Brzmi to zupełnie jak bezwartościowy banał, clishe powtarzane milionkroć, ale zapędzeni i zagonieni we współczesnym świecie, szukający nie wiadomo czego i pędzący przed siebie w owczym pędzie (a czasem nawet, o zgrozo, wilczym – kiedy gonimy inne owce nie po to, aby być jak one, ale po to, aby się nad nimi pastwić), gubimy gdzieś siebie, swoją osobowość, swoje marzenia, swoje “ja”. I chociaż powtarzali to przede mną uczeni i prostacy, to jednak odkrycie tej prawdy na nowo zawsze jest szokiem i zaskoczeniem, szczególnie w momentach kiedy odkrywa się że to clishe to jednak prawda.

Zmęczony codziennością człowiek przystanie któregoś dnia, rozejrzy się wokół siebie i zapyta “gdzie moje marzenia?”. Przypomni sobie wszystkie swoje plany z dzieciństwa, nieudolne próby latania na miotle i zaklinania rzeczywistości, marzenia o swoim przyszłym życiu, próby przywołania kosmitów i kilka innych epizodów z mojego wczesnego życia, które mógłbym nazwać wstydliwymi, ale każdy z nas przez to w jakimś stopniu przeszedł… A im intensywniej ty się działo, tym lepiej chyba świadczy o człowieku i jego życiu wewnętrznym. Oczywiście, w miarę dorastania i edukacji, zaczynałem rozumieć zależności fizyczne (między obiektami) i społeczne (między ludźmi) i jednocześnie zdawać sobie sprawę z tego, co jest możliwe, a co nie. I chociaż prawda to bolesna, to jednak świat jest pusty, zimny i pozbawiony czarów, którymi tak mocno żyliśmy w dzieciństwie.
Czy da jednak się wrócić do tego zapomnianego świata marzeń? Myślę, że takim właśnie powrotem jest niegdyś świetnie każdemu dziecku (małemu i dużemu) film “Neverending Story”, dziś – nieco już zapomniany, przykryty warstwą kurzu i siedmioma tomami “Harry’ego Pottera”. Takie czasy. A szkoda, bo film na który dzisiajsze dzieci spojrzą tylko w ostateczności (po obejrzeniu wszystkich odcinków “Hanna Montana” po raz dwunasty) i który ze względu na nieco przestarzałą warstwę wizualną być nie będzie potrafił przykuć ich wzroku, wciąz jest jednym z najcenniejszych (o ile nie najcenniejszym) zabytkiem światowej kinematografii dziecięcej.

O co tutaj chodzi? Nie chciałbym zdradzać za dużo, ale główną osią tego filmu jest wzajemne przenikanie dwóch światów – świata prawdziwego i świata fantazji. Odbywa się to dzięki cudownej książce opowiadającej o świecie fantazji pochłanianym krok za krokiem przez Nicość (czyżby metafora do tego wszystkiego co napisałem powyżej?) i chłopcu, który próbuje ten świat ocalić. To tak w dużym skrócie, bo nie chcę spoilerować tym, którzy tego nie oglądali (albo oglądali bardzo dawno temu).
Klimat tego filmu jest unikalny. O wiele mocniej i silniej przeżywa się to rzecz jasna jako dziecko, ale nadal skałojad, wszechogarniająca (i przerażająca bardziej niż Buka) nicość, smok wyglądający jak wielki pies i dwie wielkie bramy do wyroczni robią potężne wrażenie i zapadają głęboko w pamięć. Wszystko ogląda się jednym tchem i przeżywa niesamowicie.

Jedyną rzeczą, jaką miałbym do zarzucenia temu filmowi są efekty specjalne – jak na rok 1984 zapewne oszałamiające, dziś miejscami budzące uśmiech politowania. Aż się marzy taki remake na mogłę tego, jaki swojego czasu urządził Lucas swoim StarWarsom. No i żałuję, że w 1984 roku nie miałem okazji wybrać się do kina na ten film. Z tego co wiem jednak, nie był on w polskich kinach wyświetlany.
Warto zanurzyć się w krainę własnych marzeń z dzieciństwa. W każdym z nas jescze tkwi dziecko. Już nie naiwne, ale wciąż ufne. Już nie lekkomyślne, ale wciąż pragnące dobrej zabawy. I wciąż pragnące bezpieczeństwa, miłości, ciekawe świata i ludzi. I potrafiące odczuwać czyste, nieskażone ideałami współczesnego świata szczęście. Dziecko to jednak, przytłamszone głosem zdrowego rozsądku, otaczającym je zewsząd superego i ogromnym parciem świata na to, aby wreszcie wydoroślało, staje się zupełnie zapomniane i zaniedbane, tylko czasami, w chwilach szczególnego wzruszenia dochodząc do głosu. A warto wyruszyć na poszukiwanie swojego wewnętrznego dziecka, zaś “Neverending Story” jest świetnym wstępem do tej fascynującej, nomen omen niekończącej się, zabawy.