Przyszło mi jakoś chwilowo współpracować z Hubertem (a w dalszej perspektywie go definitywnie zastąpić). Robię to, bo mnie o to prosił. Robię to, bo lubię to robić. Robię to, bo chcę. I obiecuję, że dołożę wszelkich starań, aby blog nie zmienił się zbytno.
Jednak jako dobry okupant bloga, musiałem co nieco dostosować, aby wszystko było na moją modłę. Wbiłem swoją flagę, zmieniłem nazwę okupowanego bloga i kilka innych szczególików. Dużo nie zmieniam. W szczególności szata graficzna oraz domena pozostają te same (chociaż to się może zmienić).
Nie bede pisal kim jestem, skad jestem, ile mam lat, gdzie pracuję i innych takich. Najwazniejsze jest to, ze z Hubertem jestesmy ideologicznie kompatybilni i treściowo blog niewiele się zmieni. Kto zatem czytał to i mu się podobało – może czytać dalej, komu się nie podobało, i tak pewnie nie będzie czytał.
Jutro będzie premiera pierwszego wpisu, tymczasem pozdrawiam!
Trudno mi pisać tego posta. Być może dlatego, że jest to jeden z moich ostatnich postów na haes.wordpress.com. Pewne wydarzenia z mojego życia zmusiły mnie do przemyśleń na temat sensu prowadzenia bloga i upubliczniania swoich poglądów i zapatrywań. Koniec końców, rozważając wszystkie “za” i “przeciw” postanowiłem swoją przygodę z blogiem zakończyć. Może nie tak od razu, bo mam kilka pozostawionych otwartych spraw, kilka ciekawych pomysłów i kilka rzeczy, które wciąż jeszcze czekają na ostateczne poprawki i zamieszczenie na stronie. W szczególności chodzi o posty na temat “Archiwum X”.
Nie jest to decyzja podjęta pod wpływem emocji, ale raczej suchego wyrachowania i rozsądnego kalkulowania. Przykra to w sumie sprawa i nie chcę o tym pisać publicznie. Nie muszę w sumie przerywać bloga w takim momencie jak ten. Nie muszę go przerywać w ogóle. Stwierdziłem jednak, że tak będzie najlepiej i zniknięcie mojej osoby z listy autorów ze wszystkich możliwych opcji jest najlepsze. Strasznie żal mi się rozstawać ze sporą gromadką bloggerów, z którą nawiązałem dobry kontakt, którzy regularnie do mnie wracali, czytali mnie i komentowali – a w komentarzach albo chwalili (a serce rosło!), albo też i konstruktywnie ganili.
Blog ma wielu wiernych czytelników i szkoda byłoby ich zawieść. Pamiętam w jakim stylu zrobił to legendarny już Gniot/Mierzwiak (który po prostu bez słowa komentarza skasował blog) i do dzisiaj czuję jeszcze niesmak po tym zdarzeniu. Nie chcę tak robić. Nie tylko archiwa pozostają dla potomności, ale nawet i sam blog będzie kontynuowany (!). Poza kilkoma wpisami, które zamieszczę przed moim definitywnym odejściem, możecie (mam nadzieję) liczyć na nowe posty Artura. Oprócz tego dogadałem się też z dwójką osób piszących. Jedna z osób, dopisana do listy autorów dość dawno temu (chociaż jeszcze na niej nie widoczna), co prawda do dzisiaj nie daje znaku życia i być może nie napisze nic nigdy. Szkoda, bo to zaprawdę zacna osoba, która blog by wyniosła na intelektualne wyzyny, o których ja mogę tylko śnić, ale to jej wybór. Druga z osób to mój bliski znajomy, podobny w zapatrywaniach i poglądach, który aż pali się do stworzenia kontynuacji tego bloga. Co prawda chce on pozostać zupełnie anonimowy, ale myślę, że ci którzy znają mnie z reala na hasło “Frycjusz” (bo tak ów osobnik będzie się podpisywał) zareaguje uśmiechem zdumienia, ale też i z ulgą, bo dzięki temu, że to właśnie on będzie kontynuował moje dzieło, niewiele się na blogu zmieni. Dla tych, którzy mnie (ani go) nie znają – napiszę tylko tyle, że ja polecam lekturę jego postów równie mocno, jak John Locke z “Lostów” polecałby lekturę postów Jeremiego Benthama. I już wszystko jasne.
Mam zatem nie tylko nadzieję, ale wręcz pewność że wystarczy mu wytrwałości i zapału i będzie się udzielał równie mocno i zapamiętale jak ja. Mało kto dostaje w spadku gotowego, w miarę popularnego bloga i mam nadzieję, że kolega tego nie schrzani. Ponoć już dzisiaj ma zacząć pisać swój pierwszy post (aż rwie się do tego!). Z wami więc się żegnam, chociaż – jako gość – będę tu nieśmiale bywał. Z czasem jednak moje zdjęcie zniknie z listy autorów, zniknie pewnie nawet konto z WordPressa, ale blog… blog będzie trwał dalej.
Przychodzą niczym kanary w tramwaju. Nigdy nie wiadomo w którym momencie się ich spodziewać i zawsze są w dwuosobowych patrolach. Na szczęście nie żądają bileciku do kontroli. Chcą po prostu porozmawiać. Zawsze są mili, sympatyczni, spokojni i wyciszeni. O kim mowa? O świadkach Jehowy.
Zaskoczę was może, ale ze wszystkich wyznań chrześcijańskich właśnie oni cieszą się moją największą sympatią. Jest to grupa ściśle zintegrowana, trzymająca się w kupie i wspierająca się nawzajem. Wbrew powszechnej opinii, nie są natrętni. Żyją obok nas, a nawet wśród nas i nawet o tym nie wiemy, a kiedy się o tym dowiadujemy, zawsze reagujemy zdziwieniem. “TO TY JESTEŚ ŚWIADKIEM JEHOWY?”. Jest to też chyba najbardziej zdyscyplinowana grupa religijna, ściśle żyjąca według wskazań swoich duchownych. Oszczędnie szacując, nie więcej jak 5% katolików traktuje swoją wiarę równie poważnie jak przeciętny Świadek Jehowy. A zapewne jeszcze mniej, bo żaden znany mi katolik (poza księdzem po kolędzie) nie chodzi po domach i nie ewangelizuje, a mało który mówi otwarcie o swojej wierze i wszędzie szuka Boga.
Oczywiście, w życiu nie pójdę na ten jakichś im zjazd czy zlot czy nabożeństwo czy jak to tam oni nazywają. Nie dla mnie religia (taka czy jakakolwiek inna), ale tych ludzi autentycznie szanuję za głęboką wiarę, konsekwencję w działaniu i wierność ideałom. Ze wszystkich znanych mi wyznań religijnych, to właśnie oni najbliżej są chyba duchowi chrześcijaństwa takiemu, jaki znamy z biblii.
Oczywiście, bywają śmieszni w swojej ślepej wierze. Nie wiem czy wiecie, ale nie akceptują oni np. wznoszenia toastów (bo gest ten jest uproszczoną wersją rytuału starożytnych Rzymian, dla których był to rodzaj modliwy do ich bóstw) ani też przetaczania krwi. Nie obchodzą też urodzin, a w dacie 25 grudnia nie dopatrują się bynajmniej dnia Bożego Narodzenia, ale jakich tam rzymskich świąt. Mają też wrodzony wstęt do wszystkich interwencji chirurgicznych. Kiedyś w internecie widziałem faceta z gigantyczną krostą na czele, mniej wiecej tak dużą jak głowa. Krosta zasłania mu oczy i coraz trudniej mu oddychać i jeść. Lekarze usunęli by mu to już dwadzieścia lat temu, kiedy krosta byłą maleńka, gdyby nie jego religijny opór – bo operacja jest wykonana w sposób, który godzi w jakieś tam ich zadady religijne. Wolą też umrzeć niż mieć przetoczoną krew. No i jeszcze jedno dziwactwo: pewna znana mi pani będąca świadkiem Jehowy całą mszę ślubną wnuczki przestała pod kościołem. Do środka jakoś nie odważyła się wejść.
Trochę jest też z nimi śmiechu z innego powodu. Internet aż pęka od artykułów w stylu “jak spławić świadków Jehowy”. Zresztą, wpiszcie sobie w Google – można się nieźle ubawić. Obok tych brutalnych (udawanie psychola i latanie za współlokatorem z siekierą), tudzież bezczelnych (odpowiadanie na każde ich słowo “pomidor”) znalazłem kiedyś jeden subtelny, perfidny i wyrafinowany. Należy wejść z nimi w dyskusję teologiczną, zapytać skąd oni wiedzą, że to wszystko, co głoszą to prawda i tak poprowadzić rozmowę, aby przyznali, że wszystko bierze się z objawienia jakie ileś tam lat temu miał ich założyciel, a następnie triumfalnie przyznać “no to mamy impas, bo ja też dzisiaj w nocy miałem objawienie!”.
Mnie jednak nie stać na kłócenie się z nimi. Szkoda czasu na zażarte dysputy z fanatykami, których i tak się nie przekona. Przyjąłem nieco odmienną taktykę. Przychodzą tacy, witam ich (zawsze w drzwiach, nigdy przenigdy nie wpuszczam), krótko pogadam. Chociaż tak na ścisłość to bardziej oni gadają, a ja przytakuję bądź też pomrukuję pod nosem, co pewnie odbierają jako przytaknięcie, a tak naprawdę to pomruk znaczący “głupoty gadacie, ale co będę się z wami kłócić”. Powiedzą swoje, na koniec miło się uśmiechają, zostawiają gazetki i sobie idą. Za jakieś dwa miesiące znowu przyjdą. Pięć minut raz na dwa miesiące to ok. 0,006% życia, a kosztuje to 0 zł 0 gr. Tyle jeszcze na Świadków Jehowy mogę poświęcić i jakichś specjalnie wyrafinowanych sposobów nie potrzebuję.
A gazetki, przyznam, lubię. Dają zawsze “Strażnicę” i “Przebudźcie się”, czasem jeszcze dorzucą coś innego. Naprawdę, czytam z przyjemnością. Idealna lektura obiadowo-toaletowa. W tym miesiącu mamy np artykuł o Ziemi i jej miejscu we wszechświecie. Oczywiście, autorzy popełniają podstawowe błędy logiczne (np. pisząc że Bóg stworzył Ziemię w takim miejscu galaktyki w którym panują optymalne warunki do trwania życia – jakby nigdy o słabej zasadzie antropicznej nie słyszeli!). Przeczytałem też sobie ciekawy artykuł o żubrach i rozpaczliwej walce o ich uratowanie, jakiej podjęli się przedwojenni zoolodzy. Opisano też i skomplikowany układ trawienny żubra, ale autor jakoś nie mógł powstrzymać się od refleksji na temat tego, że coś tak wspaniałego i cudownego nie mogło powstać przypadkiem i zapewne jest dziełem Stwórcy, a nie żadnej ewolucji. Mamy też troszkę o moralności, troszkę o życiu, troszkę o przyrodzie, troszkę o zwyczajach i obyczajach na świecie, ciekawostkach, odkryciach naukowych itd. Oczywiście, wszytko uzupełnione cytatami z biblii i podszyte małą nutką religijnej propagandy. Jako że jednak jestem na nią uodporniony, żadna “Strażnica” mi niestraszna i z przyjemnością poświęcam ok. pół godziny, aby ją od deski do deski przeczytać.
Dzisiaj ze mnie wyjdzie trochę ksenosob. Ale co mi tam. Piszę, bo się wkurzyłem jak to usunęli mój komentarz. Nie dalej jak tydzień temu na YouTube oglądałem piosenkę “Diva”, którą niejaki Yaron Cohen podbił świat kilka lat temu, wygrawszy uprzednio po jej ząśpiewaniu konkurs Eurowizji. Związana z tym jest dodatkowa ciekawostka – Yaron poddał się serii operacji, w wyniku których utracił genitalia, kazał sobie za to doprawić sporej wielkości biust. Dodatkowo ubiera się, czesze i maluje jak kobieta, a że (dzięki kuracji hormonalnej) figurę ma smukłą i powabną, a głos dość wysoki, miękki i aksamitny, wygląda praktycznie jak kobieta. Nawet, nie powiem, dość atrakcyjna kobieta. Przyjął zatem pseudonim artystyczny Dana International i – już jako “kobieta” zdobył popularność na całym świecie. Talent i urodę Yarona ocenić możecie sami:
Na YouTube jest mnóstwo komentarzy na ten temat, większość odnosi się do samej piosenki (do której osobiście nic nie mam) czy talentu piosenkarza (którego również się nie czepiam, bo się na tym nie znam). Postanowiłem dorzucić oliwy do ognia i uświadomiłem ludziom, którzy masowo wypisywali jak “SHE” ładnie śpiewa i jaki to “SHE” ma talent. W miarę kulturalnie, bardziej po angielskiemu niż po angielsku napisałem co myślę – jakim się urodzisz, takim umrzesz i że to nie żadna “SHE”, tylko najprawdziwszy w świecie “HE”, niezależnie od tego jak wygląda.
Dzisiaj patrzę – komentarz znikł. Po prostu znikł. Co prawda znalazła się jedna odpowiedź (że niby jestem niemyślący), ale samego komentarza nie ma nigdzie i ani grzebanie z datami, ani z filtrem “jakości” komentarza nic nie pomogło. Wyparował. Czyżby mój pogląd został jakoś ocenzurowany?
Co nie zmienia moich zapatrywań w tej kwestii. Z drugiej strony (jeszcze bardziej dobitny przykład) – na gazeta.pl przez jakiś czas ukazywała się seria artykułów o mężczyźnie w ciąży. Zaczęło się od tego, że ów mężczyzna (nie pamiętam już imienia) jest w ciąży, potem że mężczyzna urodził, a na koniec – że będzie film oparty na jego życiorysie. Redaktorzy gazety, słynący z bardzo liberalnych przekonań i swobodnym podejściu do tego typu tematów, jedynie mimochodem wspominali za każdym razem, że ów mężczyzna to tak naprawdę, kolokwialnie rzecz ujmując, baba bez cycków, za to z wackiem. Po prostu rzeczona pani poddała się zabiegowi zmiany płci, darując sobie jednak etap zwany histerektomią, a polegający na usunięciu macicy, jajników i wszystkich innych kobiecych narządów wewnętrznych. Oto i całe rozwiązanie zagadki “mężczyzny” rodzącego dzieci. Na pytanie o płeć tej osoby proszę odpowiedzieć sobie samemu.
Z płcią nie jest tak prosto. Niby wyróżnia się jakieś pierwszorzędne cechy płciowe (obecnośc jąder/jajników), cechy drugorzędne (pozostałe narządy płciowe, szczególnie zewnętrzne) no i cechy trzeciorzędne (zarost, głos, jabłko Adama, figura itd). Wydaje sie, ze po usunieciu pierwszo i drugorzednych cech oraz po zmianie trzeciorzednych z meskich na zenskie, wszystko jest OK, ale przeciez tak naprawde płeć jest zapisana w genach i za wyjątkiem hermafrodytów, każdy z nas posiada swoją płeć genetyczną Gdyby nieświadom sprawy genetyk wziął pod lupę komórkę Yarona, przejrzał jego wszystkie chromosomy, zbadał jakieś guaniny, cytozyny i milion innych pierdół, rzekłby ze 100% pewnością: TO JEST FACET. Gdyby w tej chwili wziąć komórkę z np. podniebienia Yarona i odpowiednio ją “obrobić”, aby można było ją sklonować, w wyniku takiej operacji urodziłby się chłopiec. Jeżeli za 1000 lat archeolodzy odkryją grób Yarona, powiedzą: to jest szkielet mężczyzny. A że Yaron poddał się serii operacji? No cóż, nikt chyba nie będzie twierdzić, że gdyby Yaronowi dorobiono świńskie uszy, świński nos i 8 świńskich cycków, to byłby świnką. Albo jeszcze lepiej, gdyby przerobić mu nieco twarz, wydłużyć operacyjnie ręce, zmodyfikować nieco kształt dłoni i stóp i hormonalnie owłosić całe jego ciało, stałby się nagle szympansem. Żadna fizyczna przemiana nie sprawi, że człowiek stanie się kimś innym niż jest. No i jeszcze jeden przykład: nikt nie twierdzi, że Michael Jackson należy do rasy białej.
Ja wiem, wiem. Upraszczam wszystko. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze bowiem kolejny czynnik (kto wie czy nie najważniejszy) – psychiczna identyfikacja płciowa. Jeżeli Yaron czuje się kobietą, posiada drugo i trzeciorzędne cechy płciowe kobiece i chce, żeby do niego mówić Sharon, to może nawet tak jest lepiej, skoro czuje się on z tym dobrze.
Ale z drugiej strony – czy uproszczeniem nie jest bezkrytyczne przyjmowanie, że kilka operacji i zmiana imienia w urzędzie jest w stanie zmienić płeć człowieka? Pamiętajmy mimo wszystko, że możemy oszukać papier, możemy oszukać oczy i uszy, a kto wie – może i można penisa oszukać (nie zamierzam tego bynajmniej sprawdzać), ale natury się nie oszuka. Yaron urodził się mężczyzną i umrze mężczyzną. Przykro mi, nie ma sposobu, aby zmienić płeć człowieka, można co najwyżej bawić się w udawanie i przebieranki.
Nie mam w sumie nic przeciwko takim operacjom, być może one dużo dają panom i paniom, którzy fizycznie upodabniają się do osobników płci przeciwnej i może faktycznie im to jest potrzebne – jeżeli tak, to niech tam sobie robią. Niemniej jednak, warto mieć świadomość, że płeć mamy tylko jedną. Od urodzenia i na stałe.
Zanim definitywnie skończę – jeszcze jedna rzecz. Żeby naprawdę solidnie problem ocenić, trzeba byłoby jeszcze dokładniej przyjrzeć się pojęciom “mężczyzna” i “kobieta”, aby zobaczyć, że pojęcia te (podobnie jak miliony innych pojęć) są jedynie pojęciami wytworzonymi przez naszą cywilizację, a granica między nimi, na pozór wyraźna, tak naprawdę jest płynna, a tak w ogóle to dzielenie ludzi na mężczyzn i kobiety jest bez sensu, bo każdy z nas jest przecież człowiekiem i to wystarczy, bez żadnych bliższych określeń jakiego typu człowiekiem ktoś jest. Problem ten opiszę dużo dokładniej w osobnym poście, który też jest w przygotowaniu (chociaż zapewne nieprędko ujrzy on światło dzienne, bo sporo tu jeszcze wątpliwości i znaków zapytania).
Krzyż w polskim sejmie, zawieszony potajemnie październikową nocą w 1997 roku do dziś boli wielu Polaków. Nie chodzi tutaj bynajmniej (jak niektórzy sugerują) o dwie deski przybite pod kątem prostym, które same w sobie nie mają znaczenia. Krzyż to symbol chrześcijański, ale TEN krzyż to symbol o wiele głębszy. Symbol mówiący “My jesteśmy katolikami, przestrzegamy reguł tego Kościoła i ty jesteś katolikiem, więc przestrzegaj reguł tego Kościoła”. Symbol delikatnie uświadamiający, kto tu rządzi i wskazujący na to, że w polityce polskiej są równi i są równiejsi, których nie tylko nie należy tykać, wsadzać do więzienia za pedofilię i antysemityzm, nakładać normalnych podatków i kazać płacić składki za ZUS, ale należy też od czasu ich wysłuchać, przytaknąć i zmienić swoje zapatrywania na pewne tematy.
Polski kler jest w sytuacji wręcz wymarzonej i trudno dziwić się, że rękami i nogami broni się przed jakimikolwiek zmianami mającymi na celu zrobienie z księży normalnych obywateli, mających prawa i obowiązki jak każdy inny. Dziwi za to co innego – okupacja watykańska Polski to jeszcze ciut za mało, zatem prymas Glemp wpadł na genialny pomysł, aby także reszcie Europejczyków uświadomić, że także oni są jak nie katolikami, to chociaż chrześcijanami.
Matka Boska jest miłościwie nam panującą królową Polski, jej syn – królem. Póki co taki stan rzeczy trwa jedynie w głowach księży, tudzież co bardziej otumanionych owieczek. Ale to mało. Oj, mało. Matka Boska ma teraz szansę rozszerzyć swoje panowanie na całą Unię Europejską i stać się jej co prawda nie królową, ale patronką. To jeszcze zniosę, bo taki stan rzeczy niewiele zmieni – Matka Boska będzie może i patronką UE, ale jedynie w głowach księży i wspomnianych już owieczek, a normalni obywatele przejdą nad tym do porządku dziennego i może nawet o tym fakcie wiedzieć nie będą. Za to pomysł, aby na potwierdzenie tego faktu w Parlamencie Europejskim stanęła figura (nie wiem jakiej wielkości) rzeczonej patronki to już jest gruba przesada, mniej wiecej taka jak krzyż w polskim sejmie, tyle tylko że trzeba patrzeć skalowo – różnorodność kulturowa UE jest dużo wieksza niż samej Polski, zatem obywateli urażonych tym faktem będzie dużo więcej.
Oczywiście w Europie to nie przejdzie. Wystarczy spojrzeć na postępującą laicyzację Francji, perspektywę przyjęcia niechrześcijańskiej Turcji do UE oraz fakt, że spora część państw Europejskich to po pierwsze państwa ewangelickie bądź anglikańskie (gdzie kult Matki Boskiej i świętych w ogóle jest w zaniku bądź żaden), po drugie zaś – stosujące w praktyce ideę rozdziału Kościoła od państwa, no i po trzecie – posiadające większość protestancką tylko z definicji, bo w takiej Szwecji czy Holandii ilość chrześcijan praktykujących czy w jakikolwiek sposób żyjących tą wiarą jest żałosna.
Tak więc o to, że na środku sali posiedzeń Parlamentu Europejskiego nie stanie wielgachna figura żydowskiej kobiety zasłaniająca mównicę, obok unijnej flagi nie będą wisiały dwie kilkumetrowej długości skrzyżowane deski, że nie postawią w Europarlamencie w pierwszym rzędzie wielkiej ławy, a w niej dwunastu biskupów, którzy mogą w każdej chwili krzyknąć “veto!”, a posiedzenia nie będą zaczynały się od dziesiątki różańca jestem spokojny. Benedykt XVI może oczywiście ogłosić Matkę Boską patronką Europy, Unii Europejskiej czy czego tylko chce. Jego prawo. A poważna instytucja, jaką jest parlament UE po prostu sobie ten fakt zignoruje. Bo Unia Europejska to, szczęśliwie, nie tylko Polska.
Nie, nie będzie o tym, że siedząc na parkingu w samochodzie, rozwiązuję zadania matematyczne. AŻ tak zboczony nie jestem. Będzie o czymś zupełnie innym.
Jako rasowy konsument, przyzwyczaiłem się już do tego, że więcej znaczy taniej. I tak jest ze wszystkim. Kupujesz małą butelkę szamponu płacisz 3 złote. Kupując dwa razy większą butelkę płacisz już nie 6, ale 5 złotych. Kupujesz dużą paczkę kawy nie płacisz proporcjonalnie więcej niż za odpowiednio mniejszą paczkę kawy, ale zazwyczaj mniej. Kiedy nabywasz całą paczkę jakiegoś produktu, często jest tak, że wychodzi to taniej niż gdyby kupowało się pojedyncze sztuki. Linie autokarowe wprowadzają promocje w stylu “co czwarty przejazd za pół ceny”, a nawet PKP za przejazd odcinkiem trzydzieści razy dłuższym pobiera opłaty góra kilkanaście razy większe. Wycieczki zorganizowane dostają zniżkę na bilety do kin. Za kartę “Simplus” wartą 150 zł możemy wygadać 180 zł.
I tak dalej. Przykłady można by mnożyć. Zasada “im więcej tym taniej” wdarła się do naszego kapitalistycznego świata i za nic w świecie nie chce z niego zniknąć. Zresztą, nikt z tego powodu nie cierpi, a ulubieli ją sobie szczególnie sąsiedzi (bądź rodzina), na spółę kupujący trzykilogramowe wiadro keczupu albo zbiorcze opakowanie ciastek czy cukierków, co i nam się nieraz przydarzało.
Nikogo to nie dziwi, że skoro producent (bądź usługodawca) pozyskał klienta, to chce zachęcić do zakupu większej ilości towaru – nawet jeżeli za ten dodatkowy towar zysk będzie już nieco mniejszy. Wszak w cenę małej butelki napoju 0,5 L za 1,50 wchodzi (oprócz samego napoju) opakowanie, transport, reklama, koszty jakichś testów itd; w skład dużej (2 L i kosztującej powiedzmy 3 zł) – to samo (i za to płacimy 1,50) i do tego za dodatkowe 1,50 dostajemy 1,5 litra napoju.
Ale jest jedna grupa usług, która reguły “im więcej, tym taniej” nie stosuje. To płatne parkingi. Rzadko z nich korzystam, ale zauważyłem, że np. na wrzesińskim rynku płacimy 2 zł za godzinę i 4,40 za dwie godziny (!). Podobnie jest na podziemnym parkingu pod Placem Wolności w Poznaniu. O ile dobrze pamiętam, tam jest jeszcze bardziej drastyczna dysproporcja – 2 zł za godzinę i 5 zł za dwie godziny. Podejrzewam, że tak jest wszędzie.
Dlaczego? Sprawa otwarta. Polityka parkingowa miasta rządzi się własnymi prawami. Zapewne istnieje jakieś racjonalne wytłumaczenie dlaczego władze miejskie postępują właśnie w taki sposób. Być może chodzi o zniechęcenie ludzi do długich postojów w centrum (i zwolnienie miejsca dla innych chętnych), być może o wykorzystywanie monopolistycznej pozycji, a może o coś jeszcze innego. Fakt faktem jednak – ekonomia parkingowa to dziwoląg i ewenement na rynku.