Nad moim blokiem zawisła piracka flaga, dla siebie zakupiłem chustę na głowę i przepaskę na oko. Nogi nie odcinam, bo jeszcze nie mam drewnianej (przyjdzie za parę dni z Allegro), a ręki mi troszkę szkoda, chociaż piękny hak otrzymany od rzeźnika już czeka. Póki co leży sobie obok błyszczącego kordelasa, który zakosiłem z jakiegoś muzem. Papuga skrzeczy mi nad uchem, pewnie niecierpliwi się równie mocno jak ja. Nie ma się co dziwić – czekamy na dostawę z banku. Ma przyjść skrzynia pełna złotych monet. (dyrektor banku ani obsługa jeszcze nic o tym nie wiedzą… ale pewnie się dowiedzą he he). Wczuwam się w klimat. Nie, nie – to nie efekt wrażeń po obejrzeniu “Piratów z Karaibów”, tylko pewnego odkrycia w internecie.
Słowo “pirat” nabrało wiele znaczeń. Oprócz stereotypowego skojarzenia (którego najbardziej charakterystyczne elementy przedstawiłem powyżej), na myśl nachodzą inne. Mamy przecież piratów drogowych i audiowizualnych (do tych ostatnich należą też i ci komputerowi). Nie każdy wie, że istnieją też i współcześni piraci morscy. Ci jednak niewiele przypominają słynnych pionierów zawodu, którzy na galeonach dokonywali abordażu w rytm huku armat i ostatniego, rozpaczliwego łopotu palonych żagli. Piractwo, podobnie jak każda dziedzina życia, poszło do przodu. Korsarze v 2.0, szczególnie aktywni na Oceanie Indyjskim, kursują na motorówkach i napadają na jachty bogaczy, głównie w strefie przybrzeżnej. Zdarzają się też zbrojne napady na większe statki i to prawdziwa żyła złota szczególnie, że rzadko kiedy wnoszone jest oskarżenie bądź prowadzone śledztwo – dla armatora każdy dzień zwłoki to strata wielu pieniędzy, więc okradziony statek zamiast czekać na wyjaśnienie sprawy, pędzi już do następnego portu, bo terminy gonią. A piraci zostają bezkarni. Nowocześni piraci jednak na co dzień jeżdzą Merdedesami, a noszą drogie garnitury, zegarki Rolexa i tony żelu na głowie. Kobiet porywać nie muszą, bo te same lgną do nich (a raczej do ich kasy) jak muchy do lepu. Cała romantyczna wizja pirata-awanturnika z drewnianą nogą popijającego rum w jakiejś nadmorskiej spelunie pada na ryj. Świat idzie naprzód…
Wracając do mojego odkrycia – chodzi o stronę www.zwrzuc.pl. Dzięki niej każdy z nas może poczuć się chociaż troszkę jak John Silverstone, Sir Francis Drake, Kapitan Kidd albo Jack Sparrow. Właśnie ta strona będzie pełniła rolę naszego galeonu z piracką flagą na maszcie, wirtualnymi karaibami będą zaś otchłanie internetu. Rolę olbrzymiego żaglowca, który mamy na celowniku, spełni znienawidzony ZAiKS, ZPAV i RIAA. Wrzutę wszyscy znamy? You Tube znamy? No to dobra wiadomość: dzięki tej stronie możemy łatwo i szybko zgrać w/w stron plik mp3 bądź avi, który będziemy mieli na hdd. Dzięki temu zawsze jest dostępny, nie stresujemy się że jakiś obrońca praw autorskich usunie go z serwera albo że padnie nam internet, a my nie będziemy mieli dostępu do ulubionego utworu. Po prostu świetna rzecz i na pewno od czasu do czasu skorzystam.
Oczywiście, nie zachęcam do piracenia. Znakomicie rozumiem rozterki artystów, którzy nie zawsze zostają wynagrodzeni za swoją pracę. Jednocześnie jednak rozumiem intencje producentów, którzy próbują z nas wycisnąć jak najwięcej kasy i jednocześnie tak kombinować, aby jak najmniej z tego poszło do rzeczonych artystów. Kto tu kogo okrada? Ja sam inwestuję w oryginały wszelakie co prawda niewiele, ale zapewne więcej aniżeli przeciętny śmiertelnik. Ale system “zwrzucania” stosuję (a co!), głównie w przypadku rzadko spotykanych bądź starych utworów, których próżno szukać w Empiku. Po prostu takie właśnie lubię, a nowości bądź to, czego słucha i zna się pamięć każdy rzadko kiedy mnie rajcuje. Przypominam też, że tak na ścisłość ściągnięcie pliku mp3 lub filmu (w odróżnieniu od programu komputerowego czy gry) przestępstwem nie jest – przestępstwem jest za to umieszczenie go na wrzucie. Ale to już nie mój problem, tylko problem tych co wrzucają.
