Myślokracja, czyli from łeb to web

166. Przekleństwo trzeciej części 20 październik 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Film, Gry, Książki — frycjusz @ 2:02 pm

Nie wiem czy też tak macie, ale mnie dopadło jakieś przekleństwo polegające na tym, że nie dane mi jest dokończyć sporej części trylogii. Oto kilka co bardziej spektakularnych przykładów:

Trylogia husycka Sapkowskiego – wręcz arcydzieło, byłem zachwycony. Przeczytałem „Narrenturm” i „Bożych Wojowników”. Ponieważ miejscowa biblioteka jakoś ociągała się z zakupem „Lux Perpetua”, książka ta nigdy nie wpadła w moje łapska. A szkoda. Nawet gdybym chciał przeczytać teraz ostatni tom, musiałbym uprzednio odświeżyć sobie dwa pierwsze. Może się kiedyś w końcu za to wezmę. Podobnie ma się sprawa z „Władcą Pierścieni”. Swojego czasu (jeszcze w liceum) przeczytałem pierwsze dwie części. Potem coś tam wypadło (jakieś matury czy coś tam mieliśmy pisać) i za trzecią się nie wziąłem do dziś. Potem musiałbym zacząć wszystko od nowa, a tego mi się już nie chciało robić. Przyznaję się: nigdy nie przeczytałem do końca „Władcy Pierścieni”. Nie znam nawet zakończenia. Od dłuższego czasu myślę o tym, żeby zakupić ładne wydanie w twardej oprawie (koniecznie powered by Skibniewska) i nadrobić tę haniebną zaległość. Póki co jednak, cena mnie przeraża. Przeczytałem też i (dość nietypowo) drugą i trzecią część trylogii Sienkiewicza – „Potop” i „Pana Wołodyjowskiego”. Za „Ogniem i Mieczem” brałem się wielokrotnie (ostatnio pół roku temu). Jakoś nie mogę tej książki zdzierżyć i najdalej dotarłem do połowy pierwszego tomu. Także trylogia Verne’a też czeka na dokończenie. Swojego czasu pochłonąłem błyskawicznie „Dzieci Kapitana Granta” i „Tajemniczą wyspę”. Niestety, „20 000 mil podwodnej żeglugi” z powodu niewystarczającego wyposażenia szkolnej biblioteki wciąż na mnie czeka.

Idąc tym tropem, podobnie mam z filmami. Co do Władcy Pierścieni – obejrzałem tylko „Drużynę Pierścienia” i „Dwie Wieże”. Trzecią część obiecałem sobie obejrzeć dopiero po przeczytaniu książki. Obejrzałem dwa pierwsze Mad Maxy. I dwie pierwsze części „Ojca Chrzestnego”. Tak jakoś wypadło. Aha, i jeszcze mam za sobą tylko dwa „Terminatory” i „Krzyki”. Ale w tych dwóch ostatnich przypadkach specjalnie tego nie żałuję.

A gry komputerowe? Przeszedłem Fallouta I i (prawie) Fallouta II. Na trzeciego nie mam ochoty. Za stary już na to jestem. Identycznie rzecz ma się z Warcraftami. Podobnie pewnie będzie z Diablo jak wyjdzie trzecia część, bo raczej się nią nie zainteresuję (pomimo dobrej znajomości dwóch poprzednich części).

Sporą część z tych zaległości chciałbym kiedyś jakoś tam nadrobić, na niektórych – nie zależy mi specjalnie.

 

153. Sztuka wznoszenia czyli cztery spojrzenia na filmy Tomasza Bagińskiego. 31 sierpień 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film, refleksje — R-Chee @ 10:54 pm

Tomasz Bagiński. Rysownik, animator i reżyser. Człowiek będący dziś wzorem dla animatorów z całego świata. Czym sobie zasłużył na takie miano?

O urodzonym w Białymstoku Tomaszu Bagińskim po raz pierwszy usłyszałem w 2003 roku, kiedy to jego dzieło otrzymało nominację do Oscara w kategorii: krótki film animowany. Katedra, bo o niej mowa, wstrząsnęła nie tylko naszym, przyznajmy to, ubogim rynkiem animacji komputerowych, ale całym cywilizowanym światem. W owym czasie chyba nie tylko ja byłem ciekaw kim jest człowiek o którym z takim entuzjazmem wypowiadały się jednym chórem wszystkie polskie media. Dodajmy media, które do tej pory z rzadka interesowały się tego typu twórczością.

Rok po tej informacji miałem okazję sam ocenić ów film. I cóż mogę powiedzieć. To co zobaczyłem na szklanym ekranie telewizora przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Później pojawiły się kolejne animacje, między innymi równie udany Fallen Art. Oba filmy tu już dziś w wielu kręgach dzieła kultowe. Sam jestem wielkim fanem obu produkcji. Czując się zatem wystarczającym autorytetem w tej materii postanowiłem podzielić się w wami moimi wrażeniami i spostrzeżeniami dotyczącymi dzieł animatora z Białegostoku.

Dodam przy okazji, że do napisania postu w takiej formie zainspirował mnie Hubert swoim wpisem na temat Solaris.

“Rain” czyli początek drogi.

Deszcz był pierwszym filmem wyprodukowanym przez Tomasza Bagińskiego. Ukończone jeszcze w czasach studenckich dzieło stworzone zostało w pojedynkę na domowym PC. Krótka historia opowiadająca o człowieku szukającym szczęścia w iluzorycznym świecie okazała się sporym sukcesem (kilkanaście lokalnych nagród) i początkiem nie źle zapowiadającej się kariery, w rozwijaniu której  pomóc mu odtąd miała współpraca z Platige Image, wyspecjalizowanym w tworzeniu grafiki komputerowej i animacji 3d czołowym studiem post produkcyjnym w Polsce, odpowiedzialnym między innymi za dość popularne obecnie u nas reklamy Tesco i Biedronki (całkiem niezłych swoją drogą).

Co do samego filmu. Przyznam szczerze, że nie zrobił on na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Fabuła dość mocno przypominająca główny wątek Matrixa, nie należała do szczególnie nowatorskich, jakkolwiek dzieło pojawiło się na rok przed wypuszczeniem filmu Wachowskich, toteż nie można nikogo oskarżać o plagiat. Sporą pikselozę i kiepską animację postaci także można panu Tomaszowi wybaczyć. Przecież każdy, kto wie cokolwiek na temat tworzenia tego typu dzieł zdaje sobie sprawę, że pracując w domowych warunkach na PC z najwyżej 1998 roku nie sposób stworzyć jakiś epicki obraz. W dziele tym brakuje jednak znanego z późniejszych filmów Bagińskiego klimatu, intrygującej metaforyczności i oryginalnej, wciskającej w fotel muzyki. Zamiast niej mamy dobre, ale szeroko znane na świecie utwory, średnio moim zdaniem pasujące do obrazu.

Podsumowując, Rain mnie nie przekonał. Widziałem sporo lepszych animacji, nawet tych rodzimych. Może Deszcz wypadłby w moich oczach lepiej, gdybym obejrzał go przed zapoznaniem się z innymi dziełami pana Bagińskiego (niestety tak nie było, choć może i stety, bo mógłby mnie ów obraz zniechęcić do obejrzenia kolejnych filmów). Trzeba jednak pamiętać, że film powstawał w niezbyt sprzyjających warunkach i że to dzięki odniesionemu właśnie przez tę animację sukcesowi, mogłem rozkoszować się kolejnymi, znacznie lepszymi dziełami Tomasza Bagińskiego.

Ocena: 4/10

“The Cathedral” czyli pierwszy poważny sukces.

Nominację do Oskara w kategorii krótki film animowany otrzymał obraz Katedra wyreżyserowany przez Polaka, Tomka Bagińskiego. Takie mniej więcej słowa pojawiały się przez kilka dni w polskich mediach, wywołując przy tym nie małe zamieszanie. Jako Polak byłem dumny, jako miłośnik kina – zaskoczony. Bo chyba nikt się nie spodziewał, że animacja jakiegoś amatora z nad Wisły może w oczach jury Amerykańskiej Akademii Filmowej zyskać więcej niż dzieła z krajów, w których na takie produkcje wydaje się znacznie większe pieniądze, a ich popularność jest niewspółmiernie większa niż w borykającej się wciąż z lokalną zaściankowością Polsce. Podkreślić należy, że film powstał na podstawie równie dobrze ocenianego i często nagradzanego opowiadania Jacka Dukaja, z którym Bagiński często współpracował tworząc m.in. wszystkie okładki dla jego książek. Ostatecznie film nagrody nie otrzymał, ale o takim wyróżnieniu i o profitach płynących z tego faktu jeszcze kilka lat temu Tomasz Bagiński mógł jedynie pomarzyć.

Zachęcony dobrymi recenzjami postanowiłem samemu zapoznać się z Katedrą. Czas jednak płynął, a o filmie mówiło się coraz mniej. Co więcej, brak w owym czasie dostępu do internetu sprawił, że moje szanse na obejrzenie go przed ewentualną premierą telewizyjną były bliskie zeru. W końcu o animacji na jakiś czas zapomniałem. Okazja jednak się nadarzyła i to dość dla mnie niespodziewanie. Nadzieje na ocenienie filmu odżyły na nowo. Tuż przed kolejną oskarową galą TVP1 uraczyła nas Katedrą. Każdy kto kiedykolwiek oglądał na żywo ceremonię wręczenia Oskarów wie, jak musiałem walczyć ze snem, by film obejrzeć. I udało się, ale dzieło okazało się w odbiorze znacznie trudniejsze niż się tego na początku spodziewałem. Nie do końca przekonany, czy winę za ów fakt ponosi mój zmęczony organizm, czy po prostu obraz nie spełnił pokładanych w nim przeze mnie oczekiwań, ponownie na jakiś czas odłożyłem myśli o filmie.

No i nadeszła nowa era. Era wszechobecnego internetu i dostępu do wszelakich produkcji filmowych. Skorzystałem i ja. Postanowiłem jednak nie ulegać chwili i poczekać z filmem na odpowiedni moment. Spokojny wieczór, gdy wszyscy w koło smacznie już spali, słuchawki na uszach dla wzmocnienia efektu dźwiękowego i całkowita ciemność dla wzmocnienia efektu wizualnego. Wygodny fotel. Maksymalne skupienie. A potem już tylko ja i ekran monitora…

Chyba żadne słowa nie oddadzą mojego zachwytu. Nie wiem czy musiałem dojrzeć do tego filmu (stawiam raczej na opcję ze zmęczeniem na mojej osobistej premierze), ale wrażenie jakie na mnie wywarł można określić tylko jednym słowem – GENIALNE! Co więcej, na jednym razie się nie skończyło. Film z każdym kolejnym obejrzeniem, a wracam do niego co najmniej raz na dwa miesiące, wciąż wywołuje u mnie ciarki na plecach. Jest to bodajże obok starej trylogii Star Wars najczęściej oglądany przeze mnie film. Co z tego że krótki, skoro w ciągu tych sześciu minut potrafi dostarczyć znacznie więcej emocji niż wiele bezwartościowych półtorej godzinnych produkcji.

Co tak urzekło mnie w tej animacji? Na pewno nie zadowoliła by was odpowiedź, że wszystko, mimo iż tak należało by odpowiedzieć.
Na początek fabuła. Przez niektórych uważana jest za najsłabszą część dzieła. Inni twierdzą nawet, że film jest jej pozbawiony. Na pierwszy rzut oka mogło by się to wydawać prawdą. Rozumiem, że film może się nie spodobać, zwłaszcza jeśli ktoś lubi mieć wszystko podane na tacy. Mamy przeto pewnego długowłosego wędrowca wchodzącego do jakiegoś dziwnego budynku (tytułowej Katedry). Chodzi, rozgląda się na boki, dochodzi na drugi kraniec tego osobliwego obiektu i czeka na świt, by dokonała się w nim przemiana. Zdaje sobie sprawę, że taki opis może zniechęcić. Ale tak w skrócie wygląda to co widzimy na ekranie. Czy film jest zatem pozbawiony fabuły? Nic bardziej mylnego. Treść jest, ale głęboko ukryta między wierszami. Każdy kto choć trochę potrafi posługiwać się metaforami może znaleźć w tej historii sens. To tak jak w doszukiwaniu się dosłowności w wierszach. Odbiór wygląda podobnie i każdy może zinterpretować fabułę Katedry na własny sposób. Dla mnie na przykład jest to opowieść o schyłku naszej wędrówki jaką jest życie, gdzie zmierz symbolizuje ostatnie chwilę owego życia, a wschód – śmierć, czyli nowy początek. Katedra reprezentuje w takim wypadku dziedzictwo ludzkości, monumentalny pomnik będący zapisem naszej historii, umacniany przez nasze doświadczenia zebrane z całego życia. Innymi słowy, jest tym co po sobie kiedyś zostawimy dla potomnych. Oczywiście wciąż niektóre metafory są dla mnie nie jasne, jak chociażby “żywy” piasek formujące dziwne kształty po tym, jak wędrowiec chwyta go nieco do ręki. Ale jak już pisałem, każdy może dostrzec w tym obrazie coś innego. I to jest właśnie fascynujące. Wiersz w formie audio wizualnej.
A co do owej formy, to przyznać trzeba, że to kolejna mocna strona filmu. Każdy pokazujący się na ekranie monitora obraz to arcydzieło. W pamięci zapadł mi zwłaszcza fragment prezentujący wygląd świata (przepiękne połączenie klimatów gotyckich, mitologii i elementów space opery) oraz chwila przed samą przemianą, gdy bohater historii klęczy otoczony jasno niebieskim światłem wschodzącego słońca. Animacja jest świetna, mimo iż w kilku fragmentach przypomina nieco przerywnik z jakiejś gry komputerowej pokroju Tomb Raidera.
Nie można nie wspomnieć również o genialnie dopasowanej do obrazu ścieżce dźwiękowej, która idealnie buduje nastrój. Dźwięk zmienia dynamikę w zależności od akcji. Niby sprawa oczywista, ale w Katedrze wygląda to tak, jakby każdy drobny fragment muzyczny był dokładnie przemyślany i wpasowany co do ułamka sekundy. Niestety nie mam pewności, czy wykorzystane utwory są oryginalne, bo wydaje mi się, że jeden z motywów już słyszałem, prawdopodobnie w wykonaniu Immediate Music bądź X-Ray Dog. Ale pewności nie mam.

Czy obraz Bagińskiego zasługiwał na Oskara? Zdecydowanie! Co więcej, w moim odczuciu ów film jest jak winno. Im dłużej go mam, tym chętniej do niego wracam. Jeśli zatem zachęciłem cię moją recenzją, do obejrzenia filmu Tomasza Bagińskiego, zastosuj się do kilku rad. Stwórz odpowiedni klimat! Nie oglądaj go w środku dnia, gdy jeszcze nie daj Boże obok kręcą się członkowie rodziny. Pogrąż się w całkowitej ciemności, z dobrze wyregulowanymi kolorami monitora i z wygodnymi słuchawkami na uszach. Nawet jeśli film nie spodoba ci się od strony fabularnej, to jest spora szansa że chociaż jego forma artystyczna wciągnie cię bez reszty. No chyba że lubisz filmy z Segalem i z ogoloną głową jeździsz na bojówki swoim BMW. W takim wypadku film zdecydowanie odradzam.

Ocena: 10/10

“Fallen Art” czyli potwierdzenie wysokiej formy.

Trzy lata po premierze Katedry na światło dzienne wychodzi kolejna produkcja Tomka Bagińskeigo, zatytułowana Fallen Art. Co ciekawe, oryginalny tytuł angielski ma pewną przewagę nad polskim tłumaczeniem. Okazuje się bowiem, że film można rozumieć jako “Sztukę spadania” bądź “Upadłą sztukę”. Oba tytuły idealnie pasują do dzieła i doskonale się uzupełniają.

Ze Sztuką spadania zapoznałem się stosunkowo szybko. Znacznie szybciej niż miało to miejsce w przypadku Katedry, na co bez wątpienia miał wpływ rozwój technologiczny. I podobnie jak w przypadku swojego poprzednika, na temat nowej produkcji Bagińskiego niewiele wiedziałem przed jej obejrzeniem. Wspominałem już kiedyś przy okazji wpisu dotyczącego Apocalypto, że taka sytuacja sprawia, iż już na początku film dostaje ode mnie małego plusika. Lubię być zaskakiwany, a tu nastąpił dokładnie taki efekt. Biorąc pod uwagę sukces jaki bez wątpienia odniosła Katedra, spodziewałem się wiele po Sztuce Spadania. I nie zawiodłem się. Ale po kolei.

Mamy oto starą bazę wojskową gdzieś na Karaibach, w której to emerytowani oficerowie, oddają się swoim chorym pasją. Brzmi intrygująco? Z pewnością ciekawiej niż opis Katedry. Ale to co dzieje się na ekranie zaskakuje nawet takiego starego wyjadacza jak ja. Pomysł na historię jest niesamowity. Nie będę nic zdradzał, by nie psuć wam zabawy, ale na prawdę warto poświęcić owe 7 minut na zapoznanie się z tą animacją, która w gruncie rzeczy jest zupełnie inna niż Katedra. Pomijam już poprawioną grafikę. Film nie ma już tego mrocznego klimatu, jest jednak moim zdaniem bardziej intrygujący, a metafora jest znacznie łatwiejsza w odbiorze, choć nadal obraz można dowolnie interpretować. Dla mnie jest to ewidentna karykatura ustroju komunistycznego, w którym to dla kaprysu władzy masowo poświęca się ludzi.
Od strony wizualnej czy dźwiękowej nie można się do filmu przyczepić, choć akurat w tym przypadku nie są już wymagane specjalne przygotowania vel mrok, klimat i słuchawki na uszach. Muzyka jest nawet dość radosna, choć to ewidentna zmyłka odciągająca nieco uwagę od prawdziwego tragizmu sytuacji. Czyżby komunistyczna propaganda?

Fallen Art jest godnym następcą Katedry. Jest zupełnie inny od swojego poprzednika, co nie znaczy że mu jakoś specjalnie ustępuje. Moja ocena filmów Bagińskiego jest oczywiście subiektywna i w osobistym rankingu Fallen Art, choć nieznacznie, ale jednak ustępuje pola poprzednikowi. Jako miłośnik fantasy lepiej potrafię wczuć się w klimat Katedry, co nie zmienia faktu, że Sztuka spadania jest bardzo dobrą produkcją potwierdzającą olbrzymi talent reżysera.

Ocena: 9/10

“Wiedźmin” czyli pierwszy krok w stronę komercjalizacji.

O realizacji gry rpg na podstawie prozy Szapkowskiego mówiło się na długo przed jej premierą. Atmosferę wokół produktu podgrzała dodatkowo informacja, iż za intro i outro gry odpowiadać miał nie kto inny jak Tomasz Bagiński. I stało się. Powstały dwa bardzo dobre filmiki promujące ów rpg. Gra przypominająca swoją drogą genialną serię Gothic, odniosła spory sukces, nie tylko na scenie rodzimej, ale na całym świecie. Trudno przeliczyć ile w tym zasługi wstawek stworzonych przez Bagińskiego, niewątpliwie jednak uatrakcyjniły one i spopularyzowały produkt. Nie czytałem prozy Szapkowskiego (choć jako miłośnik klimatów fantasy – powinienem, i nie wykluczone że wkrótce to uczynię), ale oglądając stworzone przez Bagińskiego animacje odnosi się wrażenie, że są one znacznie bliżej pierwowzoru wykreowanego przez Szapkowskiego niż serial z Michałem Żebrowskim w roli głównej (swoją drogą nie tak całkiem tragicznym jak na Polskie realia). W sumie chętnie obejrzałbym cały serial zrealizowany właśnie techniką komputerową. Może taka produkcja okazała by się większym sukcesem niż filmy fabularne.

Pierwszy filmik przedstawia bardzo popularną scenę walki Geralta ze Strzygą przejmującą ciało młodej księżniczki. Walka jest dynamiczna, świetnie zaanimowana i do tego dość krwawa. Geralt nie patyczkuje się z potworem, używając argumentów w postaci magii, miecza i własnych pięści. Ostatni argument został przedstawiony jednak zbyt komicznie i nierealnie, psując nieco odbiór całościowy. Animacja robi wrażenie i wygląda znacznie lepiej niż walka z udziałem filmowego Wiedźmina. Co by jednak dobrego nie powiedzieć o filmie, jest to nic więcej jak czysta akcja. Nie ma tu miejsca na głębszą myśl, metaforyczność czy zaskakujące momenty. Ot, świetnie zrealizowana scena walki rodem z najlepszych filmów fantasy.

Drugi film, będący endingiem, to podobne klimaty, tym razem jednak walka ma miejsce pomiędzy dwojgiem ludzi (no, jak się okazuje nie do końca ludźmi). Choreografia jest imponująca. Przeciwnicy poruszają się jak żywi i co najważniejsze nie zanotowałem ani jednego gorszego fragmentu takiego jak chociaż mająca miejsce w intrze drażniąca mnie walka na pięści ze Strzygą. Tu jednak także po za rozwiązaniem zagadki, której treść poznali jedynie gracze, nie ma nic ponad komercję. Ale czy to źle?

Ocena: 8/10

Byłem ostatnio z bratem na Mrocznym Rycerzu Nolana. Joker grany przez niedawno zmarłego Heathera Ledgera, wypowiedział w  filmie bardzo ciekawą kwestię. Brzmiała ona mniej więcej tak: “Jeśli umiesz coś zrobić dobrze, nie rób tego za darmo”. Tomasz Bagiński, jak każdy dobry rzemieślnik ma święte prawo do zarabiania na swoich produktach (o czym niektórzy krzykacze i krytycy najwyraźniej zapomnieli). I ja go w tym popieram, życząc mu, aby dorobił się na swoim talencie fortuny. Mam przy tym nadzieję, że tworząc kolejne filmy mające z założenia przynosić jedynie profity, pan Tomasz nie zapomni o swoich początkach i nadal będzie tworzył dzieła na miarę Katedry czy Sztuki spadania.

A jest na to szansa, bo zasypany nagrodami animator z Białystoku nie zamierza spoczywać na laurach. Po za przygotowanym dla „Reporterów bez granic” anty chińskim Made in China, którego premiera z niewiadomych przyczyn wciąż jest odwlekana, w przygotowaniu są kolejne jego dzieła, takie jak Kinematograf na podstawie komiksu Mateusza Skutnika czy Ruch Generała – kolejny po Katedrze film oparty na prozie Dukaja. Jest więc na co oczekiwać. Nim jednak będziemy mieli okazję je obejrzeć, warto sięgnąć do źródła i w przypadku gdy tego jeszcze nie uczyniliśmy, zapoznać się z dotychczasową twórczością Tomasza Bagińskiego. Gorąco polecam wszystkie wyprodukowane dotąd przez niego filmy, mimo iż zdaje sobie sprawę, że nie każdemu  przypadną one do gustu

Pzdr.

 

139. π 21 lipiec 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Film, Matematyka — HaeS @ 7:05 pm

Dzisiaj opowiem wam o pewnym filmie. Filmie, którego główną bohaterką jest… liczba. Liczba znana powszechnie jako “Π”, zwana też czasem ludolfiną bądź stałą Archimedesa. Ponieważ jednak z zawodu jestem matematykiem, nie mogę powstrzymać się od krótkiego moim zdaniem (i zdecydowanie zbyt długiego jeśli wysilę się i spojrzę obiektywnie) rysu “biograficznego” tej liczby.

Liczba ta znana jest ludzkości od mniej więcej 3900 lat. Co prawda Babilończycy, którzy ją jako piewsi wyznaczyli, ostro rypnęli się przy jej szacowaniu, niemniej jednak śmiało można rzec, że Π jest stara jak świat. Czym mniej więcej jest – wszyscy wiedzą. Bierzemy dowolny okrąg. Gdybyśmy mogli dokładnie zmierzyć jego długość (co jest niewykonalne) i podzielili ją przez średnicę – wynik zawsze wynosił będzie Π, niezależnie od średnicy. Jednakże takie powierzchowne potraktowanie tej liczby byłoby dla niej krzywdzące. Zastosowań w geometrii ma ona bardzo wiele. Przydaje się do obliczania pól powierzchni, obwodów i objętości okręgów, kół, kul, sfer, elips, walców, stożków, geoid, beczek i praktycznie wszystkich figur i brył, które są chociaż odrobinkę gdzieś zakrzywione. Jest niezbędna do wyliczenia długości jakiejkolwiek krzywej, jest też powszechnie używana przy mierzeniu kątów.

Myliłby się jednak ten, kto myśli, że jej zastosowania kończą się na geometrii. Π pojawia się w miejscach, gdzie wydaje się że nie ma prawa się znajdować. Weźmy sobie taki przykład: dodajemy jedną całą, jedną czwartą, jedną dziewiątą, jedną szesnastą, jedną dwudziestą piątą itd. Wynik przemnażamy przez 6, a następnie pierwiastkujemy. Wynik będzie wynosił (w przybliżeniu) Π, przy czym przybliżenie będzie tym dokładniejsze im więcej liczb do siebie dodamy. Tego typu zbieżności jest dużo więcej. Poza tym, Π przydaje się np. do przybliżonego obliczania dużych silni (czyli obliczeń typu 1*2*3*4*5*6…). Co więcej; liczba ta przydaje się też w fizyce; uwikłana jest np. we wzory ogólnej teorii względności. Zapewne również chemicy, geologowie, biolodzy molekularni czy inni naukowcy używają od czasu do czasu wzorów zawierających w sobie tę magiczną liczbę.

W matematycznym świecie niewiele jest takich liczb jak Π. Zaskakują już jej najbardziej podstawowe właściwości. Że po przecinku następuje nieskończona litania cyfr każdy chyba wie. Mówiąc fachowo, liczba π ma nieskończone rozwinięcie okresowe. Ale to jeszcze nie koniec atrakcij. Okazuje się bowiem, że owa kaskada liczb (użycie słowa “kaskada” ma celne uzasadnienie – w zapisie dziesiętnym każda cyfra ma 10 razy mniejsze znaczenie aniżeli poprzednia) nie wykazuje żadnej regularności. Kolejne cyfry wydają się być zupełnie losowe i nie wykazują żadnej, najmniejszej chociaż, regularności. Owa losowość i brak regularności wśród cyfr liczby Π to objaw jej niewymierności. Dla tych, u których zadziałał mechanizm wyparcia i z matematyki nic nie pamiętają przypominam, że niewymiarnosc Π oznacza, nie można jej obliczyć dzieląc przez siebie jakiekolwiek dwie liczby całkowite. Odkryto to w 1761 roku, a około 120 lat później na jaw wyszło kolejne dziwactwo tej liczby – nie idzie jej wyznaczyć nie tylko przez dzielenie, ale także dodawanie, odejmowanie, mnożenie, potęgowanie i pierwiastkowanie jakiejkolwiek skończononej ilości liczb całkowitych. Więcej: liczby Π nie można też wyliczyć poprzez jakąkolwiek kombinację skończonej ilości tych działań. Liczby takie nazywamy przestępnymi. Liczb przestępnych jest nieskończenie wiele, ale tylko dwie zrobiły wielką karierę – Π oraz tzw. stała Napiera (liczba e, w przybliżeniu równa 2,78), być może nieco mniej sławna od swojej krewniaczki, nie ustępująca ani troszkę w kwestii bycia interesującą i przydatną matematycznie liczbie Π.

Wspomniałem już o tym, że kolejne cyfry Π następują po sobie w zupełnie losowy sposób. Co więcej, można znaleźć w nich (prawdopodobnie) dowolną zadaną kombinację cyfr. Powstało sporo serwisów, które na celu mają pomóc w sprawdzeniu czy w liczbie znajduje się np. nasza data urodzin. Przykład takiego serwisu – tu. Jeżeli jakiejś kombinacji nie znajdziecie w tym serwisie – nie oznacza to, że jej nie ma wcale w Π. Strona ta bowiem obsługuje “tylko” pierwszych 200 milionów cyfr po przecinku, a znanych jest ich (o ile trafiłem na aktualne źródło) ok. biliona. Zapisanie wszystkich ich na twardym dysku wymagałoby urządzenia o pojemności 931 GB. Obliczanie kolejnych liczb po przecinku ma jednak już tylko znaczenie czysto teoretyczne i wynikają z chęci zaimponowania komuś, bowiem doprawdy rzadko kiedy przydają się komukolwiek cyfry powyżej 20 pierwszych (a w naszym codziennym życiu wystarczą tylko dwie pierwsze… chociaż i tak pewnie ogromna większość ludzi NIGDY po opuszczeniu szkolnych murów tej liczby do niczego nigdy nie użyła).

Setki innych ciekawostek wiążą się z tą liczbą. To, co napisałem, to nawet nie jedna dziesiąta tego, co można napisać o tej liczbie bez całego matematycznego bełkotu i nawet nie jedna tysięczna tego, co można opowiedzieć stosując skomplikowane wzory i obliczenia. Nie czas ani miejsce teraz na przytaczanie dziesiątek wierszyków mających za zadanie ułatwienie zapamiętywania kolejnych cyfr rozwinięcia liczby π. Istnieją też bardzo sprytne (i ciekawe z punktu widzenia “ścisłowca”) sposoby na przybliżone obliczenie tej liczby, ale nie ma co zanudzać nimi szanownych czytelników. Kto chce, może zerknąć na wikipedię (najlepiej angielską, która tradycyjnie jest bardziej wyczerpująca niż polska), gdzie znajdzie sporo ciekawostek, ale też i niemało przydatnych linków.

Przechodzimy jednak do filmu. Daren Aronofsky to jak dla mnie genialny reżyser, znany także z filmów takich jak “Reqiuem dla snu” czy “Źródło”. Jego filmy chrarakteryzują się niepowtarzalnym klimatem i są zupełnie inne aniżeli wszystko to, co prezentują nam inni reżyserzy. “Π” powstał przed dwoma w/w dziełami. Kręcony charakterystyczną taśmą – mało, że czarno białą, to jeszcze z charakterystycznymi zakłóceniami i dziwacznym kontrastem, co sprawia, że mamy wrażenie, że mamy do czynienia z filmem bardzo, bardzo starym – może nawet i przedwojennym.

Głównym bohaterem jest Max Cohen, genialny matematyk, który cierpi na nasilające się bóle głowy. Człowiek ten zajmuje się szukaniem we wszechświecie jakiegoś porządku, szuka jednej jedynej reguły nim rządzącej. Przekonany jest, że wszystko, co nas otacza, wszystko, co dookoła siebie spotykamy, wszystko co się zdarzyło i co się zdarzy, można przewidzieć, bo rządzone jest tajemniczą zasadą, głęboko powiązaną z liczbą Π. Jego poszukiwaniami wyraźnie zainteresowana jest duża korporacja, a także religijna sekta żydowska, próbująca właśnie tą regułą odnaleźć i zrozumieć Boga. W trakcie swoich badań Max zauważa jednak coś dziwnego: im bliżej jest odkrycia tej zasady, tym bardziej nasilają się jego bóle głowy, skoncentrowane w jednym, szczególnym jej punkcie. Być może właśnie tam znajduje się ta poszukiwana przez niego tajemnica?

Film zupełnie inny od wszystkiego, co widziałem dotychczas. Oryginalny scenariusz, nietypowe ujęcia (jak pisałem, kręcone wyjątkową taśmą) połączone charakterystycznym montażem, świetna reżyseria i mocno dająca po głowie oprawa dźwiękowa, świetnie wkomponowana w całość filmu i doskonale korespondująca z chorymi snami bohatera i jego narastającą paranoją na jawie. Film jest doprawdy wyjątkowy. Do tego wszystkiego dodać należałoby jeszcze pokręcone dialogi, zahaczające o różnego rodzaju wierzenia czy też matematyczne ciekawostki. Żałuję, że właśnie tych matematycznych wtrętów jest tak mało i to jeden z niewielu minusów tego filmu.

Ogólnie oczywiście polecam, jednak zwracam uwagę na jeszcze jedną rzecz: bardziej film chyba do gustu przypadnie wszelakiego rodzaju “humanistom” aniżeli “ścisłowcom”. A to dlatego, że opiera się w dużej mierze o przeżycia wewnętrzne bohatera, jego relacje z otaczającym światem oraz to, czego świat oczekuje od nas i co my możemy dać mu w zamian. Jest świetnym punktem wyjścia do różnych refleksji i filozofowania. Matematyczna strona została troszkę zaniedbana (a nawet lekko przekłamana), dodatkowo bardziej racjonalni z natury ścisłowcy burzyć mogą się przeciwko prezentowanej magii liczb i boskiej harmonii w filmie pokazanej. Ale i tak na pewno warto obejrzeć, bo “Π” to kawał dobrej roboty.

 

122. Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki 1 czerwiec 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film — R-Chee @ 4:39 pm

Witajcie serdecznie. Na wstępie chciałbym podkreślić, że ów wpis to nie przypadek. Tak się akurat złożyło, że całkiem niedawno miałem okazję zapoznać się z najnowszą odsłoną przygód Indiany Jonesa, a gdy Haes się o tym dowiedział, wyszedł z propozycją, abym napisał recenzję filmu w czasie gdy on przygotuje wpis na temat starej trylogii. Jak widzę, HaeS się ze swojego zadania wywiązał, nie mogę być zatem gorszy.

Zacznijmy może od początku. Pomysł na to, by po raz czwarty przenieść przygody awanturniczego archeologa na duży ekran zrodził się stosunkowo dawno temu, bo już 4 lata po premierze Ostatniej Krucjaty. Jednak scenariusz przygotowywany przez Georga Lucasa długo nie uzyskiwał aprobaty w oczach duetu Spielberg – Ford. I w sumie nie bardzo jest się czemu dziwić, ale nie uprzedzajmy faktów. W końcu po 15 latach mniej lub bardziej intensywnych przygotowywań, 22 maja swoją premierę miała długo wyczekiwana przez fanów czwarta część przygód Indiego. Przybyłem, zobaczyłem i… targają mną skrajne odczucia, od zachwytu po lekki zawód.

Mając wciąż w pamięci doskonałą trylogię (powtarzam: TRYLOGIĘ, a nie te teorie o dylogii + 1 HaeSa) muszę z żalem przyznać, że jest to w moim odczuciu część najsłabsza, jednak odstająca od swych poprzedniczek w niewielkim stopniu. Początek filmu to prawdziwy majstersztyk. Akcja ma miejsce w 1957 roku, czyli mniej więcej 20 lat po wydarzeniach ukazanych w trzech poprzednich filmach. Świetne zrealizowane sceny z magazynu (w tym kilka ciekawych nawiązań do poprzednich części), pościg zakończony w bibliotece, w końcu motyw z tajemniczym miasteczkiem i niemalże kultową już lodówką (chyba najlepsza scena w całym filmie) mocno zawyżyły na całościowym odbiorze filmu. Między te sceny sprawnie wpleciono informacje dotyczące losów postaci znanych z poprzednich części, w tym także samego Indiany. Mamy wzmianki dotyczące jego działalności w czasie i po II wojnie światowej, rozwoju profesorskiej kariery oraz, nie do końca udanego, życia towarzyskiego.

Drugą połowę filmu mógłbym określić jako wielkie, soczyste jabłuszko, z tłuściutkim robaczkiem w środku. Z żalem muszę stwierdzić, że główny wątek (który uwypukla się właśnie w drugiej części obrazu) to zdecydowanie najsłabsze ogniwo całej produkcji. W moim przekonaniu, wszystko co bezpośrednio wiązało się z ów tytułową Kryształową Czaszką było przesadnie naciągane, nawet jak na Indianę, w którym przecież przywykliśmy do dziwacznych zjawisk, takich jak duchy, nieśmiertelni rycerze itp. Ktoś powie, że się czepiam, ale scena z wodospadem (motyw z gałęzią i to że wszyscy jakoś przeżyli potrójny skok jeszcze mogę przyjąć, ale jak to do cholery możliwe, że coś co powinno zachowywać się w wodzie jak kamień, zachowuje się jak ponton?!?!), scena a la Tarzan (zbyt ociekająca efektami komputerowymi, co w moim odczuciu w Indym jest niedopuszczalne) i w końcu końcowa scena, bardziej przypominająca zakończenie kinowej wersji X-Files niż poprzednich części Indiany Jonesa sprawiły, że film nie do końca spełnił moje oczekiwania. Niestety.

Słów kilka także o obsadzie. Niezbyt fortunne w moim odczuciu okazały się próby zamiany starych, dobrych postaci, nowymi odpowiednikami. Zmieniający fronty niczym rękawiczki (czasem zupełnie w nielogiczny sposób) Mac, odgrywany przez Raya Winstone’a, to postać niezbyt wiele wnosząca do fabuły, choć nawet zabawnie wypadły te nieliczne rozmowy z Jonesem. Podobnie, a może nawet jeszcze gorzej, wyglądała sprawa z Oxley’em. Wciśnięty nieco jakby na siłę profesor był postacią, bez której spokojnie można by było się w filmie obejść. A szkoda, bo odgrywający go John Hart to przecież pierwszy nosiciel Obcego w historii kina (tak, to właśnie on był ofiarą pamiętnej sceny z Nostromo). Ciekawiej wypadła Cate Blanchet. Galadriela z Władcy Pierścieni, grająca w Indianie czarny (a raczej czerwono-komunistyczny) charakter była całkiem niezła, acz irytował nieco jej nie do końca naturalny akcent.

Ale dość o wadach, bo jeszcze ktoś stwierdzi, że to recenzja skrajnie krytyczna. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Shia LeBeouf. Mut był postacią wnoszącą pewien rodzaj świeżości do serii. Był postacią ciekawą, zabawną i co najważniejsze, nie przysłaniającą głównego bohatera. Bardzo fajnym nawiązaniem do poprzednich części było wprowadzenie do fabuły Marion, znanej z Poszukiwaczy zaginionej Arki. Odtwarzająca ją Karen Allen zachowała swój urok, któremu nawet Indiana Jones nie był w stanie się oprzeć (swoją drogą, dowiemy się bardzo wiele ciekawych rzeczy dotyczących tej pary). Jest w końcu stary, dobry Harison Ford, któremu przemijający czas nie przeszkodził zbytnio w kolejnym wcieleniu się w postać awanturniczego archeologa. Powiem więcej, upływający czas dodał Indiemu swoistego uroku i sprawił, że ów postać stała się bardziej autentyczna (czego nie można powiedzieć na przykład o takim Bondzie).

Zachowano towarzyszący starej trylogii klimat czyli wszelakie pościgi (w których jak zwykle brały udział samochody tworzące wojskowy kordon), mordobicia (Indy nadal w formie), wszędzie walające się trupy, dziwaczne maszyny, pułapki, robactwo i kultowa czerwona linia ukazująca przebytą przez bohaterów drogę. Są także charakterystyczne dla Indiego motywy muzyczne i poczucie humoru. Szczególnie do gustu przypadły mi motywy z biblioteki, z miasteczka testowego (“No bo po co niby mielibyście mnie ze sobą zabierać”), scena “oczyszczania” Indiego czy w końcu akcja z wężem, w moim odczuciu – najzabawniejsza. Nie zapomniano oczywiście o złych żołnierzach; nazistów zastąpili jednak komuniści. Bez obaw. Główne “zadania” ruskich, podobnie jak ich niemieckich odpowiedników przed laty, ograniczały się do roli mięsa armatniego. Co to się z nimi nie działo. Byli miażdżeni, paleni żywcem, zjadani, zrzucani ze skał, rozrywani na kawałki itp, itd. To wszystko razem wzięte, a także nawiązania do poprzednich części i w końcu sam Indiana Jones, który zachował wszystkie swe najlepsze cechy z przed lat, sprawiło że łezka się w oku zakręciła w nostalgii.

Podsumowując, pomimo widocznych mankamentów, takich jak wspomniany wcześniej główny wątek filmu, scena z wodospadem i nie do końca udane wprowadzenie nowych postaci, film jest dobry i ogląda się go z przyjemnością. W skali od 1 do 10 dzieło Spielberga zasłużyło na solidną siódemkę, może nawet lekko naciąganą ósemkę. Film rewelacyjny nie jest, ale jeśli zapomnimy o realizmie, przymkniemy oko na niektóre dziwaczne pomysły scenarzystów i puścimy wodzę fantazji, nastawiając się na bardzo dobry, acz lekki film przygodowy, to z kina na pewno wyjdziemy usatysfakcjonowani.

 

121. Indiana Jones – klasyczna trylogia 1 czerwiec 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film — HaeS @ 9:15 am

W oczekiwaniu na IV część Indiany Jonesa (nie mam fizycznej możliwości udania się d kina, a CAM-ripami się brzydzę, więc poczekam jeszcze trochę na okazję do obejrzenia tego filmu) postanowiłem odświeżyć sobie pierwsze trzy części przygód najsławniejszego archeologa świata.

Głupio mi jakoś pisać recenzję tego cyklu. Głupio, bo w sumie po co mam to pisać? Przybliżanie tej serii jest chyba bezcelowe, bo nie ma, jak się wydaje, osoby, która nie zna Indiany Jonesa i nie widziała chociaż jednego filmu z jego udziałem (chociaż wszystko jest możliwe… ja np. wciąż jeszcze nie widziałem “Jak rozpętałem II wojnę światową”). Postanowiłem jednak, że recenzję napiszę. Z trzech powodów – aby oddać hołd tej genialnej serii, aby podzielić się z innymi moimi odczuciami co do filmów no i żeby przygotować tych, co nie chce im się powtarzać starych części do obejrzenia najnowszego filmu z Indianą, którego recenzję lada dzień opublikuje R-Chee.

Pierwszym filmem traktującym o najsławniejszym archeologu świata było dzieło pt. “Poszukiwacze Zaginionej Arki”. Akcja, przygoda, piękna kobieta, humor, strzelaniny, pościgi, wybuchy, dramaturgię, a nawet odrobinkę horroru – wszystko w tym filmie mamy w idealnie wyważonych proporcjach. Harrison Ford w roli inteligentnego zawadiaki wymiata, ale świetnie sprawdzają się też inni aktorzy. Obok zapadających w pamięć Johna Rhyesa-Daviesa, Denholma Elliota i postaci grających adwersarzy naszego Indiego, ogromne wrażenie robi Karen Allen w roli Marion Ravenwood. Przyznać trzeba, że ta para to jeden z najbardziej dopasowanych duetów w historii kina. Pewna siebie (na granicy bezczelności), sfeminizowana, paląca, popijająca i klnąca Marion jak nikt inny pasuje do Henry’ego “Indiany” Jonesa, no a poza tym wprowadza do filmu akcent humorystyczny.

Nadmienić oczywiście trzeba, że te znakomite postacie to po części zasługa aktorów, po części – scenarzystów, którzy w pełni stanęli na wysokości zadania. Zresztą stworzyli nie tylko świetne postacie, ale też znakomitą historię, od której nie sposób się oderwać. A Spielberg postawił kropkę nad “i”, nadając całości znaną nam już dynamikę. Sporo postarali się kostiumolodzy, scenografowie, no i oczywiście kompozytor John Williams, który oprócz głównego motywu, stworzył wiele innych utworów, zawsze idealnie dopasowanych do akcji. Jedyne zastrzeżenia miałbym do speców od efektów specjalnych, ale nie zapominajmy, że film pochodzi z 1981 i ze współczesnymi produkcjami porównywać go nie możemy.

Pierwszy film z serii Indiana Jones to genialne dzieło, rzekłbym wręcz: arcydzieło. Od pierwszej do ostatniej minuty. Mógłbym nawet rzec: film idealny, gdyby nie to, że wtłoczono mi do głowy, że ideały nie istnieją. Nie mam mu praktycznie nic do zarzucenia (czepiać można się co najwyżej drobnych przegięć i niezgodności z historycznymi faktami… ale kogo to obchodzi?). Uwielbiam ten film, wracam do niego od czasu do czasu i zawsze daje mi tyle samo radości.

Dlatego też zabolało mnie niemiłosiernie to, co zrobiono w prequelu (nakręconym w 1984, ale akcja dzieje się rok wcześniej w stosunku do “Poszukiwaczy…”), zatytułowanym “Indiana Jones i Świątynia Zagłady”. Już pierwszych kilkanaście minut (rozpierducha w chińskiej restauracji i na ulicach Szanghaju) sugeruje nam z czym będziemy mieli do czynienia. “Świątynia Zagłady” jest filmem wyraźnie lżejszym, mniej bawiącym się w jakąś metafizyczną paplaninę o Bogu i nieśmiertelności, a bardziej nastawionym na akcenty humorystyczne i soczystą akcję od pierwszej (i trzeciej też) części. Efekt ten osiągnięto przez dokoptowanie do postaci Indiany postaci wrzaskliwej i panikującej piosenkarki Willie oraz 10-letniego chińskiego chłopca, którzy we trójkę stawiają czoło okrutnemu kultowi wyznawanemu gdzieś w Indiach.

Nie mogę rzec, abym na “Świątyni Zagłady” się nudził. Wręcz przeciwnie – oglądało się świetnie, a sceny takie jak pościg na wagonikach czy walka na wiszącym moście są bardzo fajne, widowiskowe i dynamiczne. W ogóle film naładowany jest soczystą akcją, dużo się dzieje i ogląda się jednym tchem, jednak jest kilka rzeczy których nie idzie przemilczeć.

Wrzeszcząca przy każdej sposobności Willie i cwaniakujący gówniarz denerwują i odpychają od filmu. Sceny z założenia humorystyczne wywołują u widza uśmieszek, ale jest to uśmieszek zażenowania. Poza tym nie mogę pozbyć się wrażenia, że tworząc film producenci postanowili znacząco obniżyć wiek grupy docelowej widzów no i wyszło jak wyszło. Wydaje się, że po wycięciu kilku scen (np. wyrywania serca) można puszczać film w niedzielę o 12:00 w ramach kina familijnego. Ot, taka nieszkodliwa przygodówka, jakich wiele. Może i fajna, ale daleko jej do maestrii “Poszukiwaczy Zaginionej Arki”.

Właściwie to “Świątyni Zagłady” nie czepiałbym się w ogóle gdyby nie to, że tworząc ten film scenarzyści popełnili jeden drobny błąd: główną postać ubrali w kapelusz, dali jej bicz, nazwali Indiana Jones i kazali ją grać Harrisonowi Fordowi. Film pod względem klimatu i kilku innych rzeczy odstaje od pierwszej (i trzeciej zresztą też) części tak mocno, że zastanawiam się czy decyzja o uczynieniu głównego bohatera Indianą Jonesem nie została podjęta w ostatniej chwili. Indy z drugiej części wykazuje bowiem spore odchyły charakterologiczno-behawiorystyczne od Indy’ego z następnego i poprzedniego filmu. Ogólnie, gdyby stworzyli innego głównego bohatera, film zapamiętany zostałby jako prostu ciekawy film przygodowy, w nieco innym stylu niż “Poszukiwacze…”, ale i tak dobry. Jednakże robiąc ze “Świątyni…” kontynuację przygód Indiany Jonesa, producenci narazili się na nieuchronne porównanie obu filmów i na konfrontację prequelu z oryginałem. A ta wypada niestety słabiutko dla “Świątyni Zagłady”.

Na szczęście jednak Spielberg i Lucas umieją wyciągać wnioski z pomyłek i przy następnym filmie z serii Indiana Jones – “Indiana Jones i Ostatnia Krucjata”, w którym – przypominam – Indiana poszukuje zaginionego Graala, zaprezentowali nam sequel z prawdziwego zdarzenia. Z jednej strony – wyraźnie nawiązujący do pierwszej części (np. poprzez postacie Marcusa i Sallaha albo wizerunek arki na ścianie w podziemiach weneckiej biblioteki), z drugiej zaś – utrzymany w nieco innym tempie i innym klimacie aniżeli “Poszukiwacze”. Film chyba najmniej przesiąknięty akcją (co wcale nie oznacza, że takowej nie ma, bo jest i to sporo), więcej niż w “Poszukiwaczach” (no i nieporównywalnie więcej niż w “Świątyni Zagłady”) jest scen gadanych, a nawet finał jako jedyny z trzech, które oglądałem, nie polega na wielkiej rozpierdusze (no, może takiej maleńkiej). Sporo mamy miejsc i scen tajemniczych i budujących klimat – dobrym przykładem jest wenecka biblioteka, jeszcze lepszym – świątynia z niewidzialnym mostem no i templariuszem.

Ale oprócz klimatu, mamy też i mnóstwo humoru, a wszystko za sprawą wprowadzenia do świata Indy’ego zupełnie nowej postaci – doktora Henry’ego Jonesa Seniora. W tej roli fenomenalny (jak zawsze) Sean Connery. Film pokazał co to znaczy dobry humor. Nieporadność ojca Indy’ego (zresztą, Marcus Brody też ma swoje 5 minut), w połączeniu z drobnym konfliktem i droczeniem się między dwiema postaciami wywołuje naprawdę świetny, komiczny efekt, przy czym humor jest o niebo wyższej klasy aniżeli w “Świątyni Zagłady”. Śmieszy scena z kominkiem, śmieszy scena z chińską wazą, ale jak dla mnie to wymiata scena z parasolką, stoicki komentarz Henry’ego Seriora i ta konsternacja (połączona z niebywałym podziwem) na twarzy Henry’ego Juniora (czyli Indiany).

Śmiało można zatem rzec, że “Ostatnia Krucjata” jest bardzo dobrym filmem, być może ciut gorszym od “Poszukiwaczy”, ale i tak niewiele jest rzeczy, które można jej zarzucić.

Nie będę teraz bawił się w polecanie/nie polecanie filmów, bo każdy chyba oglądał i ma na ten temat jakieś zdanie. Jak dla mnie – stara trylogia (tak, tak – włącznie z nieszczęsną drugą częscią) to pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego fana filmów przygodowych.

 

110. Trzy spojrzenia na “Solaris” 1 maj 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Film, Książki, Nauka, filozofia, refleksje — HaeS @ 4:40 pm

Często zastanawiam się czy istnieje życie w kosmosie. To jeden z moich ulubionych tematów w ostatnim czasie. Naukowcy, posługując się rachunkiem prawdopodobieństwa, bez wahania odpowiadają, że jest rzeczą statystycznie pewną, że nasza galaktyka, o reszcie wszechświata nie wspominając, niemal roi się od różnych form życia. Jednocześnie jednak bardzo często przytacza sie paradoks Fermiego, który zazwyczaj streszcza się trzema, jakże wymownymi słowami: “Gdzie oni są?”. Zaiste dziwne, że wszechświat, który powinien kipić od życia, jest pusty i niemy. Radioteleskopy nie odbierają żadnych sygnałów radiowych nadawanych przez obce cywilizacje, nie udowodniono wizyty żadnego obcego na naszej planecie, zaś fabrykowane masowo przez Danikena i pokrewnych mu grafomanów książki przestawiające “dowody” na kontakty z obcą cywilizacją w odległej przeszłości wywołują u bardziej refleksyjnych czytelników poczucie zażenowania.

Ponieważ nie znamy żadnej alternatywnej (w stosunku do ziemskiej) formy życia w Kosmosie, wszystkie nasze wyobrażenia opieramy na tym, co już znamy, czyli na nas. Właśnie dlatego w filmach SF tak wiele jest istot humanoidalnych. Wychowani na Star Treku i Babylonie, wyobrażamy sobie, że kosmici wyglądają jak ludzie, mówią po angielsku, a od nas różnią się w najgorszym wypadku ilością plamek i wystających kości na głowie. Klingonowie z pierwszego Star Treka czy Sabaceni z Farscape’a nie różnią się nawet tym – na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie jak ludzie. Przyczyną takiego stanu rzeczy (oprócz wyobraźni autorów pozostającej w stanie szczątkowym) jest aspekt techniczny – łatwiej bowiem jest domalować aktorowi kilka plamek na czole niż stworzyć kosmitę z prawdziwego zdarzenia. Co nie zmienia faktu, że tzw. humanoidy to z naukowego punktu widzenia bzdura totalna, a jeśli dołożymy do tego jeszcze powszechną w filmach i serialach możliwość krzyżowania ludzi z odpowiadającymi im gatunkami z obcych planet, pozostaje jedynie chwila ciszy, refleksji i żalu nad zagubioną gdzieś przed laty inteligencją ludzi tworzących takie banialuki. Nie wspominam już o tępym plebsie, który łyka ten chłam bez zmrużenia oka.

Ci z nas, którzy umieją odrzucić od siebie stereotyp kosmity wyglądającego niemal identycznie, jak człowiek, nadal jakoś nie umieją wyjść ponad pewne ramy myślowe. Na takich właśnie utartych schematach oparto istoty pozornie zupełnie obce, ale tak naprawdę wzorowane na zwierzętach z naszej planety – np. obcego z filmu “Alien” czy brainsuckera z serialu Babylon 5. Kształty owych stworzeń, ich dziwaczne narządy i zwyczaje (jak np. kwas zamiast krwi czy żywienie się falami mózgowymi) faktycznie sprawiają, że istota wygląda na obcą. Ale czy na pewno? Do mnie akurat nie do końca to przemawia i niezależnie od liczby odnóży, kształtu szczęk i koloru krwi widzę cały czas głęboką inspirację ziemskimi formami życia. W odróżnieniu jednak od mojej dezaprobaty dla efektów pracy twórczej osób odpowiedzialnych za pojawienie się w uniwersach SF humanoidów, nie potępiałbym twórców istot takich jak Obcy. Starają się jak mogą, aby ich stworzenia wyglądały tak obco jak to tylko możliwe, uatrakcyjniając je o coraz bardziej wymyślne cechy. To o wiele ambitniejsze zadanie aniżeli danie aktorowi pary fioletowych szkieł kontaktowych i plastikowej nasadki na głowę.

O kroczek dalej idą ci scenarzyści filmowi i pisarze, którzy nie bawią się w naśladowanie dużych zwierząt, ale mikrobów. Jednak i tu istoty obce są za mało obce. Mało, że po dokładnym oglądzie okazuje się, że posiadają DNA, to jeszcze na ogół wchodzą w reakcję z ludzkim organizmem – zupełnie tak, jak infekty ziemskie. Na jakiej zatem podstawie bohaterowie filmu czy serialu twierdza, że owe zarazki są pozaziemskie?

Jak widzimy, autorzy SF nie do końca radzą sobie z tworzeniem obcych tak, aby było to z jednej strony interesujące, z drugiej wiarygodne. Jak dotychczas ledwie kilkukrotnie natknąłem się na stricte naukowe idee przedstawiające pozaziemskie istoty – jedna z nich, dotyczy krzemowych kryształów, rosnących na powierzchni planety i przypominających nieco krzaki, druga zaś – istot żyjących w koronach gwiazd. Obie przedstawiają coś, czego na ziemi nie ma i tak obce, że aż trudne do wyobrażenia. I to jest właśnie fascynujące.

SPOJRZENIE PIERWSZE: KSIĄŻKA STANISŁAWA LEMA

Przekonanie o obcości obcych oraz odraza do idei humanoidalnych kosmitów – to dwie cechy które łączą mnie z genialnym polskim pisarzem Stanisławem Lemem. Uchybieniem dla inteligencji czytelnika byłoby tłumaczenie w tym miejscu kim był Stanisław Lem, bo to człowiek zewsząd znany, ikona polskiego (i nie tylko polskiego) fantastycznonaukowego pisarstwa. No właśnie – fantastycznonaukowego. W odróżnieniu od tysięcy innych pisarzy czy scenarzystów, bujających w obłokach absurdu, Lem jak najbardziej poważnie podszedł do terminu “fantastyczno-NAUKOWY” (nacisk na drugi człon celowy) i unikał radosnej twórczości pozbawionej naukowej refleksji.

Dlatego też z przyjemnością przeczytałem jego “Solaris”. Po raz pierwszy w filmie czy literaturze spotkałem istotę naprawdę obcą. Istotę, której istnienie jestem w stanie zaakceptować, przy której poznawaniu nie prychnąłem z pogardą dla małej wyobraźni autora ani nie kiwałem z niedowierzaniem głową jak to zwykłem robić po tym, kiedy twórca przedstawia coś głupszego aniżeli sięga moje wyobrażenie głupoty. Formę życia tak odstającą od naszych wyobrażeń o istotach pozaziemskich, że większośc z nas odrzuci ją bez wahania. Istotą tą bowiem jest… cała planeta – tytułowa Solaris. A w zasadzie nie tyle planeta, co pokrywający ją cytoplazmatyczny ocean. Ocean zdaje się żyć własnym życiem, jest w ciągłym ruchu, a na jego powierzchni co rusz pojawiają się i znikają fascynujące twory – długonie, mimoidy, symetriady, asymetriady oraz kilka innych, których nazw nie pomnę. Nie są one tworzone przez proste zjawiska fizyczne, ale zdają się być jakimiś przejawami aktywności tej planety. Powstają celowo i każda z nich ma do spełnienia jakieś zadanie…

Nawiązanie kontaktu z takim wielkim planetarnym mózgiem jest bardzo trudne, żeby nie rzec – niemożliwe. Wszak Solaris jest sama i samotna, istnieje dla siebie. Nie posiadając żadnych towarzyszy swojego żywota, od samego swojego powstania będąc jedyną znaną sobie istotą, nie zdołała w sobie wytworzyć żadnych zdolności społecznych, żadnej potrzeby kontaktu z kimkolwiek. To jeszcze bardziej przeraża, ale jednocześnie pokazuje, jak obcą nam istotą jest Solaris. Trudno wyobrazić sobie jeszcze bardziej odstającą od naszego wyobrażenia formę życia – chwała za to Lemowi!

Oprócz rozległego wątku dotyczącego historii eksploracji i badań nad tą niezwykłą żyjącą planetą, Lem wprowadził także wątek traktujący o tym, co dzieje się z trójką astronautów mieszkających w orbitującej nad nią stacji kosmicznej. Zaczynają oni bowiem widywać dziwne rzeczy, ludzi, którzy przebywających gdzieś zupełnie daleko, a nawet nieżyjących. Jedną z nich jest Harey, zmarła przed laty żona głównego bohatera. Wydaje się, że właśnie tym wątkiem Lem ukręcił sam na siebie bicz, który zabił obie ekranizacje powieści.

Solaris doczekał się bowiem dwóch ekranizacji. Co ciekawe i ważne, budujące i druzgoczące zarazem, żadna z tych ekranizacji nie jest polska. Budujące – bo to jawny dowód na to, że Stanisław Lem zdobył uznanie za granicą, włączony został do kanonu wielkich pisarzy SF i szanowanych postaci z tego środowiska. Druzgoczące – bo świadczy to o poziomie polskiej kinematografii, która potrafi po raz milionowy wałkować jeden i ten sam wątek w kolejnych hitach będących ekranizacjami powieści Grocholi, ale nie umie wziąć się za ekranizacje wielkiego dzieła największego polskiego pisarza SF. W ogóle polskie kino SF leży i kwiczy. Jeżeli odrzucimy “Pana Kleksa w Kosmosie”, który to film SF żadną miarą kwalifikować się nie może, okazuje się, że od czasu świetnej swoją drogą “Seksmisji” nie nakręciliśmy ani jednego filmu SF. Tak więc musimy zadowolić się wspomnianym Panem Kleksem, tudzież “Reksiem w Kosmosie”. Szkoda, że polscy twórcy filmowi nie dostrzegają ogromnego potencjału w powieściach Lema, z drugiej jednak strony – po wszelakich “Wiedźminach”, “Quo Vadisach” i wysokobudżetowych polskich filmach widzimy, że superprodukcje w naszym rodzimym wydaniu spotykają się z ostrą krytyką widowni, dodajmy jeszcze, że nierzadko uzasadnioną. Pozostańmy zatem może przy kolejnych powieściach Grocholi. Kilka jeszcze zostało do zekranizowania. Niechaj plebs się cieszy i raduje obserwując amory Judyty z kimśtam, a elita… no, elita zasiądzie przed radzieckim i amerykańskim Solarisem.

SPOJRZENIE DRUGIE: FILM ANDRIEJA TARKOWSKIEGO

Pierwszym reżyserem, który podjął się realizacji trudnego jak się wydaje w ekranizacji Solarisa był rosyjski reżyser Andriej Arseniewicz Tarkowski. Tu drobna dygresja. Przypomina mi się bowiem jak na studiach w trakcie wykładu z fizyki profesor uświadamiał nas, że Nikola Tesla był Chorwatem. I pokreślał z całą stanowczością – CHORWATEM. A nie żadnym Jugosłowianinem. Toteż przestrzegam przed robieniem z Tarkowskiego reżysera radzieckiego.

A film… no cóż. Wszystkich, którzy chcieliby obejrzeć jego Solarisa z 1972 muszę ostrzec. Tarkowski to nie był rosyjski Spielberg. Bliżej mu raczej do Kieślowskiego czy Bergmana. Możemy zatem spodziewać się charakterystycznych dla tego typu kina zabiegów reżyserskich; przygotować trzeba się na dłużyzny, sceny w których nic się nie dzieje, momenty, kiedy patrzymy minutę na twarz bohatera kiedy ten zastanawia się co powiedzieć itd. Charakterystyczną cechą tego typu filmów jest też i to, że cała akcję można streścić w formie trzyminutowej wypowiedzi. Nie jestem fanem takiego kina, chociaż od czasu do czasu tego typu film sobie obejrzę ponieważ uważam, że obrazy takie niosą ze sobą pewną dawkę ekspesji, wyciszają i uwrażliwiają. No, ale jak rzekłem – od czasu do czasu i to raczej długiego czasu.

Tarkowski w swoim “Solarisie” wyraźnie spłaszczył i okroił wątek, który mnie akurat najbardziej interesował i który zajmował nieco ponad połowę książki – wątek badań prowadzonych na Solarisie, tudzież rozlicznych teorii na temat tej planety oraz jej zachowań. Od czasu do czasu oczywiście następuje nawiązanie do fragmentów powieści traktujących na ten temat (a nawet nawiązań tych jest dość dużo), jednak najwięcej ekranowego czasu zajmuje pokazywanie relacji między Chrisem, a Harey, tudzież nasączone filozofią rozmowy między bohaterami. W pamięć zapada dialog, w którym Snaut mówi: “My nie szukamy kosmosu – chcemy jedynie poszerzyć ziemię”, nawiązując do strachu przed nieznanym, niechęci do jakichkolwiek odkryć (takich jak choćby te na Solarisie) oraz predyspozycji ludzkości do duszenia się we własnym sosie i zamykania na wszystko to, co obce i nieznane.

Szczerze mówiąc, nie leży mi zbytnio ten film. Długi, nudny i taki właśnie bergmanowski. Ale to rzecz gustu. Wielu jest takich, którzy uważają ekranizację Tarkowskiego za intrygujące i inspirujące arcydzieło, perełkę sowieckiego kina. Rzecz gustu. Nadmienię jeszcze, że Lem również był delikatnie rzecz ujmując średnio zadowolony.

SPOJRZENIE TRZECIE: FILM STEVENA SODERBERGHA

Jeśli chodzi o film Soderbergha z 2002 (zwany powszechnie “Solarisem z Clooneyem”)… no cóż, powiem tak: ten to dopiero poszalał! O ile Tarkowski przeniósł wyraźnie punkt ciężkości z zagadkowości i tajemniczości planety na relacje psychologiczne między głównym bohaterem, a jego żoną, to twórca amerykańskiej wersji poszedł na całość, wywalając z książki wszystko to, co ma bezpośredni związek z badaniami i naturą planety, zostawiając jedynie znaną z powieści czwórkę bohaterów, zmieniając jednak ich nazwiska, a nawet płeć – np. z Santoriusa zrobiono nam czarnoskórą dr Gordon. Praktycznie cały film oparto na skomplikowanej (i dodajmy od razu – nudnej) analizie stosunków między Chrisem i Harey… e, to znaczy chciałem rzec: Chrisem, a Rheą, bo tak Soderbergh ochrzcił żonę głównego bohatera. Pobawił się przy tym w kilka nowych szczegółów – sporo filmowego czasu zajmuje pokazanie (w formie retrospekcji) życia na Ziemi Chrisa i Rhei, dowiadujemy się m.in. jak się poznali, o powodach rozstania itd. Wszystko sprowadza się ogólnie do tego, że Chrisa trapią wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności za śmierć Harey i boi się teraz ją stracić drugi raz. O samej jednak planecie Solaris, której opis zajął – przypominam jeszcze raz – ponad pół książki, w filmie nie ma ani słowa. Jedynie od czasu do czasu pokazano jej tajemniczą powierzchnię sugerując jakby, że to ona jest przyczyną wszystkich zwidów na stacji. Dużo kontrowersji wywołać też może zakończenie. Abstrahując już od faktu, że ostatnich kilkanaście minut nijak nie ma się do tego, co mogliśmy przeczytać w książce, przyznać trzeba, że końcówka jest zawiła, zakręcona i dająca wiele możliwości interpretacji. Mnie osobiście nie do końca to przekonuje i wydaje mi się naciągane i śmierdzące boską interwencją. Reżyser ma prawo do własnej interpretacji książki, wydaje się jednak, że tym razem przesadził.

Nie mogę jednak powiedzieć, że z Solarisa Soderbergh zrobił komercyjną, ckliwą miłosną kaszanę… Wręcz przeciwnie – mamy film wysmakowany, przemyślany, nowatorski i daleki od klasycznej holywoodzkiej tandety. Co nie zmienia faktu, że nudny i niewiele mający wspólnego z książkowym oryginałem. Sam Lem nigdy nie go obejrzał, zaś na podstawie prasowych recenzji stwierdził, że film niegodzien jest nosić tytuł Solaris i winien raczej być nazwany “Love in the outer space”. To mówi samo za siebie…

Podsumowując: Książka “Solaris” to rewelacja. Już kombinuję własny egzemplarz i polecam wszystkim szukającym w SF czegoś ponad utarte schematy. Jeżeli chodzi o filmy… nie sądzę, abym w przeciągu najbliższych kilku(nastu) lat do któregokolwiek z nich wrócił. Nie uwzględniają one bowiem akurat tego, co mnie w “Solarisie” zafascynowało najbardziej – daremnej próby kontaktu z istotą, która być może jest równie inteligentna jak my, ale jednocześnie jest od nas bardzo różna pod każdym względem. To, co stanowiło siłę książki, zostało z filmów wydarte. A szkoda.

 

108. Star Trek: Classic Movies (I-VI) 24 kwiecień 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Film — HaeS @ 7:14 pm

Uniwersum Star Treka zaczyna mnie wciągać coraz bardziej. Po obejrzeniu całego serialu “Star Trek: The Original Series”, nadszedł czas na kolejny etap w mojej karierze startrekowego oglądacza. Obejrzałem bowiem startrekowe filmy. Jest jest sześć (tak naprawdę jest ich dziesięć, ale ja skupię się jedynie na pierwszych sześciu, które obejrzałem i w których do czynienia mamy ze starą, dobrą załogą). Nie będę omawiał każdego z nich z osobna, omówię zatem je jako pewną całość. We wszystkich sześciu częściach udało się zebrać wszystkich najważniejszych bohaterów – Kirka, Spocka, McCoya, Scotty’ego, Sulu, Uhurę i Chekova. Dodatkowo w części filmów widzimy siostrę Chapel (która z czasem awansuje na dr Chapel), a nawet Yanice Rand, która wyparowała nam gdzieś po 1. sezonie TOSa. Niestety, wraz z wiekiem straciła cały swój urok. Warto także napisać, że wpisania scenariusza niektórych części, a także do ich reżyserowania podjęli się Kirk i Spock… eee, to znaczy chciałem powiedzieć: William Shattner i Leonard Nimoy.

Urok filmów z serii Star Trek polega przede wszystkim na tym, że kręcono je w sumie przez 12 lat. Aktorzy (a wraz z nimi bohaterowie) starzeją się zatem z każdą częścią. Najbardziej widać do po Scottym, który już w pierwszej części wygląda dużo starzej niż w serialu, natomiast w ostatnich filmach, w których grający mojego ulubionego bohatera z TOSa James Doohan jest siwy, wyraźnie przytył i nosi wąsa, ciężko w nim rozpoznać starego, dobrego Scotty’ego i tylko charakterystyczny głos i akcent go zdradza. Czas odciska zresztą swoje piętno na każdym z akorów (i tym samym bohaterów), ale nie ma się co dziwić – wszak filmy były kręcone w latach 1979-1991, czyli 11-23 lat po zakończeniu emisji serialu. W ostatnim filmie DeForest Kelley (czyli McCoy) ma już 71 lat! Ma to też i swoje dobre strony. Widzimy co się dzieje z załogą Star Treka, śledzimy karierę każdej postaci i nie powiem, jest to ciekawe doświadczenie dla widza, a dzięki temu, że aktorzy się starzeją (a nie np. są charakteryzowani na bycie starszymi niż są) całość zyskuje na autentyczności. Żałuję jedynie, że nie doszliśmy do momentu, w którym bohaterowie (chociaż kilku) zaczynają ginąć bądź umierać. Poza tym, że seria zyskałaby na dramatyczności, znakomicie domknęłoby to historię.

Co jeszcze się zmieniło? Bohaterowie nie noszą już obcisłych, pedalskich sweterków, tylko pełnowartościowe mundury, godne oficerów gwiezdnej floty. Klingonowie nareszcie wyglądają jak Klingonowie, a nie jak ludzie rasy zakaukaskiej. Zmieniła się muzyka (motyw muzyczny z piewrszego filmu wykorzystany został później jako główny motyw serialu “The Next Generation”). Zmienił się też sposób realizacji – nareszcie Star Trek jest bardziej “filmowy” aniżeli “serialowy”. Widać to we wszystkim: dynamice scenariusza, zaangażowaniu aktorów, ujęciach kamery, a nawet kolorach taśmy.

Z żalem rzec jednak muszę, iż oglądając filmy, ma się wrażenie że na każdy kolejny obraz wydano o połowę mniej kasy aniżeli na poprzedni. Pierwszy film, “The Motion Picture” przenosi nas w zupełnie inną jakość realizacji. Oglądamy cudowne krajobrazy, a niektóre ujęcia szokują swoim sposobem realizacji. Największe wrażenie robi scena (dość długa), w której Kirk i Scotty za pomocą kapsuły poruszają się wzdłuż statku Enterprise. Wielkiego i majestatycznego. Scenka doprawdy cudowna i strasznie zazdroszczę tym, którzy oglądali to w kinie. Mnie z racji wieku oraz kraju zamieszkania nie było to dane. Zresztą, sami looknijcie:

W pierwszej części czepiać można się jedynie komputerowych efektów specjalnych: wchodzenia w prędkość warp oraz teleportacji. Na szczęście, w kolejnych zostało to poprawione i wygląda dużo lepiej. Niestety, im większy film ma numerek przy nazwie, tym mniej takich momentów, na widok których serce mocniej bije, a oddech zostaje wstrzymany z zachwytu. Oszczędza się na takich imponujących scenkach jak ta z powyższego filmiku, a także na wielu innych rzeczach, przez co to szlag trafia całą filmowość Treka, tak bardzo widoczną w pierwszej części. W zasadzie trzy ostatnie filmy przypominają już swoim sposobem realizacji raczej nieco dłuższe odcinki, a w najlepszym wypadku filmy telewizyjne, absolutnie nie nadające się do puszczania w kinach.

Ale i tak jest fajnie. Star Trek Movies to jakby sześć odcinków kolejnego sezonu Star Treka. Odcinków długich, bo trwających 100-130 minut, odcinków dobrych (chociaż nie rewelacyjnych), nieporównywalnie lepiej zrealizowanych aniżeli serial i wreszcie odcinków pokazujących nam, że nic nie jest wieczne. Nawet załoga Star Treka. Filmy to świetne zwienczenie serialu.

Ale to już przeszłość. Teraz czas zabrać się za TNG…

 

100. Pokój 1408 12 kwiecień 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film — HaeS @ 5:12 pm

Film obejrzałem będąc u mojego kuzyna. Podczas gdy ten akurat babrał się z moim samochodem (i chwała mu za to), ja zostałem sam na sam z płytką z tym filmem. Zachęcony przez niego, wrzuciłem w czytnik, niemniej jednak z pewnym przestrachem, bo nie od dziś wiadomo, że nasze gusta filmowe znacząco się różnią.

1408 to ekranizacja powieści Stephena Kinga, słynącego wszak z udanych ekranizacji (wystarczy wspomnieć “Lśnienie”, “Skazanych na Shawshank” i “Zieloną Milę”). Film z pogranicza horroru i thrillera; jak dla mnie punkt ciężkości wyraźnie przesunięty jest w stronę “horror”, niemniej jednak spotkałem się też z określeniem filmu jako thriller i może nawet coś w tym jest. Przez długi czas bowiem nie wiemy, czy wszystko dzieje się naprawdę, czy tylko w wyobraźni.

Fabuła filmu dotyczy pisarza, który żądny silnych wrażeń oraz natchnienia do pisania nowej książki wynajmuje na jedną noc hotelowy pokój o ponurej sławie. Wielu gości nocujących w tym pokoju zmarło w tajemniczych okoliczościach, w ktore uwiklane sa jakies zjawiska paranormalne, dlatego też od wielu lat zostaje zamknięty na klucz. Pomimo tego, że kierownik hotelu wyraźnie odradza pisarzowi wynajęcie tego pokoju, ten uparcie obstaje przy swoim. Ostatecznie gosc otrzymuje klucz od lokum i niemal od samego początku zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Jednak tajemnicze odgłosy i wariujące urządzenia elektroniczne to dopiero początek…

Obejrzałem mniej więcej połowę i już, myśląc o tym, co za kilka godzin napiszą na blogu, myślałem, że napiszę umiarkowanie pozytywną recenzję. Film bowiem trzyma w napięciu, umie miejscami wystraszyć (a uwierzcie, wystraszyć mnie to niezła sztuka – na horrory wszelakie jestem niestety uodporniony), a poza tym wciąga swoją tajemniczą fabułą. Im jednak dalej, tym gorzej. Z czasem film staje się na przemian albo przewidywalny do bólu i bez wahania mozemy rzec, co stanie sie za kilka minut, albo też – co gorsza – zupełnie nieprzywidywalny i od czasu do czasu dzieje się coś tak głupiego i niespodziewanego, że nawet gdyby przez sufit wskoczył królik z Alicji z Krainy Czarów, nie kontrastowałoby to z tym, co dzieje się w filmie.  Jednym slowem – chaotyczna mieszanka.

Zachwycony niestety nie jestem. Z żalem oznajmiam, że ogrom głupot jakie obejrzałem przeraził mnie. Próbując widza przerazić, twórcy poszli jednak o krok za daleko, próbując zgromadzić za dużo pomysłów za jednym razem, w jednym filmie no i wyszła taka troszkę groteska, bezsensowny misz-masz różnych motywów. Film niestety niewiele jednak ma pozytywów i jedynie fanom gatunku mogę go polecić, aczkolwiek z pewnym wahaniem.

 

95. Twin Peaks – alternatywne zakończenie 30 marzec 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film, Seriale — HaeS @ 9:56 am

Twin Peaks, swego czasu wychwalany przeze mnie w niebogłosy (a obecnie nie wychwalany tylko dlatego, że po siedmiu obejrzeniach nieco spowszechniał… ale kurewsko zazdroszczę tym, którzy wciąż są PRZED), był kręcony, jak kazdy przyzwoity (i nieprzyzwoity zresztą też) serial w formule charakterystycznej dla produkcji telewizyjnych – najpierw kręci się pilota, którego ogląda jakaś tam komisja (czasem rolę komisji pełni widownia telewizyjna) i dopiero na podstawie pilota decyduje się czy kręcić serial dalej czy dać sobie spokój. Pilot do Twin Peaks, tytułowany czasem “Northwest passage” (wersja przeze mnie preferowana), a czasem jedynie per “Pilot” był odcinkiem niezwykle wkręcającym w serial, znakomicie pokazującym co się będzie działo i jaki będzie klimat produkcji. No i jak wszyscy wiemy, pilot został zaaprobowany przez komisję , a oczekiwania jakie widzowie mogli mieć po obejrzeniu pilota zostały w 100%, a może nawet i wiecej, spełnione. Serial okazał się spektakularnym sukcesem i szybko wskoczył do kanonu produkcji kultowych.

Jednak Lynch, jako stara wyga filmowego świata, przekazując pilota stacji ABC, znakomicie wiedział, że serial może zostać odrzucony i na tę możliwość się przygotował. Nakręcone zostało ok. 20-minutowe zakończenie pilota w taki sposób, aby pilot wraz z tym zakończeniem tworzył jeden zamknięty ciąg wydarzeń (o ile można mówić o zamkniętym ciągu wydarzeń u Lyncha). W ten właśnie sposób powstał film “Twin Peaks”, który wydany został w Europie (także w Polsce). Oczywiście pomysł po zaaprobowaniu pilota okazał się być jedynie efektem nadgorliwości Lyncha, ale jednak wciąż jakieś tam kopie zostały i “Twin Peaks” pojawia się od czasu do czasu na Allegro i na ogół końcowa cena na aukcji jest dość wysoka. W oryginalnych wydaniach DVD też jest opcja obejrzenia alternatywnego zakończenia pilota.

Jeżeli ktoś pamięta mniej więcej co działo się w pilocie, to zapewne wie, że już prawie na samym końcu jest scena, w której szeryf wraz z Josie wychodzą przed dom i Josie mówi “to musiało się stać o tej porze. 24 godziny temu”. Po tej właśnie scenie rozpoczyna się alternatywne zakokończenie. Zakończenie to zupełnie nie przystaje do tego, co mieliśmy w serialu. Jest z nim jawnie sprzeczne i w żaden sposób się nie uzupełniają. Nie powinienem spoilerować, ale powiem jedynie, że BOB okazuje się być żywym, prawdziwym człowiekiem, o dość specyficznej osobowości jakich to sporo spotkaliśmy u Lyncha – przypomina maniakalnego szaleńca, zaś Mike to też świr tyle, że innego kalibru. Tak w ogóle to zakończenie zostało przemontowane i pod koniec odcinka 1×02 (“Zen, or the Skill to Catch a Killer”) wykorzystane w śnie Coopera. Tyle tylko, że to, co było w śnie, tutaj dzieje się naprawdę.

“Northwest Passage” wraz z omawianym zakończeniem tworzy film, który, niestety, nie powala na kolana. Jak to u Lyncha, popada z czasem w absurd i bezsens, niezrozumiałą papkę i miks motywów, które ciężko ze sobą połączyć i zrozumieć o co w tym chodzi. Gdyby powstał tylko film “Twin Peaks”, prawdopodobnie odszedłby w zapomnienie jako nieudany film Lyncha bądź produkcja, która mogła byc czymś więcej, a skończyła jak skończyła. Całe szczęście jednak, że szychy z ABC zadecydowały, że warto tę historię ciągnąć i dzięki temu powstał jeden z najlepszych seriali wszechczasów. Ale i tak warto na pewno obejrzeć tę alterantywną końcówkę.

Przez chwilę czułem się jeszcze raz jakby oglądał serial po raz piewrszy. Nie musiałem już oglądać po raz n-ty tych samych scen, ale coś nowego, coś nieznanego. Nowe dialogi, nowe wydarzenia, nowe scenki. Najbardziej rozwaliła mnie Lucy rozmawiająca przez telefon podczas gdy Andy przeszkadza jej grać na trąbce. I wtedy jeszcze raz poczułem i zrozumiałem, co czują ludzie, który TP oglądają po raz pierwszy. Cieszę się, że dane było mi przeżyć jeszcze raz choćby namiastkę tego uczucia.

 

94. The Thing Johna Carpentera 29 marzec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film — R-Chee @ 9:39 pm

Antarktyda. Dookoła tylko śnieg i lód. W środku tego pustkowia znajduje się niewielka baza badawcza, w której pracuje dwunastu nieco zdziwaczałych facetów. Z powodu złych warunków atmosferycznych nie potrafią skontaktować się ze światem zewnętrznym. Mimo to, badacze starają się w miarę możliwości życ normalnie z dnia na dzień. Niespodziewanie w bazie pojawia się zabójca rodem z najgłębszych otchłani piekieł. Co gorsza, nikt tak na prawdę nie może być pewny, czy ów zabójca nie kryje się wśród nich. Jak zatem przetrwać, skoro nie możesz zaufać nikomu prócz sobie?

The Thing, znany u nas pod tytułem “Coś”, to kultowy już horror science-fiction, będący w istocie pierwszym filmem Johna Carpentera stworzonym dla dużej wytwórni filmowej. Co więcej, nakręcony w 1982 roku film jest przez wielu fanów uważany za najlepszy obraz tego reżysera, a także jeden z najlepszych horrorów w historii kina. I ja również podzielam to zdanie.
Jak wierzyć nieoficjalnym źródłom, The Thing jest pierwszym filmem z trylogii Carpentera, którą reżyser nazywa Apokaliptyczną trylogią. Pozostałe filmy to Książę Ciemności z 1987 roku i powstały rok później: Oni żyją. Pierwszego nie widziałem, drugi z kolei był filmem średnim, acz miał w sobie pewien niepokojący przekaz. Daleko mu jednak było do historii przedstawionej w The Thing.

Otóż fabuła The Thing skupia się na historii załogi amerykańskiej stacji badawczej (Stacja 31) gdzieś na śnieżnych pustkowiach Antarktydy. Pewnego, jak się okazuje feralnego dnia, dochodzi do niecodziennej sytuacji. W okolicach bazy pojawiają się uzbrojeni po zęby szwedzcy “badacze” z sąsiedztwa, polujący na uciekającego przed nimi psa. Dochodzi do konfliktu w skutek którego Europejczycy tracą życie. Jak się później okazuje, uciekające zwierzę nie było zwyczajnym psem, lecz pozaziemską formą życia potrafiąca niemal idealnie przybierać kształty zasymilowanych ludzi i zwierząt, a którą ów Szwedzi wykopali z zamarzniętego przed wiekami statku kosmicznego. Kolejni badacze padają ofiarą potwora. Co gorsza nikt nie ma stu procentowej pewności kto jest jeszcze normalnym człowiekiem, a kto został już zasymilowany przez obcego.

Jednym z najważniejszych atutów filmu jest bez wątpienia jego klimat – klaustrofobiczna atmosfera, brak zaufania do współtowarzyszy i nieznane zło czające się w ciemnościach i czyhające na nasze życie. Śmiało można rzec, że ów klimat przypomina ten z jakim mieliśmy do czynienia w serii filmów z Obcym w roli głównej. Do tego dochodzi nastrojowa, idealnie wpasowana w akcję ścieżka dźwiękowa, doskonałe jak na tamte czasy efekty specjalne, oraz całkiem niezłe aktorstwo, pomimo iż po za odtwarzającym główną rolę Kurtem Russelem, nie uświadczymy w filmie gwiazd pierwszego formatu.

Jak wierzyć anonimowym użytkownikom internetu, powstało alternatywne zakończenia filmu. Jednak nie mam żadnych pewności czy ów rzeczywiście istnieje. Wśród spamu, idiotyzmów i fan-fiction, najsensowniejsza wydaje się wersja, w której pokazana jest spalona na drugi dzień baza (kinowa wersja kończy się w chwili, gdy ów baza płonie), a chwilę później biegnący pies, który zatrzymuje się na chwilę, spoglądając za siebie na zgliszcza. Tym którzy film widzieli, nie muszę chyba tłumaczyć co ów scena sugeruje.

Film Johna Carpentera to w istocie remake filmu “The Thing from Another World” z 1951r. Ten z kolei jest pierwszą ekranizacją opowiadania Johna W. Campbella Jr. pt.: “Who Goes There?”. Ponoć istnieje polskie wydanie ów książki, ale jest bardzo trudno dostępne. Powstała także nowelizacja napisana przez Alana Deana Fostera, która jednak nie zyskała zbyt pochlebnych recenzji.

Co ciekawe, coraz częściej można poczytać z nieoficjalnych źródeł, jakoby przymierzano się do nakręcenia kolejnej wersji filmu. Już w 2002 roku pojawiły się plany realizacji serialu na podstawie książki Campbella. Pomysł upadł, acz niedawno, bo w 2006 roku studio Universal przedstawiło swoje plany co do realizacji remake’u filmu Carpentera (a właściwie remake remake’u). Ponoć za scenariusz miałby odpowiadać związany z “Battlestar Galactica” Ronald D.Moore. Serial może nie byłby zły, ale pomysł stworzenia nowego filmu już nie napawa mnie zbytnim optymizmem.

Opisując uniwersum The Thing nie można nie wspomnieć o wydanej w 2002 roku grze na PC. Akcja gry rozpoczyna się w momencie, w którym skończył się film. Do bazy na Antarktydzie wyrusza oddział marines dowodzony przez kapitana Blake’a. Ekspedycja musi poznać prawdę o wydarzeniach, jakie miały miejsce w Stacji 31. Szczerze mówiąc nie grałem nigdy w tę grę (choć gdybym miał okazję, chętnie bym się zagłębił w jej świat). Widziałem jednak trailer ów produktu i muszę przyznać, że wyglądał całkiem nieźle (czuje się klimat filmu).

Niech się zatem chowają wszystkie współczesne pseudo-horrory, bo uczciwie mówiąc The Thing to jeden z najlepszych horrorów w historii kina, który widziałem już co najmniej 4-krotnie (ostatnio całkiem niedawno w TV). I aż dziw, że nigdy nie doczekał się kontynuacji (choć może to i dobrze). GORĄCO POLECAM!!!

 

91. Harry Potter i Kamień filozoficzny (książka, film & gra komputerowa) 22 marzec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film, Gry, Książki — HaeS @ 10:01 am

Nie znać Harry’ego Pottera w dzisiejszym świecie, gdzie otacza nas ze wszystkich stron, parodiowany jest w filmach i programach telewizyjnych, nawiązuje się do niego tu i ówdzie, mówi się o nim, to po prostu wstyd – z takiego założenia wyszedłem wychodząc z bilbioteki z “Harrym Potterem i Kamieniem Filozoficznym” pod pachą. Tak, tak – HaeS postanowił zapoznać się z tą książką, dowiedzieć się o co jest tyle szumu i dlaczego ma to tylu fanów. Fabuły streszczać nie muszę – wszak wszyscy wiedzą, że do czynienia mamy z młodocianym czarodziejem, który dopiero poznaje tajniki magii w szkole w Hogwarcie. Czytając książkę, jednocześnie ssałem film i grę komputerową o Harrym. Dobrze wszak mieć pełny ogląd sytuacji.

I po przeczytaniu z żalem stwierdziłem, że książka na pewno nie zachwyca. Ot, takie czytadło. Dziecinne, ale nie na tyle, żeby odpychało. Można poczytać, troszkę się dzieje, ale trudno mówić o wyciąganiu z tej książki jakiejś swojej filozofii życiowej, prowokowaniu do przemyśleń i refleksji czy o zmianie światopoglądu. Rzekłbym, że to taki klasyczny przypadek kiedy produkt raczej przeciętny i nie wyróżniający się z szeregu innych staje się znany, popularny, aż w końcu kultowy tylko i wyłącznie dzięki zręcznemu marketingowi a także w pewnym stopniu – co warto podkreślić – umiejętnej akcji promocyjnej którą zasponsorowanej przez Kościół. Wszak na tym samym patencie stasus bestsellera zdobył “Kod Leonarda da Vinci”, która to książka w życiu nie wypłynęłaby na tak szerokie wody mainstreamu, gdyby tylko Karol W. wraz z Josephem R. siedzieli cicho. Wszak każdy myślący człowiek załapie że “Kod” śmierdzi na kilometr bujną wyobraźnią autora i fikcją literacką. Ach, zapomniałem – ludzie Kościoła nie powinni myśleć. Wszak myśli za nich ktoś inny, kto wie lepiej.

Stosunek Kościoła do cyklu o mlodym czarodzieju tez nie do końca jest dla mnie zrozumiały, ale nie wnikam w to – być może po zakończeniu wszystkich tomów (co chyba jednak zrobię) poczytam sobie jeszcze jakąś książkę z serii “Harry Potter – dobry czy zły?”, bo takowych się troszkę nakładem powiązanych z Kościołem wydawnictw ukazało i wtedy się dopiero ustosunkuję do argumentów. Gdybym miał mówić teraz, rzekłbym, że argumenty Kościoła przeciwko HP są śmieszne, żeby nie rzec żałosne. Wszak satanizmu w HP nie ma w ogóle, a takie rzeczy jak czary, smoki, potwory i bestie jakby żywcem z piekła wzięte pojawiają się bardzo często w literaturze dziecięcej i czepianie się akurat Harry’ego jest jakby nie na miejscu. No, ale dokłanie wypowiem się po przeczytaniu takiej książki (o ile w ogóle przeczytam); jakby co, można liczyć na moją relację z lektury na blogu.

Za kolejne książki się raczej zabiorę, ale mój pierwotny pomysł posiadania własnej kolekcji ksiażek o Harrym chyba jednak nie końca jest pomysłem trafionym. Skorzystam raczej z usług okolicznej biblioteki.

Jeżeli chodzi o film, pomimo pewnych widocznych dla osoby świeżo po lekturze książki uproszczeń i przemilczeń, można nazwać wierną adaptacją książki. Cieszę się, że film powstał, bo dzięki temu wiem jak wyglądać mógł Ron, Hermiona, profesorowie i w ogóle wszystkie postacie, tudzież magiczne miejsca i przedmioty. Poza tym jednak – film jest nuuuuuuuuuudny, szczególnie jak ktoś czytał książkę. Po co oglądać film, jak wie się, co się stanie za 10 minut? O ile książka to takie czytadło, to film – oglądadło, a na dodatek dziecinada do bólu. Ale nie ma co się dziwić. Wszak film jest dla dzieci i o dzieciach. Jedyną rzeczą dla której film ogląda się miło jest Emma Watson jako Hermiona… e, nic nie piszę o więcej Hermionie bo gotowi jeszcze jesteście powiedzieć, że pedofil jestem.

Wyraźnie najsłabiej na tle tego wszystkiego wychodzi gra komputerowa. Jak ona wyglada? Wyobrazcie sobie Tomb Raidera, w ktorym zamiast Lary stoi Harry. I na tym koncza sie podobienstwa. Gra jest wyraźnie nakierowana na dzieci – nie ma w sobie, trudnej zagadki ani łamigłówki, do bólu liniową fabułę, dostep tylko do tych lokacji, które akurat są potrzebne, w dodatku zwiedzanych w scisle okreslonej kolejnosci – to wszystko zniecheca. Sterowanie jest z jednej strony intuicyjne, z drugiej – maksymalnie uproszczone. Dla przykladu powiem, ze nie ma przycisku sluzacego do wspinania sie np. na skalne półki – wystarczy biec w kierunku takiej półki, a Harry sam na się na nią wespnie (wspinie? wspnie? – polski język jest jak dla mnie zbyt skomplikowany). Co tu dużo gadać, trza rzec wprost: gra jest dziecinna i infantylna. Dograłem mniej więcej do połowy (tuż po wykluciu smoka) i skończyłem kiedy za nic w świecie nie mogłem złapać znicza w quiddichu. Muzyka w grze tworzy fajny klimacik, głosy bohaterów ani nie grzeją ani nie ziębią, grafika zaś – no cóż, gra ma swoje lata, chociaż jak dla mnie (jestem mało wymagającym graczem) spokojnie wystarczy. Ale fabularnie gra wypada slabiutenko.

No cóż, książkę raczej polecam jako czytadło i wypełniacz czasu, film można sobie odpuścić, w najlepszym wypadku obejrzeć fragmentami żeby mieć wyobrażenie jak mogliby wygladać poszczególni bohaterowie, gra zaś zdecydowanie ssie i nie warto nawet jej tykać. Jak rzekłem, książkom dam szansę, filmy oglądał będę o ile da się je obejrzeć, a swoją przygodę z Harry’owymi grami zakończę na “Kamieniu Filozoficznym”.

 

90. Gandahar 15 marzec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film — HaeS @ 10:35 am

Gandahar pierwszy raz widziałem w wieku ok. 10 lat, czyli tak dawno temu, że nawet ja sam tego nie pamiętam. Po tych wszystkich latach w głowie pozostały mi jedynie pewne szczegóły (a konkretnie – ferroidy), pamietałem jak bardzo się tego filmu ale jednak sam przebieg akcji i tytuł filmu zostały gdzieś w mrocznym zakamarku mojej mózgowiny i dopiero pomoc internautów, którzy z kilku luźno rzuconych haseł skojarzyli o jakich film mi chodzi i podali tytuł sprawiła, że po kilkulastu latach mogłem powrócić do Gandaharu. I nie żałuję ani troszkę. Po tych latach stwierdzam jedną rzecz – film pomimo tego, że animowany, absolutnie nie jest dla dzieci. Jest zbyt przerażający jak na dziecięcą psychikę, panienki latają z gołymi cycami, a nawet mamy do czynienia ze sceną erotyczną.

Trudno dokładnie rzec, gdzie i kiedy dzieje się cała akcja. Mamy do czynienia z tajemniczą planetą, na której nic nie jest takie, jak na Ziemi. Na niebie trzy księżyce, a różnorodność stworzeń, które przez 80 minut pojawiają się na ekranie zapiera dech w piersiach i od razu zmusza do zapytania o to, jak wielka musiała być fantazja twórców, aby coś takiego stworzyć. Większość istot jest insektopodobna, tylko dużo większa. Jabłka rosną na czymś przypominającym skały, łodzie zamiast żagli mają ogromne liście, a ptaki mają tylko jedno oko. Tylko ludzie przypominą ludzi… ale czy na pewno? Wszak mają niebieskawy odcień skóry, poza tym nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem sugestię z początku filmu, ale wiele też wskazuje na to, że rodzą się jako larwy. A to wszystko i tak jeszcze nic w porównaniu z żyjącymi pod ziemią mutantami. Ktokolwiek ich wymyślił, musiał nietęgo wysilić głowę, aby stworzyć takie potwory.

Głównym bohaterem jest niejaki Sil, młody Gandaharianin, który wysłany został przez swoich ludzi, aby zidentyfikować i znaleźć sposób na pokonanie tajemniczego wroga, który od pewnego czasu nęka tamtejszą społeczność. W momencie rozpoczęcia wyprawy Sil jeszcze nie wie, jak przerażające i silne jest zło, któremu ma stawić czoła. Armia Ferroidów – przerażających, bezlitosnych metalowych stworzeń, pozbawionych własnego umysłu, ale sluchających… no właśnie, kogo? Więcej już nie zdradzę.

185315106_1c79f14e6e.jpg

Gandahar to wciąż film znakomity, świetnie się trzymający po ponad 20 latach od jego stworzenia. Największymi jego atutami są niebanalny świat przedstawiony, wartka i dość skomplikowana akcja oraz klimat, jakiego trudno szukać gdziekolwiek indziej.Jak dla mnie to absolutna klasyka SF i jedyne, co mnie dziwi, to jego znikoma popularość tego tytułu w Polsce. A jeszcze bardziej dziwi uwzględniając fakt, że swojego czasu (na przełomie lat 80-tych i 90-tych) wydany został w Polsce na VHSie, w pełni zdubbingowany, co wówczas było jeszcze większą rzadkością niż dzisiaj.

A dziś? Gandaharu nie uświadczymy w żadnym sklepie, w żadnej telewizji, w żadnej wypożyczalni DVD. Gandaharu po prostu jakby nie było. Zapomniany, pokryty grubą warstwą kurzu, czeka aż ktoś go odkryje na nowo i pokaże światu, aby ten znów zachwycił się Gandaharem i zakochał w tym filmie. Bo jest się czym zachwycać, jest w czym zakochiwać…

 

89. Cowabunga! 8 marzec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film — HaeS @ 4:57 pm

HaeS napisał:

A tak troszkę sobie dzisiaj powspominam. Teenage Mutant Ninja Turtles to jedna z moich ulubionych bajek z dzieciństwa. Kiedy przestałem się kochać w Smerfach, Gumisiach i Muminkach, moimi następnymi idolami była właśnie czwórka niesfornych zmutowanych gadów, uwielbiających ponad życie dwie rzeczy: pizzę i rozpierduchę. No i przypominam jeszcze główny czarny charakter – Schredera, jego dwójkę przygłupawych sługusów oraz jego szefa, Cranga (zawsze mnie fascynowało dlaczego składa on się z samego gadającego mózgu – chyba nigdy już się tego nie dowiem). I jeszcze śliczna April, może nie tak śliczna jak Judy Jetson, ale i tak zaprzątneła sobą mój młodociany umysł.

turtle2.jpeg

Nie jestem żadnym ekspetem od Żółwi. Oglądałem tylko kilkadziesiąt odcinków kreskówki w TV, nie znam całej chronologii, mitologii, postaci pobocznych, gier komputerowych (a były takie, były – na C64) ani nawet filmów pełnometrażowych, komiksów czy innych spinoffów. Dzisiaj jednak w łapy wpadła mi nowa wersja filmu – trójwymiarowa, robiona mniej więcej taką samą metodą jak wszelakie Shrecki, Epoki Lodowcowe i Gdzie jest Nemo i na ich pokłosiu ich popularności powstała. Nie będę zdradzał fabuły, powiem jedynie, ze jest ciekawie, dzieje się dużo, a klimat… w pełni żółwiowy. Jest Cowabunga, jest Pizza, głupkowaty Michaelangelo, konfliktowy Rafaello, przemądrzały Donatello oraz nie bardzo radzący sobie z ogarnięciem tego wszystkiego Leonardo – no, ale od czego jest Splinter, który wszystkich sprowadza do pionu. Brakuje jedynie starych wrogów (akcja rozgrywa się po pokonaniu Shredera) – ale nowi też dają radę.

turtle1.jpeg

W ogóle cały film daje radę i raczej nie skuszę się na stwierdzenie, że twórcy sprofanowali arcydzieło, skaszanili legendę i popsuli dobre wspomnienia. Wręcz przeciwnie – dołożyli nowy rozdział do całkiem ciekawej opowieści o czwórce gigantycznych gadających żółwi. Dla wszystkich pamiętających Żółwie i lubujących się w nich zdecydowanie polecam. Ostrzegam jedynie z góry, że pozycja czysto rozrywkowa i miejscami infantylna, ale co tam. Przecież o to chodzi, żeby wtopić się w świat wspomnień z dzieciństwa. Mam nawet wrażenie, że film bardziej adresowany jest właśnie dla starych fanów Żółwi aniżeli dla współczesnej dzieciarni, która ma już swoich własnych idoli. Ja tylko czekam aż ktoś teraz zrobi trójwymiarową wersję Denvera – Ostatniego Dinozaura, bo to też jedna z moich ulubionych bajek z dzieciństwa

 

R-Chee napisał:

No to mnie Hubert zaskoczył.
Tak się składa, że widziałem ten film równo tydzień temu i też powoli przymierzałem się do recenzji. Jak widać HaeS mnie uprzedził.

Jakkolwiek obaj stwierdziliśmy, że wpis HaeSa dotyczy raczej jego emocjonalnego podejścia do motywu TMNT, a nie samego filmu. I tu za zgodą Huberta podłączam się ja.

Co do fabuły, to zacznijmy może od tego, że jak zauważył już HaeS, w filmie nie pojawia się Shredder (choć mamy do niego wiele nawiązań). Historia skupia się na wydarzeniach będących następstwem pokonania szefa gangu Stopy. Żółwie nie potrafią się ze sobą dogadać. Leonardo wyjeżdża na szkolenia, by zwiększać swoje umiejętności, a pozostali bracia nie do końca potrafią się po jego wyjeździe odnaleźć. Don i Mikey imają się różnych, bardzo ludzkich zajęć, a Raf kontynuuje swoją krucjatę przeciwko złoczyńcom, tym razem jednak solo. No i kto wie, jakby skończyło się to wszystko, gdyby nie nowy wróg, który pojawił się w mieście. By go pokonać, żółwie znowu muszą się zjednoczyć, co jak się okazuje, wcale nie jest takie proste.

Film nieco różni się od typowej i znanej do tej pory wszystkim żółwiej przygody. Film przedstawia głównych bohaterów z nieco innej perspektywy. Na plan główny wysuwają się ich rosterki i problemy emocjonalne. Uwydatniony jest tu zwłaszcza konflikt Leonarda z Rafealem, co skutkuje chyba pierwszą w historii serii, poważną… nie, nie będę wam psuł zabawy. W każdym bądź razie, motyw ponownego scalania grupy jest bardzo mocną stroną filmu.

Oczywiście (o czym też już Hubert wspominał), nadal mamy tu do czynienia ze starymi, dobrymi, zielonymi wojownikami ninja. W filmie nie brakuje humoru, głównie za sprawą Micheangelo i jego absurdalnych pomysłów (motyw z maską żółwia) i charakterystycznych dla żółwi haseł czy okrzyków. Nie brakuje też walk, które charakteryzują się niesamowitą dynamiką (choć czasem się można nieco pogubić w tej całej dynamice ruchów). W tym miejscu bardzo bym chciał pochwalić ludzi odpowiedzialnych za pracę kamery, ale… no właśnie… wszystkie efekty wizualne są zasługą programistów. Cieszy także to, że nie zapomniano o innych, ważnych dla uniwersum postaciach. Jest stary, dobry Splinter, który jednak potrafi przywołać swoich synów do porządku. Są też Casey i April, którzy w końcu tworzą wyraźny związek uczuciowy (April zaskoczy nas czymś jeszcze).

Na koniec chciałbym napisać jeszcze słów parę o polskim dubbingu. I muszę przyznać, że nie do końca jestem usatysfakcjonowany. Głosy żółwi, Splintera czy Caseya są ok, choć można było zrezygnować z Szyca czy Małaszyńskiego, na rzecz mniej charakterystycznych głosów, znanych chociażby z Jetix (za to występy TEDE i Brodki pozytywnie mnie zaskoczyły). Nie podobał mi się z kolei głos April. Nie żeby był brzydki, albo irytujący, ale nie pasował zbytnio do tej postaci (zresztą design April też nie wyszedł idealnie). Ale pomijając brzmienie samych głosów, które były strawne, nie podobały mi się pewne wtrącenia, które bardzo psuły oglądanie filmu. Mam tu na myśli zdania nawiązujące do “M jak Miłość”, “Radia Maryja” czy “IV Rzeczpospolitej”. Może i były zabawne, ale nijak nie pasowały do filmu. No i niezbyt przypadła mi do gustu końcówka, zwłaszcza rozwiązanie motywu utraty nieśmiertelności przez Wintersa. Zajechało wtedy straszną tandetą.

Film polecam, nie tylko tym najmłodszym.

Ps. Don nie był przemądrzały. Był inteligentny, ale zarazem spokojny i bezkonfliktowy.

 

86. Back to the future (recenzja, tym razem bez refleksji) 29 luty 2008 (piątek)

Zaszufladkowany do: Film — HaeS @ 5:25 pm

Specjalnie dla tych, którzy jeszcze tego nie widzieli (są tacy?) czas aby napisać o przeuroczej opowiastce o Martym McFly’u, który wraz z szalonym Emmetem Brownem podróżuje w czasie za pomocą nieco przerobionego samochodu, zmierzając się z różnymi przeciwnościami losu, z rozlicznymi paradoksami czasowymi oraz rzeczywistościami równoległymi. Brzmi tak skomplikowanie, że może odpychać. Nie, nie przerażajcie się. BttF jest lekki, przyjemny i lekkostrawny, a obejrzeć go może bez straty wątku i sześcioklasista.

Jedna, ważna rzecz – cała trylogia to tak naprawdę jeden długi film. Nie warto zatem rozpoczynać oglądania jeśli ma się do dyspozycji akurat tylko jeden film, a już na pewno zupełnie nierozsądnym zachowaniem jest oglądanie filmu w innej kolejności aniżeli jedynie słuszna opcja pt. 123.

Film, jak przystało na kino lat 80-tych może głupawy i troszkę naiwny, ale zarazem tą swoją głupawością i naiwnością rozkochujący w sobie widzów. Głównym bohaterem jest nieco zakręcony amerykański nastolatek zaprzyjaźniony z nieco szalonym doktorkiem, który wynalazł sposób na podróżowanie w czasie. Już podczas pierwszej wycieczki w przeszłość Marty popełnia karygodny błąd, który sprawia, że chłopak nigdy nie powinien się urodzić… Nie, nie będę więcej zdradzał fabuły. Powiem tylko tyle, że jest z jednej strony strasznie zakręcona (wszak temat podróży w czasie do lekkich nie należy), z drugiej jednak – bardzo łatwa do śledzenia. Poszczególne wątki filmu w różnych miejscach czasoprzestrzeni zazębiają się ze sobą w mistrzowski wręcz sposób.

Fabuła jest ciekawa, zakręcona i wciągająca. Postacie pomimo tego, że płaskie i pretensjonalnie zbudowane są w taki sposób, że nie sposób ich nie lubić (no, może poza Biffem), a poza tym nie nudzą się ani nie odpychają. Wszystko dodatkowo okraszone solidną dawką humoru. Nawet efekty specjalne były (jak na tamte czasy) wyśmienite. Do wszystkiego dochodzi jeszcze wpadająca w ucho muzyka. Czegóż chcieć więcej?

Film ma też walor edukacyjny. Stanowi świetne wprowadzenie w temat podróży w czasie. Jeżeli ktoś nie rozumie o co chodzi z paradoksem dziadka czy równoległymi wszechświatami, po obejrzeniu filmu zapamięta raz na zawsze podstawowe trudności na jakie zazwyczaj natrafiają podróżnicy w czasie. Być może po obejrzeniu filmu kogoś temat tak mocno wciągnie, że doczekamy się drugiego Eisteina…

Back to the future, produkt znakomity, wyśmienity i tylko nieznacznie nadgryziony przez ząb czasu. Jeżeli ktoś ma wolny jeden długi wieczór (albo trzy nieco krótsze, najlepiej dzień po dniu) i chce czegoś lekkiego i fajnego, ale nie debilnego i wtórnego, śmiało może po BttF sięgnąć. Nie rozczaruje się na pewno.

Aaaaaaa! Jeszcze coś. Przebąkiwało się swojego czasu o czwartej części filmu, która miała powstać 2-3 lata temu. Nie wiem i nie chcę wiedzieć czy powstała. Dla mnie już sam pomysł chęci zarobienia na tak znakomicie domkniętej trylogii śmierdzi profanacją.

marty1.jpg                            marty2.jpg
 

83. Apocalypto, film jakich mało… 24 luty 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film — R-Chee @ 4:35 pm

Różni są ludzie i różne są gusta filmowe. To co podoba się jednym, inni uznają za totalny chłam i vice versa. Ja tam nie potępiam ludzi za to, że lubią takie czy inne filmy/seriale. Jak ktoś lubi M jak Miłość, to dla mnie może oglądać ów serial ile dusza zapragnie. To jest jego wolny czas, który pożytkuje wedle własnego uznania. Ale wiem czego mniej więcej mogę się spodziewać po polecanym przez tę osobę filmie. Mimo to bywam zaskakiwany, bo ów osoby mogą czasem polecić naprawdę bardzo dobry film, swoistą perełkę. W taki właśnie sposób trafiłem na Apocalypto.

Przed seansem na Canal+ (w którym uczestniczyło pół mojej rodzinki) niewiele słyszałem o filmie. Wiedziałem jedynie, że za projekt odpowiada sam Mel Gibson aka Mad Max aka William Wallace aka Martin Riggs i że sam film opowiada jakąś historię z czasów, gdy w Ameryce Południowej nikt jeszcze nie słyszał o białych demonach zza oceanu. Czyli tak szczerze mówią to nie wiedziałem nic. Nie miałem pojęcia czego się po filmie spodziewać i może właśnie ten aspekt w wydatny sposób wpłynął na moją ocenę. A nie powiem, ów widowisku bardzo przypadło mi do gustu.

Czym zatem urzekł mnie film? Przede wszystkim scenografiami. Wspaniałe ujęcia mrocznego, pełnego tajemnic i dzikości, dziewiczego lasu wraz z zamieszkującymi go przeróżnymi istoty, od trujących żab, węzy, jaguarów po skupionych w niewielkich osadach ludzi. Ale Apocalypto to nie tylko dzika natura. To także spojrzenie na schyłek cywilizacyjnej potęgi Majów (o tym później). Majestatyczne piramidy, których wizerunek znamy jedynie z programów edukacyjnych na Discovery I National Geografic w filmie ożywają. Co więcej, życiem tętni całe miasto, pełne podzielonych na kasty obywateli. Są władcy, kapłani, obywatele biedni i obywatele bogaci, a także ciężko pracujący niewolnicy. Ludzie zmagający się z trudami dnia codziennego, którym jednak nie obce są chwile radości. I pomimo iż tworzą tak rozwiniętą jak na owe czasy cywilizację, nadal rządzą nimi pierwotne instynkty. Pod tym względem film bardzo przypomina serial Rome (produkcja HBO). Po dłuższym zastanowieniu, można nawet pokusić się o stwierdzenie, że nasza ówczesna cywilizacja nie różni się zbytnio od tej przedstawionej w filmie, co ułatwia nam utożsamienie się z bohaterami.

Będąc przy temacie ludzi, nie sposób nie wspomnieć o kolejnym bardzo ważnym aspekcie filmu. O charakteryzacji. A ta stoi na najwyższym poziomie. Ubiory, broń czy zdobiące wojowników zdobycze wojenne wyglądają imponująco. Ale Mel Gibson posunął się jeszcze dalej. W celu zwiększenia realizmu, podobnie jak miało to miejsce w przypadku Pasji, tu także bohaterowie porozumiewają się za pomocą wymarłego już języka. Wszyscy występujący w filmie aktorzy, to (UWAGA!) rdzenna ludność Meksyku mówiąca w zapomnianym dialekcie Majów. Dla mnie była to wyjątkowo ciekawa informacja, bo jak na zupełnych amatorów, aktorzy całkiem dobrze poradzili sobie ze swoimi rolami.

Wszystko to razem buduje wspaniały klimat. Zastanawialiśmy się nawet z bratem do jakiego innego filmu moglibyśmy przyrównać film Gibsona. I szczerze mówiąc nie znaleźliśmy odpowiedzi na to pytanie. Pod względem klimatu, to z przymrużeniem oka film można przyrównać do “Ostatniego Mohikanina” (mam nadzieję, że miłośnicy filmu z Danielem Day-Lewisem nie będą mnie chcieli zlinczować). Apocalypto nie jest może filmem tak głębokim i tak ambitnym jak dzieło Michaela Manna, lecz z całą pewnością można się doszukać w obu przypadku pewnych cech wspólnych.

A o czym był sam film? Na różnych portalach pojawiały się i nadal pojawiają opisy, które z fabułą filmu nie mają za wiele wspólnego. Pokrótce, by zbytnio nie spoilerować, fabuła skupia się na historii młodego Indianina Łapie Jaguara, który wbrew wszelkim przeciwnością losu próbuje ocalić przed śmiercią swego syna i ciężarną żonę. Jak się zorientowałem, wiele osób zawiodło się na filmie głównie dlatego, że Gibson wbrew wcześniejszym zapowiedzią zmarginalizował do granic możliwości wątek upadku cywilizacji Majów, robiąc z filmu teoretycznie historycznego, zwyczajny film akcji. Ja się z tymi zarzutami do końca nie zgadzam. Owszem. Akcja nie skupiła się bezpośrednio na samych Majach i ich upadku. Jakkolwiek, czytając między wierszami i analizując nieco głębiej wątek rozgrywający się w samym mieście łatwo można wywnioskować, że istotnie był to schyłek ich potęgi. Pomijając już fakt składania ofiar w celu (jak twierdzili kapłani) zażegnania kryzysu (trudno w ten sposób zażegnywać jakiekolwiek kryzysy, chyba że jedyny cel takich praktyk to w istocie zwiększenie zadowolenia wśród obywateli na zasadzie “dajmy im chleba i igrzysk”), mnie najbardziej zaniepokoiła postać tego małego, śmiejącego się grubaska, co to się wydawał nie do końca normalny. Jeśli tacy władcy mieli w przyszłości rządzić królestwem Majów, to ja marnie widzę ich los w starciu z hiszpańskimi konkwistadorami.

Oczywiście jak to w każdym filmie bywa nie obeszło się bez kilku bubli. Nie będę o nich pisał, jednak przed lub po seansie spróbujcie odpowiedzieć sobie na poniższe pytania:
1) Jakie jest prawdopodobieństwo, że pełne zaćmienie słońca nastąpi właśnie wtedy, gdy tego akurat będziesz potrzebował i czy jesteś w stanie zobaczyć gołym okiem jego początek (gdy zostanie przesłonięta np. dopiero połowa tarczy)?
2) Jak długo i jak szybko potrafił byś biec z ciężką raną na plecach?
3) Czy znajdując się w basenie w miejscu gdzie woda jest głęboka, jesteś w stanie się utopić jeśli trzymasz się mocno krawędzi basenu, nawet jeśli nie potrafisz pływać?
4) Jak długi i jak ciężki jest poród, zwłaszcza w czasie dużego stresu (pytanie adresowane do pań)?

Podsumowując, jestem bardzo zadowolony, że dałem się skusić na ów film. Zdaje sobie sprawę, że nie każdego przyciągają takie klimaty. Acz nie da się zaprzeczyć, że świat wykreowany przez Gibsona przyciąga swoją wyjątkowością. I choćby dlatego warto zobaczyć Apocalypto.

Pzdr

 

78. Cloverfield czyli o braku szacunku dla polskiego widza. 10 luty 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film, refleksje — R-Chee @ 9:50 pm

Przybyłem, zobaczyłem i się ucieszyłem, że pomimo iż ceny biletów w weekend idą sporo w górę, nie żałowałem wydanych pieniędzy. Film niesamowicie mi się podobał. Brat zawiedziony też nie był. Właśnie takiego kinowego widowiska oczekiwałem od twórcy LOSTa. Jednak nie o samym filmie chciałem tu napisać, a o rzeczach które mnie irytują w kwestii dystrybucji i wyświetlania filmów w polskich kinach.

Pierwsza rzecz dotyczy tłumaczeń tytułów zagranicznych filmów. Wiele razy polscy dystrybutorzy dawali popis swoich nieprzeciętnych umiejętności w tej kwestii. Nie będę tu wymieniał konkretnych tytułów, bo zapewne każdy z nas już miał nieprzyjemność zetknięcia się z tym problemem. Przyznaje się bez bicia, że mnie osobiście aż tak bardzo to nie raziło. Ale do jasnej cholery kto wpadł na pomysł, by zmienić angielski tytuł na zupełnie inny… angielski tytuł. Bo i może słowo “monster” jest ogólnie przez polaków rozumianym ( w końcu co piąty Ziemianin to Chińczyk, a co trzeci Anglik to Polak), ale nadal jest to nazwa czysto angielska. Skoro nasi mądrzy tłumacze chcieli spolszczyć tytuł tego filmu, to czemu nie nazwali go Projekt: Potwór? Oczywiście uważam, że tytuły będące nazwami własnymi powinny trafiać do polskich kin w oryginale, tak jak w przypadku Shrecka czy Spidermana (wyobrażacie sobie tytuły filmów: “Ogr” czy “Człowiek-pająk”?). Jeżeli z kolei scenarzyści bali się, że nic nie mówiący tytuł nie przyciągnie widzów do kin, to można było zastosować na przykład nazwę Projekt: Cloverfield. Na miejscu Abramsa, po takim numerze, to bym chyba zaskarżył polskich dystrybutorów.

Druga sprawa natomiast dotyczy “pokazów przedseansowych”. No ja wiem, że marketing. Wiem, że kina utrzymują się w dużej mierze dzięki temu. Ale nie potrafię zdzierżyć, że płacąc niemal 20zł za film trwający niespełna 90min muszę przez 10-15 min oglądać durne reklamy, których w telewizji mogę się naoglądać ile dusza zapragnie i to za darmo (no w cenie abonamentu, ale idąc z całą rodziną na jakiś seans filmowy zapłacę więcej niż za miesiąc kablówki z HBO i Canal + włącznie). Oczywiście nie jestem żadnym fanem telewizyjnych reklam (poza małymi wyjątkami). Chodzi mi o to, że za te niemałe pieniądze oczekiwał bym szacunku ze strony osób odpowiedzialnych za wyświetlanie filmów w kinie i oszczędzenie nam chociaż tam konieczności oglądania reklam sklepów z ubraniami, sieci telefonii komórkowych czy barów szybkiej obsługi. Zwiastuny 2-3 filmów i tyle. Właściwy seans.
Z drugiej jednak strony nie jest jeszcze tak źle. Można się nawet ucieszyć, że jeszcze nikt nie wpadł na “genialny” pomysł, by przerywać film w kinie reklamami puszczanymi co 25 minut jak to ma się w przypadku telewizji. Obym nie wyprorokował, bo wtedy to już chyba nikt do kina nie będzie chciał chodzić.

Pzdr

 

77. Mój pierwszy blog… 10 luty 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film, Internet, O blogu — HaeS @ 9:37 am

mini-portalik.jpg

Po długich poszukiwaniach dorwałem wreszcie swój stary blog. Nie zaglądałem tam tak dawno, że nie pamiętałem adresu, a loginie i haśle nie wspominając. Blog furory nie zrobił, ale sporo też w tym mojej winy – zwyczajnie go zaniedbałem z lenistwa, ale i też z powodu kiepskiego pomysłu. To były czasy, kiedy jeszcze nie miałem swojej wizji jak powinien wyglądać blog (wizję tę uzyskałem dopiero po regularnej lekturze bloga Mierzwiaka, ale to temat na inną opowieść), nie wiedziałem czego tak naprawdę chcę. Więc zacząłem go pisać i z czasem sam pogubiłem się w narzuconej samemu sobie formule. Blog o filmach i tylko o filmach. I to na (fuuuuuj!) onecie. Z fatalnym designem (czemu wstawiłem te arbuzy?). To była porażka. Z moim aktualnym blogiem czuję się dużo lepiej – piszę co chcę, o czym chcę i jak chcę. No i jest na o niebo lepszej platformie.Mojego pierwszego bloga powinienem się właściwie wstydzić, ale… po pierwsze aż tak fatalny to on nie jest, po drugie – każdy bloger kiedyś zaczynał blogowanie i ma prawo popelnić coś takiego.

A co mi tam, macie, poczytajcie sobie. Zamieszczę linka, żeby moje wypociny nie zginęły na zawsze w sieciowej czarnej dziurze.

http://haes-film.blog.onet.pl/

Edit (3.05.2008):

Niestety, moje czarnowidztwo okazało sie byc w pelni uzasadnione - bloga juz niestety. nie ma… Widocznie mądre głowy z Onetu stwierdzily, ze blog nieaktualizowany przez dluzszy czas = blog nie zasługujący na egzystencję. No cóż, mówi się trudno i żyje się dalej!