Myślokracja, czyli from łeb to web

112. Polecone: Wyspa Delfinów 4 maj 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Książki, O blogu, polecone, refleksje — HaeS @ 5:59 pm

Dziś rozpoczynam na swoim blogu cykl, w którym będę omawiał książki, filmy i inne wytwory kultury, o których dowiedziałem się (bądź zostałem do nich zachęcony) dzięki blogom, na które od czasu do czasu zaglądam. W ten sposób w sposób wirtualny zbliżam się do moich kolegów-blogerów, zacieśniam wirtualne więzi, a jednocześnie pokazuję, jak byt w blogosferze przeplata się z prawdziwym życiem i jaki ma na nie wpływ, na mój rozwój intelektualny, a także – być może w przyszłości – towarzyski. Że człek nie bloguje sam dla siebie, ale po to, aby się z kimś czymś podzielić, dać komuś coś z siebie, ale jednocześnie od innych chłonąć cząstki ich osobowości, żyć tym, czym żyją inni. Pan Spock z kamienną twarzą rzekłby w tym miejscu “fascinating!”.

Na pierwszy rzut idzie zatem “Wyspa Delfinów” (powered by Surion)

Recenzja Suriona (po której kupiłem książkę na allegro): Tutaj.

Arthur C. Clarke najbardziej znany jest z cyklu “Odyseja Kosmiczna”. Powstały w sumie cztery tomy. Pierwsze dwa z nich – których akcja dzieje się w roku 2001 oraz 2010 (moje recenzje tu) zostały zekranizowane. Dwa kolejne, których czas akcji umieszczony jest w 2061 i 3001 ekranizacji póki co się nie doczekały. Szczerze mówiąc, nie czytałem jeszcze żadnego z czterech tomów (chociaż pierwsze dwa mam w planach; dwa kolejne też bym chciał przeczytać tyle, że są trudno dostepne); ba – nie czytałem jeszcze niczego Clarke’a i dlatego też nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać.

W jednej rzeczy w Surionem się zgadzam: Clarke niestety nie błyszczy stylem. Proste i raczej krótkie zdania, brak jakichkolwiek komplikacji stylistycznych czy składniowych, zero ozdobników, słownictwo najprostsze jak się da – miejscami ma się wrażenie, że czyta się książkę dla 10-latków. Owa ułomność stylistyczna autora na początku drażni, na szczęście z czasem człowiek się przyzwyczaja i nie przeszkadza to już tak bardzo. Fabuła sama w sobie też niestety zbyt wyszukana nie jest. Nie będę jej streszczał, bo co będę psuł zabawę czytelnikowi, ale przebieg akcji, ale powiem tylko tyle, że raczej nie dzieje się nic wartego uwagi. Bohaterowie… szkoda gadać. Dziecinny Johnny dręczony przez niedobrą ciotkę i jeszcze bardziej dziecinny jego przyjaciel, do tego dobroduszny profesorek i jego nieco zimniejszy współpracownik + galeria kilku innych równie mało interesujących postaci. A, zapomniałem o delfinach, które też grają ważną rolę.

Książkę zatem mógłbym rnąć do kosza (albo “wyćpnąć na gemylę”, jak to moja babcia mawiała) bez większego żalu. Jednak jest w niej coś, co przyciąga. Clarke w ów żenujący spektaktl pozbawiony jakiejkolwiek ciekawej akcji prowadzony w dodatku przez marnie skrojonych bohaterów, wkleił kilka interesujących pomysłów, które sprawiają, że książka nabiera zupełnie innego wymiaru. Wiadomo powszechnie, że delfiny są istotami wysoce inteligentnymi i w zasadzie jedyną istotą na intelektualnej drabinie postawioną wyżej od nich jest człowiek. Clarke poszedł nieco dalej. Zasugerował, że delfiny posiadają własny język, na tyle podobny do ludzkiego, że człowiek jest w stanie (przy pomocy oczywiście odpowiedniej maszynerii) rozszyfrować delfinią ową mowę, a także i odpowiedzieć delfinom w ich języku. Jak dla mnie, całkiem wiarygodna historia. Co ważne, Clarke ubarwia całą historię o zdawałoby się mało istotne, ale sprawiające że wszystko zyskuje na wiarygodności szczegóły – jak choćby ten, że defliny posługują się systemem dwójkowym. No i napisac muszę, że bohaterowie rozgryzając delfinią mowę, trafiają na tajemniczą legendę, o której Surion wspominał. Także i ja ani słowem nie wspomnę o czym te defliny od wieków rozprawiają, ale legendą nie zawiodłem się ani trochę. Autor wplótł w książkę także i inną, autentyczną i bardzo interesującą legendę – tym razem opowiadaną przez ludzi, – a mianowicie o Mary Watson.

Po świeżej lekturze “Solarisa”, po którym wciąż jeszcze nie ochłonąłem, wnioskuję, że być może ludzkość popełnia błąd szukając inteligencji w kosmosie. Być może inteligentne cywilizacje składające się ze świadomych jednostek (nieco innych niż sobie wyobrażaliśmy, ale jednak) żyją tutaj, na ziemi? Sporo czasu i pieniędzy poświęcono już inteligencji szympansów, która jest dobrze zbadana i opisana, mam wrażenie jednak, że o wiele większy potencjał tkwi w delfinach, słoniach i świniach. Tak mało o nich się mówi, a przecież to niewiarygodnie inteligentne zwierzęta. Kto wie co naprawdę dzieje się w ich głowach…

Wracjąc do mojej ostatniej lektury – plusem “Wyspy Delfinów” może być to, że mnóstwo dowiadujemy się o tych sympatycznych stworzonkach, ich zwyczajach, zabawach, radościach i utrapieniach. Poza tym nie sposób nie wspomnieć o tym, że Clarke porusza delikatnie pewne problemy społeczno-filozoficzne, ustami bohaterów wypowiada się m.in. w sprawie tresowania zwierząt (a w dalsze perspektywie – ludzi) przy pomocy elektrostymulacji mózgu, porusza też kwestię pokoju na świecie, ekologii itd. Podoba mi się też to, że Clarke umieszczając akcję w dość odległej przyszłości, nie fantazjuje zbytnio, nie wymyśla skomplikowanych cacek ani dziwacznego przebiegu historii. W zasadzie z jego skromnych wizji co nieco się sprawdziło, a za kiladziesiąt lat kiedy do mniej lub bardizej powszechnego użytku wejdą poduszkowce, książka nie będzie miała chyba żadnego poważnego zgrzytu między wyobrażeniami Clarke’a, a rzeczywistością.

Książkę polecam, ale bez głębszego przekonania. Zazwyczaj unikam ocen liczbowych, ale wyjątkowo powiem, że jako czytadło oceniłbym to na dwa z dużym minusem, jako książkę, z której możemy wynieść jakąś wiedzę bądź refleksję – na czwórkę. Jeżeli zatem kogoś taka delfinia perspektywa zbytnio nie rusza, może bez żalu sobie “Wyspę Delfinów” odpuścić.

 

68. 2010: The year we make contact 20 styczeń 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film — HaeS @ 9:27 am

Kontynuacja opisanego ostatnio przeze mnie “2001: Space Oddysey”, robiona jednak przez innego reżysera.

Co się dzieje tym razem? Od tragedii na Discovery mija 9 lat. Niejaki dr Floyd wraz z kilkoma amerykańskimi i rosyjskimi naukowcami jeszcze raz udaje się na Discovery, aby wyjaśnić ostateczno to, co tam się zdarzyło.

Do tego filmu żywię mieszane uczucia. Pamiętam jak ok. 7 lat temu oglądałem go na TVN i wówczas zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Olbrzymi monolit osnuty mroczną tajemnicą sunący poprzez kosmos (do teraz pamiętam jak się bałem!), przerażająca pustka kosmosu w której słychać tylko własny, jakże ciężki oddech, w upiorny sposób zmieniający swój wiek od niemowlęcego po starczy Bowman oraz z jednej strony zagadkowa, z drugiej jednak – bardzo klimatyczna końcówka. Bardzo mi się spodobało i uznałem, że film ten jest jednym z najciekawszych i najgenialniejszych, jakie widziałem.

No, ale od tego czasu minęło 7 lat. Ja sam znacząco dojrzałem jako odbiorca, widziałem w międzyczasie też i wiele innych produkcji. Obejrzany po tych wszystkich latach “2010″ nie robi już nawet połowy tego wrażenia co niegdyś. Zdaje się być jakiś taki płaski i nijaki, bez tej wielkiej głębi jaką miał film “2001: Space oddysey”. Akcji jest w tym filmie dużo więcej, praktycznie nie ma dłużyzn – słowem, zupełnie inny styl narracji. I pomimo tego, że ten film (teoretycznie) bardziej winien przypaść mi do gustu niż “2001″, to jednak właśnie tę pierwszą opowieść darzę większym sentymentem, tę zaś – uważam za wręcz niepotrzebną.

Można się czepiać kilku spraw. Najbardziej boli to, że demoniczny HAL z pierwszego filmu staje się nagle nie oprawcą, ale ofiarą błędnego oprogramowania, na dodatek jeszcze zdolną do samopoświęceń. Wypacza to do pewnego stopnia istotę pierwszego filmu. Denerwuje też polityczna poprawność filmu – kosmonauci i astronauci zgodnie współpracujący wbrew wszelakim zawirowaniom na Ziemi, zaś z tymi dwoma słońcami przegięto już totalnie. Przy okazji Odysei 2001 narzekałem, że końcówka jest niezrozumiała. Tutaj aż razi swoim natrętnym niczym komar wieczorową porą nad jeziorem politycznym przesłaniem.

Obejrzeć czy nie? Chyba jednak tak. Przy czym proponowałbym obejrzeć to w zupełnie niestandardowy sposób: zacząć od 2010, a potem dopiero obejrzeć  2001. Sam tak oglądałem i chyba jednak to lepsza metoda oglądania – przynajmniej jest nadzieja, że 2010 zrobi na widzu większe wrażenie. Bo chociaz drugi film pod względem stricte artystyczym w porównaniu do 2001 wygląda bladziutko za to dla przeciętnego zjadacza chleba jako zwykłe SF – sprawdza się całkiem przyzwoicie.

 

66. 2001: Odyseja Kosmiczna (recenzja filmu + kupa przemyśleń na tematy różne, od nauki po politykę) 19 styczeń 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film, Nauka, społeczeństwo — HaeS @ 11:10 am

W 1957 roku Rosjanie wysłali w orbitę okołoziemską pierwszego sztucznego satelitę. W 1959 roku – już mieli fotografie ciemnej strony księżyca. Już w 1961 w kosmos wysłano Gagarina. Króko po tym John Kennedy zdeklarował się, że do końca lat 60-tych człowiek wyląduje na Księżycu. W 1966 Rosjanom udało się wysłać na powierzchnię srebrnego globu Wostoka – co prawda bezzałogowego, ale jednak. A już w trzy lata później, w 1969 Edvin Aldrin miał zatknąć amerykańską flagę na księżycu.

Pierwsze lata podboju kosmosu miały błyskawiczne tempo. Lata 60-te to właśnie najbardziej intensywny okres dla ery kosmicznej. W drugiej połowie lat 60-tych wiadomo było, że już za chwilę człowiek wyląduje na księżycu. A potem będzie Mars, będą bazy księżycowe, a na początku XXI wieku ludzie zaczną latać w kierunku księżyców Jowisza. Tak właśnie myśleli Kubrick z Clarkiem, kiedy tworzyli “Odyseję Kosmiczną”. Twórcy Star Treka (który powstał w podobnym czasie) poszli jeszcze dalej. Już w XXIII wieku ludzie mieli podróżować między gwiazdami, kolonizować inne systemy gwiezdne, teleportować się i współżyć z innymi cywilizacjami.

Wizja, nie powiem, całkiem rozsądna. Inna sprawa, że znacząco wyhamowano z ideą podboju kosmosu. Bazę kosmiczną mamy, ale tylko jedną (Alfę, wcześniej była baza Mir) i to nie na księżycu, ale gdzieś tam na orbicie. W kosmicznej pustce wisi sobie teleskop Hubble’a oraz setki sztucznych satelitów. Na Księżycu od trzydziestu lat nikogo nie było (i póki co nikomu tam się nie spieszy). Nawet załogowa podróż na Marsa wciąż stoi jeszcze pod znakiem zapytania, zaś księżyce gazowych olbrzymów jeszcze ze 100 lat (a może i dłużej) oglądać będziemy tylko przez teleskopy bądź ze zdjęć wysłanych przez automatyczne sondy.

No, ale taka wtedy była wizja i nie ma się co dziwić. Któż mógł przewidzieć, że wszystko tak wyhamuje? Janusz Korwin-Mikke zaraz pewnie by wyskoczył ze swoją teorią o konkurencji. I całkiem mądrą, nie powiem. Dopóki w kosmicznym wyścigu liczyli się Sowieci i Amerykanie, szli łeb w łeb. Później, po wylądowaniu na Księżycu, Sowieci jakby ucichli, chociaż ich dziełem była wszak stacja kosmiczna Mir. Być może w latach 70tych nie było jeszcze warunków technicznych, zaś od lat 80-tych ZSRR (a później Rosja) pogrążony był w głębokim kryzysie ekonomiczno-politycznym. Ale gdyby przy dzisiejszej technologii wciąż były dwie liczące się siły walczące np. o możliwość kolonizacji Marsa, pierwszy człowiek na Marsie stanąłby 10-20 lat temu, a dzisiaj stałaby tam już jakaś prymitywna baza (albo i dwie), sukcesywnie rozbudowywana. No, ale jest jak jest. Wspólnym wysiłkiem (chociaż głównie amerykańskim), powoli i mozolnie wybudowano stację kosmiczną Alfa. A za 30 lat, jak dobrze pójdzie, pierwszy człowiek stanie na Marsie. Proces zasiedlania Marsa nie zacznie się nigdy albo też za kilkaset lat.

Kultowy film Stanleya Kubricka powstał w 1968, czyli niemal w epicentrum złotej ery podboju kosmosu. Jak wspomniałem, reprezentuje całkiem logiczną jak na owe czasy wizję rozwoju lotów kosmicznych – w 2001 roku odbywa się pierwszy załogowy lot w kierunku Jowisza.

W filmie przewijają się dwa wątki. Pierwszy dotyczy tajemniczego monolitu w kształcie ogromnego, idealnie czarnego prostopadłościanu, prawodobnie będącego urządzeniem wytworzonym przez pozaziemską cywilizację. a raczej całej ich serii – jeden wylądował na Ziemii w czasach, kiedy ludzie wyglądali z grubsza jak goryle, drugi od kilku milionów lat znajduje się na Księżycu, a trzeci – w okolicach Jowisza. Czym jest ów monolit? Nie wiemy, ale wygląda na to, że czymś, co zdeterminowało fakt, że z małpoluda powstal myślący, świadomy człowiek. Czymś, co przyspieszyło naszą ewolucję Ale tak naprawdę to to pytanie musimy doczekać do końca filmu, aczkolwiek odpowiedź nie do końca mnie zadowala. Przyznać muszę, że jak na końcówkę tego filmu, to ja jestem zwyczajnie za głupi. Wolę jednak, kiedy coś jest wyłożone kawa na ławę.

Drugi wątek to zbuntowany komputer. HAL, główny komputer pokładowy na pokładzie statku Discovery, superinteligentny, świadomy i w pełni kontrolujący statek, doznaje jakby choroby psychicznej. Nie działa jak powinien, buntuje się i zaczyna zwalczać własną załogę. Wątek ten daje nam dwie kwestie do przemyślenia: pierwszą z nich odwieczne pytanie o to, czy byt będący sztuczną inteligencją naprawdę ma prawdziwe uczucia takie jak strach czy nienawiść; drugą – czy powierzanie komputerowi, choćby nie wiem jak doskonałemu, swojego życia i uzależnienie się od niego, jest dobrym pomysłem?

Film wyjąkowy z kilku względów. Niewiele w nim jest dialogów, za to sporo dłużyzn. Szczytem bezczelności ze strony Cubrica wydaje się moment, w którym w środku filmu przez ok. 3 minuty patrzymy się w czarny ekran i słuchamy muzyki. Sporo w ogóle jest scen, w których NIC się nie dzieje, a jedynie oglądamy jakąś mało wymowną scenkę (np. statek kosmiczny szybujący w przestrzeni) z urzekającą muzyką. Kiedy ogląda się film za pierwszym razem, sceny takie robią wrażenie i budują klimat. Obawiam się jednak, że za drugim, trzecim, piątym i dziesiątym obejrzeniem, wkurzałyby nieludzko i dlatego póki co do tego filmu nie powrócę.

Inną rzeczą wyrózniającą ten film z nawału innych produkcji SF, jest to, że to, że odyseja punkt ciężkości ma zdecydowanie bardziej po stronie “science” niż “fiction”. Wspomniałem już o bardzo prawdopodnej – jak na tamte czasy – wizji przyszłości. Ale oprócz tego, “2001: Odyseja Kosmincza” to jedyny znany mi film, w którym brak jest dźwięku w kosmosie, w którym widzimy i że w kosmosie jest coś takiego jak stan nieważkości (ach, te magnetyczne buty!). Jeżeli dodać do tego jeszcze to, że kosmonauta w kombinezonie słyszy swój oddech i bicie serca – tworzy się niesamowity, realistyczny i klimatyczny miks, którego próżno szukać gdziekolwiek indziej (no, może w filmie “2010: The year we make contact”).

Troszkę o wadach. Jak rzekłem, dłużyzny mnie nie rażą, razi mnie to niejasne zakończenie (zapewne nie tylko ja, ale 99% ludności jest na nie za głupie) oraz efekty specjalne. O ile przy starym “Star Treku” troszkę denerwują, to w przypadku odysei wręcz odpychają. Sztuczność czuć na kilometr. Bez dwóch zdań ktoś mógłby zrobić ’special edition’ tego filmu i zrobić efekty specjalne (szczególnie te z końcówki filmu) od nowa, tudzież podmienić to, co widzimy na ekranach monitorów, bo mi wszystko jakoś komputerami 8-bitowymi zalatuje.

Mimo wszystko – bardzo inteligentny kawałek klasyki, lektura obowiązkowa dla każdego!