Od dłuższego czasu zapowiadam opublikowanie postu o moim światopoglądzie. Cieszę się, że nareszcie, po długim i złożonym procesie twórczym mam zaszczyt ów post przedstawić. Pomimo tego, że spisałem chyba wszystko, co miałem spisać i starałem się pisać szczerze i w pełni zgodnie z moimi odczuciami, wciąż nie mogę pozbyć się wrażenia, że post jest jakiś niepełny, a to, co w nim jest napisane – lekko się kłóci z tym, co czuję. Być może dlatego, że moja (i chyba nie tylko moja) religijność nie jest ukształtowana raz na zawsze, podlega nieznacznym fluktuacjom i co, co piszę dzisiaj, niekoniecznie musi być zgodne z tym, co napisałbym powiedzmy za miesiąc. Dlatego też spodziewać się można za jakiś czas update’u tego posta. Póki co jednak – zapraszam do czytania. Od razu ostrzegam, że post jest chyba najdłuższy w historii bloga i dość nietypowy, bo bardzo osobisty.
WSTĘP
Spisanie własnego światopoglądu to rzecz bardzo trudna. Człowiek bowiem pisze to, co czuje i to, co myśli, ale żeby to zrobić, trzeba najpierw dobrze poznać swoje uczucia i swoje myśli. Nie zawsze jest ich się świadomym. Jeżeli bowiem, dla przykładu, człowiek boi się wejść do ciemnego pokoju, czego się lęka? On sam rzeknie, że ciemności. Ale może tak naprawdę kieruje nim jakieś stłumione wspomnienie z dzieciństwa, a może i pierwotny instynkt odziedziczony jeszcze bo naszych prapradziadkach, którzy ze swoją maczugą nigdy nie zapuszczali samotnie się w otchłanie ciemnych jaskiń w obawie przed tygrysami szablastozębnymi czy innymi drapieżnymi potworami. Tak czy owak owo wytłumaczenie o strachu przed ciemnością (która sama w sobie groźna nie jest ani odrobinkę) jest jedynie wymówką – ale wymówką tak silną, że nawet człowiek ją stosujący wierzy w nią głęboko. No i tak jest z wieloma uczuciami. Za pozornie prostą strukturą psychoemocjonalną, kiedy wydaje się że wszystko o sobie wiemy (niektórzy nawet w całej swej bucie rozszerzają swoje poczucie wszechwiedzy nie tylko na psychikę swoją, ale i innych), kryje się niewyobrażalnie wielkie siedlisko ukrytych motywów, niewypowiedzianych uczuć, stłumionych potrzeb i zamaskowanych myśli. No gdzieś w tym wszystkim swoje miejsce znajduje także religia. W jaki zatem sposób dojść czym tak naprawdę, poza powierzchownymi deklaracjami, jest dla danego człowieka wiara, jak głęboko ona jest zakorzeniona w umyśle i które dokładnie potrzeby człowieka spełnia?

Dlatego też do tego postu podchodzę bardzo niepewnie i ostrożnie. Skupianie się na konkretach jest bezcelowe, bo konkrety to tylko co, ja znam i o czym ja wiem – a jak przed chwilą napisałem, w głowie siedzi dużo więcej niż sobie zdajemy z tego sprawę. Z kolei dywagowanie na temat tego, co BYĆ MOŻE uważam i co BYĆ MOŻE mną kieruje z kolei to głupota, bo takich “być może” jest całe mnóstwo, a na dodatek często bywają one ze sobą wzajemnie sprzeczne i nie sposób dojść które ma sens, a które nie. Być może zatem żyjemy w jednym wielkim matrixie kierowanym przez Boga, jak chciał Berkeley, a być może żadnego Boga nie ma, nie było i nie będzie, jak konkluduje Dawkins. Tak w ogóle to słowa “niewiedza” i “niepewność” pojawiały będą się bardzo często. W zasadzie one właśnie są słowami-kluczami mojego prywatnego “wyznania” i one doprowadziły mnie do tego, że teraz mam do religii wszelakich stosunek taki, jaki mam.
CHRZEŚCIJAŃSTWO – CZYŻBY JEDYNA RELIGIA? (cz. 1)
Ochrzczony zostałem w Kościele Katolickim, podobnie jak dziesiątki milionów innych Polaków bez mojej wiedzy i zgody w wieku kilku tygodni. Od najmłodszych lat, konkretnie zaś – już od przedszkola, jakoś tak nie umiałem tak po prostu uwierzyć i cieszyć się swoją wiarą, jak to bez trudu udawało się innym. Po indoktrynacji katechetki o treści następującej (w dużym skrócie): “Człowiek jest grzeszny i za każdym razem kiedy robi coś złego, popełnia grzech. Ale pojawił się na Ziemi syn Boga, Jezus, który złożył z siebie ofiarę, który zginął na krzyżu, odkupując nasze grzechy i dzięki temu wszyscy mamy szansę iść do raju po śmierci”, kiedy każdy z moich rówieśników kiwał ze zrozumieniem, ja jakoś nie mówiłem z zachwytem “jakie to cudowne, że ktoś taki się się pojawił!”. Szczerze mówiąc, nigdy nie łapałem za bardzo o co z tym chodzi. Dziwny byłem? Może i tak.

Pytań, jakie sobie zadawałem od najmłoszych lat było mnóstwo. Większość z nich to taka katolicka “klasyka”, do której każdy myślący (wierzący czy nie) chrześcijanin wsześniej czy później dojdzie: “Skoro Bog stworzył tylko Adama i Ewę, skąd ich potomstwo miało żony?”; “Jeżeli Bóg stworzył cały świat i wszystko pochodzi od Boga, to skąd wziął się sam Bóg?”; “Jak to może być, że ten sam Bóg istnieje w trzech osobach, które są czym innym, a zarazem tym samym?”, “Skoro Bóg jest taki dobry i miłosierny, dlaczego tyle zła jest na świecie”; no i wreszcie najważniejsze: “Dlaczego Bóg aby odkupić grzechy ludzkości, musiał złożyć swojego syna (albo też i samego siebie, zależnie od tego jak interpretować trójcę świętą) w ofierze?”. Ostatnie pytanie jest bardzo istotne. No bo czym była śmierć Jezusa na krzyżu? Jaki cel miał Bóg, aby składać swojego syna w ofierze dla… samego siebie? Interpretacji jest całe mnóstwo, żadna do mnie nigdy nie trafiła. Najbliższą chyba jakiemukolwiek sensowi (chociaż wypaczonemu) jest patrzenie na ukrzyżowanie jako demonstracja Boga dla ludzkości “patrzcie jaki to ja jestem dobry, jak ja się poświęcam!”. Jakkolwiek jednak na to nie patrzeć, historia ta moim zdaniem zupełnie nie trzyma się kupy, jest niezrozumiała i morał z niej do końca jest dla mnie jasny.
Inna bajka to dogmaty i to, w co Kościół każe nam wierzyć. Niepokalane poczęcie, wniebowzięcie Maryi i kilka innych cudownych wydarzeń jakoś nie do końca do mnie docierały. Najwięcej moich wątpliwości wzbudza konsekracja, kiedy to hostia przeistacza się i staje się Ciałem Chrystusa. Kiedy pierwszy raz to usłyszałem od księdza, zapytalem odruchowo: “SYMBOLIZUJE Ciało Chrystysa?”, co ksiądz natychmiast sprostował: “Nie, nie… to JEST Ciało Chrystusa”. Stwierdzenie jak dla mnie bezsensowne i irracjonalne. Czytałem swojego czasu kilka dzieł chrześcijańskich guru, w których podkreślano jak ważne jest przeistoczenie oraz próbowano uzmysłowić jak to możliwe, że coś, co ewidentnie jest kawałkiem opłatka, jest tak naprawdę cząstką Boga. I chyba źle (z perspektywy wiary) zrobiłem, że drążyłem ten temat, bo moja bezowocna próba zrozumienia tego to był początek końca mojej wiary – kropla, która sprawiła, że czara goryczy zaczynała wydawać się ciężka, a za jakiś czas – miała się przelać.

Im starszy byłem, tym więcej pytań zacząłem zadawać, tym były one głębiej przemyślane i tym dojrzalsze. Spójrzmy, dla przykładu, na następujący problem: chrześcijański świat to powierzchniowo mniej więcej połowa Ziemi (dwie Ameryki + Europa + spora część Afryki + Australia), zaś ludnościowo – dużo mniej (33% jeśli chodzi o ścisłość). Nie wszyscy chrześcianie to Katolicy – wikipedia podaje, że stanowią oni 17,4% mieszkańców Ziemi. Zatem stwierdzenie, że jedynie Katolicy dzięki uczestnictwu w sakramentach (robionych według jedynego słusznego obrządku) dostąpią zbawienia, napawa trwogą o losy dusz pozostałych 82,6% ludzi, ale jednocześnie każe zapytać – co z nimi? Przecież oni TEŻ się modlą do swojego Boga, też mają własne obrzędy i rytuały i wierzą w ich słuszność równie mocno jak katolicy wierzą w słuszność swoich rytuałów. Żyjąc w mocno skatolicyzowanym społeczeństwie (jak nasze) trudno uwierzyć, że religia katolicka to bardziej wyjątek niż reguła na świecie. Spójrzmy na taką Tajlandię, gdzie zewsząd wyrastają złote świątynie poświęcone Buddzie. Jedźmy do Iranu, gdzie atmosfera wiary w Allaha i wielkiej czci dla słó Mahoeta jest wszechobecna. Przyjrzyjmy się kulturze Indii, gdzie wyznań jest mnóstwo, ale w żaden sposób nie przypominają naszych. Wspomnieć wypada o olbrzymich piramidach budowane przez Majów ku czci różnych bóstw. Zapytajmy ludy Tutsi o to, kogo należy czcić. A najlepiej to pjedźmy do Jerozolimy, gdzie jest totalny misz-masz trzech religii i człowiek, który z żadną nigdy nie miał do czynienia, na pewno miałby spory problem z określeniem która religia jest bliższa prawdy. Powstaje naturalne w tej sytuacji pytanie – KTO MA RACJĘ? Czyja wiara jest lepsza, pełniejsza, bliższa Bogu? Jak to zbadać, jak to sprawdzić, jak do tego dojść? Jedyną konkluzją, do której udało mi się dojść, bardzo istotną w kontekscie dalszych rozważań, było stwierdzenie, że w gruncie rzeczy wszystkie religie czczą tego samego Boga, tylko na różne sposoby. I skoro jest tyle wyznań, tyle sposobów, nie ma możliwości, aby Bóg wyróżnił jakkolwiek jedno z nich. Słucha modlitw wszystkich.
W tym momencie pada na twarz cała doktryna katolicka. Nadal możemy czcić Jezusa, ale jak to możliwe, że Bóg zesłał nam Jezusa, po to tylko aby czciła go ledwie 1/3 ludzkości? Co z resztą ludzi? Czy im nie dane jest dostąpić zbawienia? Można to naciągnąć i dodać, że ten sam Bóg zesłał Buddę do Chin, a Mahometa Arabom. Oczywiście, powstaje zaraz pytanie dlaczego ich poglądy wzajemnie się kłócą, a wyznawcy nierzadko nienawidzą. Ale można też, z równym prawdopodobieństwem, przyjąć, że wszyscy wielcy prorocy, to w gruncie rzeczy zwykli ludzie, obdarzeni sporą mądrością życiową, ale zarazem i wielką charyzmą, która sprawiła, że słuchały ich tlumy, które po śmierci uznały ich za Boga (albo jego wysłannika). Obie koncepcje (przyjęcie wszystkich proroków bądź odrzucenie wszystkich) mają swój sens, niemniej jednak nie można bez uwikłania się w sprzeczności, przyjąć, że wysłannikiem Boga jest Jezus, a kluczowe postacie pozostałych religii to fałszywi prorocy.
Fakt ten ma poważne konsenwencje. Podczas mszy ksiądz czyta słowa “Bierzcie i Jedzcie z Tego wszyscy…”. Ci, którym zdarza się jeszcze chocić do kościoła, niech zwrócą uwagę – on to CZYTA. Zawsze. Nie mamrocze z pamięci, nie próbuje jakoś wyrazić tego nieco innymi słowami, ale czyta. W skupieniu, powoli, ostrożnie, żeby nie przegapić ani nie przeinaczyć żadnej literki. Są to bowiem słowa konieczne dla ważności mszy. Bez nich nie będzie ważne przeistoczenie, nie będzie ważny sakrament, nie będzie zbliżenia ludzi z Bogiem. Skoro jednak, jak w poprzednim akapicie napisałem, tego samego Boga czcić można na różne sposoby, to przeistoczenie może być ważne z nieco innymi słowami bądź nawet bez nich. Może nawet być msza bez przeistoczenia. Może być nawet zupełnie inny obrządek religijny, poświęcony Bogu wg wskazań innego mesjasza i w gruncie rzeczy nic strasznego się nie stanie. W ten sposób właśnie przestałem być katolikiem, a bardzo krótko po tym – chrześcijaninem. Przełomem w moim życiu okazało się właśnie stwierdzenie, że nie ma jedynej słusznej religii, nie ma jedynego słusznego sposobu czczenia Boga… cały czas jednak pozostaje Bóg. Ale czy on naprawdę istnieje?

GDZIE JEST TEN BÓG?
Koncepcja Boga jest tak stara jak ludzkość, a moze nawet jeszcze starsza i swoją historią sięga do małpoludów. Czczono rózne rzeczy – zwierzęta, rośliny, obiekty na niebie, fikcyjnych nieśmiertelnych ludzi żyjących na pobliskiej górze Olimp – idea Boga ewoluowała wraz z rozwojem myśli ludzkiej, aż wreszcie kilka tysięcy lat temu zatrzymała się (przynajmniej w naszym rejonie świata) na etapie omnipotentnej i omniprezentnej, wiecznej i odwiecznej, niewidzialnej istoty, nazwanej Bogiem. Istotę tę w róznych rejonach świata czci się po dziś dzień. We współczesnych czasach powraca jednak coraz częściej i coraz głośniej pytanie, które zadawane było i wcześniej, ale cicho i nieśmiało aby tylko uniknąć ośmieszenia czy oskarżenia o herezję – pytanie o to, czy takowa istota w ogóle istnieje. Spróbuję się teraz do tego odnieść.
Problem jest chyba najcięższy ze wszystkich mi znanych, a jego rozwiązanie zdaje się być sprawą beznadziejną. Szukanie dowodu naukowego mija się z celem. Nauka nie jest w stanie dać dowodu istnienia Boga, a sprawę gmatwa jeszcze bardziej fakt, że o wiele łatwiej udowodnić, że coś istnieje aniżeli wykazać, że nie istnieje (zainteresowanym tym faktem polecam poczytanie informacji o czajniczku Russela). I nauka obalając wszystkie kolejne dowody istnienia istoty wyższej, daje jedynie świadectwo słabości tych dowodów, wciąż jednak nie mogąc sobie rościć prawa do definitywnego zamknięcia sprawy istnienia/nie istnienia Boga. Wszystkie dowody istnienia istoty wyższej, czy to przedstawione w starożytności, średniowieczu czy czasach nowożytnych, takie jak “dowody” św. Tomasza z Akwinu, argument pierwszej przyczyny, celowości czy też bełkot Kanta, dawno temu już padły pod naporem krytyki filozofów, tudzież zostały wysłane do lamusa w wyniku odkryć naukowych. Niegdyś dowodem istnienia Boga było już samo to, że świat istnieje – dzisiaj już wiemy, że powstał on w wyniku Wielkiego Wybuchu, a wszystkie istoty żywe z nami włącznie wyewoluowały z prostych jednokomórkowców powstałych z kosminczego bulionu kilka miliardów lat temu. Później znajdowano dla Boga rózne miejsca i role we wszechświecie, ale nauka bezlitoście wykazywała za każdym razem, że wyssane z palca koncepcje nie mają racji bytu, a dane zjawisko wytłumaczyć można przy pomocy fizyki, psychologii czy rachunku prawdopodobieństwa. I nawet teraz, kiedy spekuluje się jeszcze po cichu, że może to sam Bóg spowodował wielki wybuch albo kierował w jakiś sposób procesem ewolucji (np. poprzez natchnienie człowieka darem świadomości) spodziewać się można raczej, że i te koncepcje, i tak już będące potężnym wycofaniem pozycji w stosunku do bajań średniowiecznych teologów, zostaną zweryfikowane negatywnie. Co sprytniejsi księża (np. Michał Heller) ostrzegają (słusznie) przed traktowaniem Boga jako zapchajdziury dla tej czy tamtej teorii mając pełną świadomość tego, że prowadzi to bardziej do ośmieszenia religii aniżeli do udowodnienia istnienia Boga.
Skąd w ogóle wzięła się wiara w Boga? Tysiące lat temu człowiek widząc wiele rzeczy, których wyjaśnić sobie nie umiał (jak np. pioruny na niebie, wschód i zachód słońca czy dziwaczne zjawisko polegające na tym, że ciało ludzkie przestaje czasem oddychać, reagować, poruszać się, następnie stygnie, aż w końcu gnije) zaczął dorabiać do tego różne ideologie. Oczywistym z punktu widzenia człowieka o znikomej wiedzy naukowej oczywistym wnioskiem z tego, że takie, a takie zjawisko zachodzi jest to, że za tym wszystkim stoi KTOŚ. Ktoś potężniejszy i ktoś silniejszy od człowieka. Istota ponadnaturalna, która potrafi sprawić, że z nieba leci deszcz, a w kobiecym łonie powstaje mały człowiek. Z czasem, aby wyjaśnić nie tylko zjawiska naturalne, ale także i relacje międzyludzkie, te prymitywne bożki zaczęły ewoluować, stawały się coraz bardziej ludzkie – bywały zatem zazdrosne, mściwe, okrutne, ale i sprawiedliwe czy miłosierne. Właśnie w ten sposób powstała ogólnie przyjęta wizja Boga żydowskiego (chrześcijańskiego), który daleki jest już od bogów Indian czy plemion papuaskich, jednak wydaje się być ideą będącą odległym spadkobiercą właśnie tych prymitywnych bożków. Do czego zmierzam? Ano, do wniosku (przyznaję, kontrowersyjnego), że wiele wskazuje na to, że gdyby w tej chwili ludzkość od samego początku była na tym etapie rozwoju naukowego, koncepcja Boga nie pojawiła by się wcale. Pojawiła się ona w zamierzchłych czasach, wywodzi się z wieloletniej tradycji i historii i każda “czątka wiary” obecna w świadomości miliardów ludzi na całym świecie właśnie stamtąd – z głębokiej przeszłości, czasów niewiedzy – pochodzi. Współczesne środowisko naukowe, który szuka wyjaśnień wszystkiego w racjonalnych twierdzeniach, eksperymentach i obliczeniach, nie przewiduje w wyjaśnianiu zjawisk naturalnych roli dla Boga, którą przeznaczono mu od samego początku, dopiero później dodając mu kolejne niekoniecznie związane z wyjaśnieniem tajemnic natury atrybuty. Całkiem prawdopodobne jest zatem, że to nie Bóg stworzył człowieka – to człowiek stworzył Boga.

Jeszcze niedawno kategoryczne stwierdzenie, że Bóg nie istnieje, było jak dla mnie co najmniej ryzykowne. Rasowi ateiści, całkowicie odrzucający koncepcję Bytu Wyższego w zasadzie wydawali się mi równie zaślepieni i zamknięci na dyskusję jak katolicy czy muzułmanie, przekonani bezwględnie o prawdziwości własnej religii. Po lekturze “Boga Urojonego” Dawkinsa patrzę na to nieco inaczej. W książce tej autor niesamowicie przekonująco, argumentując czysto logicznie dowodzi, że zegoś takiego jak Bóg nie ma prawa być we wszechświecie, jednakże podreśla w jednym miejscu, że PRAWIE na pewno nie ma Boga. Kwestia nie jest przecież wcale taka prosta. Być może istnieje siła wyższa, być może nie. Pewne przesłanki wskazują na to, że istnieją na naszym świecie rzeczy, których nigdy nie rozgryziemy i że prawdopodobnie ktoś lub coś kreuje naszą rzeczywistość w sposób nie do końca zgodny z wizją wszechświata, jaką dyktują nam współczesne paradygmaty naukowe. Być może paradygmaty są błędne i trzeba je skorygować, a może… kto wie?
CHRZEŚCIJAŃSTWO – CZYŻBY JEDYNA RELIGIA? (cz. 2)
Ustaliliśmy zatem, że nie wiemy, czy Bóg istnieje czy nie i – co gorsza – wydaje się, że nigdy tego nie odkryjemy. Zanim przejdziemy do implikacji tego stwierdzenia, jeszcze jedna raz powrócimy do pytania o to, czy chrześcijaństwo (katolicyzm) jest jedyną słuszną religią.
To myślenia jest taki: Jeżeli Bóg nie istnieje – sprawa prosta: Boga nie ma. Jeżeli zaś istnieje – nie możemy być pewni jego formy. Czy jest tylko siłą spajającą wszechświat, bezosobowym bytem przenikającym wszystko, a może świadomą i myslącą istotą podobną do człowieka – tyle tylko, że wszechmocną? Jest wielu Bogów czy tylko jeden? Jeżeli dopuścimy tę ostatnią możliwość – czy ten jeden Bóg (w postaci osobowej) jest istotą z natury dobrą (pojęcie “dobro” jest niejednoznaczne; przyjmijmy tutaj jego potoczne znaczenie) czy też może (jak twierdzą malteiści) złą, winną wszelkiego zła na świecie, przed którym chronią się ludzie wzajemną życzliwością i pomocą? Może jest tak, że to nie ludzie niszczą to, co Bóg nam daje, ale próbują naprawić to, co nam zabiera? A może po prostu Bóg nie interesuje się zupełnie naszym światem i pozostawił go samemu sobie, jak chciał Einstein? Możliwości jest, jak widzicie mnóstwo. Co więcej, nie znamy sposobu aby ustalić która z nich jest prawdziwsza od innych – pozostają jedynie domysły i spekulacje, ewentualnie opieranie się na Piśmie Świętym, przy czym nie mamy żadnej gwarancji że to, co tam jest nie jest bajką opartą gnieniegdzie na historycznych wydarzeniach. Stąd też śmiem twierdzić, że zamykanie się w jednej koncepcji i dodawanie jeszcze do niej mnóstwa szczegółów nie bardzo wiadomo skąd wziętych jest zatem wysoce nierozsądne. A dokładnie tak robi większość religii. Przeanalizuję to na przykładzie katolicyzmu, bo akurat ta religia mi jest najbliższa (wszak oficjalnie wciąż jestem katolikiem…), najlepiej mi znana, a poza tym najbardziej rozpowszechniona w naszym kraju.
Katolicy zatem na pytanie “czy jest Bóg czy go nie ma” odpowiadają bez wahania: JEST. Na pytanie “jaką ma formę” odpowiadają: OSOBOWĄ i na dodatek jeszce uzupełniają szczegółami – dzielą go na trzy osoby boskie, każdej z nich przydając pewne role. Na pytanie czy jest dobry, czy zły – odpowiadają też bez wahania DOBRY. I znów dodają mnóstwo szczegółów. Wprowadzają pojęcie grzechu i dokładają całą historię o Jezusie, zrodzonym z dziewicy, który zmarł na krzyżu, aby nas od tego grzechu ocalić. Specjaliści od starożytnego Rzymu twierdzą co prawda, że Jezus był postacią historyczną i najprawdopodobniej właśnie na krzyżu zmarł, ale to tylko świadczy o Jezusie (i to Jezusie-człowieku!) a nie o poprawności chrześcijańskiej wizji świata. Następnie tworzy się całą ideologię dotyczącą sposobu, w jaki owego Boga (i Jezusa) należy czcić, na czele z odprawianiem mszy w której kulminacyjnym punktem jest spożywanie Hostii, czyli opłatka, który jak to chrześcijanie są święcie przekonani, jest ciałem Boga. Hmmm… jak na świat, w którym tak naprawdę nawet nie wiemy, czy Bóg istnieje, czy też nie, fascynująco dużo w chrześcijaństwie jest tych rytuałów i szczegółów dotyczących czczenia Boga i doprawdy zaskakująco wielkie jest przekonanie ludzi o ich słuszności i prawdziwości. Oczywiście, przekonania te nie biorą się znikąd, bo oparte są na Biblii. Pomijając już kwestię prawdomówności Biblii i wykluczając to, że znajdują się w niej jakiejkolwiek konfabulacje i coraz bardziej bliskie fantastyce dopiski mnichów przepisujących przez stulecia to dzieło, to jednak pamiętajmy, że Kościół wiele prawd wyciąga z Biblii nadinterpretując pewne zapisy (przykład czyśćca jest najbardziej klarowny), a od czasu do czasu biorąc niektóre rzeczy zupełnie z sufitu (np. wniebowzięcie NMP).

Prawda jest taka, że podchodząc do sprawy zgodnie z metodologią naukową, o Bogu nie wiemy kompletnie nic. Skoro nie wiemy, to skąd wiedzieć czy on wymaga jakiejkolwiek naszej czci, a nawet jeśli wymaga – to jaki sposób jego czczenia jest właściwy? Jeżeli nawet założymy, że Bogu potrzebne jest nasze uwielbienie, że on sobie cokolwiek z tego robi, to skąd przekonanie, że Żydzi robią to lepiej od Szyitów, Protestanci od Prawosławnych, a Katolicy lepiej od Siouxów? Jakby dobrze się zastanowić, to żadna religia nie jest lepsza ani gorsza niż pozostałe. Owszem, niektóre wymagają poważniejszego traktowania aniżeli inne (nie porównujmy tworzonej i rozwijanej przez 2000 lat potęgi i wiedzy Kościoła, obecnej w tysiącach ksiąg, monumentalnych świątyniach i dobrej czy złej, ale na pewno olbrzymiej roli w historii Europy, z ludźmi tańczącymi z siekierą wokół ogniska w nadziei, że jutro będzie padał deszcz); niektóre są nawet społecznie pożyteczne – różne przykazania, których lud przestrzega w obawie przed wiecznym potępieniem tworzą w społeczeńśtwie jakiś ład i są podstawą, z której w człowieku wytwarza się moralność. Ale metafizycznie, pod względem stopnia zbliżenia do Istoty Wyższej – o wszystkich religiach teistycznych wiemy tylko tyle, że nie wiemy czy działają, czy nie. Ale jak mamy wiedzieć, skoro nawet nie wiemy, czy mają one do kogo się modlić?
GARŚĆ UWAG
Zanim przejdziemy do sedna problemu i zaprezentuję w końcu swoją własną religię, rzucę kilka luźnych uwag o katolicyzmie, chrześcijaństwie i religii w ogóle. Ważnym i ciekawym dla mnie problemem jest związek między religią, a moralnością. Czy takowy istnieje? Czy wspomniany już kręgosłup moralny wytwarza się w trakcie wieloletniego nauczania o roli Boga w życiu człowieka oraz potrzebie postępowania wg jego wskazań? Czy właśnie wtedy powstaje w nas sumienie, poczucie “dobra” i “zła” (obecne u ogromnej większości ludzi w późniejszym życiu już nawet po całkowitej rezygnacji z praktyk religijnych), czy też można te wszystkie twory psychicznie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie wytworzyć w młodym człowieku w inny sposób – np. metodą naśladowania pozytywnych wzorców? Odpowiedź na to pytanie jest o tyle istotna, że pozwoli to mi definitywnie rozstrzygnąć wątpliwości na temat tego, czy indoktrynacja religijna w szkołach i przedszkolach jest potrzebna czy nie. Póki co wydaje mi się, że nie (Dawkins ma podobne stanowisko), ale mimo wszystko wciąż mam wątpliwości.
Bardzo śmieszy mnie postawa sporej części społeczeństwa. Nawet wśród ludzi, którzy do kościoła chodzą rzadko (albo i wcale…), zauważa się jeden i ten sam trend. Małe dziecko zawsze posyła się do chrztu. Często ludzie nawet nie rozumieją czym tak naprawdę jest chrzest, zapomnieli czym jest grzech pierworodny. Ważne, żeby dziecko ochrzcić. Bo tak wszyscy robią, bo taki jest zwyczaj, bo jakoś tak głupio jak dziecko nieochrzone. No i nieochrzczonego dziecka nikt nie dopuści do komunii. Komunia to już w ogóle parodia. Jako nauczyciel w wiejskiej szkole rzeknę z własnej obserwacji, że I Komunia Święta jako przeżycie duchowe i pierwszy bezpośedni kontakt młodego człowieka z Ciałem Bożym, pełne uczestnictwo w mszy świętej itd. jest zupełnym archaizmem socjologicznym. Dzieciaki mają o tym mętne pojęcie, rodzice – jezscze mętniejsze. O wiele ważniejsza jest “komunia” jako moment w życiu dziecka, kiedy będzie ono w centrum uwagi, będzie głównym gościem przy stole, wszyscy przyjdą na imprezę właśnie z jego powodu i no i kiedy dostanie ono komputer, rower czy MP4. A msza? Przyjęcie Ciała Chrystusa? Aaa.. pewnie chodzi o ten moment, kiedy przed przyjęciem komunijnym trzeba iść do kościoła. Ano, trzeba. Co zrobić. Podobny jest stosunek ludzi do ślubu kościelnego. Mało kto wyobraża sobie ślub bez białej sukni, welonu, ołtarza i uroczystej przysięgi w obecności kapłana. Ale to wszystko to tylko takie głęboko społecznie zakorzenione symbole. Religijny aspekt uroczystości – przysięga przed Bogiem, moment kiedy dwa ciała stają się jednym nierozerwalny węzeł małżeński to rzeczy dość abstrakcyjne. I tak właśnie, nie ukrywajmy – hipokryzyjnie – postępuje wielu Polaków: ochrzić, bo trzeba; wysłać do komuni, bo prezenty; ślub kościelny bo tak fajnie i ładnie.
Ja sam oczywiście nie widzę sensu chrzczenia dziecka, o posyłaniu do komunii nie wspominam. Chrzest dziecka jest deklaracją rodzica: “jestem chrześcijaninem, chcę swoje dziecko wychować w tej wierze”. Jeśli ktoś tym chrześcijaninem w gruncie rzeczy nie jest – cała operacja traci sens. Tylko jak potem dziecku wytłumaczyć, że nie pójdzie do komunii i nie dostanie fury prezentów? Trudno mi to wszystko jednak jednoznacznie krytykować, bo szczerze mówiąc, ja sam ulegam troszkę tej magii – uważam, że ślub cywilny bez przysięgi przed ołtarzem wydaje mi się ślubem niepełnym. Nawet jeśli przysięga w kościele nie wiąże się dla mnie z żadnymi religijnymi przeżyciami ani duchowymi konsekwencjami.
MOJA WŁASNA RELIGIA

Crześcijańscy myśliciele czasem jednak wymyślą coś pożytecznego. Jedną z takich rzeczy jest Brzytwa Ockhama. William Ockham, średniowieczny (bodajże szkocki) myślciel rzekł niegdyś, że nie należy mnożyć bytów ponad konieczność. Rozumieć to należy tak, że jeżeli tworzymy sobie jakąś teorię, jakąś wizję, jakiś światopogląd, to korzystamy tylko z tego, co jest nam niezbędne. Odrzucamy cały zbędny balast, wszystko to, co jest niepewne. No i właśnie na tym oparłem swój światopogląd. Mając wykształcony kręgosłup moralny, można godnie, szczęśliwie, twórczo oraz korzystnie dla siebie i otoczenia żyć będąc zupełnie pozbawionym koncepcji osobowego Boga, która mało, że trudna do udowodnienia, to jeszcze jak się zdaje, zupelnie człowiekowi do codziennego życia niepotrzebna.
Żyję dla siebie. Żyję dla innych. Cieszę się byciem częścią tego świata, moim skromnym w nim udziałem, moim relatywnie niewielkim wpływem na losy innych. Cieszę się za każdym razem kiedy coś dzięki mnie stało się lepsze, kiedy dzięki mnie ktoś jest szczęśliwszy, kiedy ja sam dzięki twórczej współpracy w innymi osiągam kolejny poziom człowieczeństwa. Celem mojego życia jest samorozwój oraz tworzenie harmonijnych związków z otoczeniem w taki sposób, aby osiągnąc z tego osobistą satysfakcję, jednocześnie inspirując i rozwijając innych, cały czas pamiętając o jednostkowej odrębności mojej osoby i każdego, kogo spotykam. Cały czas delektuję się pięknem świata – zarówno tego, który stworzyła natura, jak i tego, który do tego naturalnego fundamentu dobudowali ludzie. Wyrażam ogromny podziw dla dokonań naszych przodkow w każdej jednej dziedzinie (jak np. architektura, muzyka, filozofia, nauka) i szanuje dokonania wielkich ludzi, ktorzy żyli przede mną. Jednoczesnie mam ogromny respekt dla natury – i tej najbliższej (krzaczki, ptaszki i jeziorka), ale też tej, ktora hen daleko nad naszymi glowami pokazuje swoje najstraszniejsze oblicze w piekle czarnych dziur czy też w tajemniczych kwazarach, a nawet dla zupełnie dla nas niewyobrażalnych kwarków tworzących neurony i protony. Świat, od atomu po galaktykę, jawi się jako wielka zagadka, której pewnie nigdy nie obejmiemy, ale która będzie fascynować pokolejne pokolenia badaczy. Powtarzajac za Einteinem, wyrazam głęboką atencję dla niesamowicie zlozonej, ciekawej i wciaz pelnej tajemnic wizji swiata, jaka oferuje nam nauka. To jest moja wiara, to jest moja religia, to jest moje credo. Dawkins nazywa ludzi tak podchodzacych do zycia “gleboko religijnymi niewierzacymi”. A ja sie na te kategorie moim skromnym zdaniem w pełni łapię. I dziwię się tym, którzy poświęcają swoje życie dla idei… idei, która jest nieweryfikowalna z samej definicji, której nie można na żaden sposób sprawdzić, która uwikłana jest w mnóstwo sprzeczności i niejasności. I wreszcie – która utrudnia stanie się w pełni człowiekiem, poprzez głupie dogmaty.
Bardzo często spotykam ludzi inteligentnych, błyskotliwych, oczytanych. Ludzi, którzy nie dają sobie w kaszę dmuchać, nie dają się oszukiwać innym, radzą sobie w każdej jednej dziedzinie życia, umieją odróżnić prawdę od fałszu, dobro od zła i nie wierzą w żadne bajki, jakie inni im chcą wcisnąć – w żadne, poza jedną, otrzymaną w spadku od żydowskich pasterzy i rybaków. Nie tylko w nią wierzą i poświęcają mnóstwo energii, czasu i pieniędzy na wszystko, co się z tą wiarą wiąże, ale bronią jej całym swoim życiem. Klasycznym przykładem może być wspomniany już ks. Michał Heller, który oprócz tego, że jest księdzem, jest też fizykiem specjalizującym się w kosmologii i początkach wszechświata (!), ale znam też (mniej spektakularne) przypadki z życia. Skąd to się bierze? Wpływ społeczny? A może indoktrynacja od wczesnego dzieciństwa? Zjawisko dla mnie fascynujące i niepojęte. Na pewno do zbadania i przeanalizowania.
A co jeśli po śmierci okaże się, że jednak Bóg istnieje i nadszedł czas mojego sądu? No cóż, wierzę że nie będzie pytał mnie ile razy w roku przyjmowałem komunię świętą, czy modliłem się do świętego Antoniego i czy wierzę w świętość Jana Pawła II i cuda przez niego uczynione, ale zapyta po prostu jakim byłem człowiekiem i czy dzięki mnie świat stał się lepszy, a ludzie szczęśliwsi. Tylko w taką wersję jestem w stanie uwierzyć i tylko takiego Boga jestem w stanie przyjąć. I tylko Boga, który jest w stanie to docenić mogę zaakceptować.
No i na koniec, jako pewnego rodzaju podsumowanie i znakomity komentarz do całej mojej ścieżki duchowej, polecam piękne i jakże głębokie odpowiadanie pochodzące z bloga druidh.wordpress.com.
CO DALEJ?
Przeczytałem niedawno “Boga Urojonego” Dawkinsa, który sporo w moim światopoglądzie namieszał (recenzja będzie, oj będzie tylko muszę troszkę ochłonąć); chętnie zabiorę się za kilka innych pokrewnych pozycji krytykujących religię katolicką (albo religie w ogóle); zresztą jestem w trakcie czytania zbioru trzech esejów pt. “Religia i Ja”. W planie jest także przeczytanie książki oraz obejrzenie filmu o Marcinie Lutrze, w które już się zaopatrzyłem. Po każdej pozycji książkowej, filmowej czy nawet serialowej gdzie pojawia się wątek religijny, zaczynam przemyśliwać różne sprawy, a wskutek tych przemyśleń mój światopogląd nieznacznie się zmienia. I tak dryfuję od wyspy do wyspy na oceanie niepewności. Kiedy dotrę do kolejnego brzegu – pierwsi o tym się dowiecie.