Myślokracja, czyli from łeb to web

167. X-files sezon 9 (i podsumowanie) 20 październik 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 7:56 pm

Aż mnie samemu ciężko uwierzyć, że dotarłem (jakoś) na sam koniec naprawdę długiej, długiej odysei, jaką był serial “Z Archiwum X”. X-files zajął mi sporo czasu (jakby nie było, to jednak ok. 150 godzin ciągłego oglądania), jednak zbytnio nie zaabsorbował pod innymi względami. W odróżnieniu od np. “Lost”, “Babylon 5″ czy innych, fascynujących, pobudzających książek, filmów czy seriali, umiałem jakoś zupełnie wyłączyć swoje myślenie o tym serialu i poza momentami, kiedy go oglądałem, nie myślałem o nim prawie wcale. Być może dlatego, że pokręcone losy Muldera i Scully nie wpisały się jakoś w niesamowite uniwersum, które zdaje się żyć własnym życiem. Bajkowość, nierealnośc i “tamtość” świata, w którym żyje Mulder i Scully czuć na kilometr.

Opisywałem już osiem sezonów, napomknąłem coś o filmie kinowym, pisałem też i o serialu “Lone Gunmen”. Jeżeli chodzi o dziewiąty sezon, nie błyszczy on zbytnio. Większość odcinków jest średnich, chociaż trzeba obiektywnie przyznać, że to chyba jedyny sezon, w którym nie ma ani jednego naprawdę słabego odcinka. No, ale co z tego, skoro w zasadzie tylko jeden finałowy “The Truth” można z czystym sumieniem nazwać dobrym (a nawet bardzo dobrym). Pozostałe da się oglądać, chociaż pomysły scenarzystom skończyły się już dawno temu i to, co serwuje nam się w ostatnim sezonie nawet nie ociera się o rzeczywistość. Facet, który przejęty katolickim transsubcjonalizmem i własnym poczuciem winy tworzy swoje fizyczne drugie ciało, które morduje? Chłopiec, który rysuje na kartce potwory, które potem zabijają ludzi? Chorzy w stanie śmierci klinicznej, którzy przed śmiercią przebywają w domu dla lalek? Te i inne absurdy, które mamy okazję podziwiać w odcinkach śledczych dziewiątego sezonu mogą na pewno tych mniej wytrwałych zniechęcić. Co do odcinków mitologicznych – ciągnięty na siłę wątek mitologiczny nuży coraz bardziej. Cieszy jedynie, że w odcinku “The Truth” zamknięto niemal wszystkie związane z nim kwestie, dopowiedziano to, co nie zostało dopowiedziane i raz na zawsze zakończono tę historię.

Serial z perspektywy dziewięciu sezonów nie jest zły. Sezony znacząco różnią się jakościowo (ja bym je uszeregował tak: 5,6,4,8,2,1,9,3,7), odcinki śledcze na ogół trzymają poziom (chociaż nie zawsze), odcinki mitologiczne zaczynają się ciekawie, potem jest coraz ciekawiej i ciekaweiej, aż w końcu następuje wielki krach i jest coraz gorzej.

Jeszcze raz co do zakończenia – o ile w Babylon5 czy Six Feet Under czuć było nadchodzące zakończenie, wszystkie ścieżki ku temu zakończeniu biegły, wątki same jakby się zamykały, a same finałowe sceny były godnym uwieńczeniem serialu, o tyle w X-files dołączone jest jakby na siłę. Pomimo tego, że ostatnie sceny może i robią jakieś wrażenie, trudno jednak też i pozbyć się wrażenia innego – można było równie dobrze darować sobie ostatni odcinek i pociągnąć jeszcze z pięć sezonów o Williamie, superżołnierzach, inwazji i wszystkim innym. Po prostu – nie jest to zakończenie wielkie, chociaż trzeba przyznać, że jakąś klasę jednak ma.

Po zakończeniu serialu jest jeszcze film “I want to believe”. Film żaden wybitny, jednak wart obejrzenia. Nie odnosi się on prawie w ogóle do wątków mitologicznych i jako taki stanowi zupełnie odrębną historię. Boli troszkę, że nie ma w nim żadnej wzmianki o Dodgecie, Reyes ani dalszych losach Archiwum X. Miło byłoby jednak zamknąć pewne drobne, nieuregulowane sprawy z końcówki IX. sezonu. Scenarzyści jednak na to się nie zdecydowali.

No cóż, serial (jako całość polecam), a ostatniego sezonu polecał nie będę, chociaż jest strawny. Kto bowiem przebrnął przez pierwsze 8 sezonów, na pewno siłą rozpędu obejrzy i 9, więc polecanie/nie polecanie nie ma sensu.

Ja zaś, zgodnie z obietnicą, po zakończeniu wątku X-Files znikam z bloga definitywnie. Pozdrawiam wszystkich czytelników i życzę częstego odwiedzania, miłego czytania wypocin Frycjusza i R-Cheego, owocnych dyskusji w komentarzach (może czasem coś tam jeszcze skomentuję) i powodzenia w życiu.

Pozdrawiam po raz ostatni
HaeS

 

166. Przekleństwo trzeciej części 20 październik 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Film, Gry, Książki — frycjusz @ 2:02 pm

Nie wiem czy też tak macie, ale mnie dopadło jakieś przekleństwo polegające na tym, że nie dane mi jest dokończyć sporej części trylogii. Oto kilka co bardziej spektakularnych przykładów:

Trylogia husycka Sapkowskiego – wręcz arcydzieło, byłem zachwycony. Przeczytałem „Narrenturm” i „Bożych Wojowników”. Ponieważ miejscowa biblioteka jakoś ociągała się z zakupem „Lux Perpetua”, książka ta nigdy nie wpadła w moje łapska. A szkoda. Nawet gdybym chciał przeczytać teraz ostatni tom, musiałbym uprzednio odświeżyć sobie dwa pierwsze. Może się kiedyś w końcu za to wezmę. Podobnie ma się sprawa z „Władcą Pierścieni”. Swojego czasu (jeszcze w liceum) przeczytałem pierwsze dwie części. Potem coś tam wypadło (jakieś matury czy coś tam mieliśmy pisać) i za trzecią się nie wziąłem do dziś. Potem musiałbym zacząć wszystko od nowa, a tego mi się już nie chciało robić. Przyznaję się: nigdy nie przeczytałem do końca „Władcy Pierścieni”. Nie znam nawet zakończenia. Od dłuższego czasu myślę o tym, żeby zakupić ładne wydanie w twardej oprawie (koniecznie powered by Skibniewska) i nadrobić tę haniebną zaległość. Póki co jednak, cena mnie przeraża. Przeczytałem też i (dość nietypowo) drugą i trzecią część trylogii Sienkiewicza – „Potop” i „Pana Wołodyjowskiego”. Za „Ogniem i Mieczem” brałem się wielokrotnie (ostatnio pół roku temu). Jakoś nie mogę tej książki zdzierżyć i najdalej dotarłem do połowy pierwszego tomu. Także trylogia Verne’a też czeka na dokończenie. Swojego czasu pochłonąłem błyskawicznie „Dzieci Kapitana Granta” i „Tajemniczą wyspę”. Niestety, „20 000 mil podwodnej żeglugi” z powodu niewystarczającego wyposażenia szkolnej biblioteki wciąż na mnie czeka.

Idąc tym tropem, podobnie mam z filmami. Co do Władcy Pierścieni – obejrzałem tylko „Drużynę Pierścienia” i „Dwie Wieże”. Trzecią część obiecałem sobie obejrzeć dopiero po przeczytaniu książki. Obejrzałem dwa pierwsze Mad Maxy. I dwie pierwsze części „Ojca Chrzestnego”. Tak jakoś wypadło. Aha, i jeszcze mam za sobą tylko dwa „Terminatory” i „Krzyki”. Ale w tych dwóch ostatnich przypadkach specjalnie tego nie żałuję.

A gry komputerowe? Przeszedłem Fallouta I i (prawie) Fallouta II. Na trzeciego nie mam ochoty. Za stary już na to jestem. Identycznie rzecz ma się z Warcraftami. Podobnie pewnie będzie z Diablo jak wyjdzie trzecia część, bo raczej się nią nie zainteresuję (pomimo dobrej znajomości dwóch poprzednich części).

Sporą część z tych zaległości chciałbym kiedyś jakoś tam nadrobić, na niektórych – nie zależy mi specjalnie.

 

165. Lone Gunmen 19 październik 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 1:15 pm

Nie mam raczej w życiu idoli ani autorytetów. Szukając własnej drogi, podpatruję zachowania róznych ludzi i czasem coś z nich przejmuję, czasem nie. Unikam bezkrytycznego podejścia do kogokolwiek i wiem, że każdy z nas jest człowiekiem w głębi duszy dobrym, ale i targanym własnymi słabościami, a czasem – bezpowrotnie zniszczonym przez te słabości. Nie ma świętych i nie ma grzeszników. Każdy po prostu chce znaleźć swoją drogę do szczęścia. Tak jak umie. I niektórym się udaje, innym nie. Co więcej, styl życia i metody które kierują jednych ku sukcesowi, mogą innych (z powodu różnych predyspozycji) poprowadzić ku druzgoczącej porażce. Dlatego też na kwestię bycia autorytetem, idolem, wzorem do naśladowania patrzę bardzo ostrożnie. Lepiej wszak powiedzieć, że dane ZACHOWANIE jest dla mnie godne naśladowania, niż dany człowiek.

Dobra, a ja tak gadam, gadam i nie za bardzo wiadomo do czego zmierzam. Gdybym mimo wszystko (na siłę) miał podać fikcyjną postać, która jest dla mnie idolem, mógłbym podać jakiegoś doktora Judyma, Skrzetuskiego, Konrada alias Gustawa albo Winkelrieda. Polonista z liceum byłby pewnie zachwycony. Ale nie. Moimi idolami są Samotni Strzelcy.

Samotni Strzelcy to trójka postaci znanych z serialu “Archiwum X”. Trzech narwanych geniuszy, pozbawionych normalnego życia, za to pełnych pasji, oddania i poświęconych idei. Każdy o zupełnie innej fizjonomii i temperamencie – na pierwszy rzut oka zupełnie do siebie nie pasują. Ale to tylko pozory. Łączy ich uwielbienie spiskowej teorii dziejów, chęć demaskowania kłamstwa i  ujawnienia prawdy społeczeństwu. W tym celu wydają nawet specjalną gazetę “Lone Gunmen”, gdzie opisują swoje odkrycia. Dzielnie kontynuują swoją krucjatę, chociaż spotykają się zazwyczaj z wyśmiewaniem i ignorowaniem i mało kto traktuje ich poważnie. Mało kto, oprócz Foxa Muldera.

W serialu “Archiwum X” Samotni Strzelcy pojawili się grubo ponad 30 razy. Zazwyczaj ich role były krótkie i polegały na tym, że Mulder poszedł do nich, oni gdzieś się włamali, a Mulder grzecznie podziękował, ale są w “X-files” trzy odcinki wyjątkowe. Te odcinki to 5×01 (“Unusal Suspects”), 6×20 (“Three of a Kind”) oraz 9×15 (“Jump The Shark”). Odcinki te poświęcone są niemal wyłącznie naszej wspaniałej trójce, ich wielkiej krucjacie i poświęceniu, zaś Mulder i Scully odgrywają w nich rolę drugoplanową (bądź żadną). Nie każdy jednak wie, że te trzy odcinki stanowią część większej całości, jaką jest osobny serial “Lone Gunmen”, którego bohaterami są właśnie Melvin Frohike, John Byers oraz Richard Langley. Głównymi postaciami, występującymi w każdym odcinku są też tak piękna, jak tajemnicza Yves Harlow oraz zupełny nieudacznik Jimmy Bond. W serialu pojawiają się także znani z “X-files”: dyrektor Skinner, agent Mulder i Morris Fletcher.

Licząca zaledwie trzynaście odcinków seria ma zdecydowanie lżejszy klimat od “X-files”. Serial zaklasyfikować można jako sensacyjno-komediowy (z lekkimi wątkami SF). W każdym odcinku trójka bohaterów (a w zasadzie piątka, bo Jimmy i Yves są postaciami równie ważnymi jak pozostali) napotyka na jakąś sprawę – czy to super-inteligentną małpę, czy na ślad samochodu na wodę czy też na coś jeszcze innego. Wiedzieni ciekawością (i chęcią opublikowania całemu światu jakiegoś przełomowego odkrycia) starają się jak najdokładniej zbadać sprawę, a przy okazji kogoś uratować bądź w inny sposób pomóc.

Największym plusem serialu jest to, że jest się z czego śmiać. Potężną dawkę humoru serwują nam super-skomplikowane plany naszych bohaterów, które nigdy nie wypalają z powodu niedopatrzenia jakiegoś drobnego szczegółu. Mimo wszystko, trzeba przyznać, że finezja i pomysłowość Wolnych Strzelców nie zna granic. Także zestawienie razem trzech bohaterów (jak wspomniałem, o skrajnie różnej aparycji i temperamencie), wieczne tarcia między nimi, utarczki słowne i żartobliwe uświadamianie sobie wzajemnie niektórych faktów daje widzowi sporo radości.

Jak oglądać “Lone Gunmen”? W TV serial był puszczany między 8., a 9. sezonem X-files. Można go w zasadzie obejrzeć na dwa sposoby: albo razem z “X-files” albo też niezależnie. W pierwszym wypadku – zacząć oglądać po 6×20, skończyć koniecznie przed 9×01 (bo właśnie w tym odcinku u Scully pojawia się Langley z niebieską twarzą, a na pytanie “What happened?” odpowiada: “don’t ask” – mamy zatem bezpośrednie nawiązanie do ostatniego odcinka serialu “Lone Gunmen”). W drugim wypadku – obejrzeć X-files 5×01, 6×20, potem serial “Lone Gunmen”, a na koniec 9×15.

Myślę, że kto obejrzał do końca X-files 9×15 wie znakomicie, że Samotni Strzelcy zasługują na tytuł idola, bohatera i wzoru do naśladowania równie mocno, jak większość postaci literackich.

“Lone Gunmen” jest znakomitą, lekką pozycją, być może niezbyt ambitną (ale czy X-files jako całość jest?). Stanowi świetne uzupełnienie serialu “Z Archiwum X”, a jednocześnie – znakomitą “lekturę” dla tych iksofilów, którzy po obejrzeniu dziewięciu sezonów i dwóch filmów są “na głodzie” i chcą coś jeszcze. Ja się w każdym razie ubawiłem przednio, a Melvin, John i Richard dłuuuuugo okupowali miejsce na moim pulpicie jako tapeta.

I na koniec filmik (ze spoilerem w ostatnich 10 sekundach):

 

164. W jakim świecie my do cholery żyjemy? 18 październik 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Nauka, filozofia, refleksje — frycjusz @ 7:18 am

Przyzwyczailiśmy się do pewnych rzeczy. Rzucamy piłką do góry – a ta za chwilę odwdzięczy nam się spadając wprost na głowę. Walimy ręką w ścianę – i potem tydzień chodzimy w gipsie. Żyjemy w świecie, w którym koła się toczą, pękające balony hałasują, ogień rozjaśnia ciemność, a woda w prace Frani podczas wirowania ucieka od środka i zaczyna przylegać do ścianek. Nie dziwi nikogo, że czas płynie zawsze w jednym kierunku, bliskie spotkanie III stopnia z drutami energetycznymi kończy się fatalnie, a ciało gorące ogrzewa także swoje otoczenie. Taki jest nasz świat, taki znamy i to, co widzimy, ekstrapolujemy na cały wszechświat. Ten duży z galaktykami i kwazarami i ten maleńki, z protonami i elektronami.

A przecież świat jest zupełnie inny. W bardzo dużych skalach zauważamy zjawiska, które delikatnie mówiąc zaskakują. Już samo to, że wielkich przecież rozmiarów księżyc od miliardów lat krąży wokół jeszcze większej Ziemi i jakoś na nią nie spada. Podobnie jak Ziemia nie spada na Słońce. Słońce pali się od pięciu miliardów lat – a naukowcy jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyliczyli że przy tym zapasie paliwa nie powinno wytrzymać więcej niż kilkadziesiąt tysięcy lat. Pomyślmy, jaki świetny argument dla kreacjonistów! Na szczęście jednak, ktoś kiedyś wpadł na pomysł reakcji termojądrowej i dzięki temu, że wiemy, że wewnątrz Słońca właśnie takie reakcje zachodzą, a nie zwykłe spalanie (jak sądzili dawni uczeni), możemy być całkowicie spokojni o to, że jeszcze kilka miliardów lat nam poświeci. Materia wewnątrz Słońca jest tak zagęszczona, że światło powstałe w samym centrum świetlnego globu dociera na Ziemię 30 000 lat – przy czym podróż z powierzchni Słońca na Ziemię trwa ledwie 8 minut.

No właśnie, światło. Wbrew temu, co głosi większość uczonych, światło rozchodzi się z natychmiastową prędkością. Podróżuje tak szybko, że dociera do celu natychmiast. Gdybyśmy wsiedli na promień świetlny i udali się np. do Mgławicy Andromedy, nawet byśmy nie zauważyli i już byśmy tam byli. Nie minąłby nawet ułamek sekundy. Podróż powrotna zajęłaby tyle samo czasu. Co ciekawe, z perspektywy ziemskiego obserwatora podróż trwałaby miliony lat. I po takiej ułamkosekundowej wyprawie tam i z powrotem, na Ziemi minęłoby wiele, wiele czasu. Czy takie „kurczenie” się i „rozciąganie” czasu w zależności od prędkości poruszającego się obiektu nie jest fascynujące?

Fascynujący jest Wielki Wybuch. Potraficie sobie wyobrazić, że przed Wielkim Wybuchem nie było w ogóle czasu? Ani przestrzeni? Cała czasoprzestrzeń została wygenerowana (i rozszerza się do dziś) właśnie w momencie wielkiego wybuchu. Co było przed Wielkim Wybuchem? Nawet odpowiedź „nic” nie jest prawidłowa. To pytanie po prostu nie ma sensu!

Czasoprzestrzeń zbudowana jest w niesamowity sposób. Zakrzywiona jakoś tworzy wewnątrz siebie meandry, o których nie mamy pojęcia. Mówi się, że ma dziesięć wymiarów, z czego sześć jest tak płaskich, że ich nie widzimy (polecam tę prezentację: http://www.tenthdimension.com/). Mówi się, że można wewnątrz niej tworzyć tunele, które skracają drogę podróżnym (jak w Star Treku) bądź nawet przemieścić się w czasie. Czasoprzestrzeń jest miejscami zakrzywiona. Dzięki temu, że nie jest idealnie płaska, istnieje coś takiego jak grawitacja. Grawitacja to nie jest „spadanie w kierunku dolnym”, jak wielu myśli, ani nawet przyciąganie się obiektów. To jedynie efekt zakrzywienia czasoprzestrzeni. Jakby powstał gdzieś wielowymiarowy „dół” w który wpadają różne obiekty, a na samym dnie tego dołu – nasza planeta (czy cokolwiek innego), która swoim ciężarem ten dół stworzyła. Czasoprzestrzeń w ogóle jest tak zakrzywiona, że patrząc przed siebie i mając odpowiednio silny teleskop, pewnie zauważylibyśmy tył własnej głowy. Tyle tylko, że światło musiałoby przebiec w tym czasie cały wszechświat. To (licząc z naszej perspektywy) trochę trwa. Tak więc jeżeli ktoś chce sprawdzić, czy łysieje, sugerowałbym bardziej efektywne metody.

Mamy kwazary, pulsary, gwiazdy neutronowe, czarne dziury, ciemną materię i energię, supernowe, uciekające od nas galaktyki i wiele innych fascynujących zjawisk. Jeszcze jedno mi się przypomniało. Mamy troszkę pecha, bo Słońce leży po niewłaściwej stronie ramienia Drogi Mlecznej. Gdyby je nieco przemieścić, w nocy widzielibyśmy na niebie piękny, jasny obiekt, większy i jaśniejszy od Księżyca. To centrum galaktyki, gdzie miliony gwiazd świecą połączonym blaskiem. Niestety, olbrzymia ilość pyłu międzygwiezdnego uniemożliwia nam zobaczenie tego cuda.

Wiemy i przyzwyczailiśmy się do tego, że wszechświat jest pusty, a gwiazdy we wszechświecie rozmieszczone są bardzo rozrzutnie. Mówi się, że gdyby gwiazda wielkości wiśni była w Belgradzie, to druga znalazłaby się gdzieś w okolicach Berlina. Ale zaskoczeniem zapewne będzie jeśli powiem, że niewiele mniej rozrzutne jest ułożenie atomów. Gdyby taki „wiśniowy” atom ustawić na środku boiska piłkarskiego, to następny atom znalazłby się gdzieś poza boiskiem. Między nimi jest pustka. Wokół atomów krążą elektrony, ale elektrony to bardziej widma niż cząstki.

Cuda, zaprawdę cuda dzieją się w mikroświecie. Tu już kompletnie nic nie jest takie, jak nam się wydaje. Nasz wszechświat zbudowany jest z niczego. My zbudowani jesteśmy dosłownie z niczego. O wyuczonym w szkole modelu, w którym kuleczki zwane elektronami okrążają po powłokach elektronowych zbiorowisko innych kuleczek zwanych protonami i neutronami, zapomnijcie. Przede wszystkim – elektrony są… no, czymkolwiek są, na pewno nie są piłeczkami. Są tak małe, że nie mają żadnego koloru (bo są krótsze od najkrótszych nawet fal świetlnych). Właściwie to nawet nie wiadomo czy są materialne, bo w sumie (podobnie jak światło) można je interpretować jako fale. Ta „dualność falowo-korpuskularna”, którą tak upodobali sobie fizycy, tak naprawdę to kolejna bujda. Mówi się, że elektron (czy foton) jest jednocześnie cząstką i falą. Ale tak naprawdę to nie jest ani jednym, ani drugim, ale czymś zupełnie innym. Czymś, czego nie umiemy ogarnąć ani sobie wyobrazić. Elektron umie znaleźć się w dwóch miejscach jednocześnie. Eksperymenty wykazały, że elektron przechodzi jednocześnie przez dwie oddalone od siebie szczeliny. Wiemy też, że kiedy elektron przechodzi z jednej powłoki elektronowej do drugiej, to wcale nie zachodzi jakieś przesuwanie go czy coś takiego. On po prostu ZNIKA w jednym miejscu i natychmiast pojawia się w innym. Coś zupełnie niewyobrażalnego w naszym świecie. Dlatego też traktuje się elektron jako normalny obiekt materialny, a kiedy ta wizja zawodzi – jako falę. I jakoś to się w fizyce sprawdza.

Protony i neutrony składają się z kwarków. Mamy sześć rodzajów kwarków, ale jakoś tak jest, że cała znana nam materia zbudowana w zasadzie jest z dwóch – „górnego” i „dolnego”. Pozostałe cztery rodzaje tworzą związki nietrwałe, rozpadające się nawet po jednej bilionowej sekundy. Ogólnie, wszystkie cząstki „materialne” (elektrony i kwarki) są fermionami, czyli posiadają spin ½. Co z tego wynika? Ano to, że (uwaga!) po obróceniu ich o 360 stopni otrzymujemy… cząstkę w jakiś tam sposób wyglądającą inaczej (jakbyśmy widzieli ją z innej perspektywy). Sam nie rozumiem do końca jak to możliwe, ale faktem jest, że dopiero po obróceniu o kolejne 360 stopni cząstka wraca do stanu wyjściowego. Dziwne? Dziwne.

Kwarki zbudowane są ze strun. Struny są tak maleńkie, że potrzeba kwadrylionów strun, aby utworzyć średnicę protonu. Drgają one sobie radośnie w dziesięciowymiarowej przestrzeni i są raczej jakąś formą energii niż czymś, co można nazwać materią. Jak rzekłem, wszechświat zbudowany jest z niczego.

Rozważmy pojedynczy atom wodoru, który kiedyś był w Słońcu, potem w jakimś rozbłysku trafił na Ziemię, związał się z atomem tlenu i leżał miliony lat w wodzie, zanim nie stał się atomem jakiegoś trylobita, potem amonita. Był już częścią drzewa, palmy, przebywał w oceanie i w lodzie arktycznym. Był częścią chmur i smagany wiatrem przenosił się z jednego końca świata na drugi. Był w skorupce jaja dinozaura, w mięśniu innego dinozaura i w płucach jeszcze innego. Dawno lat temu był nawet w kupce jakiegoś prehistorycznego żółwia, w sierści mamuta, liściu sosny. Pocił się nim średniowieczny rolnik, pił go (a potem wydalił) jakiś barokowy hrabia w peruce. Być może nawet, o zgrozo, pluł nim Adolf Hitler w czasie jednego ze swoich emocjonalnych przemówień, a potem stał się jakoś częścią ciała Jana Pawła II. Atomy się przenoszą się przecież w chmurach, deszczu, wietrze, poza tym oddychają nimi ludzie, którzy też się przemieszczają. A teraz ten sam atom jest u mnie, w moim ciele. Czy to nie fascynujące?

I w takim właśnie wnętrzu atomu wodoru żyją hipotetyczne istoty, zbudowane ze strun. Radośnie żyją sobie w dziesięciowymiarowej przestrzeni. Dla nich wszystko jest inne. Być może stworzyły zaawansowaną cywilizację, skomplikowaną filozofię, a ich matematyka i fizyka przerastają nasze o miliony lat. Ale czas ich życia jest krótki. Takie istotki żyją sobie ledwie kilka nanosekund. Dla nich jednak to całe dziesięciolecia. My zaś z kolei jesteśmy dla nich (o ile są w stanie nas dostrzec) odwiecznymi posągami. Nasza sekunda trwa dla nich miliardy lat. A światło, które zapalam dosłownie na minutę, trwa dla nich wieczność. O ile tylko będą w stanie to światło dostrzec, bo fala świetlna jest miliardy raz dłuższa od strun, w których oni, nieświadomi zupełnie słońca, dinozaura, Jana Pawła II ani mnie, żyją.

 

163. Frustracje drogowe 11 październik 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Z życia, społeczeństwo — frycjusz @ 10:02 pm

Największe przekleństwo polskich dróg to…

Nie, nie wcale dziury. Do nich tak się przyzwyczaiłem, że te mniejsze nie robią na mnie najmniejszego wrażenia, a te większe znam na pamięć i z dużym wyprzedzeniem wiem kiedy zacząć już je omijać. Pogodziłem się z nimi i żyję.

Wcale nie fatalna organizacja ruchu, bo po mieście jeżdżę dość rzadko, a nawet jeśli jeżdżę, to jakoś sobie radzę i nie stoję w kilometrowych korkach.

Nawet pijani kierowcy mnie nie drażnią. To znaczy drażnią, ale z żadnym nigdy nie jechałem i z żadnym nigdy się nie skolidowałem, więc póki co nie zaleźli mi za skórę. Chociaż potępiam proceder jazdy w odmiennym stanie świadomości, to jednak nie on jest na piewrszym miejscu mojej top-listy.

Radiowozy wyłaniające się w najmniej spodziewanym momencie zza krzaków (zazwyczaj na prostej drodze w jakiejś zatęchłej wiosze, gdzie wójt uroił sobie, że musi tam być 40 km/h, chociaż ani on, ani nikt inny nie umie tego uzasadnić) nie bolą mnie. No dobra: wkurzają, ale nie aż tak.

Zadbani (tzn. mocno wyżelowani), dobrze ubrani (najnowszy dresik Nike) i wysportowani (mięśnie ledwie mieszczą w koszulce) panowie w sportowych samochodach, którzy opanowali arkana jazdy tak dobrze, że wykonują manewry o jakich zwykły śmiertelnik nie ma pojęcia (m.in. wyprzedzanie środkowym pasem na zwykłej jednojezdniowej drodze) i osiągający prędkości zaprzeczające prawom fizyki obowiązującym dla dziurawych jezdni – drażnią i czasem aż ciary przechodzą kiedy taki wpieprzy się tuż przed człowieka wyjeżdżając z drogi podporządkowanej, ale nawet oni nie działają mi na nerwy tyle co…

…co nieoświetleni rowerzyści. Właśnie oni dla mnie dzierżą palmę pierwszeństwa najbardziej denerwującej i stresogennej sytuacji, jaką możemy spotkać na drodze. Jazda po zmroku groi zawałem, kiedy tuż przed moim pojazdem (gdzieś na 3-5 metrów) wyłoni nagle się beztrosko pedałujący młodzieniec bez światła, bez odblasków i ubrany na czarno. Takich sytuacji miałem już mnóstwo i sam się dziwię, że jeszcze zadnego nie najechałem. Widocznie szczęścia mają więcej niż rozumu.

Apel do wszystkich rowerzystów: ZAŁÓŻCIE JAKIEŚ OBLASKI, KUPCIE SOBIE ŚWIATEŁKO, A NAJLEPIEJ ŻÓŁTĄ KAMIZELKĘ (wiem, siarsko wygląda, ale naprawdę ratuje życie!) Właściwie pieszych też się to tyczy. To, że kierowca ma światła nie znaczy, że wszytko widzi. Może was dostrzec na 5 metrów przed sobą, zazwyczaj 10, góra 20. Dobry odblask zwiększa tę liczbę wielokrotnie.

 

162. X-files – sezon ósmy (uwaga na spoilery!) 4 październik 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 11:52 am

Po fatalnym, nagroszym ze wszystkich, siódmym sezonie X-files miałem spore obawy o dwa kolejne. Wszak wiadomo, że chyba żaden serial, który dotrwał do ósmego sezonu, w tym ósmym sezonie niczego szczególnie ciekawego ani odkrywczego nie pokazał. Już samo określenie “ósmy” odstręcza, bo kojarzyć się może co najwyżej z bezsensownym ciągnięciem czegoś na siłę tylko po to, aby wydoić od telewizji jeszcze jakieś ostatnie grosze za produkt, który świeci już tylko światłem odbitym od swojego blasku z dawnych lat. Moje obawy powiększył dodatkowo spoiler (na szczęście nie do końca prawdziwy) mówiący o tym, że w ósmym sezonie nie zobaczymy jednej z kluczowych postaci – Muldera. Trudno zatem się dziwić, że do ósmego sezonu zasiadłem z niepewnością, niechęcią i troszkę wbrew sobie.

Niespodziewanie jednak, ósmy sezon zamiast wykończyć serial, skompromitować go ostatecznie i odwrócić od niego ostatnich fanów, nadał mu świeżości. Znakomite są odcinki śledcze, w których do ciężarnej Dany Scully dokoptowano niejakiego Johna Doggeta. Co ciekawe, motyw z pierwszych sezonów – konfilkt między otwartością umysłu, a naukowym prawdopodobieństwem, który swojego czasu trwał w najlepsze między Mulderem, a Scully, w ósmym sezonie pojawia się ponownie – tyle tylko, że teraz Scully, która przez siedem lat z Mulderem widziała niejedno, przekonuje sceptycznego Doggeta do niesztampowych rozwiązań. Pomysły na odcinki śledcze są nowe, niewiele jest powtórzeń. Do tego większość z nich jest dobrze napisana, wyreżyserowana i zagrana. Serial ogląda się znakomicie, a wciąga on jak za najlepszych lat. W pamięć zachodzi m.in. odcinek “Invocation”, w których porwany chłopiec wraca po 10 latach i nie postarzał się ani o minutę. Co prawda zakończenie tej historii jest troszkę naciągane i zawodzi, ale i tak pierwsze 40 minut odcinka ogląda się świetnie. Dobry jest też “Road Runners”, w którym Scully uwięziona jest w małym miasteczku, pełnym wrogich jej nie wiedzieć czemu ludzi albo też przerażająca nieco “Badlaa” o indyjskim karle włażącym otyłym ludziom do brzucha. Jest co prawda kilka słabszych odcinków (w szczególności drażni wyciąganie jakichś spraw z przeszłości Doggeta, bo mnie osobiście ten wątek jakoś nie wciągnął), ale tak było przecież w każdym sezonie.

Wątek mitologiczny rozwija się intensywnie, a całą parą rusza po tym, jak Mulder mniej więcej w połowie sezonu powraca. Wszystko obraca się wokół ciąży Scully i niezniszczalnych super-żołnierzy. Dziwne troszkę, że twórcy tak łatwo porzucili Palacza, wielką konspirację, spisek rządowy itd, ale tak już chyba musi być. Wątek mitologiczny wypalił się IMO dawno temu i to, co teraz mamy to marne popłuczyny. Carter gubi się i sam nie wie już co i jak zrobić, dodaje nowe wątki, stara się wyjaśnić jakoś stare, ale to wszystko do mnie nie przemawia i chociaż ogląda się to nawet przyjemnie, a Kraicek (oraz kilka nowych czarnych charakterów) dają nam sporo ciekawej zabawy, to jednak nie sposób pozbyć się wrażenia, że odcinki mitologiczne Carterowi jednak nie wyszły, a ewentualna próba ułożenia przez widza wszystkiego po kolei i znalezienia w tym jakiegoś sensu jest z góry skazana na porażkę. Szkoda troszkę, chociaż i tak trzeba przyznać, że wątek mitologiczny zły nie jest – po prostu nie jest tak dobry, jakbym się tego spodziewał.

No nic, trzeba wziąć się za sezon dziewiąty, ale zanim zaserwuję wam jego recenzję – dam recenzję znakomitego serialu-niespodzianki, na który natknąłem się troszkę przypadkiem, a który dał mi sporo radości. Pozdrawiam!

 

161. O komentarzach meczowych słów kilka 3 październik 2008 (piątek)

Zaszufladkowany do: Sport, TV — frycjusz @ 8:27 pm

Po ciekawym i emocjonującym meczu Lech-Austria Wiedeń obejrzanym wczoraj w TV (Lech awansował po bramce zdobytej w ostatniej minucie) zajrzałem odruchowo na fora, aby sprawdzić jak cieszą się ludzie i jak reagują. Oczywiście się cieszą, ewentualnie zazdroszczą (a im bliżej stolicy mieszkają, tym bardziej zazdroszczą), wskazują na stronniczość sędziego i kilka aspektów, ale także zwracają uwagę na to, że nie TV dopuściła Szpakowskiego do komentowania tego meczu i – ku mojemu zdziwieniu – odebrano to na plus (!). Nie jest ulubiony komentator ludzi znających się na futbolu, wielu narzeka na jego charakterystyczną manierę, zbyt emocjonalne podejście, błędy merytoryczne i brak poprawności językowej. Wszystko to, co Szpakowskiemu się zarzuca, ja uważam za zaletę.

Nie wyznaję się zbytnio na tych komentatorach, obecnie na topie są bodajże Borek i Iwański. Są to świetni fachowcy, czujący grę, wiedzący o co chodzi, nie dający się zagiąć nawet na najdrobniejszych szczegółach, mających w głowie miliony statystyk, imponujący wiedzą i umiejętnością czytania gry. Świetnie. Ale nie mają tego, co posiada Szpakowski, a przede wszytkim – Tomasz Zimoch. Cóż to jest?

Dla mnie komentator nie musi tłumaczyć mi kto w jakim klubie grał dziesięć lat temu, walić fachowymi terminami, zachwycać się jak to ktoś do kogoś zagrał w tempo albo tym, jak finezyjne było wykonanie pupłapki ofsajdowej. Nie musi zawsze bezbłędnie ocenić (bez powtórki) czy był spalony bądź faul (chociaż to mi zazwyczaj imponuje, bo ja często nawet po powtórce tego nie widzę). Komentator jest osobą budującą klimat, jest częścią sportowego widowiska, człowiekiem który podsyca emocje i sprawia, że ci siedzący z piwkiem w ręku i kotem jako podnóżkiem, zatopieni w ciepłym fotelu czują się jakby byli na stadionie, równie żywiołowo krzyczą i równie żywiołowo się podniecają tym, co się dzieje na boisku kilkaset kilometrów dalej. W tej konkurencji wspomniany Borek czy Iwanow odpadają w przedbiegach. Są nudni, a ich monotonnego ględzenia słucha się ich ze znudzeniem, które nawet po zdobyciu bramki nie znika, bo ci panowie nawet się cieszyć nie umieją. Co innego komentator, który pod wpływem żywych, silnych emocji zapomina się, gubi, zaczyna gadać troszkę od rzeczy, wali dziwnymi porównaniami, popełnia drobne błędy merytoryczne itd. Widzimy wtedy w nim autentycznego człowieka, zagorzałego kibica i wielkiego fana futbolu (czy ogólniej – sportu), który umie się ponieść silnej emocji, bo wie, że radość czy też smutek są częścią sportowej rywalizacji,

Jeszcze gorsi są komentatorzy “z łapanki”. Bardzo często bowiem do fachowego komentatora (czy to charyzmatycznego Szpaka, czy też bezbarwnego Borka) dorzuca się jakiegoś piłkarza. Efekt zazwyczaj jest marny, bo podczas kiedy pierwszy z komentatorów buduje klimat i powie coś ciekawego (albo chociaż stara się jak umie), to drugi tylko smędzi i nudzi, zniechęcając zupełnie do oglądania meczu.

Na koniec – próbka Zimocha. Większość z nas to nagranie zna zapewne znakomicie, ale ja dzisiaj po raz pierwszy widziałem je w wersji wizja + fonia.

 

160. Co by tu wcisnąć? 1 październik 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Z życia, społeczeństwo — frycjusz @ 9:25 pm

Nie jestem specem od ekonomii, ale o ile dobrze się orientuję, marketing bezpośredni polega na tym, że to nie klient ma wyrazić zainteresowanie towarem, ale to sprzedawca ma obowiązek to zainteresowanie u niego wywołać. W wyniku takiej operacji klient zazwyczaj zostaje z bezwartościowym, niepotrzebnym mu do niczego gniotem (chociaż uświadamia sobie to dopiero długi czas po zakupie), zaś sprzedawca – ze sporą ilością banknotów w kieszeni. Przejrzymy sobie teraz kolejne techniki marketingu bezpośredniego, rozpoczynając od tych nawet w gruncie rzeczy przyjemnych i nieszkodliwych, kończąc na czymś, co nie powinno w ogóle mieć miejsca. Zaczynamy:

Stopień 0: Zaczepiamy w supermarkecie

Najmniejsze zło, a właściwie to nie tyle zło, co wzór jak należy prowadzić marketing bezpośredni to hostessy w supermarketach. Młode, ładne dziewczyny poczęstują chlebkiem z dżemem, naleją do plastikowego kubeczka soczku albo jogurtu, pokażą jak działa jakaś tam mieszaczka do ciasta, porozmawiają, pośmieją się z człowiekiem. Ani słowem nie zachęcają do zakupu albo robią to delikatnie i bez natręctwa. Co prawda rzadko kupuję cokolwiek pod ich wpływem, ale nawet jeżeli kupuję, to robię to bez poczucia, że ktoś mnie otumanił, ogłupił albo zrobił w balona.

Stopień 1: Katalogi

Pomijam już listy pt. „wygrałeś 100 000 zł, musisz tylko zadzwonić pod nr 0 700…” bo to chyba już wyszło z mody. Ale czasem przychodzą do domu rożne katalogi. Generalnie fajna rzecz. Ja np. lubię Klub Książki, bo mają fajne i tanie pozycje i czasem coś zamówię. Wśród pań krążą też katalogi Avonu czy Oriflame’a i kto chce, może sobie coś tam zamówić. Generalnie wszystko odbywa się po przyjacielsku, bardziej na zasadzie przysługi niż usługi i nie ma w tym absolutnie nic złego.

Stopień 2: zapraszamy do siebie

W ten sposób sprzedaje się kołdry i garnki. Zestawy sprzedawane są po 2-3 tysiące złotych. Najpierw dzwoni się do ludzi i zaprasza na pokaz. Ja sam zazwyczaj dzwoniącego spławiam, bo nie mam czasu na takie pierdoły, ale wiem, że po wyrażeniu chęci pojawienia się na pokazie do domu przychodzi pisemne zaproszenie, a do zaproszenia dołączany jest np. jeden tandetny kolczyk albo jedna tandetna rękawiczka albo jedno tandetne cokolwiek, co nie ma pary. Drugą część zestawu dostaje się na pokazie.

Pokazy trwają 2-3 godziny, dostaje się kawę i ciastko. Inteligentny gość dobrze słuchając prezentacji, może poznać całą gamę technik manipulacyjnych. Mniej inteligentny – może poznać całą gamę zalet kołder czy garnków i może nawet się skusi na zakup.

Właściwie to nie mam nic przeciwko tej formie sprzedaży. Cena jest może wysoka, ale towary przyzwoitej jakości (chociaż nie jestem pewien czy warte aż tak wygórowanej ceny). Mądry człowiek pójdzie ze znajomym na pokaz, w miłej atmosferze spędzi czas, coś zje, dostanie drugą rękawiczkę, pozna zalety kołder albo grnków, podziękuje i potem na własną rękę poszuka w internecie podobnej, ale tańszej oferty. Bo wbrew temu, co twierdzą prezenterzy na pokazach – towary podobnej jakości można nabyć także i w inny sposób niż na pokazie.

Stopień 3: Dzwonimy do domu

Wkraczamy teraz w metody bezczelne. Pierwsza metoda – dzwonienie do przypadkowych ludzi. Na szczęście mało inwazyjna, a natręt jest łatwy do spławienia. Dla przykładu – moja standardowa rozmowa z telemarketerem wygląda tak:

- Dzień dobry, Anna Iksińska, telekomunikacja polska, czy mogę rozmawiać z panem XXX?

- Dzień dobry, co tam znowu wciskacie?

(chwila konsternacji)

- Proszę pana, dzwonię do pana z ofertą…

- Więc jednak coś wciskacie.

- Proszę pana ja nic nie wciskam. Jestem doradcą TP i wraz z panem chcę ustalić najkorzystniejszy dla pana plan taryfowy oraz pakiet usług dodatkowych. Czy często pan wykonuje rozmowy międzymiastowe?

- Proszę pani, żeby nie tracić mojego i pani czasu: ja ofertę TP znam, przeliczyłem ją dziesięć razy we wszystkich możliwych konfiguracjach i wiem, że jedyną w miarę sensowną opcją jaką TP mi może zaoferować jest pozostanie przy abonamencie standardowym. Nie potrzebuję darmowych wieczorów i weekendów, jakichś wybranych numerów ani Liveboxa i nawet mnie nie interesuje co wciskacie tym biednym, naiwnym ludziom. Ofertę znam, jestem na bieżąco, z żalem stwierdzam, że nic ciekawego nie macie. Dziękuję bardzo za rozmowę. Proszę więcej nie dzwonić i niczego mi nie wciskać. Do widzenia

- Do wi…. (pani zazwyczaj nawet nie nadąża dokończyć zanim odłożę słuchawkę).

I tak za tydzień zadzwonią.

Stopień 4: Przychodzimy do domu (bądź zaczepiamy na ulicy)

Umiejętnie spławiony domokrążca albo uliczny sprzedawca nie zajmie nam dużo czasu. Wystarczy tylko znać ich zwyczaje i bezlitośnie wyjawić facetowi jego zamiary zanim on w ogóle zacznie nas otumaniać. Oto monolog który zatka usta każdemu ulicznemu sprzedawcy i domokrążcy:

(na ulicy, Bydgoszcz, dworzec PKP. Podchodzi elegancko ubrany pan który akurat przed chwilą zakończył rozmowę z poprzednim klientem)

- Przepraszam czy pan jest z Bydgoszczy?

- Tak, tak – ja wiem. Pan zapyta czy jestem z Bydgoszczy. Potem powie pan, że w Bydgoszczy za dwa tygodnie otwierają nowy market z perfumami, ale już teraz, dla wybadania rynku, macie promocję. Pokaże mi pan flaszke tandetnego perfumu w ładnym opakowaniu i zapyta ile moim zdaniem jest wart. Oczekuje pan, że powiem: stówę. Wtedy pan mnie zaskoczy i powie, że teraz jest promocja i da mi go pan. Na własność. A dopiero potem powie, że dał mi go pan, ale muszę za niego zapłacić jedyne trzydzieści złotych, chociaż pewnie jest wart góra pięć. Na dodatek, w ramach promocji da mi pan drugi gratis. Jak się będę dalej krzywił, to zgodnie z waszym szkoleniem, zapyta pan, czy można mi zaufać i czy nie poskarżę się do firmy. Oczywiście, powiem że można mi zaufać. Wtedy pan mi zaoferuje, że rozbije komplet i sprzeda mi pan jeden perfum. Za piętnaście złotych. Czy coś pominąłem?

Po takim monologu sprzedawca zazwyczaj zostaje ze zdziwioną miną i nic nie mówi, a my spokojnie możemy iść sobie dalej pewni, że ten człowiek przemyśli dobrze swoje życie i poszuka normalnej pracy.

Stopień piąty: skrajna beczelność

Doświadczyła tego moja koleżanka. Pojawiło się w gazecie ogłoszenie o pracę. Zadzwoniła, zaprosili ją na spotkanie do eleganckiego hotelu. Postawili ciastko i kawę. Tak obdarowana potencjalna pracownica gotowa już byli do wysłuchania krótkiej prezentacji nt. pracy, o którą się ubiega.

Po przedstawieniu przez panią prowadzącą rozmowę kilku szczegółów na temat wynagrodzeń, łatwości i przyjemności pracy, otumanieniu perspektywą wyjazdów służbowych, wycieczek integracyjnych oraz zawarcia kilku intratnych znajomości, koleżanka dowiedziała się, że warunkiem przyjęcia do pracy jest… zakup zestawu ścierek (nie wiem jakich) za 1975 zł. Jak jej nie stać, to można sobie ewentualnie rozłożyć na raty (24 x 130 zł). Oczywiście, koleżanka była oporna, ale pani, zamiast zachęcać do zakupu ścierek, ponownie przedstawiała zalety pracy (praca miała polegać – a jakże by inaczej – na wciskaniu ścierek kolejnym naiwnym). Nie wiem ilu ludzi zwerbowała (mam nadzieję, że nikogo), ale jak dla mnie – szczyt bezczelności marketerów, którzy:

a) Chcą wcisnąć człowiekowi zupełnie niepotrzebny mu towar

b) Za ten towar żądają maksymalnie wyśrubowanej ceny

c) Bezczelnie wykorzystują fakt, że człowiek nie ma pracy (i pieniędzy)

d) No i obrażają człowieka już samą taką propozycją

Ja wiem, że gospodarka oparta na inteligentnych, myślących ludziach, znających cztery podstawowe działania arytmetyczne i wiedzących którego kiedy użyć, niepodatnych na sugestie, znających swoje potrzeby i kupujących tylko to, czego potrzebują padłaby na twarz w ciągu trzech miesięcy i skazana byłaby na niekończącą się recesję. Mimo wszystko, traktowanie mnie (czy kogokolwiek innego) jak idioty i zachęcanie różnymi manipulacyjnymi technikami do zakupu czegoś, co mi jest zupełnie niepotrzebne wręcz uwłaczające. Dlatego mam jedną prostą zasadę: NIGDY przenigdy nie kupuję niczego od akwizytorów, domokrążców ani innych przypadkowych osób. Chcę coś kupić – szukam ofert w internecie, porównuję ceny i parametry i wybieram najtańszy sklep (np. przez Skąpca albo Allegro). Ewentualnie przejdę się po sklepach. Co wam też szczerze polecam.