Myślokracja, czyli from łeb to web

164. W jakim świecie my do cholery żyjemy? 18 październik 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Nauka, filozofia, refleksje — frycjusz @ 7:18 am

Przyzwyczailiśmy się do pewnych rzeczy. Rzucamy piłką do góry – a ta za chwilę odwdzięczy nam się spadając wprost na głowę. Walimy ręką w ścianę – i potem tydzień chodzimy w gipsie. Żyjemy w świecie, w którym koła się toczą, pękające balony hałasują, ogień rozjaśnia ciemność, a woda w prace Frani podczas wirowania ucieka od środka i zaczyna przylegać do ścianek. Nie dziwi nikogo, że czas płynie zawsze w jednym kierunku, bliskie spotkanie III stopnia z drutami energetycznymi kończy się fatalnie, a ciało gorące ogrzewa także swoje otoczenie. Taki jest nasz świat, taki znamy i to, co widzimy, ekstrapolujemy na cały wszechświat. Ten duży z galaktykami i kwazarami i ten maleńki, z protonami i elektronami.

A przecież świat jest zupełnie inny. W bardzo dużych skalach zauważamy zjawiska, które delikatnie mówiąc zaskakują. Już samo to, że wielkich przecież rozmiarów księżyc od miliardów lat krąży wokół jeszcze większej Ziemi i jakoś na nią nie spada. Podobnie jak Ziemia nie spada na Słońce. Słońce pali się od pięciu miliardów lat – a naukowcy jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyliczyli że przy tym zapasie paliwa nie powinno wytrzymać więcej niż kilkadziesiąt tysięcy lat. Pomyślmy, jaki świetny argument dla kreacjonistów! Na szczęście jednak, ktoś kiedyś wpadł na pomysł reakcji termojądrowej i dzięki temu, że wiemy, że wewnątrz Słońca właśnie takie reakcje zachodzą, a nie zwykłe spalanie (jak sądzili dawni uczeni), możemy być całkowicie spokojni o to, że jeszcze kilka miliardów lat nam poświeci. Materia wewnątrz Słońca jest tak zagęszczona, że światło powstałe w samym centrum świetlnego globu dociera na Ziemię 30 000 lat – przy czym podróż z powierzchni Słońca na Ziemię trwa ledwie 8 minut.

No właśnie, światło. Wbrew temu, co głosi większość uczonych, światło rozchodzi się z natychmiastową prędkością. Podróżuje tak szybko, że dociera do celu natychmiast. Gdybyśmy wsiedli na promień świetlny i udali się np. do Mgławicy Andromedy, nawet byśmy nie zauważyli i już byśmy tam byli. Nie minąłby nawet ułamek sekundy. Podróż powrotna zajęłaby tyle samo czasu. Co ciekawe, z perspektywy ziemskiego obserwatora podróż trwałaby miliony lat. I po takiej ułamkosekundowej wyprawie tam i z powrotem, na Ziemi minęłoby wiele, wiele czasu. Czy takie „kurczenie” się i „rozciąganie” czasu w zależności od prędkości poruszającego się obiektu nie jest fascynujące?

Fascynujący jest Wielki Wybuch. Potraficie sobie wyobrazić, że przed Wielkim Wybuchem nie było w ogóle czasu? Ani przestrzeni? Cała czasoprzestrzeń została wygenerowana (i rozszerza się do dziś) właśnie w momencie wielkiego wybuchu. Co było przed Wielkim Wybuchem? Nawet odpowiedź „nic” nie jest prawidłowa. To pytanie po prostu nie ma sensu!

Czasoprzestrzeń zbudowana jest w niesamowity sposób. Zakrzywiona jakoś tworzy wewnątrz siebie meandry, o których nie mamy pojęcia. Mówi się, że ma dziesięć wymiarów, z czego sześć jest tak płaskich, że ich nie widzimy (polecam tę prezentację: http://www.tenthdimension.com/). Mówi się, że można wewnątrz niej tworzyć tunele, które skracają drogę podróżnym (jak w Star Treku) bądź nawet przemieścić się w czasie. Czasoprzestrzeń jest miejscami zakrzywiona. Dzięki temu, że nie jest idealnie płaska, istnieje coś takiego jak grawitacja. Grawitacja to nie jest „spadanie w kierunku dolnym”, jak wielu myśli, ani nawet przyciąganie się obiektów. To jedynie efekt zakrzywienia czasoprzestrzeni. Jakby powstał gdzieś wielowymiarowy „dół” w który wpadają różne obiekty, a na samym dnie tego dołu – nasza planeta (czy cokolwiek innego), która swoim ciężarem ten dół stworzyła. Czasoprzestrzeń w ogóle jest tak zakrzywiona, że patrząc przed siebie i mając odpowiednio silny teleskop, pewnie zauważylibyśmy tył własnej głowy. Tyle tylko, że światło musiałoby przebiec w tym czasie cały wszechświat. To (licząc z naszej perspektywy) trochę trwa. Tak więc jeżeli ktoś chce sprawdzić, czy łysieje, sugerowałbym bardziej efektywne metody.

Mamy kwazary, pulsary, gwiazdy neutronowe, czarne dziury, ciemną materię i energię, supernowe, uciekające od nas galaktyki i wiele innych fascynujących zjawisk. Jeszcze jedno mi się przypomniało. Mamy troszkę pecha, bo Słońce leży po niewłaściwej stronie ramienia Drogi Mlecznej. Gdyby je nieco przemieścić, w nocy widzielibyśmy na niebie piękny, jasny obiekt, większy i jaśniejszy od Księżyca. To centrum galaktyki, gdzie miliony gwiazd świecą połączonym blaskiem. Niestety, olbrzymia ilość pyłu międzygwiezdnego uniemożliwia nam zobaczenie tego cuda.

Wiemy i przyzwyczailiśmy się do tego, że wszechświat jest pusty, a gwiazdy we wszechświecie rozmieszczone są bardzo rozrzutnie. Mówi się, że gdyby gwiazda wielkości wiśni była w Belgradzie, to druga znalazłaby się gdzieś w okolicach Berlina. Ale zaskoczeniem zapewne będzie jeśli powiem, że niewiele mniej rozrzutne jest ułożenie atomów. Gdyby taki „wiśniowy” atom ustawić na środku boiska piłkarskiego, to następny atom znalazłby się gdzieś poza boiskiem. Między nimi jest pustka. Wokół atomów krążą elektrony, ale elektrony to bardziej widma niż cząstki.

Cuda, zaprawdę cuda dzieją się w mikroświecie. Tu już kompletnie nic nie jest takie, jak nam się wydaje. Nasz wszechświat zbudowany jest z niczego. My zbudowani jesteśmy dosłownie z niczego. O wyuczonym w szkole modelu, w którym kuleczki zwane elektronami okrążają po powłokach elektronowych zbiorowisko innych kuleczek zwanych protonami i neutronami, zapomnijcie. Przede wszystkim – elektrony są… no, czymkolwiek są, na pewno nie są piłeczkami. Są tak małe, że nie mają żadnego koloru (bo są krótsze od najkrótszych nawet fal świetlnych). Właściwie to nawet nie wiadomo czy są materialne, bo w sumie (podobnie jak światło) można je interpretować jako fale. Ta „dualność falowo-korpuskularna”, którą tak upodobali sobie fizycy, tak naprawdę to kolejna bujda. Mówi się, że elektron (czy foton) jest jednocześnie cząstką i falą. Ale tak naprawdę to nie jest ani jednym, ani drugim, ale czymś zupełnie innym. Czymś, czego nie umiemy ogarnąć ani sobie wyobrazić. Elektron umie znaleźć się w dwóch miejscach jednocześnie. Eksperymenty wykazały, że elektron przechodzi jednocześnie przez dwie oddalone od siebie szczeliny. Wiemy też, że kiedy elektron przechodzi z jednej powłoki elektronowej do drugiej, to wcale nie zachodzi jakieś przesuwanie go czy coś takiego. On po prostu ZNIKA w jednym miejscu i natychmiast pojawia się w innym. Coś zupełnie niewyobrażalnego w naszym świecie. Dlatego też traktuje się elektron jako normalny obiekt materialny, a kiedy ta wizja zawodzi – jako falę. I jakoś to się w fizyce sprawdza.

Protony i neutrony składają się z kwarków. Mamy sześć rodzajów kwarków, ale jakoś tak jest, że cała znana nam materia zbudowana w zasadzie jest z dwóch – „górnego” i „dolnego”. Pozostałe cztery rodzaje tworzą związki nietrwałe, rozpadające się nawet po jednej bilionowej sekundy. Ogólnie, wszystkie cząstki „materialne” (elektrony i kwarki) są fermionami, czyli posiadają spin ½. Co z tego wynika? Ano to, że (uwaga!) po obróceniu ich o 360 stopni otrzymujemy… cząstkę w jakiś tam sposób wyglądającą inaczej (jakbyśmy widzieli ją z innej perspektywy). Sam nie rozumiem do końca jak to możliwe, ale faktem jest, że dopiero po obróceniu o kolejne 360 stopni cząstka wraca do stanu wyjściowego. Dziwne? Dziwne.

Kwarki zbudowane są ze strun. Struny są tak maleńkie, że potrzeba kwadrylionów strun, aby utworzyć średnicę protonu. Drgają one sobie radośnie w dziesięciowymiarowej przestrzeni i są raczej jakąś formą energii niż czymś, co można nazwać materią. Jak rzekłem, wszechświat zbudowany jest z niczego.

Rozważmy pojedynczy atom wodoru, który kiedyś był w Słońcu, potem w jakimś rozbłysku trafił na Ziemię, związał się z atomem tlenu i leżał miliony lat w wodzie, zanim nie stał się atomem jakiegoś trylobita, potem amonita. Był już częścią drzewa, palmy, przebywał w oceanie i w lodzie arktycznym. Był częścią chmur i smagany wiatrem przenosił się z jednego końca świata na drugi. Był w skorupce jaja dinozaura, w mięśniu innego dinozaura i w płucach jeszcze innego. Dawno lat temu był nawet w kupce jakiegoś prehistorycznego żółwia, w sierści mamuta, liściu sosny. Pocił się nim średniowieczny rolnik, pił go (a potem wydalił) jakiś barokowy hrabia w peruce. Być może nawet, o zgrozo, pluł nim Adolf Hitler w czasie jednego ze swoich emocjonalnych przemówień, a potem stał się jakoś częścią ciała Jana Pawła II. Atomy się przenoszą się przecież w chmurach, deszczu, wietrze, poza tym oddychają nimi ludzie, którzy też się przemieszczają. A teraz ten sam atom jest u mnie, w moim ciele. Czy to nie fascynujące?

I w takim właśnie wnętrzu atomu wodoru żyją hipotetyczne istoty, zbudowane ze strun. Radośnie żyją sobie w dziesięciowymiarowej przestrzeni. Dla nich wszystko jest inne. Być może stworzyły zaawansowaną cywilizację, skomplikowaną filozofię, a ich matematyka i fizyka przerastają nasze o miliony lat. Ale czas ich życia jest krótki. Takie istotki żyją sobie ledwie kilka nanosekund. Dla nich jednak to całe dziesięciolecia. My zaś z kolei jesteśmy dla nich (o ile są w stanie nas dostrzec) odwiecznymi posągami. Nasza sekunda trwa dla nich miliardy lat. A światło, które zapalam dosłownie na minutę, trwa dla nich wieczność. O ile tylko będą w stanie to światło dostrzec, bo fala świetlna jest miliardy raz dłuższa od strun, w których oni, nieświadomi zupełnie słońca, dinozaura, Jana Pawła II ani mnie, żyją.

 

135. W co wierzę? 10 lipiec 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Kościół, filozofia, refleksje — HaeS @ 7:44 am

Od dłuższego czasu zapowiadam opublikowanie postu o moim światopoglądzie. Cieszę się, że nareszcie, po długim i złożonym procesie twórczym mam zaszczyt ów post przedstawić. Pomimo tego, że spisałem chyba wszystko, co miałem spisać i starałem się pisać szczerze i w pełni zgodnie z moimi odczuciami, wciąż nie mogę pozbyć się wrażenia, że post jest jakiś niepełny, a to, co w nim jest napisane – lekko się kłóci z tym, co czuję. Być może dlatego, że moja (i chyba nie tylko moja) religijność nie jest ukształtowana raz na zawsze, podlega nieznacznym fluktuacjom i co, co piszę dzisiaj, niekoniecznie musi być zgodne z tym, co napisałbym powiedzmy za miesiąc. Dlatego też spodziewać się można za jakiś czas update’u tego posta. Póki co jednak – zapraszam do czytania. Od razu ostrzegam, że post jest chyba najdłuższy w historii bloga i dość nietypowy, bo bardzo osobisty.

WSTĘP

Spisanie własnego światopoglądu to rzecz bardzo trudna. Człowiek bowiem pisze to, co czuje i to, co myśli, ale żeby to zrobić, trzeba najpierw dobrze poznać swoje uczucia i swoje myśli. Nie zawsze jest ich się świadomym. Jeżeli bowiem, dla przykładu, człowiek boi się wejść do ciemnego pokoju, czego się lęka? On sam rzeknie, że ciemności. Ale może tak naprawdę kieruje nim jakieś stłumione wspomnienie z dzieciństwa, a może i pierwotny instynkt odziedziczony jeszcze bo naszych prapradziadkach, którzy ze swoją maczugą nigdy nie zapuszczali samotnie się w otchłanie ciemnych jaskiń w obawie przed tygrysami szablastozębnymi czy innymi drapieżnymi potworami. Tak czy owak owo wytłumaczenie o strachu przed ciemnością (która sama w sobie groźna nie jest ani odrobinkę) jest jedynie wymówką – ale wymówką tak silną, że nawet człowiek ją stosujący wierzy w nią głęboko. No i tak jest z wieloma uczuciami. Za pozornie prostą strukturą psychoemocjonalną, kiedy wydaje się że wszystko o sobie wiemy (niektórzy nawet w całej swej bucie rozszerzają swoje poczucie wszechwiedzy nie tylko na psychikę swoją, ale i innych), kryje się niewyobrażalnie wielkie siedlisko ukrytych motywów, niewypowiedzianych uczuć, stłumionych potrzeb i zamaskowanych myśli. No gdzieś w tym wszystkim swoje miejsce znajduje także religia. W jaki zatem sposób dojść czym tak naprawdę, poza powierzchownymi deklaracjami, jest dla danego człowieka wiara, jak głęboko ona jest zakorzeniona w umyśle i które dokładnie potrzeby człowieka spełnia?

Dlatego też do tego postu podchodzę bardzo niepewnie i ostrożnie. Skupianie się na konkretach jest bezcelowe, bo konkrety to tylko co, ja znam i o czym ja wiem – a jak przed chwilą napisałem, w głowie siedzi dużo więcej niż sobie zdajemy z tego sprawę. Z kolei dywagowanie na temat tego, co BYĆ MOŻE uważam i co BYĆ MOŻE mną kieruje z kolei to głupota, bo takich “być może” jest całe mnóstwo, a na dodatek często bywają one ze sobą wzajemnie sprzeczne i nie sposób dojść które ma sens, a które nie. Być może zatem żyjemy w jednym wielkim matrixie kierowanym przez Boga, jak chciał Berkeley, a być może żadnego Boga nie ma, nie było i nie będzie, jak konkluduje Dawkins. Tak w ogóle to słowa “niewiedza” i “niepewność” pojawiały będą się bardzo często. W zasadzie one właśnie są słowami-kluczami mojego prywatnego “wyznania” i one doprowadziły mnie do tego, że teraz mam do religii wszelakich stosunek taki, jaki mam.

CHRZEŚCIJAŃSTWO – CZYŻBY JEDYNA RELIGIA? (cz. 1)

Ochrzczony zostałem w Kościele Katolickim, podobnie jak dziesiątki milionów innych Polaków bez mojej wiedzy i zgody w wieku kilku tygodni. Od najmłodszych lat, konkretnie zaś – już od przedszkola, jakoś tak nie umiałem tak po prostu uwierzyć i cieszyć się swoją wiarą, jak to bez trudu udawało się innym. Po indoktrynacji katechetki o treści następującej (w dużym skrócie): “Człowiek jest grzeszny i za każdym razem kiedy robi coś złego, popełnia grzech. Ale pojawił się na Ziemi syn Boga, Jezus, który złożył z siebie ofiarę, który zginął na krzyżu, odkupując nasze grzechy i dzięki temu wszyscy mamy szansę iść do raju po śmierci”, kiedy każdy z moich rówieśników kiwał ze zrozumieniem, ja jakoś nie mówiłem z zachwytem “jakie to cudowne, że ktoś taki się się pojawił!”. Szczerze mówiąc, nigdy nie łapałem za bardzo o co z tym chodzi. Dziwny byłem? Może i tak.

Pytań, jakie sobie zadawałem od najmłoszych lat było mnóstwo. Większość z nich to taka katolicka “klasyka”, do której każdy myślący (wierzący czy nie) chrześcijanin wsześniej czy później dojdzie: “Skoro Bog stworzył tylko Adama i Ewę, skąd ich potomstwo miało żony?”; “Jeżeli Bóg stworzył cały świat i wszystko pochodzi od Boga, to skąd wziął się sam Bóg?”; “Jak to może być, że ten sam Bóg istnieje w trzech osobach, które są czym innym, a zarazem tym samym?”, “Skoro Bóg jest taki dobry i miłosierny, dlaczego tyle zła jest na świecie”; no i wreszcie najważniejsze: “Dlaczego Bóg aby odkupić grzechy ludzkości, musiał złożyć swojego syna (albo też i samego siebie, zależnie od tego jak interpretować trójcę świętą) w ofierze?”. Ostatnie pytanie jest bardzo istotne. No bo czym była śmierć Jezusa na krzyżu? Jaki cel miał Bóg, aby składać swojego syna w ofierze dla… samego siebie? Interpretacji jest całe mnóstwo, żadna do mnie nigdy nie trafiła. Najbliższą chyba jakiemukolwiek sensowi (chociaż wypaczonemu) jest patrzenie na ukrzyżowanie jako demonstracja Boga dla ludzkości “patrzcie jaki to ja jestem dobry, jak ja się poświęcam!”. Jakkolwiek jednak na to nie patrzeć, historia ta moim zdaniem zupełnie nie trzyma się kupy, jest niezrozumiała i morał z niej do końca jest dla mnie jasny.

Inna bajka to dogmaty i to, w co Kościół każe nam wierzyć. Niepokalane poczęcie, wniebowzięcie Maryi i kilka innych cudownych wydarzeń jakoś nie do końca do mnie docierały. Najwięcej moich wątpliwości wzbudza konsekracja, kiedy to hostia przeistacza się i staje się Ciałem Chrystusa. Kiedy pierwszy raz to usłyszałem od księdza, zapytalem odruchowo: “SYMBOLIZUJE Ciało Chrystysa?”, co ksiądz natychmiast sprostował: “Nie, nie… to JEST Ciało Chrystusa”. Stwierdzenie jak dla mnie bezsensowne i irracjonalne. Czytałem swojego czasu kilka dzieł chrześcijańskich guru, w których podkreślano jak ważne jest przeistoczenie oraz próbowano uzmysłowić jak to możliwe, że coś, co ewidentnie jest kawałkiem opłatka, jest tak naprawdę cząstką Boga. I chyba źle (z perspektywy wiary) zrobiłem, że drążyłem ten temat, bo moja bezowocna próba zrozumienia tego to był początek końca mojej wiary – kropla, która sprawiła, że czara goryczy zaczynała wydawać się ciężka, a za jakiś czas – miała się przelać.

Im starszy byłem, tym więcej pytań zacząłem zadawać, tym były one głębiej przemyślane i tym dojrzalsze. Spójrzmy, dla przykładu, na następujący problem: chrześcijański świat to powierzchniowo mniej więcej połowa Ziemi (dwie Ameryki + Europa + spora część Afryki + Australia), zaś ludnościowo – dużo mniej (33% jeśli chodzi o ścisłość). Nie wszyscy chrześcianie to Katolicy – wikipedia podaje, że stanowią oni 17,4% mieszkańców Ziemi. Zatem stwierdzenie, że jedynie Katolicy dzięki uczestnictwu w sakramentach (robionych według jedynego słusznego obrządku) dostąpią zbawienia, napawa trwogą o losy dusz pozostałych 82,6% ludzi, ale jednocześnie każe zapytać – co z nimi? Przecież oni TEŻ się modlą do swojego Boga, też mają własne obrzędy i rytuały i wierzą w ich słuszność równie mocno jak katolicy wierzą w słuszność swoich rytuałów. Żyjąc w mocno skatolicyzowanym społeczeństwie (jak nasze) trudno uwierzyć, że religia katolicka to bardziej wyjątek niż reguła na świecie. Spójrzmy na taką Tajlandię, gdzie zewsząd wyrastają złote świątynie poświęcone Buddzie. Jedźmy do Iranu, gdzie atmosfera wiary w Allaha i wielkiej czci dla słó Mahoeta jest wszechobecna. Przyjrzyjmy się kulturze Indii, gdzie wyznań jest mnóstwo, ale w żaden sposób nie przypominają naszych. Wspomnieć wypada o olbrzymich piramidach budowane przez Majów ku czci różnych bóstw. Zapytajmy ludy Tutsi o to, kogo należy czcić. A najlepiej to pjedźmy do Jerozolimy, gdzie jest totalny misz-masz trzech religii i człowiek, który z żadną nigdy nie miał do czynienia, na pewno miałby spory problem z określeniem która religia jest bliższa prawdy. Powstaje naturalne w tej sytuacji pytanie – KTO MA RACJĘ? Czyja wiara jest lepsza, pełniejsza, bliższa Bogu? Jak to zbadać, jak to sprawdzić, jak do tego dojść? Jedyną konkluzją, do której udało mi się dojść, bardzo istotną w kontekscie dalszych rozważań, było stwierdzenie, że w gruncie rzeczy wszystkie religie czczą tego samego Boga, tylko na różne sposoby. I skoro jest tyle wyznań, tyle sposobów, nie ma możliwości, aby Bóg wyróżnił jakkolwiek jedno z nich. Słucha modlitw wszystkich.

W tym momencie pada na twarz cała doktryna katolicka. Nadal możemy czcić Jezusa, ale jak to możliwe, że Bóg zesłał nam Jezusa, po to tylko aby czciła go ledwie 1/3 ludzkości? Co z resztą ludzi? Czy im nie dane jest dostąpić zbawienia? Można to naciągnąć i dodać, że ten sam Bóg zesłał Buddę do Chin, a Mahometa Arabom. Oczywiście, powstaje zaraz pytanie dlaczego ich poglądy wzajemnie się kłócą, a wyznawcy nierzadko nienawidzą. Ale można też, z równym prawdopodobieństwem, przyjąć, że wszyscy wielcy prorocy, to w gruncie rzeczy zwykli ludzie, obdarzeni sporą mądrością życiową, ale zarazem i wielką charyzmą, która sprawiła, że słuchały ich tlumy, które po śmierci uznały ich za Boga (albo jego wysłannika). Obie koncepcje (przyjęcie wszystkich proroków bądź odrzucenie wszystkich) mają swój sens, niemniej jednak nie można bez uwikłania się w sprzeczności, przyjąć, że wysłannikiem Boga jest Jezus, a kluczowe postacie pozostałych religii to fałszywi prorocy.

Fakt ten ma poważne konsenwencje. Podczas mszy ksiądz czyta słowa “Bierzcie i Jedzcie z Tego wszyscy…”. Ci, którym zdarza się jeszcze chocić do kościoła, niech zwrócą uwagę – on to CZYTA. Zawsze. Nie mamrocze z pamięci, nie próbuje jakoś wyrazić tego nieco innymi słowami, ale czyta. W skupieniu, powoli, ostrożnie, żeby nie przegapić ani nie przeinaczyć żadnej literki. Są to bowiem słowa konieczne dla ważności mszy. Bez nich nie będzie ważne przeistoczenie, nie będzie ważny sakrament, nie będzie zbliżenia ludzi z Bogiem. Skoro jednak, jak w poprzednim akapicie napisałem, tego samego Boga czcić można na różne sposoby, to przeistoczenie może być ważne z nieco innymi słowami bądź nawet bez nich. Może nawet być msza bez przeistoczenia. Może być nawet zupełnie inny obrządek religijny, poświęcony Bogu wg wskazań innego mesjasza i w gruncie rzeczy nic strasznego się nie stanie. W ten sposób właśnie przestałem być katolikiem, a bardzo krótko po tym – chrześcijaninem. Przełomem w moim życiu okazało się właśnie stwierdzenie, że nie ma jedynej słusznej religii, nie ma jedynego słusznego sposobu czczenia Boga… cały czas jednak pozostaje Bóg. Ale czy on naprawdę istnieje?

GDZIE JEST TEN BÓG?

Koncepcja Boga jest tak stara jak ludzkość, a moze nawet jeszcze starsza i swoją historią sięga do małpoludów. Czczono rózne rzeczy – zwierzęta, rośliny, obiekty na niebie, fikcyjnych nieśmiertelnych ludzi żyjących na pobliskiej górze Olimp – idea Boga ewoluowała wraz z rozwojem myśli ludzkiej, aż wreszcie kilka tysięcy lat temu zatrzymała się (przynajmniej w naszym rejonie świata) na etapie omnipotentnej i omniprezentnej, wiecznej i odwiecznej, niewidzialnej istoty, nazwanej Bogiem. Istotę tę w róznych rejonach świata czci się po dziś dzień. We współczesnych czasach powraca jednak coraz częściej i coraz głośniej pytanie, które zadawane było i wcześniej, ale cicho i nieśmiało aby tylko uniknąć ośmieszenia czy oskarżenia o herezję – pytanie o to, czy takowa istota w ogóle istnieje. Spróbuję się teraz do tego odnieść.

Problem jest chyba najcięższy ze wszystkich mi znanych, a jego rozwiązanie zdaje się być sprawą beznadziejną. Szukanie dowodu naukowego mija się z celem. Nauka nie jest w stanie dać dowodu istnienia Boga, a sprawę gmatwa jeszcze bardziej fakt, że o wiele łatwiej udowodnić, że coś istnieje aniżeli wykazać, że nie istnieje (zainteresowanym tym faktem polecam poczytanie informacji o czajniczku Russela). I nauka obalając wszystkie kolejne dowody istnienia istoty wyższej, daje jedynie świadectwo słabości tych dowodów, wciąż jednak nie mogąc sobie rościć prawa do definitywnego zamknięcia sprawy istnienia/nie istnienia Boga. Wszystkie dowody istnienia istoty wyższej, czy to przedstawione w starożytności, średniowieczu czy czasach nowożytnych, takie jak “dowody” św. Tomasza z Akwinu, argument pierwszej przyczyny, celowości czy też bełkot Kanta, dawno temu już padły pod naporem krytyki filozofów, tudzież zostały wysłane do lamusa w wyniku odkryć naukowych. Niegdyś dowodem istnienia Boga było już samo to, że świat istnieje – dzisiaj już wiemy, że powstał on w wyniku Wielkiego Wybuchu, a wszystkie istoty żywe z nami włącznie wyewoluowały z prostych jednokomórkowców powstałych z kosminczego bulionu kilka miliardów lat temu. Później znajdowano dla Boga rózne miejsca i role we wszechświecie, ale nauka bezlitoście wykazywała za każdym razem, że wyssane z palca koncepcje nie mają racji bytu, a dane zjawisko wytłumaczyć można przy pomocy fizyki, psychologii czy rachunku prawdopodobieństwa. I nawet teraz, kiedy spekuluje się jeszcze po cichu, że może to sam Bóg spowodował wielki wybuch albo kierował w jakiś sposób procesem ewolucji (np. poprzez natchnienie człowieka darem świadomości) spodziewać się można raczej, że i te koncepcje, i tak już będące potężnym wycofaniem pozycji w stosunku do bajań średniowiecznych teologów, zostaną zweryfikowane negatywnie. Co sprytniejsi księża (np. Michał Heller) ostrzegają (słusznie) przed traktowaniem Boga jako zapchajdziury dla tej czy tamtej teorii mając pełną świadomość tego, że prowadzi to bardziej do ośmieszenia religii aniżeli do udowodnienia istnienia Boga.

Skąd w ogóle wzięła się wiara w Boga? Tysiące lat temu człowiek widząc wiele rzeczy, których wyjaśnić sobie nie umiał (jak np. pioruny na niebie, wschód i zachód słońca czy dziwaczne zjawisko polegające na tym, że ciało ludzkie przestaje czasem oddychać, reagować, poruszać się, następnie stygnie, aż w końcu gnije) zaczął dorabiać do tego różne ideologie. Oczywistym z punktu widzenia człowieka o znikomej wiedzy naukowej oczywistym wnioskiem z tego, że takie, a takie zjawisko zachodzi jest to, że za tym wszystkim stoi KTOŚ. Ktoś potężniejszy i ktoś silniejszy od człowieka. Istota ponadnaturalna, która potrafi sprawić, że z nieba leci deszcz, a w kobiecym łonie powstaje mały człowiek. Z czasem, aby wyjaśnić nie tylko zjawiska naturalne, ale także i relacje międzyludzkie, te prymitywne bożki zaczęły ewoluować, stawały się coraz bardziej ludzkie – bywały zatem zazdrosne, mściwe, okrutne, ale i sprawiedliwe czy miłosierne. Właśnie w ten sposób powstała ogólnie przyjęta wizja Boga żydowskiego (chrześcijańskiego), który daleki jest już od bogów Indian czy plemion papuaskich, jednak wydaje się być ideą będącą odległym spadkobiercą właśnie tych prymitywnych bożków. Do czego zmierzam? Ano, do wniosku (przyznaję, kontrowersyjnego), że wiele wskazuje na to, że gdyby w tej chwili ludzkość od samego początku była na tym etapie rozwoju naukowego, koncepcja Boga nie pojawiła by się wcale. Pojawiła się ona w zamierzchłych czasach, wywodzi się z wieloletniej tradycji i historii i każda “czątka wiary” obecna w świadomości miliardów ludzi na całym świecie właśnie stamtąd – z głębokiej przeszłości, czasów niewiedzy – pochodzi. Współczesne środowisko naukowe, który szuka wyjaśnień wszystkiego w racjonalnych twierdzeniach, eksperymentach i obliczeniach, nie przewiduje w wyjaśnianiu zjawisk naturalnych roli dla Boga, którą przeznaczono mu od samego początku, dopiero później dodając mu kolejne niekoniecznie związane z wyjaśnieniem tajemnic natury atrybuty. Całkiem prawdopodobne jest zatem, że to nie Bóg stworzył człowieka – to człowiek stworzył Boga.

Jeszcze niedawno kategoryczne stwierdzenie, że Bóg nie istnieje, było jak dla mnie co najmniej ryzykowne. Rasowi ateiści, całkowicie odrzucający koncepcję Bytu Wyższego w zasadzie wydawali się mi równie zaślepieni i zamknięci na dyskusję jak katolicy czy muzułmanie, przekonani bezwględnie o prawdziwości własnej religii. Po lekturze “Boga Urojonego” Dawkinsa patrzę na to nieco inaczej. W książce tej autor niesamowicie przekonująco, argumentując czysto logicznie dowodzi, że zegoś takiego jak Bóg nie ma prawa być we wszechświecie, jednakże podreśla w jednym miejscu, że PRAWIE na pewno nie ma Boga. Kwestia nie jest przecież wcale taka prosta. Być może istnieje siła wyższa, być może nie. Pewne przesłanki wskazują na to, że istnieją na naszym świecie rzeczy, których nigdy nie rozgryziemy i że prawdopodobnie ktoś lub coś kreuje naszą rzeczywistość w sposób nie do końca zgodny z wizją wszechświata, jaką dyktują nam współczesne paradygmaty naukowe. Być może paradygmaty są błędne i trzeba je skorygować, a może… kto wie?

CHRZEŚCIJAŃSTWO – CZYŻBY JEDYNA RELIGIA? (cz. 2)

Ustaliliśmy zatem, że nie wiemy, czy Bóg istnieje czy nie i – co gorsza – wydaje się, że nigdy tego nie odkryjemy. Zanim przejdziemy do implikacji tego stwierdzenia, jeszcze jedna raz powrócimy do pytania o to, czy chrześcijaństwo (katolicyzm) jest jedyną słuszną religią.

To myślenia jest taki: Jeżeli Bóg nie istnieje – sprawa prosta: Boga nie ma. Jeżeli zaś istnieje – nie możemy być pewni jego formy. Czy jest tylko siłą spajającą wszechświat, bezosobowym bytem przenikającym wszystko, a może świadomą i myslącą istotą podobną do człowieka – tyle tylko, że wszechmocną? Jest wielu Bogów czy tylko jeden? Jeżeli dopuścimy tę ostatnią możliwość – czy ten jeden Bóg (w postaci osobowej) jest istotą z natury dobrą (pojęcie “dobro” jest niejednoznaczne; przyjmijmy tutaj jego potoczne znaczenie) czy też może (jak twierdzą malteiści) złą, winną wszelkiego zła na świecie, przed którym chronią się ludzie wzajemną życzliwością i pomocą? Może jest tak, że to nie ludzie niszczą to, co Bóg nam daje, ale próbują naprawić to, co nam zabiera? A może po prostu Bóg nie interesuje się zupełnie naszym światem i pozostawił go samemu sobie, jak chciał Einstein? Możliwości jest, jak widzicie mnóstwo. Co więcej, nie znamy sposobu aby ustalić która z nich jest prawdziwsza od innych – pozostają jedynie domysły i spekulacje, ewentualnie opieranie się na Piśmie Świętym, przy czym nie mamy żadnej gwarancji że to, co tam jest nie jest bajką opartą gnieniegdzie na historycznych wydarzeniach. Stąd też śmiem twierdzić, że zamykanie się w jednej koncepcji i dodawanie jeszcze do niej mnóstwa szczegółów nie bardzo wiadomo skąd wziętych jest zatem wysoce nierozsądne. A dokładnie tak robi większość religii. Przeanalizuję to na przykładzie katolicyzmu, bo akurat ta religia mi jest najbliższa (wszak oficjalnie wciąż jestem katolikiem…), najlepiej mi znana, a poza tym najbardziej rozpowszechniona w naszym kraju.

Katolicy zatem na pytanie “czy jest Bóg czy go nie ma” odpowiadają bez wahania: JEST. Na pytanie “jaką ma formę” odpowiadają: OSOBOWĄ i na dodatek jeszce uzupełniają szczegółami – dzielą go na trzy osoby boskie, każdej z nich przydając pewne role. Na pytanie czy jest dobry, czy zły – odpowiadają też bez wahania DOBRY. I znów dodają mnóstwo szczegółów. Wprowadzają pojęcie grzechu i dokładają całą historię o Jezusie, zrodzonym z dziewicy, który zmarł na krzyżu, aby nas od tego grzechu ocalić. Specjaliści od starożytnego Rzymu twierdzą co prawda, że Jezus był postacią historyczną i najprawdopodobniej właśnie na krzyżu zmarł, ale to tylko świadczy o Jezusie (i to Jezusie-człowieku!) a nie o poprawności chrześcijańskiej wizji świata. Następnie tworzy się całą ideologię dotyczącą sposobu, w jaki owego Boga (i Jezusa) należy czcić, na czele z odprawianiem mszy w której kulminacyjnym punktem jest spożywanie Hostii, czyli opłatka, który jak to chrześcijanie są święcie przekonani, jest ciałem Boga. Hmmm… jak na świat, w którym tak naprawdę nawet nie wiemy, czy Bóg istnieje, czy też nie, fascynująco dużo w chrześcijaństwie jest tych rytuałów i szczegółów dotyczących czczenia Boga i doprawdy zaskakująco wielkie jest przekonanie ludzi o ich słuszności i prawdziwości. Oczywiście, przekonania te nie biorą się znikąd, bo oparte są na Biblii. Pomijając już kwestię prawdomówności Biblii i wykluczając to, że znajdują się w niej jakiejkolwiek konfabulacje i coraz bardziej bliskie fantastyce dopiski mnichów przepisujących przez stulecia to dzieło, to jednak pamiętajmy, że Kościół wiele prawd wyciąga z Biblii nadinterpretując pewne zapisy (przykład czyśćca jest najbardziej klarowny), a od czasu do czasu biorąc niektóre rzeczy zupełnie z sufitu (np. wniebowzięcie NMP).

Prawda jest taka, że podchodząc do sprawy zgodnie z metodologią naukową, o Bogu nie wiemy kompletnie nic. Skoro nie wiemy, to skąd wiedzieć czy on wymaga jakiejkolwiek naszej czci, a nawet jeśli wymaga – to jaki sposób jego czczenia jest właściwy? Jeżeli nawet założymy, że Bogu potrzebne jest nasze uwielbienie, że on sobie cokolwiek z tego robi, to skąd przekonanie, że Żydzi robią to lepiej od Szyitów, Protestanci od Prawosławnych, a Katolicy lepiej od Siouxów? Jakby dobrze się zastanowić, to żadna religia nie jest lepsza ani gorsza niż pozostałe. Owszem, niektóre wymagają poważniejszego traktowania aniżeli inne (nie porównujmy tworzonej i rozwijanej przez 2000 lat potęgi i wiedzy Kościoła, obecnej w tysiącach ksiąg, monumentalnych świątyniach i dobrej czy złej, ale na pewno olbrzymiej roli w historii Europy, z ludźmi tańczącymi z siekierą wokół ogniska w nadziei, że jutro będzie padał deszcz); niektóre są nawet społecznie pożyteczne – różne przykazania, których lud przestrzega w obawie przed wiecznym potępieniem tworzą w społeczeńśtwie jakiś ład i są podstawą, z której w człowieku wytwarza się moralność. Ale metafizycznie, pod względem stopnia zbliżenia do Istoty Wyższej – o wszystkich religiach teistycznych wiemy tylko tyle, że nie wiemy czy działają, czy nie. Ale jak mamy wiedzieć, skoro nawet nie wiemy, czy mają one do kogo się modlić?

GARŚĆ UWAG

Zanim przejdziemy do sedna problemu i zaprezentuję w końcu swoją własną religię, rzucę kilka luźnych uwag o katolicyzmie, chrześcijaństwie i religii w ogóle. Ważnym i ciekawym dla mnie problemem jest związek między religią, a moralnością. Czy takowy istnieje? Czy wspomniany już kręgosłup moralny wytwarza się w trakcie wieloletniego nauczania o roli Boga w życiu człowieka oraz potrzebie postępowania wg jego wskazań? Czy właśnie wtedy powstaje w nas sumienie, poczucie “dobra” i “zła” (obecne u ogromnej większości ludzi w późniejszym życiu już nawet po całkowitej rezygnacji z praktyk religijnych), czy też można te wszystkie twory psychicznie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie wytworzyć w młodym człowieku w inny sposób – np. metodą naśladowania pozytywnych wzorców? Odpowiedź na to pytanie jest o tyle istotna, że pozwoli to mi definitywnie rozstrzygnąć wątpliwości na temat tego, czy indoktrynacja religijna w szkołach i przedszkolach jest potrzebna czy nie. Póki co wydaje mi się, że nie (Dawkins ma podobne stanowisko), ale mimo wszystko wciąż mam wątpliwości.

Bardzo śmieszy mnie postawa sporej części społeczeństwa. Nawet wśród ludzi, którzy do kościoła chodzą rzadko (albo i wcale…), zauważa się jeden i ten sam trend. Małe dziecko zawsze posyła się do chrztu. Często ludzie nawet nie rozumieją czym tak naprawdę jest chrzest, zapomnieli czym jest grzech pierworodny. Ważne, żeby dziecko ochrzcić. Bo tak wszyscy robią, bo taki jest zwyczaj, bo jakoś tak głupio jak dziecko nieochrzone. No i nieochrzczonego dziecka nikt nie dopuści do komunii. Komunia to już w ogóle parodia. Jako nauczyciel w wiejskiej szkole rzeknę z własnej obserwacji, że I Komunia Święta jako przeżycie duchowe i pierwszy bezpośedni kontakt młodego człowieka z Ciałem Bożym, pełne uczestnictwo w mszy świętej itd. jest zupełnym archaizmem socjologicznym. Dzieciaki mają o tym mętne pojęcie, rodzice – jezscze mętniejsze. O wiele ważniejsza jest “komunia” jako moment w życiu dziecka, kiedy będzie ono w centrum uwagi, będzie głównym gościem przy stole, wszyscy przyjdą na imprezę właśnie z jego powodu i no i kiedy dostanie ono komputer, rower czy MP4. A msza? Przyjęcie Ciała Chrystusa? Aaa.. pewnie chodzi o ten moment, kiedy przed przyjęciem komunijnym trzeba iść do kościoła. Ano, trzeba. Co zrobić. Podobny jest stosunek ludzi do ślubu kościelnego. Mało kto wyobraża sobie ślub bez białej sukni, welonu, ołtarza i uroczystej przysięgi w obecności kapłana. Ale to wszystko to tylko takie głęboko społecznie zakorzenione symbole. Religijny aspekt uroczystości – przysięga przed Bogiem, moment kiedy dwa ciała stają się jednym nierozerwalny węzeł małżeński to rzeczy dość abstrakcyjne. I tak właśnie, nie ukrywajmy – hipokryzyjnie – postępuje wielu Polaków: ochrzić, bo trzeba; wysłać do komuni, bo prezenty; ślub kościelny bo tak fajnie i ładnie.

Ja sam oczywiście nie widzę sensu chrzczenia dziecka, o posyłaniu do komunii nie wspominam. Chrzest dziecka jest deklaracją rodzica: “jestem chrześcijaninem, chcę swoje dziecko wychować w tej wierze”. Jeśli ktoś tym chrześcijaninem w gruncie rzeczy nie jest – cała operacja traci sens. Tylko jak potem dziecku wytłumaczyć, że nie pójdzie do komunii i nie dostanie fury prezentów? Trudno mi to wszystko jednak jednoznacznie krytykować, bo szczerze mówiąc, ja sam ulegam troszkę tej magii – uważam, że ślub cywilny bez przysięgi przed ołtarzem wydaje mi się ślubem niepełnym. Nawet jeśli przysięga w kościele nie wiąże się dla mnie z żadnymi religijnymi przeżyciami ani duchowymi konsekwencjami.

MOJA WŁASNA RELIGIA

Crześcijańscy myśliciele czasem jednak wymyślą coś pożytecznego. Jedną z takich rzeczy jest Brzytwa Ockhama. William Ockham, średniowieczny (bodajże szkocki) myślciel rzekł niegdyś, że nie należy mnożyć bytów ponad konieczność. Rozumieć to należy tak, że jeżeli tworzymy sobie jakąś teorię, jakąś wizję, jakiś światopogląd, to korzystamy tylko z tego, co jest nam niezbędne. Odrzucamy cały zbędny balast, wszystko to, co jest niepewne. No i właśnie na tym oparłem swój światopogląd. Mając wykształcony kręgosłup moralny, można godnie, szczęśliwie, twórczo oraz korzystnie dla siebie i otoczenia żyć będąc zupełnie pozbawionym koncepcji osobowego Boga, która mało, że trudna do udowodnienia, to jeszcze jak się zdaje, zupelnie człowiekowi do codziennego życia niepotrzebna.

Żyję dla siebie. Żyję dla innych. Cieszę się byciem częścią tego świata, moim skromnym w nim udziałem, moim relatywnie niewielkim wpływem na losy innych. Cieszę się za każdym razem kiedy coś dzięki mnie stało się lepsze, kiedy dzięki mnie ktoś jest szczęśliwszy, kiedy ja sam dzięki twórczej współpracy w innymi osiągam kolejny poziom człowieczeństwa. Celem mojego życia jest samorozwój oraz tworzenie harmonijnych związków z otoczeniem w taki sposób, aby osiągnąc z tego osobistą satysfakcję, jednocześnie inspirując i rozwijając innych, cały czas pamiętając o jednostkowej odrębności mojej osoby i każdego, kogo spotykam. Cały czas delektuję się pięknem świata – zarówno tego, który stworzyła natura, jak i tego, który do tego naturalnego fundamentu dobudowali ludzie. Wyrażam ogromny podziw dla dokonań naszych przodkow w każdej jednej dziedzinie (jak np. architektura, muzyka, filozofia, nauka) i szanuje dokonania wielkich ludzi, ktorzy żyli przede mną. Jednoczesnie mam ogromny respekt dla natury – i tej najbliższej (krzaczki, ptaszki i jeziorka), ale też tej, ktora hen daleko nad naszymi glowami pokazuje swoje najstraszniejsze oblicze w piekle czarnych dziur czy też w tajemniczych kwazarach, a nawet dla zupełnie dla nas niewyobrażalnych kwarków tworzących neurony i protony. Świat, od atomu po galaktykę, jawi się jako wielka zagadka, której pewnie nigdy nie obejmiemy, ale która będzie fascynować pokolejne pokolenia badaczy. Powtarzajac za Einteinem, wyrazam głęboką atencję dla niesamowicie zlozonej, ciekawej i wciaz pelnej tajemnic wizji swiata, jaka oferuje nam nauka. To jest moja wiara, to jest moja religia, to jest moje credo. Dawkins nazywa ludzi tak podchodzacych do zycia “gleboko religijnymi niewierzacymi”. A ja sie na te kategorie moim skromnym zdaniem w pełni łapię. I dziwię się tym, którzy poświęcają swoje życie dla idei… idei, która jest nieweryfikowalna z samej definicji, której nie można na żaden sposób sprawdzić, która uwikłana jest w mnóstwo sprzeczności i niejasności. I wreszcie – która utrudnia stanie się w pełni człowiekiem, poprzez głupie dogmaty.

Bardzo często spotykam ludzi inteligentnych, błyskotliwych, oczytanych. Ludzi, którzy nie dają sobie w kaszę dmuchać, nie dają się oszukiwać innym, radzą sobie w każdej jednej dziedzinie życia, umieją odróżnić prawdę od fałszu, dobro od zła i nie wierzą w żadne bajki, jakie inni im chcą wcisnąć – w żadne, poza jedną, otrzymaną w spadku od żydowskich pasterzy i rybaków. Nie tylko w nią wierzą i poświęcają mnóstwo energii, czasu i pieniędzy na wszystko, co się z tą wiarą wiąże, ale bronią jej całym swoim życiem. Klasycznym przykładem może być wspomniany już ks. Michał Heller, który oprócz tego, że jest księdzem, jest też fizykiem specjalizującym się w kosmologii i początkach wszechświata (!), ale znam też (mniej spektakularne) przypadki z życia. Skąd to się bierze? Wpływ społeczny? A może indoktrynacja od wczesnego dzieciństwa? Zjawisko dla mnie fascynujące i niepojęte. Na pewno do zbadania i przeanalizowania.

A co jeśli po śmierci okaże się, że jednak Bóg istnieje i nadszedł czas mojego sądu? No cóż, wierzę że nie będzie pytał mnie ile razy w roku przyjmowałem komunię świętą, czy modliłem się do świętego Antoniego i czy wierzę w świętość Jana Pawła II i cuda przez niego uczynione, ale zapyta po prostu jakim byłem człowiekiem i czy dzięki mnie świat stał się lepszy, a ludzie szczęśliwsi. Tylko w taką wersję jestem w stanie uwierzyć i tylko takiego Boga jestem w stanie przyjąć. I tylko Boga, który jest w stanie to docenić mogę zaakceptować.

No i na koniec, jako pewnego rodzaju podsumowanie i znakomity komentarz do całej mojej ścieżki duchowej, polecam piękne i jakże głębokie odpowiadanie pochodzące z bloga druidh.wordpress.com.

CO DALEJ?

Przeczytałem niedawno “Boga Urojonego” Dawkinsa, który sporo w moim światopoglądzie namieszał (recenzja będzie, oj będzie tylko muszę troszkę ochłonąć); chętnie zabiorę się za kilka innych pokrewnych pozycji krytykujących religię katolicką (albo religie w ogóle); zresztą jestem w trakcie czytania zbioru trzech esejów pt. “Religia i Ja”. W planie jest także przeczytanie książki oraz obejrzenie filmu o Marcinie Lutrze, w które już się zaopatrzyłem. Po każdej pozycji książkowej, filmowej czy nawet serialowej gdzie pojawia się wątek religijny, zaczynam przemyśliwać różne sprawy, a wskutek tych przemyśleń mój światopogląd nieznacznie się zmienia. I tak dryfuję od wyspy do wyspy na oceanie niepewności. Kiedy dotrę do kolejnego brzegu – pierwsi o tym się dowiecie.

 

115. Sneak Peak do postu “Moja wiara” 15 maj 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Internet, Kościół, filozofia — HaeS @ 4:48 pm

Post o mojej wierze zapowiadam po raz kolejny. Jest on cały w produkcji, w znacznej mierze ukończony, sporo jednak jest spraw, które muszę jeszcze przemyśleć, a jeszcze więcej takich, które chciałbym ująć w odpowiednie słowa i cały czas szukam pomysłu jak to najlepiej zrobić. Póki co jednak – rzucam fragmenty z dyskusji na forum.gazeta.pl. Dyskusja jest naprawdę bardzo interesująca. Zaznaczam, że mniej lub bardziej zgadzam się z większością cytowanych fragmentów, zaś spora część wypowiedzi (a szczególnie pytanie inicjujące wątek) brzmi jakbym sam to pisał. Dla zainteresowanych cała dyskusja znajduje się tutaj.

bzdzius
Moi rodzice byli mądrzy i nie zmusili mnie do żadnej religii, kiedy byłem dzieckiem. Teraz jestem dorosły i mogę sam wybrać. Chcę sobie wybrać jakąś religię bo boję się, że bez tego może rzeczywiście pójdę do piekła albo może do czegoś jeszcze gorszego… A nie uśmiecha mi się smażenie się w smole. No ale tu właśnie zaczyna się problem, no bo jaką religię mam wybrać?

Rzymski katolicyzm? A jeśli rzymscy katolicy nie mają racji, tylko np. starokatolicy, ewangelicy augsburscy, prawosławni, zielonoświątkowcy albo jeszcze inni chrześcijanie? A może to chrześcijanie nie mają racji, tylko muzułmanie? A może też i nie oni, tylko buddyści lub hinduiści? Co będzie jeśli uwierzę, że Jezus był Bogiem, a wiara w Buddę i w reinkarnację to grzech, jeśli okaże się po śmierci, że to właśnie reinkarnacja jest prawdziwa, a Jezus nie był Bogiem? Czy mam uwierzyć rzymskim katolikom, że homoseksualizm to grzech, a jego zwalczanie to cnota, czy na odwrót – protestantom, że homoseksualiści nie grzeszą, natomiast grzeszą ci, którzy ich poniżają? Może rację mają buddyści, że zwierzęta mają duszę i nie wolno ich zabijać? Czy przeciwnie mogę np. spokojnie pracować w rzeźni a i tak potem pójść do nieba? Pomóżcie mi wybrać jakąś religię, czuję się kompletnie zagubiony…

grgkh
Wszystkie religie mają wspólny element, chcą przekazać – strachem lub obietnicami nagrody – zasady moralne, jak żyć między ludźmi. Bądź “dobrym” człowiekiem, tak jak to dobro rozumiesz, a religie olej. I to wystarczy.

krytykantka07
Pomogę Ci ;). Wszystkie religie są takie same i jest tylko jeden Bóg jakkolwiek by się nie nazywał. Katolicy nie mają racji prześladując homoseksualistów, bo prześladowania kogokolwiek zabronił Jezus i protestanci to wiedzą. Katolicy o tym wiedzieć nie chcą. Wiara w reinkarnację wskazuje na to, że musisz być dobry dla wszystkich, bo nie wiadomo kto wrócił ;). Czyli jest to miłość bliźniego głoszona przez Jezusa. Co do zabijania zwierząt : oczywiście bezpieczniej jest ich nie zabijać, a jeśli jesteś wegetarianinem to nie masz problemu ;). No i zawsze możesz jeść ryby ;). Czy ryba to zwierzę? ;). No a w rzeźni pracować nie powinieneś, chyba że lubisz patrzeć na cierpienie ;).

astrotaurus
krytykantka07 napisała:
**Pomogę Ci ;). Wszystkie religie są takie same i jest tylko jeden Bóg jakkolwiek by się nie nazywał. **

Gdyby sobie człowiek jaj nie robił to byś mu zaszkodziła. Wszystkie religie są takie same i żadnego głoszonego przez nie boga nie ma. Miał mądrych rodziców, nie popadł w narkotyki, to i w Twoje bajki może nie popadnie. :)

rachela25
Wiesz co? po dłuższym zastanowieniu to chyba powinieneś brać przykład z rodziców. Po co ci religia? wierz w człowieka a nie w jakąś,,istotę,, na istnienie której dowodów nadal nie ma.Ja również nie ochrzciłam swojego dziecka co w tym kraju u większośći wywołało oburzenie.Ale nie przejmuję sie tym , dla mnie to jedna wielka bzdura.

tewie60
Pozostań ateistą i bądź swym własnym bogiem !
W gruncie rzeczy, żadna religia w swych podwalinach nie jest zła, każda nakazuje bycie dobrym człowiekiem. Źli są tylko ludzie głoszący wiarę we własny, pokrętny i interesowny sposób. To kapłani i szamani wymyślili, że pobożność człowieka mierzy się wielkością dóbr materialnych złożonych w ofierze “jedynemu stwórcy”. A że każda religia ma swojego “jedynego” (katolicyzm chce być najlepszy i ubzdurał sobie trójcę), to mało ważne do którego sie modlisz, bo on i tak jest jedyny.
Co weselsze, każdy jest nieograniczenie miłosierny i wszechmocny, oraz sprawiedliwy, a jak cię spotka coś złego to on cię ukarał i przyjmuj to z pokorą. Tylko jak patrzysz, że za to samo twój sąsiad jest przez niego nagradzany, to ci sie nóż w kieszeni otwiera i zaczynasz wątpić, co jest równoznaczne z wypięciem się na bóstwo.

No i na koniec chyba najmądrzejszy post:

kretynofil
Jest tylko jedna religia, ktora zaprowadzi Cie do raju i ktora da Ci wieczne szczescie. Nie tylko na tym padole lez, ale na kazdym innym. Ta religia to PASTAFARIANIZM:

en.wikipedia.org/wiki/Pastafarianism
Jest tez wersja polska, ale ubozsza:

pl.wikipedia.org/wiki/Lataj%C4%85cy_Potw%C3%B3r_Spaghetti

Jesli bedziesz zyl wedlug Wielkich Osmiu “Naprawde Wolalbym Zebys Nie”, to kazdy bog i kazdy Bog rozpozna Cie jako swego. Nie ma zmartwienia :)

 

110. Trzy spojrzenia na “Solaris” 1 maj 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Film, Książki, Nauka, filozofia, refleksje — HaeS @ 4:40 pm

Często zastanawiam się czy istnieje życie w kosmosie. To jeden z moich ulubionych tematów w ostatnim czasie. Naukowcy, posługując się rachunkiem prawdopodobieństwa, bez wahania odpowiadają, że jest rzeczą statystycznie pewną, że nasza galaktyka, o reszcie wszechświata nie wspominając, niemal roi się od różnych form życia. Jednocześnie jednak bardzo często przytacza sie paradoks Fermiego, który zazwyczaj streszcza się trzema, jakże wymownymi słowami: “Gdzie oni są?”. Zaiste dziwne, że wszechświat, który powinien kipić od życia, jest pusty i niemy. Radioteleskopy nie odbierają żadnych sygnałów radiowych nadawanych przez obce cywilizacje, nie udowodniono wizyty żadnego obcego na naszej planecie, zaś fabrykowane masowo przez Danikena i pokrewnych mu grafomanów książki przestawiające “dowody” na kontakty z obcą cywilizacją w odległej przeszłości wywołują u bardziej refleksyjnych czytelników poczucie zażenowania.

Ponieważ nie znamy żadnej alternatywnej (w stosunku do ziemskiej) formy życia w Kosmosie, wszystkie nasze wyobrażenia opieramy na tym, co już znamy, czyli na nas. Właśnie dlatego w filmach SF tak wiele jest istot humanoidalnych. Wychowani na Star Treku i Babylonie, wyobrażamy sobie, że kosmici wyglądają jak ludzie, mówią po angielsku, a od nas różnią się w najgorszym wypadku ilością plamek i wystających kości na głowie. Klingonowie z pierwszego Star Treka czy Sabaceni z Farscape’a nie różnią się nawet tym – na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie jak ludzie. Przyczyną takiego stanu rzeczy (oprócz wyobraźni autorów pozostającej w stanie szczątkowym) jest aspekt techniczny – łatwiej bowiem jest domalować aktorowi kilka plamek na czole niż stworzyć kosmitę z prawdziwego zdarzenia. Co nie zmienia faktu, że tzw. humanoidy to z naukowego punktu widzenia bzdura totalna, a jeśli dołożymy do tego jeszcze powszechną w filmach i serialach możliwość krzyżowania ludzi z odpowiadającymi im gatunkami z obcych planet, pozostaje jedynie chwila ciszy, refleksji i żalu nad zagubioną gdzieś przed laty inteligencją ludzi tworzących takie banialuki. Nie wspominam już o tępym plebsie, który łyka ten chłam bez zmrużenia oka.

Ci z nas, którzy umieją odrzucić od siebie stereotyp kosmity wyglądającego niemal identycznie, jak człowiek, nadal jakoś nie umieją wyjść ponad pewne ramy myślowe. Na takich właśnie utartych schematach oparto istoty pozornie zupełnie obce, ale tak naprawdę wzorowane na zwierzętach z naszej planety – np. obcego z filmu “Alien” czy brainsuckera z serialu Babylon 5. Kształty owych stworzeń, ich dziwaczne narządy i zwyczaje (jak np. kwas zamiast krwi czy żywienie się falami mózgowymi) faktycznie sprawiają, że istota wygląda na obcą. Ale czy na pewno? Do mnie akurat nie do końca to przemawia i niezależnie od liczby odnóży, kształtu szczęk i koloru krwi widzę cały czas głęboką inspirację ziemskimi formami życia. W odróżnieniu jednak od mojej dezaprobaty dla efektów pracy twórczej osób odpowiedzialnych za pojawienie się w uniwersach SF humanoidów, nie potępiałbym twórców istot takich jak Obcy. Starają się jak mogą, aby ich stworzenia wyglądały tak obco jak to tylko możliwe, uatrakcyjniając je o coraz bardziej wymyślne cechy. To o wiele ambitniejsze zadanie aniżeli danie aktorowi pary fioletowych szkieł kontaktowych i plastikowej nasadki na głowę.

O kroczek dalej idą ci scenarzyści filmowi i pisarze, którzy nie bawią się w naśladowanie dużych zwierząt, ale mikrobów. Jednak i tu istoty obce są za mało obce. Mało, że po dokładnym oglądzie okazuje się, że posiadają DNA, to jeszcze na ogół wchodzą w reakcję z ludzkim organizmem – zupełnie tak, jak infekty ziemskie. Na jakiej zatem podstawie bohaterowie filmu czy serialu twierdza, że owe zarazki są pozaziemskie?

Jak widzimy, autorzy SF nie do końca radzą sobie z tworzeniem obcych tak, aby było to z jednej strony interesujące, z drugiej wiarygodne. Jak dotychczas ledwie kilkukrotnie natknąłem się na stricte naukowe idee przedstawiające pozaziemskie istoty – jedna z nich, dotyczy krzemowych kryształów, rosnących na powierzchni planety i przypominających nieco krzaki, druga zaś – istot żyjących w koronach gwiazd. Obie przedstawiają coś, czego na ziemi nie ma i tak obce, że aż trudne do wyobrażenia. I to jest właśnie fascynujące.

SPOJRZENIE PIERWSZE: KSIĄŻKA STANISŁAWA LEMA

Przekonanie o obcości obcych oraz odraza do idei humanoidalnych kosmitów – to dwie cechy które łączą mnie z genialnym polskim pisarzem Stanisławem Lemem. Uchybieniem dla inteligencji czytelnika byłoby tłumaczenie w tym miejscu kim był Stanisław Lem, bo to człowiek zewsząd znany, ikona polskiego (i nie tylko polskiego) fantastycznonaukowego pisarstwa. No właśnie – fantastycznonaukowego. W odróżnieniu od tysięcy innych pisarzy czy scenarzystów, bujających w obłokach absurdu, Lem jak najbardziej poważnie podszedł do terminu “fantastyczno-NAUKOWY” (nacisk na drugi człon celowy) i unikał radosnej twórczości pozbawionej naukowej refleksji.

Dlatego też z przyjemnością przeczytałem jego “Solaris”. Po raz pierwszy w filmie czy literaturze spotkałem istotę naprawdę obcą. Istotę, której istnienie jestem w stanie zaakceptować, przy której poznawaniu nie prychnąłem z pogardą dla małej wyobraźni autora ani nie kiwałem z niedowierzaniem głową jak to zwykłem robić po tym, kiedy twórca przedstawia coś głupszego aniżeli sięga moje wyobrażenie głupoty. Formę życia tak odstającą od naszych wyobrażeń o istotach pozaziemskich, że większośc z nas odrzuci ją bez wahania. Istotą tą bowiem jest… cała planeta – tytułowa Solaris. A w zasadzie nie tyle planeta, co pokrywający ją cytoplazmatyczny ocean. Ocean zdaje się żyć własnym życiem, jest w ciągłym ruchu, a na jego powierzchni co rusz pojawiają się i znikają fascynujące twory – długonie, mimoidy, symetriady, asymetriady oraz kilka innych, których nazw nie pomnę. Nie są one tworzone przez proste zjawiska fizyczne, ale zdają się być jakimiś przejawami aktywności tej planety. Powstają celowo i każda z nich ma do spełnienia jakieś zadanie…

Nawiązanie kontaktu z takim wielkim planetarnym mózgiem jest bardzo trudne, żeby nie rzec – niemożliwe. Wszak Solaris jest sama i samotna, istnieje dla siebie. Nie posiadając żadnych towarzyszy swojego żywota, od samego swojego powstania będąc jedyną znaną sobie istotą, nie zdołała w sobie wytworzyć żadnych zdolności społecznych, żadnej potrzeby kontaktu z kimkolwiek. To jeszcze bardziej przeraża, ale jednocześnie pokazuje, jak obcą nam istotą jest Solaris. Trudno wyobrazić sobie jeszcze bardziej odstającą od naszego wyobrażenia formę życia – chwała za to Lemowi!

Oprócz rozległego wątku dotyczącego historii eksploracji i badań nad tą niezwykłą żyjącą planetą, Lem wprowadził także wątek traktujący o tym, co dzieje się z trójką astronautów mieszkających w orbitującej nad nią stacji kosmicznej. Zaczynają oni bowiem widywać dziwne rzeczy, ludzi, którzy przebywających gdzieś zupełnie daleko, a nawet nieżyjących. Jedną z nich jest Harey, zmarła przed laty żona głównego bohatera. Wydaje się, że właśnie tym wątkiem Lem ukręcił sam na siebie bicz, który zabił obie ekranizacje powieści.

Solaris doczekał się bowiem dwóch ekranizacji. Co ciekawe i ważne, budujące i druzgoczące zarazem, żadna z tych ekranizacji nie jest polska. Budujące – bo to jawny dowód na to, że Stanisław Lem zdobył uznanie za granicą, włączony został do kanonu wielkich pisarzy SF i szanowanych postaci z tego środowiska. Druzgoczące – bo świadczy to o poziomie polskiej kinematografii, która potrafi po raz milionowy wałkować jeden i ten sam wątek w kolejnych hitach będących ekranizacjami powieści Grocholi, ale nie umie wziąć się za ekranizacje wielkiego dzieła największego polskiego pisarza SF. W ogóle polskie kino SF leży i kwiczy. Jeżeli odrzucimy “Pana Kleksa w Kosmosie”, który to film SF żadną miarą kwalifikować się nie może, okazuje się, że od czasu świetnej swoją drogą “Seksmisji” nie nakręciliśmy ani jednego filmu SF. Tak więc musimy zadowolić się wspomnianym Panem Kleksem, tudzież “Reksiem w Kosmosie”. Szkoda, że polscy twórcy filmowi nie dostrzegają ogromnego potencjału w powieściach Lema, z drugiej jednak strony – po wszelakich “Wiedźminach”, “Quo Vadisach” i wysokobudżetowych polskich filmach widzimy, że superprodukcje w naszym rodzimym wydaniu spotykają się z ostrą krytyką widowni, dodajmy jeszcze, że nierzadko uzasadnioną. Pozostańmy zatem może przy kolejnych powieściach Grocholi. Kilka jeszcze zostało do zekranizowania. Niechaj plebs się cieszy i raduje obserwując amory Judyty z kimśtam, a elita… no, elita zasiądzie przed radzieckim i amerykańskim Solarisem.

SPOJRZENIE DRUGIE: FILM ANDRIEJA TARKOWSKIEGO

Pierwszym reżyserem, który podjął się realizacji trudnego jak się wydaje w ekranizacji Solarisa był rosyjski reżyser Andriej Arseniewicz Tarkowski. Tu drobna dygresja. Przypomina mi się bowiem jak na studiach w trakcie wykładu z fizyki profesor uświadamiał nas, że Nikola Tesla był Chorwatem. I pokreślał z całą stanowczością – CHORWATEM. A nie żadnym Jugosłowianinem. Toteż przestrzegam przed robieniem z Tarkowskiego reżysera radzieckiego.

A film… no cóż. Wszystkich, którzy chcieliby obejrzeć jego Solarisa z 1972 muszę ostrzec. Tarkowski to nie był rosyjski Spielberg. Bliżej mu raczej do Kieślowskiego czy Bergmana. Możemy zatem spodziewać się charakterystycznych dla tego typu kina zabiegów reżyserskich; przygotować trzeba się na dłużyzny, sceny w których nic się nie dzieje, momenty, kiedy patrzymy minutę na twarz bohatera kiedy ten zastanawia się co powiedzieć itd. Charakterystyczną cechą tego typu filmów jest też i to, że cała akcję można streścić w formie trzyminutowej wypowiedzi. Nie jestem fanem takiego kina, chociaż od czasu do czasu tego typu film sobie obejrzę ponieważ uważam, że obrazy takie niosą ze sobą pewną dawkę ekspesji, wyciszają i uwrażliwiają. No, ale jak rzekłem – od czasu do czasu i to raczej długiego czasu.

Tarkowski w swoim “Solarisie” wyraźnie spłaszczył i okroił wątek, który mnie akurat najbardziej interesował i który zajmował nieco ponad połowę książki – wątek badań prowadzonych na Solarisie, tudzież rozlicznych teorii na temat tej planety oraz jej zachowań. Od czasu do czasu oczywiście następuje nawiązanie do fragmentów powieści traktujących na ten temat (a nawet nawiązań tych jest dość dużo), jednak najwięcej ekranowego czasu zajmuje pokazywanie relacji między Chrisem, a Harey, tudzież nasączone filozofią rozmowy między bohaterami. W pamięć zapada dialog, w którym Snaut mówi: “My nie szukamy kosmosu – chcemy jedynie poszerzyć ziemię”, nawiązując do strachu przed nieznanym, niechęci do jakichkolwiek odkryć (takich jak choćby te na Solarisie) oraz predyspozycji ludzkości do duszenia się we własnym sosie i zamykania na wszystko to, co obce i nieznane.

Szczerze mówiąc, nie leży mi zbytnio ten film. Długi, nudny i taki właśnie bergmanowski. Ale to rzecz gustu. Wielu jest takich, którzy uważają ekranizację Tarkowskiego za intrygujące i inspirujące arcydzieło, perełkę sowieckiego kina. Rzecz gustu. Nadmienię jeszcze, że Lem również był delikatnie rzecz ujmując średnio zadowolony.

SPOJRZENIE TRZECIE: FILM STEVENA SODERBERGHA

Jeśli chodzi o film Soderbergha z 2002 (zwany powszechnie “Solarisem z Clooneyem”)… no cóż, powiem tak: ten to dopiero poszalał! O ile Tarkowski przeniósł wyraźnie punkt ciężkości z zagadkowości i tajemniczości planety na relacje psychologiczne między głównym bohaterem, a jego żoną, to twórca amerykańskiej wersji poszedł na całość, wywalając z książki wszystko to, co ma bezpośredni związek z badaniami i naturą planety, zostawiając jedynie znaną z powieści czwórkę bohaterów, zmieniając jednak ich nazwiska, a nawet płeć – np. z Santoriusa zrobiono nam czarnoskórą dr Gordon. Praktycznie cały film oparto na skomplikowanej (i dodajmy od razu – nudnej) analizie stosunków między Chrisem i Harey… e, to znaczy chciałem rzec: Chrisem, a Rheą, bo tak Soderbergh ochrzcił żonę głównego bohatera. Pobawił się przy tym w kilka nowych szczegółów – sporo filmowego czasu zajmuje pokazanie (w formie retrospekcji) życia na Ziemi Chrisa i Rhei, dowiadujemy się m.in. jak się poznali, o powodach rozstania itd. Wszystko sprowadza się ogólnie do tego, że Chrisa trapią wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności za śmierć Harey i boi się teraz ją stracić drugi raz. O samej jednak planecie Solaris, której opis zajął – przypominam jeszcze raz – ponad pół książki, w filmie nie ma ani słowa. Jedynie od czasu do czasu pokazano jej tajemniczą powierzchnię sugerując jakby, że to ona jest przyczyną wszystkich zwidów na stacji. Dużo kontrowersji wywołać też może zakończenie. Abstrahując już od faktu, że ostatnich kilkanaście minut nijak nie ma się do tego, co mogliśmy przeczytać w książce, przyznać trzeba, że końcówka jest zawiła, zakręcona i dająca wiele możliwości interpretacji. Mnie osobiście nie do końca to przekonuje i wydaje mi się naciągane i śmierdzące boską interwencją. Reżyser ma prawo do własnej interpretacji książki, wydaje się jednak, że tym razem przesadził.

Nie mogę jednak powiedzieć, że z Solarisa Soderbergh zrobił komercyjną, ckliwą miłosną kaszanę… Wręcz przeciwnie – mamy film wysmakowany, przemyślany, nowatorski i daleki od klasycznej holywoodzkiej tandety. Co nie zmienia faktu, że nudny i niewiele mający wspólnego z książkowym oryginałem. Sam Lem nigdy nie go obejrzał, zaś na podstawie prasowych recenzji stwierdził, że film niegodzien jest nosić tytuł Solaris i winien raczej być nazwany “Love in the outer space”. To mówi samo za siebie…

Podsumowując: Książka “Solaris” to rewelacja. Już kombinuję własny egzemplarz i polecam wszystkim szukającym w SF czegoś ponad utarte schematy. Jeżeli chodzi o filmy… nie sądzę, abym w przeciągu najbliższych kilku(nastu) lat do któregokolwiek z nich wrócił. Nie uwzględniają one bowiem akurat tego, co mnie w “Solarisie” zafascynowało najbardziej – daremnej próby kontaktu z istotą, która być może jest równie inteligentna jak my, ale jednocześnie jest od nas bardzo różna pod każdym względem. To, co stanowiło siłę książki, zostało z filmów wydarte. A szkoda.

 

75. 1001 mądrości ludowych na każdą okazję 9 luty 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: filozofia, refleksje — HaeS @ 2:29 pm

W niniejszym poście przedstawiam moją kolekcję dotychczas zebranych aforyzmów i mysli róznych osób. Zebrane są one z najróżniejszych źródeł – filmów, książek, gazet, sygnaturek na forach róznych osób, opiśów gg itd. Są wśród nich także i moje myśli, ale ponieważ wrzucam wszystko do jednego worka, już od kilku lat, trudno rzec co się skąd w tym worku wzięło. Oczywiście aż 1001 tych mądrości tutaj nie ma, ale za to wszystkie są ciekawe, a niektóre – wręcz genialne. No to jedziemy:

- Ludzie tęknią za cakowitą odmianą, a jednoczenie pragną, by wszystko pozostało takie jak dawniej.
- Nic samo w sobie nie jest dobre, ani złe. Dopiero myślenie takim je czyni.
- Lepiej jest żalowac czegos, co sie zrobiło, niz tego czego sie nie zrobiło.
- Nie widzimy rzeczy takimi, jakimi są. Widzimy je takimi, jakimi my jesteśmy.
- Jak w życiu się coś wali, to trzeba z tego skorzystać. Zwykle wychodzi z tego co ciekawszego.
- Nic tak nie pomaga zajrzeć w głąb swojej duszy jak cierpienie.
- Ludzie w więszości nie są sobą. Są sumą cudzych myli i przyzwyczajeń. Ludzie są kukiełkami sterowanymi przez społeczeństwo. Pocignij za sznurek, a uzyskasz daną reakcję.
- Nie można uczynic niewolnikiem czowieka wolnego, gdyż czowiek wolny pozostaje wolny nawet w więieniu – Platon
- Żal, że sie coś zrobio, przemija z czasem. Ale żal, że się czegoś nie zrobio, nie przemija nigdy.
- Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.
- Obce Cywilizacje? Albo są, albo ich nie ma. Obie możliwości przerażają mnie jednakowo (prawd. Carl Sagan)
- Seks jest potrzeb ciała, miłość jest potrzebą duszy.
- Sztuka jest piękna tylko wtedy, kiedy odnajdujemy w niej coś z siebie.
- Kto jest szczęśliwy w sercu, nie musi szukać szczęścia gdzieś na zewnątrz.
- Gdyby ludzki mózg by tak prosty, że moglibymy go zrozumieć, wówczas i tak bylibymy tak głupi, że nie zrozumielibyśmy go i tak(z książki “Świat Zofii”)
- Są tylko dwie nieskończone rzeczy: wszechświat i ludzka głupota, przy czym wcale nie jestem pewien co do wszechświata (A.Einstein)
- Wczoraj jest historią, jutro – tajemnicą, a dziś – darem
- Każdy więzień, każdy samotnik, zajęty dzień i noc tylko własnym losem, gotów jest przypuszczać, że również inni, będący na wolności, zajmują sie nim wyłącznie.
- Wszyscy chcą naszego dobra, nie dajmy go sobie zabrać!
- Ludzie są dobrzy, tylko czasem im się coś myli.
- Zawsze pamiętaj, że tylko zdechłe ryby płyną z prądem.
- W ciężkich sytuacjach życiowych lepiej walczyć i być pokonanym niż poddać się i żyć żalem do samego siebie, że nie podjęło się wyzwania.
- Przeszłoci nie ma, żyj teraniejszością i myśl o przyszłości
- Niekiedy robiąc krok w tył możesz nabrać większego rozpędu i przeskoczyć kałużę.
- Prawdziwy mężczyzna nie umartwia się nad sobą i nie żali się nad swym losem. Prawdziwy mężczyzna prze do przodu.
- Chcesz kogoś pokochać, najpierw pokochaj siebie.
- Zazwyczaj jestemy pochonięci myślami, myślimy o przyszości, rozmylamy o przeszości, to co nam sie wydarzyło, zwłaszcza złego, prawie nigdy natomiast, nie odczuwamy chwili teraźniejszej.
- Zycie nie powie Ci: poużalaj sie nad sobą, a ja stanę obok i poczekam.
- Kto poda za innymi, nigdy nikogo nie wyprzedzi (Michelangelo Buonaroti)
- Błędem ludzkości nie jest to, że odchodzi od religii; błedem ludzkości jest to, że odchodzi od religii, nie szukając niczego w zamian.
- Nic na świecie nie zostało tak sprawiedliwie rozdzielone jak rozum: każdy uważa, że otrzymał dostateczną porcję (Jacques Tati).
- Przeszłość jest wspomnieniem, przyszłość – tajemnicą. Pozostaje nam dzień dzisiejszy.
- “Dobro narzucone wbrew woli obdarowanego przestaje być dobrem”
- Głupiec narzeka na ciemność, mędrzec zapala świecę.
- Dużo ludzi nie wie, co z czasem robić. Czas nie ma z ludźmi tego kłopotu .
- Oczekuj niczego od innych, wszystkiego od siebie. Rozczarujesz się tylko sobą.
- Ludzie wielcy rozmawiają o ideach; ludzie średni rozmawiają o wydarzeniach; ludzie mali rozmawiają o bliźnich.
- Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty Twojego życia.
- Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy.

 

70. Krótka Historia Czasu 6 luty 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Książki, Nauka, filozofia — HaeS @ 9:03 am
83-7150-308-3.jpg

Z ksiązką tą zetknąłem się już ponad rok temu i wówczas mnie zafascynowała. Jako że nareszcie stałem się posiadaczem własnego egzemplarza, przeczytałem po raz drugi, przekonując się, że rozumiem więcej niż poprzednio, ale wciąż jeszcze nie wszystko.

O co w tym wszystkim chodzi? Stephena Hawkinga zna przerażająca większość z nas. Nawet jeśli komuś to nazwisko jest zupełnie obce, to zgodnie z hipotezą twierdzącą, że jeden obraz mówi więcej niż tysiąc słów, zamieszczam jego zdjęcie.

images.jpeg

I co, wygląda znajomo? Z Hawkingiem związane są moje dwie refleksje. Pierwsza jest taka, że powiedzmy 200 lat temu nic by w życiu nie osiągnął. Może za młodu sformułowałby kilka genialnych teorii, potem jednak popadł w chorobę (przypominam – cierpi na stwardnienie zanikowe boczne) i cokolwiek utworzyłoby się w jego wybitnym umyśle, zostałoby tam do jego śmierci, która nastąpiłaby zapewne dość rychło. Hawking to fascynujący przykład odnośnie tego, jakiego postępu dokonała medycyna. Druga myśl jest taka, że bohatera podobnego do Hawkinga – absolutnego geniusza uwięzionego w kalekim ciele widziałbym w głównej roli w jakimś filmie/powieści. Mrocznym, tajemniczym i sugerującym istnienie wyższych sił, które widząc że stworzyły człowieka gotowego wyrwać ich tajemnice, postanowiły doprowadzić jego ciało do takiego stanu, aby mu to maksymalnie utrudnić. No, ale do rzeczy, bo wszak o książce mam pisać, a nie o Hawkingu.

Książka składa się z 11 rozdziałów (nie licząc ciekawego, chociaż ni w dupę ni w oko pasującego do reszty dodatku składającego się z ciekawostek z życia Einsteina, Galileusza i Newtona). Hawking omawia w niej historię poznawania wszechświata – od tego, jak Grecy odkryli że Ziemia jest okrągła oraz ówczesnych kontrowersji na temat ptomeleuszowskiej wizji świata, poprzez Kopernika, Galileusza, Newtona, Einsteina, Bohra i Rutheforda, a później przez odkrycie promieniowania tła i kwazarów, aż po zupełnie nowoczesne i pokręcone teorie o czarnych dziurach, superstrunach i wszechświecie bez brzegów. Rzeczy trudne i abstrakcyjne, wykraczające niejednokrotnie poza obszar zainteresowań przeciętnego człowieka, a już na pewno poza obszar zastosowań praktycznych. No bo po cóż mi wiedzieć, że czarna dziura może stać się supertanią i ultrawydajną elektrownią skoro sporym problemem byłoby sprowadzenie takowej w pobliże Ziemi (nie wspominając już o bezpieczeństwie układu słonecznego).

Hawking ma jednak bardzo ciekawy styl pisania. Jak sam podkreślił we wstępie ma świadomość, że każde zawarte w książce równanie odstarszy połowę potencjalnych czytelników. Dlatego stara się pisać prosto i zrozumiale. I przyznaję, udaje mu się to. Co prawda, przyznaję się bez bicia, nie wszystko zrozumiałem (o co kurcze chodzi z tą sumą po historiach?), jednak wiele zagadnień dzięki “Krótkiej historii czasu” stało mi się albo bliższymi, albo też w ogóle znajomymi. Znakomicie zdaję sobie sprawę, że o niektórych rzeczach po prostu nie można pisać prosto, a zagadnienia związane z budową wszechświata z całą pewnością do nich należą.

Mimo wszystko, uważam, że dla każdego kto ukończył liceum (a może nawet dla co zdolniejszych uczniów), a tym bardziej szkołę wyższą (najlepiej na kierunku ścisłym; wszystko jedno jakim) książka będzie dość zrozumiała, przynajmniej w najważniejszych kwestiach – tak, aby sobie ramowo, bez wchodzenia w szczegóły, wyrobić pogląd na to, o co temu Hawkigowi tutaj chodzi.

Za najbardziej fascynujący wniosek z “KHCz” uznaję fakt, że aby wytłumaczyć wydarzenia wielkoskalowe (Wielki Wybuch, oddziaływania grawitacyjne między galaktykami, czarne dziury) należy dogłębnie zbadać i zrozumieć pewne rzeczy w małej skali – jak na przykład budowę atomu, wiązania między kwarkami czy też co się dzieje kiedy elektron przeskakuje z jednej powłoki na drugą. I że dzięki temu paradoksowi wszystkie siły w fizyce idzie zapisać jednym zgrabnym równaniem. Tyle tylko, że nikt jeszcze takowego nie podał.

No cóż, książka pomimo tego, że dość trudna, to jednak jak najbardziej przyswajalna. Bardzo polecam i nie mogę się doczekać aż w moje wiecznie chwiwe łapska wpadnie inna książka Hawkinga “Wszechświat w Skorupce Orzecha”. Mam wrażenie, że będzie równie ciekawie.

 

63. 80 pytań dookoła teizmu 14 styczeń 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Kościół, filozofia — HaeS @ 6:07 pm

Na listę tę trafiłem dzisiaj w necie (konkretnie na filmwebie podczas czytania recenzji “Kodu da Vinci”). Większość pytań jest głupia, ale niektóre pokazują pewne znane powszechnie problemy z zupełnie innej perspektywy i uświadamiają, jak głupie jest to wszystko, w co każe nam wierzyć Kościół. Proponuję czytać powoli, każde pytanie przetrawiając i przemyśliwując. Jest tego naprawdę sporo, ale po przetrawieniu całej listy widzimy jak dużo sprzeczności jest w nauce Kościoła. Zresztą, pytania nie czepiają się tylko chrześcijaństwa. Wśród nich jest kilka takich, które można zadać także wyznawcom innych religii. Nie piszę tego aby kogoś odwieść od wiary (zresztą, tych naprawdę wierzących ciężko jest odwieść i wcale nie zamierzam tego robić!), ale po to, aby można było spokojnie i krytycznie spojrzeć na niektóre rzeczy i poszerzyć swoje Horyzonty umysłowe. Tak więc – do lektury!1. Dlaczego Bóg zawierzył przekazywanie Jego słowa jednemu ze swoich omylnych dzieci? Przecież wie, że ludzie są grzesznikami. Czy profesor odważyłby się powierzyć jednemu ze swoich studentów misję prowadzenia wykładów, podczas gdy przyszłość pozostałych studentów wisiałaby na włosku? Jeżeli Bóg tak nas pokochał i chce byśmy byli przy nim, dlaczego sprawił, że nasze wieczne dusze zostały postawione w obliczu takiego niebezpieczeństwa?2. Jeśli Szatan jest największym oszustem, skąd mamy wiedzieć, że nie wykiwał Chrześcijan skłaniając ich by ubóstwiali go jak Boga (Jahwe) i teraz nakazuje im niszczyć „prawdziwego” Boga w swoim własnym imieniu? – Cice Mool

3. Jeżeli Bóg strącił diabła do piekieł, a piekło jest miejscem wiecznego potępienia, z którego już sam Bóg nie może uratować, to dlaczego kaznodzieje mówią nam, że diabeł przechadza się korytarzami szkół i kusi nastolatków do brania narkotyków i uprawiania seksu przedmałżeńskiego? Strażnik więzienny, który pozwoliłby więźniom uciec, by ci zaczęli zabijać i gwałcić, zostałby z pewnością zwolniony, a nawet osądzony za niekompetencje. – jshanahan@austin.rr.com

4. Wiele razy słyszałem od wierzących, że Szatan jest też obecny w kościołach, dlatego też nawet tam ludzie mają wciąż nieczyste myśli. Jeżeli znalazł tam drogę, skąd Chrześcijanie wiedzą, że nie odkrył również sposobu na przekręcenie Biblii? – The Infidel Guy

5. Jeżeli wszechświat jest wszędzie z definicji, dlaczego teiści pytają skąd się wziął? Jak może być jakieś gdzieś dla wszechświata skoro ten z definicji jest już wszędzie? – Chris & The Infidel Guy

6. Czy Bóg myśli? Jeśli tak, to nie może być wszechwiedzący. Pomyśl o tym. – The Infidel Guy

7. Jeżeli dusza jest niematerialna, a ludzkie ciała materialne to w jaki sposób dusza pozostaje w ciele?

8. Jeśli Bóg jest wszechwiedzący, to jak może być zawiedziony swoim stworzeniem? -Pm453ca@aol.com

9. Jeśli Bóg jest niezmienny, to jaki jest dowód na jego istnienie skoro wszystko wokół nas się zmienia? – The Infidel Guy

10. Czemu Bóg sprowadził na ziemię potop? Przecież nie poskutkował. Zło powróciło. Bóg powinien wiedzieć, że tak się stanie! Więc po co się w ogóle przejmował? – PhineasBg

11. Czemu jest tak, że teiści każą mi zbadać cały wszechświat bym mógł powiedzieć, że Boga nie ma, kiedy w rzeczywistości wystarczy zbadać jedno miejsce i nie znaleźć Boga by stwierdzić, że go nie ma skoro ma być wszechobecny? – Chris

12. Jeśli Eden był naprawdę prawdziwym rajem, to dlaczego Ewa chciała zjeść jabłko? Czyż doskonałe miejsce nie powinno zapewnić człowiekowi wszystkiego, co ten by chciał, tak by nie pragnął już niczego? – keyser soze

13. „Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6, 23). Czy to oznacza, że zwierzęta również grzeszą? A organizmy jednokomórkowe? Czy rośliny grzeszą? Przecież one również umierają, nie tylko ludzie. Dlaczego zwierzę umiera, skoro nie zna moralnej różnicy pomiędzy dobrem i złem? – Nef

14. Dlaczego Wszechmocny Bóg stał się ciałem w celu złożenia w ofierze samego siebie samemu sobie tak by jego stworzenie mogło uciec przed Jego własnym gniewem? Czy w swej nieskończonej mądrości nie mógł wymyślić czegoś, choć trochę bardziej skutecznego? – Omphaloskeptic2@aol.com

15. Jeśli jesteśmy wszyscy dziećmi bożymi i nigdy nie widzieliśmy Boga, czy to czyni nas Jego bękartami? Nie wspominając już o tym, że moja matka nie poślubiła Boga. – hyasynth_vii@yahoo.com

16. Po 11 września wielu ludzi wznosiło dookoła okrzyki: “Boże, pobłogosław Amerykę” (God bless America). Dlaczego tak wciąż mówią? Z tego wynika, że Bóg nigdy niczego nie pobłogosławił. Jeśliby to uczynił to 11 września nie miałby nigdy miejsca. Teiści zwykli mówić, że „wszystko jest częścią bożego planu”. Skoro tak, to dlaczego ścigamy Bin Ladena? Czyż nie był on wraz z innymi terrorystami jedynie wykonawcą bożego planu? Wygląda na to, że Bin Laden i terroryzm nie jest naszym wrogiem, lecz Bóg.

17. Chrześcijanie mówią, że Bóg nie jest twórcą chaosu. A co powiesz na Wieżę Babel? – The Screaming Monkeys

18. Chrześcijanie twierdzą, że umierające dziecko idzie prosto do nieba. Dlaczego więc są tak przeciw aborcji? Wszystkie dzieci są pozbawiane okazji by pójść do piekła. A może też Bóg oczekuje od nienarodzonych płodów przyjęcia nauk Jezusa? – dissolvedego@satannet.org

19. Dlaczego Bóg ma uczucia (zazdrość, złość, smutek, miłość, itp.) jeśli jest wszechmocny, wszechwiedzący i wszechobecny? Uczucia powstają w reakcji na coś, więc jak Bóg może na coś reagować skoro jest wszechwiedzący i ma przewidziany plan?

20. Jeśli Jezus Chrystus jest rzekomo ciałem stworzonym przez wszechmocnego Boga… jak jest możliwe, że nie odziedziczył Grzechu Pierworodnego? Pamiętaj, jest rzekomo człowiekiem i jednocześnie Bogiem i jeżeli rzeczywiście był w pełni człowiekiem jak i Bogiem, musiał odziedziczyć Grzech Pierworodny. ??? – His Lordship, Lucifer

21. Jeśli Bóg jest ojcem Jezusa, to jak wygląda jego DNA? Czy Bóg ma spermę? Jeśli nie, to skąd Maria wzięła DNA potrzebne do stworzenia Jezusa? To czyni Marię aseksualną, a Jezusa dziewczynką, gdyż nie było chromosomu Y. – chris_crispy@hotmail.com and Rebe2amble@aol.com

22. Nigdy nie dostałem zdalnie sterowanego autka, gdy byłem dzieckiem, chociaż tak bardzo się o nie modliłem. Czy gdybym prosił o potępienie, Bóg spełniłby moje życzenie?… Uff, dzięki Boże! – dissolvedego@satannet.org

23. W Dniu Sądu Ostatecznego Jezus ma się pojawić w chmurach. Jak więc chrześcijanie po drugiej stronie globu go zobaczą? Czy będą miliony Jezusów? A co z ludźmi, którzy pracują pod ziemią? – Rebe2amble@aol.com

24. Od prawdziwego muzułmanina wymaga się, by nie robił niczego, czego nie robił prorok Mahomet. Jeśli ktoś pamięta, była kiedyś wielka debata, nt., kiedy muzułmanie mogą jeść owoce mango. Jeśli to prawda, to dlaczego do diabła islamscy fundamentaliści latają samolotami?

25. Gdyby ziemia została całkowicie zalana podczas potopu, każde żywe stworzenie by zginęło poza tymi, które przetrwałyby na arce. Skąd więc wzięło się tyle unikalnych gatunków np. w Australii, których nie ma nigdzie indziej na Ziemi?

26. Skoro Bóg jest wszechwiedzący i „jest miłością”, dlaczego doprowadził do stworzenia dziecka [człowieka], gdy wiedział, że to dziecko pewnego dnia się go wyprze i będzie musiało spędzić wieczność płonąć w jeziorze ognia? Gdybym był Bogiem nie zrobiłbym tego; mam więcej miłości do ludzi niż On. – TiredTurkeyProd

27. Jak Niebo może być krainą zupełnej błogości, skoro wiemy, że ludzie, których kochaliśmy i troszczyliśmy się o nich smażą się teraz w Piekle? – The Infidel Guy – ODPOWIEDŹ: – Gdy dostaniemy się do Nieba nie będzie bólu. Bóg wyczyści nasze wspomnienia o umiłowanych mogących być w Piekle, gdyż nie chce byśmy doświadczali ból.

28. Objawienia mają miejsce na Ziemi. A co gdy skolonizujemy Księżyc, Marsa lub zasiedlimy trwale stację kosmiczną? Czy uciekniemy od „wyroku”? – Ray Sommers – ODPOWIEDŹ: Bóg pojawi się i tam. – Jim

29. Wielu ludzi wierzy w duchy. Moje pytanie: „Dlaczego jest tak, że ludzie widzą tylko duchy ludzi lub zwierząt domowych? Czemu nie neandertalczyków lub jeszcze lepiej, dinozaurów? To byłby koszmar, zobaczyć ducha Brontozaura przechadzającego się po mieście.

30. Skoro Bóg cofnął morze, tak by Mojżesz i Żydzi mogli uciec przed Egipcjanami, to dlaczego nie otworzył bram obozów koncentracyjnych? – Guilherme Hoffmann

31. Czemu dano nam wolną wolę, kiedy obowiązkiem w naszym życiu jest podążanie zgodnie z tym, co nam kazano? Musimy przestrzegać zasad pod groźbą kary. Czy to jest wolna wola? – Gandalfs Nephew

32. “…Pan – to Bóg wieczny, Stwórca krańców ziemi. On się nie męczy ani nie nuży,…” (Iz 40, 28) . Jeśli to prawda, to dlaczego Bóg odpoczywał siódmego dnia?

33. Za każdym razem, gdy idę na pogrzeb, ksiądz mówi coś w rodzaju: “Bóg wezwał tę duszę do Nieba”, lub “Bóg powiedział, że czas iść do domu”, lub coś takiego. Jeśli Bóg wzywa tych ludzi do „domu”, to dlaczego zamykamy morderców w więzieniach? Jak możemy kogokolwiek osądzić za wykonywanie woli bożej?

34. Czy Adam i Ewa mieli pępki?

35. Konserwatywni Żydzi używają imienia Jahwe jako imienia Boga, gdyż jego prawdziwe imię jest przypuszczalnie niewymawialne. Moje pytani brzmi: Jak ludzie mogą wzywać imię Pana na daremnie, kiedy nikt w rzeczywistości nie zna jego imienia?

36. Czemu Bóg jest przeważnie określany jako “On”?

37. Jeśli urodzisz się opóźnionym czy to oznacza, że twoja “dusza” jest również opóźniona? – Matt Edwards

38. Planeta Ziemia, jak jesteśmy wiarygodnie poinformowani ma kilkanaście miliardów lat [ok. 4,5 mld lat – przyp. tłum.]. Ostatnie dinozaury wymarły jakieś 70 milionów lat temu. Homo sapiens, jedyna forma życia według chrześcijańskiej doktryny, która jest jedynym obiektem zainteresowań Boga wg. ich poglądów nie jest starsza niż 100 000 lat. W jaki sposób w świetle tych faktów judeo-chrześcijański Bóg spędzał te miliardy lat, póki nie stworzył ludzi, którzy sprawili, że stał się taki zajęty? – Trish Huesken/John Perkins

39. Skoro człowiek jest stworzony na wzór i podobieństwo Boga, to czy oznacza to, że Bóg ma penisa? – Terry Clark

40. Czemu nie możemy poczekać, aż dostaniemy się do Nieba by czcić Boga?

41. Jaki jest cel modlitwy? Co ograniczona istota może powiedzieć wszechmocnemu i wszechwiedzącemu bóstwu, czego ono by jeszcze nie wiedziało?

42. Skoro Bóg ma w stosunku do Ciebie plan, który nie może zostać zmieniony, to naprawdę masz wolną wolę?

43. Jeśli “dusza” jest całym tobą (esencją), to dlaczego jeśli masz wypadek, tracisz pamięć, nie funkcjonujesz i możesz być sparaliżowany to waży o tym uszkodzenie mózgu, a nie tak ważna „dusza”? – Matt Edwards

44. Chrześcijanie lubią mówić dużo o tym, co Jezus poświęcił. Ale skoro Jezus był wszechwiedzącym Bogiem, to czy w momencie, gdy umierał nie wiedział, że za mniej niż 3 dni znajdzie się w Niebie by rządzić? Jeśli Jezus „żyje” i króluje w Niebie to co tak naprawdę poświęcił? – Cyndy Hammond

45. Skoro wszechmocny Bóg chce byśmy wszyscy go poznali, to dlaczego nie wszyscy go znają?

46. Gdzie jest Piekło i Niebo? Wierzono, że Niebo jest gdzieś w chmurach, do czasu, gdy współcześni astronomowie nie dowiedli czego innego.

47. Skoro dzieło boże jest tak doskonałe to po co mężczyznom sutki?

48. Skąd Adam i Ewa mogli wiedzieć, że to źle być nieposłusznym w stosunku do Boga, jeśli nie zjedli jeszcze owocu drzewa poznania dobra i zła? Nie można ich pociągać do odpowiedzialności, jeśli nie zdawali sobie sprawy z tego, co robią.

49. Skoro Bogu nie pasowały nieobrzezane członki, to dlaczego wpierw stworzył mężczyznę z napletkiem?

50. Jeśli Bóg jest wszechwiedzący to nie ma rzeczy, którą moglibyśmy go zaskoczyć? Jeśli tak, to czemu tak często reagował na to co robimy?

51. Jeśli reinkarnacja jest prawdą to jak to możliwe, że populacja rośnie? Skąd się biorą te dodatkowe „dusze”? – Matt Edwards

52. Czemu wszechmocny, wszechobecny Bóg potrzebuje pomocy ludzi lub aniołów by głosić swoje słowo i je spełniać?

53. Jak Jezus wstąpił do Nieba wraz ze swym ciałem, kiedy Paweł mówi, że ciało nie może dostąpić Królestwa Niebieskiego? (1 Kor 15, 50)

54. Skoro Bóg chce byśmy żyli prawo i wybierali „dobro”, to czemu stworzył zło? (Iz 45, 6:7). Nie wspominając o tym, że już wiedział, którzy ludzie nie wybiorą „dobra”, więc po co tworzył ich na początku? Wygląda na to, że wielu rodzi się po to by iść do Piekła.

55. Słyszę chrześcijan mówiących cały czas o wojnie pomiędzy Niebem a Piekłem. Jeśli to prawda, to czy Bóg ma ograniczenia mocy? Tylko człowiek prowadzi wojny, ze względu na ograniczenia i z przezorności. Bóg ma wszystko: wszechmoc i wszechwiedzę, nie ma powodu do wojny.

56. Biblia jest pełna zdań zaczynających się od: “I Pan zobaczył”. Czy nie wiedział o tym już wcześniej?

57. Biblia twierdzi, że na początku Bóg stworzył Niebo i Ziemię. Nie mówi nic o wszechświecie. Niektórzy powiedzą, że niebo było przestrzenią kosmiczną, a w takim razie, kiedy Bóg stworzył Niebo duchowe? A jeśli niebo było duchowym Niebem, to kiedy Bóg stworzył wszechświat?

58. Jeśli chrześcijanie mówią, że wiedzą, iż Bóg istnieje i czyni cuda, to na co im wiara? Wiara to nie wiedza.

58. Przeszczepy mózgu w końcu będą możliwe, a gdzie będzie wtedy dusza?

60. Jeśli Bóg naprawdę chce byśmy go poznali, to dlaczego nie wszczepił wiedzy o nim w nasze umysły w momencie narodzin? W ten sam sposób, jak twierdzi wielu teistów, wszczepił nam poczucie dobra i zła.

61. Jeśli Bóg był ojcem Jezusa (nie Józef), to dlaczego drzewo genealogiczne Jezusa jest poprowadzone przez Józefa? – Cyndy Hammond

62. Chrześcijanie mówią, że skoro my i nasz wszechświat jest inteligentnym dziełem, to musiał zostać stworzony przez Boga. Ale wtedy Bóg również nim jest, więc kto go stworzył? – Rathish Sriparavastu

63. Dlaczego prawie każdy atrybut Boga jest równoznaczny z nieistnieniem? (np. bezcielesny, niematerialny, niezgłębiony, niezrozumiały, niewypowiedziany, niepoznawalny itp.)

64. Czemu Bóg nie pojawi się przed każdym w tym samym czasie? Wszyscy na świecie by wiedzieli, że on istnieje. I proszę nie mówić, że już to próbował. Z pewnością Bóg wie dokładnie jak przekonać do siebie nędznego człowieka.

65. Cytując za Nowym Testamentem (Mt 5, 17:18): „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni.” Więc skoro Jezus wciąż nie zmienił „prawa” to czemu nadal nie palimy wiedźm, kamienujemy cudzołożnic i nieposłusznych dzieci, nie zabijamy homoseksualistów, nie wyganiamy ludzi pracujących podczas Sabatu (pielęgniarki, lekarze itp.), nie rozlewamy krwi na ołtarze, nie urywamy głów małym ptakom, no i oczywiście nie składamy bogom ofiar z ludzi. – Sheila L. Chambers

66. Jeżeli wierzący mogą przyjąć, że Bóg zawsze tu był to dlaczego nie mogą zaakceptować podobnej i bardziej prawdopodobnej tezy, że wszechświat istniał od zawsze w pewnej formie?

67. Jeśli historia Arki Noego jest prawdziwa to co Noe robił z odchodami wszystkich zwierząt? Nie było nawet odpowiedniej wentylacji. Cholera, a co jadły mięsożerne zwierzęta? A gdzie były dinozaury i jednorożce w tym wszystkim?

68. Który miłosierny bóg przyjmuje w ofierze swoją własną kreację? Zwłaszcza syna? – Reverend Heresy

69. Czy Jezus był Bogiem pod ludzką postacią? Jeśli tak, to Bóg ratował nas przed samym sobą. Trochę samolubne, czyż nie? To jest to, co chrześcijanie bezwiednie głoszą przyjmując, że Jezus jest Bogiem.

70. Wielu chrześcijan twierdzi, że człowiek nie może osądzać wyroków boskich jako złe, ponieważ Bóg ma plan i jest właśnie Bogiem. To stawia nas w sytuacji, w której musimy uznać, że nikt nie może również stwierdzić czy Bóg jest dobry. Czy w takim razie Bóg jest amoralny? Wygląda na to, że moralność jest subiektywnym pojęciem różniącym się w zależności od kultury. W takim razie, jak możemy osądzać Boga w którąkolwiek ze stron?

71. Czemu Bóg stworzył niewierzących i karze ich za bycie takimi, jakimi ich stworzył? – Cyndy Hammond

72. Czym jest plan boski? Wszechwiedzący, wszechmocny Bóg nie potrzebuje planów. Plany są znakiem ograniczenia mocy. Robimy je, bo nie jesteśmy wszystkowiedzący, ani wszechmocni. Dla Boga plan lub projekt jest tylko czymś, co robi go bardziej ludzkim jak Ty i ja. Ograniczonym.

73. Wielu ludzi wierzy w istnienie duszy. Jeśli przypuszczalnie możemy widzieć, wąchać, smakować, czuć oraz słyszeć bez naszego ciała to czy je potrzebujemy? Czyż ciało nie jest marnotrawstwem? Czemu nie jesteśmy po prostu „duszami” unoszącymi się w przestrzeni? – Matt Edwards

74. Jak miłościwy i kochający Bóg może oglądać miliardy swoich dzieci płonące wielokrotnie przez całą wieczność?

75. Przed wynalezieniem pisma (5000 lat p.n.e.), na jakiej podstawie Bóg sądził ludzi, którzy umarli zanim został spisany tekst hebrajski i grecki (Biblia). [tłumaczenie dosłowne] – agent2g@aol.com

76. Jak dusze mogą się palić? Czyż nie są one istotami niematerialnymi? Słyszałem coś o duchowych spłonięciach ale… sza! Bóg na pewno wysila się tylko po to by torturować dzieci, które kocha. Jak ktoś może trzymać się barbarzyńskiej wiary, że coś musi umrzeć by uspokoić bóstwo po popełnieniu złego uczynku? – Nickolaus Wing

78. Chrześcijanie mówią, że wszystko jest częścią boskiego planu. Jeśli tak, to co za różnica czy się modlą czy nie? – Rathish Sriparavastu

79. Dlaczego SIDS (Syndrom Nagłej Śmierci Noworodków) ma w ogóle miejsce? Czemuż Bóg miałby pozwolić żyć dziecku przez tak krótki czas? Czemu nie dać mu po prostu się nie urodzić? – Terry Clark

80. Czemu Bóg nie zakazał Adamowi i Ewie jeść z innego magicznego drzewa? – damon@internetwis.com