomysłem trafionym. Skorzystam raczej z usług okolicznej biblioteki.

Jeżeli chodzi o film, pomimo pewnych widocznych dla osoby świeżo po lekturze książki uproszczeń i przemilczeń, można nazwać wierną adaptacją książki. Cieszę się, że film powstał, bo dzięki temu wiem jak wyglądać mógł Ron, Hermiona, profesorowie i w ogóle wszystkie postacie, tudzież magiczne miejsca i przedmioty. Poza tym jednak – film jest nuuuuuuuuuudny, szczególnie jak ktoś czytał książkę. Po co oglądać film, jak wie się, co się stanie za 10 minut? O ile książka to takie czytadło, to film – oglądadło, a na dodatek dziecinada do bólu. Ale nie ma co się dziwić. Wszak film jest dla dzieci i o dzieciach. Jedyną rzeczą dla której film ogląda się miło jest Emma Watson jako Hermiona… e, nic nie piszę o więcej Hermionie bo gotowi jeszcze jesteście powiedzieć, że pedofil jestem.

Wyraźnie najsłabiej na tle tego wszystkiego wychodzi gra komputerowa. Jak ona wyglada? Wyobrazcie sobie Tomb Raidera, w ktorym zamiast Lary stoi Harry. I na tym koncza sie podobienstwa. Gra jest wyraźnie nakierowana na dzieci – nie ma w sobie, trudnej zagadki ani łamigłówki, do bólu liniową fabułę, dostep tylko do tych lokacji, które akurat są potrzebne, w dodatku zwiedzanych w scisle okreslonej kolejnosci – to wszystko zniecheca. Sterowanie jest z jednej strony intuicyjne, z drugiej – maksymalnie uproszczone. Dla przykladu powiem, ze nie ma przycisku sluzacego do wspinania sie np. na skalne półki – wystarczy biec w kierunku takiej półki, a Harry sam na się na nią wespnie (wspinie? wspnie? – polski język jest jak dla mnie zbyt skomplikowany). Co tu dużo gadać, trza rzec wprost: gra jest dziecinna i infantylna. Dograłem mniej więcej do połowy (tuż po wykluciu smoka) i skończyłem kiedy za nic w świecie nie mogłem złapać znicza w quiddichu. Muzyka w grze tworzy fajny klimacik, głosy bohaterów ani nie grzeją ani nie ziębią, grafika zaś – no cóż, gra ma swoje lata, chociaż jak dla mnie (jestem mało wymagającym graczem) spokojnie wystarczy. Ale fabularnie gra wypada slabiutenko.

No cóż, książkę raczej polecam jako czytadło i wypełniacz czasu, film można sobie odpuścić, w najlepszym wypadku obejrzeć fragmentami żeby mieć wyobrażenie jak mogliby wygladać poszczególni bohaterowie, gra zaś zdecydowanie ssie i nie warto nawet jej tykać. Jak rzekłem, książkom dam szansę, filmy oglądał będę o ile da się je obejrzeć, a swoją przygodę z Harry’owymi grami zakończę na “Kamieniu Filozoficznym”.

 

70. Krótka Historia Czasu 6 luty 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Książki, Nauka, filozofia — HaeS @ 9:03 am
83-7150-308-3.jpg

Z ksiązką tą zetknąłem się już ponad rok temu i wówczas mnie zafascynowała. Jako że nareszcie stałem się posiadaczem własnego egzemplarza, przeczytałem po raz drugi, przekonując się, że rozumiem więcej niż poprzednio, ale wciąż jeszcze nie wszystko.

O co w tym wszystkim chodzi? Stephena Hawkinga zna przerażająca większość z nas. Nawet jeśli komuś to nazwisko jest zupełnie obce, to zgodnie z hipotezą twierdzącą, że jeden obraz mówi więcej niż tysiąc słów, zamieszczam jego zdjęcie.

images.jpeg

I co, wygląda znajomo? Z Hawkingiem związane są moje dwie refleksje. Pierwsza jest taka, że powiedzmy 200 lat temu nic by w życiu nie osiągnął. Może za młodu sformułowałby kilka genialnych teorii, potem jednak popadł w chorobę (przypominam – cierpi na stwardnienie zanikowe boczne) i cokolwiek utworzyłoby się w jego wybitnym umyśle, zostałoby tam do jego śmierci, która nastąpiłaby zapewne dość rychło. Hawking to fascynujący przykład odnośnie tego, jakiego postępu dokonała medycyna. Druga myśl jest taka, że bohatera podobnego do Hawkinga – absolutnego geniusza uwięzionego w kalekim ciele widziałbym w głównej roli w jakimś filmie/powieści. Mrocznym, tajemniczym i sugerującym istnienie wyższych sił, które widząc że stworzyły człowieka gotowego wyrwać ich tajemnice, postanowiły doprowadzić jego ciało do takiego stanu, aby mu to maksymalnie utrudnić. No, ale do rzeczy, bo wszak o książce mam pisać, a nie o Hawkingu.

Książka składa się z 11 rozdziałów (nie licząc ciekawego, chociaż ni w dupę ni w oko pasującego do reszty dodatku składającego się z ciekawostek z życia Einsteina, Galileusza i Newtona). Hawking omawia w niej historię poznawania wszechświata – od tego, jak Grecy odkryli że Ziemia jest okrągła oraz ówczesnych kontrowersji na temat ptomeleuszowskiej wizji świata, poprzez Kopernika, Galileusza, Newtona, Einsteina, Bohra i Rutheforda, a później przez odkrycie promieniowania tła i kwazarów, aż po zupełnie nowoczesne i pokręcone teorie o czarnych dziurach, superstrunach i wszechświecie bez brzegów. Rzeczy trudne i abstrakcyjne, wykraczające niejednokrotnie poza obszar zainteresowań przeciętnego człowieka, a już na pewno poza obszar zastosowań praktycznych. No bo po cóż mi wiedzieć, że czarna dziura może stać się supertanią i ultrawydajną elektrownią skoro sporym problemem byłoby sprowadzenie takowej w pobliże Ziemi (nie wspominając już o bezpieczeństwie układu słonecznego).

Hawking ma jednak bardzo ciekawy styl pisania. Jak sam podkreślił we wstępie ma świadomość, że każde zawarte w książce równanie odstarszy połowę potencjalnych czytelników. Dlatego stara się pisać prosto i zrozumiale. I przyznaję, udaje mu się to. Co prawda, przyznaję się bez bicia, nie wszystko zrozumiałem (o co kurcze chodzi z tą sumą po historiach?), jednak wiele zagadnień dzięki “Krótkiej historii czasu” stało mi się albo bliższymi, albo też w ogóle znajomymi. Znakomicie zdaję sobie sprawę, że o niektórych rzeczach po prostu nie można pisać prosto, a zagadnienia związane z budową wszechświata z całą pewnością do nich należą.

Mimo wszystko, uważam, że dla każdego kto ukończył liceum (a może nawet dla co zdolniejszych uczniów), a tym bardziej szkołę wyższą (najlepiej na kierunku ścisłym; wszystko jedno jakim) książka będzie dość zrozumiała, przynajmniej w najważniejszych kwestiach – tak, aby sobie ramowo, bez wchodzenia w szczegóły, wyrobić pogląd na to, o co temu Hawkigowi tutaj chodzi.

Za najbardziej fascynujący wniosek z “KHCz” uznaję fakt, że aby wytłumaczyć wydarzenia wielkoskalowe (Wielki Wybuch, oddziaływania grawitacyjne między galaktykami, czarne dziury) należy dogłębnie zbadać i zrozumieć pewne rzeczy w małej skali – jak na przykład budowę atomu, wiązania między kwarkami czy też co się dzieje kiedy elektron przeskakuje z jednej powłoki na drugą. I że dzięki temu paradoksowi wszystkie siły w fizyce idzie zapisać jednym zgrabnym równaniem. Tyle tylko, że nikt jeszcze takowego nie podał.

No cóż, książka pomimo tego, że dość trudna, to jednak jak najbardziej przyswajalna. Bardzo polecam i nie mogę się doczekać aż w moje wiecznie chwiwe łapska wpadnie inna książka Hawkinga “Wszechświat w Skorupce Orzecha”. Mam wrażenie, że będzie równie ciekawie.

 

58. Życie po życiu 1 styczeń 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Książki, refleksje — HaeS @ 1:01 pm

Sprawami takimi jak życie po śmierci, zjawiska paranormalne, jasnowidzenie, kontakty z umarłymi, UFO czy trójkąt bermudzki zbytnio się nie interesowałem od 12. roku życia i wychodziłem z założenia, że żadna osoba która emocjonalnie jest starsza niż dwunastolatek również nie powinna zbyt wiele uwagi absorbować podobnymi bzdurami.

Ostatnimi czasy, zachęcony przez pewną przypadkowo spotkaną swojego czasu osobę podczas debaty filozoficzno-teologicznej (jak ja uwielbiam takie rozmowy!), przeczytałem książkę „Życie po Życiu” wielkiego klasyka gatunku, niejakiego Raymonda Moody’ego. Tytuł poprzednio mi znany ze słyszenia, omijany jednak szerokim łukiem. Ponieważ jednak zostałem głęboko zainspirowany do przeczytania, przeczytałem od razu hurtem nie tylko “Życie po Życiu”, ale także “Refleksje nad Życiem po Życiu” tego samego autora.

Moody wielokrotnie podkreśla, że nie jest on naukowcem, jego metody są pseudonaukowe, zaś wyniki nie powinny być traktowane jako jakaś wyrocznia, a jedynie – jako materiał do pewnej refleksji i (ewentualnie) zainteresowania się poważnych środowisk naukowych, które mogłyby się zająć problemem na poważnie. Takie podejście autora bardzo mi się spodobało – zamiast walić sądy i dorabiać do tego jakąś swoją bełkotliwą ideologię, przedstawia jedynie fragmenty różnych relacji z życia ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną, wynajduje w nich elementy wspólne i ostrożnie konkluduje, że tak duża zbieżność wyników badań przypadkowa być nie może.

Jeśli ktoś chociaz odrobinkę się tym kiedyś interesował, zapewne wie czego może się spodziewać po przeczytaniu relacji ludzi, którzy przeżyli swoją śmierć – człowiek “wychodzi” ze swojego ciała, czuje lekkość, wciągnięty zostaje w tunel, na końcu którego czeka na niego świetlista istota (utożsamiana przez co poniektórych z Bogiem), w której obecności zostaje dokonany przegląd całego dotychczasowego życia. Potem następuje brutalne sprowadzenie do ciała, zaś u człowieka który coś takiego przeżył, zaczyna się zauważać większe nasilenie religijności. W zasadzie niczego nowego się z książki nie dowiedziałem.

Sam sobie zawsze tłumaczyłem tego typu zjawiska jako efekt pracy mózgu, który w specyficznych warunkach (brak tlenu!) zaczyna wytwarzać pewne charakterystyczne obrazy i uczucia. I Moody, pomimo stosowania różnych argumentów, nie do końca mnie przekonał do tego, że tak nie jest. Sam nawet cytuje pytanie jednego z czytelników: “Czy badał pan kogoś, kto był naprawdę nieżywy?”. I od razu udziela odpowiedzi: nieżywy jest ktoś, kogo do życia przywrócić się nie da. Jeżeli zatem ktoś zmarł, ale został przywrócony do życia – to znaczy, że wciąż w jego ciele jakaś iskierka się tliła. Czyli nadal nie wiemy (i zapewne nigdy się nie dowiemy), co się dzieje z człowiekiem, kiedy NAPRAWDĘ jest nieżywy.

Najbardziej denerwuje mnie jednak to, że wszystkie osoby badane przez Moody’ego są z kręgu, jak to on sam się wyraził, judeochrześcijańskiego. Nie udziela zatem on jednoznacznej odpowiedzi czy takie same przeżycia mają ateiści, tudzież wyznawcy innych wyznań. W swojej drugiej książce wspomina on o kilku przypadkach z odległej przeszłości ludzi z różnych wyznań, których relacje są dość podobne do tego, co on opisuje, jednak podobieństwo często jest szukane na siłe i naciągane, więc nadal nie wiem, czy aby na pewno wszyscy ludzie dostąpią iluminacji wszechrzeczy w obliczu świetlistej kuli.

Czy książka zmieniła mój światopogląd? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę najpierw zadać inne: co się dzieje z kostkami lodu wrzuconymi do wody, kiedy umieścimy to wszystko w temperaturze 0 stopni? W zasadzie nic. Na poziomie molekularnym niektóre cząstki wody zamarzną, niektóre cząstki lodu się uwolnią (roztopią), ale działo będzie się raczej niewiele. No i tak jest ze mną. Z natury jestem agnostykiem, nie wiem czy Bóg istnieje, czy nie i czy istnieje życie po śmierci czy nie. Sam nie wiem jak to jest, spore wątpliwości pływają w morzu niepewności i kiedy to wszystko potraktuje się takim Moodym, który sam nie udziela jednoznacznej odpowiedzi, niewiele się zmienia.

Gdybym spotkał podobną publikację napisaną z pełnymi zasadami poprawności metodologicznej – chętnie bym przeczytał. A tak, możemy jedynie to, co napisał Moody, przeczytać jako ciekawostkę. O ile komuś oczywiście się chce takimi rzeczami zajmować.

 

16. Ludwing Koenemann – SUDOLOG IQ 9 sierpień 2007 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Książki, rozrywka — HaeS @ 3:39 pm

Sudoku, pomimo tego, że rozwiązałem ich kilka, wypracowawszy uprzednio samodzielnie kilka metod rozwiązywania i pomysłów usprawniających, uważam za rozrywkę nudną, pustą i bezwartościową. Nierozwijającą i nudzącą po iluś tam próbach. Po rozgryzieniu sposobu i udowodnieniu samemu sobie, że jest to wyzwanie, któremu umiem podołać, swoją przygodę z sudoku zakończyłem definitywnie. Rozwiążesz jedno sudoku – umiesz rozwiązać wszystkie. Dziwi mnie zatem popularność tej zabawy, ale nie jest to ani jedyna, ani nawet najbardziej szokująca dziwaczna rzecz z tych spotykanych na co dzień, akceptuję zatem tę rozrywkę u innych, patrząc z pobłażaniem nad ich wysiłkami przy rozwiązaniu czterdziestego piątego dzisiaj sudoku.

Szukam jednak cały czas jakichś nowości, coby swoją biedną mózgownicę zaprzęgnąć do pracy. Rózne odmiany, mutacje i gry pokrewne sudoku (jak np. kakuro) też są dobre na krótką metę, dopóki nie stwierdzi się, że rozwiązanie kolejnego zadania to tylko kwestia czasu, a nie twórczej pomysłowości. Wydawało się, że nic nigdy nie zastąpi starych dobrych krzyżówek panoramicznych dopóki…

…dopóki “Gazeta Wyborcza” nie wypuściła czegoś o nazwie Sudolog IQ. Nie wnikając szczegółowo w zasady, wytłumaczę jedynie, że dostajemy zupełnie pusty (!) kwadrat 9×9 (lub nieco mniejszy bądź większy), który wypełniamy samodzielnie. Jak? No cóż, dostajemy zestaw 18 pytań z różnych dziedzin wiedzy, w których mamy uporządkować jakieś dane, przypasować je do siebie itd. Wynikiem tego uporządkowania/przypasowania są pewne liczby, które wpisujemy w sudoku.

Sudoku można wypełnić na dwa sposoby: albo odpowiadając na wszystkie pytania (nierealne), albo też jedynie na ich część, a niewypełnione pola wypełnić zgodnie z zasadami sudoku. Oczywiście, im więcej wiedzy posiadamy, tym łatwiej jest sudoku rozgryźć. Odpowiadająć jedynie częściowo i to na kilka pytań, może okazać się, że mamy za mało liczb, aby rozwiązać sudoku. I leżymy.

Dobry pomysł (a może nawet i GENIALNY!), autor jednak za bardzo się wysilił i pytania dał – jak dla mnie, odhumanizowanego ścisłowca – zdecydowanie za trudne. Już pal licho pytania o dokładne (co do dnia) daty bitew II wojny światowej, jednostki monetarne w krajach kaukaskich czy postacie z mało znanych utworów pozytywistycznych pisarzy – takich rzeczy mam prawo nie wiedzieć, ale część moich znajomych na pewno by sobie z tym poradziła. Ale że w co drugim sudologu jest pytanie “dopasuj tytuły obrazów do nazwisk malarzy” czy “dopasuj do francuskich (zawsze francuskich, nigdy włoskich, niemieckich czy madagarskarkich) części ciała/owoców/czegokolwiek innego nazwy polskie” to już zdecydowana przesada. Większość sudologów udało mi się z mniejszym lub większym trudem rozwiązać, uważam jednak, że poprzeczka zostala postawiona za wysoko jak dla przeciętnego czy nawet nieco-ponad-przeciętnego człeka.

Nie wiem czy jeszcze jest to w sprzedaży, ale jak ktoś lubi trudną, inteligentną i dającą w kości ciemieniowe, potyliczne i inne takie rozrywkę, to polecam. Przygotujcie się jedynie na pytania o długość ogonów u poszczególnych ssaków, parki narodowe w Europie i włoskie rodzaje makaronów. No i oczywiście malarzy niderlandzkich. Bo tego typu pytania mnie sprawiały największy kłopot.

 

10. Co Einstein powiedział swojemu fryzjerowi? 30 lipiec 2007 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Książki, Nauka — HaeS @ 6:12 pm

Robert L. Wolke
Co Einstein powiedział swojemu fryzjerowi

Zielona niepozorna książeczka o durnym tytule – tak można w skrócie opisać moje pierwsze spotkanie z książką. Kiedy jednak zacząłem wertować jej zawartość tak się zauroczyłem, że postanowiłem dokończyć lekturę w domu (a co!) i w ten sposób stałem się jej właścicielem. I nie żałuję ani troszkę wydanych pieniędzy.

Książka jest książką popularnonaukową, sformułowaną w modnym ostatnimi czasy formacie pytań i odpowiedzi. Przygniatająca większość zagadnień dotyczy fizyki, od czasu do czasu autor zahacza jednak delikatnie o chemię, rzadziej o matematykę. W wyjątkowo przystępny sposób Wolke tłumaczy różne zagadnienia. Wyjaśnia m.in. dlaczego Farenheit przyjął taką, a nie inną skalę, dlaczego księżyc jest zwrócony tą samą stroną do Ziemi, dlaczego szkło jest przezroczyste i na dziesiątki innych pytań, nawet tak głupich jak to, czy strzelec wystrzeliwujący salwę w górę może oberwać z kuli, która wróci na ziemię siłą grawitacji i jakie mogą być tego konsekwencje. Każde wytłumaczenie jest primo wyczerpujące, secundo – proste, tertio – dowcipne. Przy okazji autor obala kilka mitów (m.in. o ciekłości szkła, przekraczaniu bariery dźwięku i różnym kierunku wirowania wody wypływającej ze zlewu w zależności od półkuli, na której się przebywa), oczywiście dokładnie i analitycznie (sprowadzając wszystko do zachowania atomów i cząsteczek) tłumaczy jak jest naprawdę. Znakomita pozycja dla osób ciekawych świata, chcących poznać mechanizmy nim rządzące, zrozumieć to, co jeszcze niezrozumiałe oraz odkryć, że to, co wydawało się oczywiste, wcale aż takie proste i oczywiste nie jest. Poza tym niesamowicie pobudza ciekawość i wywołuje apetyt na większą porcję wiedzy, czyli daje taki intelektualny kop w dupę (w pozytywnym tego słowa znaczeniu).

Bardzo dobra książka, jedna z najlepszych spotkanych przeze mnie w ostatnich latach. Polecam gorąco mając nadzieję, że i inne dzieła Wolke’a zostaną wydane w Polsce.