Tomasz Bagiński. Rysownik, animator i reżyser. Człowiek będący dziś wzorem dla animatorów z całego świata. Czym sobie zasłużył na takie miano?
O urodzonym w Białymstoku Tomaszu Bagińskim po raz pierwszy usłyszałem w 2003 roku, kiedy to jego dzieło otrzymało nominację do Oscara w kategorii: krótki film animowany. Katedra, bo o niej mowa, wstrząsnęła nie tylko naszym, przyznajmy to, ubogim rynkiem animacji komputerowych, ale całym cywilizowanym światem. W owym czasie chyba nie tylko ja byłem ciekaw kim jest człowiek o którym z takim entuzjazmem wypowiadały się jednym chórem wszystkie polskie media. Dodajmy media, które do tej pory z rzadka interesowały się tego typu twórczością.

Rok po tej informacji miałem okazję sam ocenić ów film. I cóż mogę powiedzieć. To co zobaczyłem na szklanym ekranie telewizora przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Później pojawiły się kolejne animacje, między innymi równie udany Fallen Art. Oba filmy tu już dziś w wielu kręgach dzieła kultowe. Sam jestem wielkim fanem obu produkcji. Czując się zatem wystarczającym autorytetem w tej materii postanowiłem podzielić się w wami moimi wrażeniami i spostrzeżeniami dotyczącymi dzieł animatora z Białegostoku.
Dodam przy okazji, że do napisania postu w takiej formie zainspirował mnie Hubert swoim wpisem na temat Solaris.
“Rain” czyli początek drogi.
Deszcz był pierwszym filmem wyprodukowanym przez Tomasza Bagińskiego. Ukończone jeszcze w czasach studenckich dzieło stworzone zostało w pojedynkę na domowym PC. Krótka historia opowiadająca o człowieku szukającym szczęścia w iluzorycznym świecie okazała się sporym sukcesem (kilkanaście lokalnych nagród) i początkiem nie źle zapowiadającej się kariery, w rozwijaniu której pomóc mu odtąd miała współpraca z Platige Image, wyspecjalizowanym w tworzeniu grafiki komputerowej i animacji 3d czołowym studiem post produkcyjnym w Polsce, odpowiedzialnym między innymi za dość popularne obecnie u nas reklamy Tesco i Biedronki (całkiem niezłych swoją drogą).
Co do samego filmu. Przyznam szczerze, że nie zrobił on na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Fabuła dość mocno przypominająca główny wątek Matrixa, nie należała do szczególnie nowatorskich, jakkolwiek dzieło pojawiło się na rok przed wypuszczeniem filmu Wachowskich, toteż nie można nikogo oskarżać o plagiat. Sporą pikselozę i kiepską animację postaci także można panu Tomaszowi wybaczyć. Przecież każdy, kto wie cokolwiek na temat tworzenia tego typu dzieł zdaje sobie sprawę, że pracując w domowych warunkach na PC z najwyżej 1998 roku nie sposób stworzyć jakiś epicki obraz. W dziele tym brakuje jednak znanego z późniejszych filmów Bagińskiego klimatu, intrygującej metaforyczności i oryginalnej, wciskającej w fotel muzyki. Zamiast niej mamy dobre, ale szeroko znane na świecie utwory, średnio moim zdaniem pasujące do obrazu.

Podsumowując, Rain mnie nie przekonał. Widziałem sporo lepszych animacji, nawet tych rodzimych. Może Deszcz wypadłby w moich oczach lepiej, gdybym obejrzał go przed zapoznaniem się z innymi dziełami pana Bagińskiego (niestety tak nie było, choć może i stety, bo mógłby mnie ów obraz zniechęcić do obejrzenia kolejnych filmów). Trzeba jednak pamiętać, że film powstawał w niezbyt sprzyjających warunkach i że to dzięki odniesionemu właśnie przez tę animację sukcesowi, mogłem rozkoszować się kolejnymi, znacznie lepszymi dziełami Tomasza Bagińskiego.
Ocena: 4/10
“The Cathedral” czyli pierwszy poważny sukces.
Nominację do Oskara w kategorii krótki film animowany otrzymał obraz Katedra wyreżyserowany przez Polaka, Tomka Bagińskiego. Takie mniej więcej słowa pojawiały się przez kilka dni w polskich mediach, wywołując przy tym nie małe zamieszanie. Jako Polak byłem dumny, jako miłośnik kina – zaskoczony. Bo chyba nikt się nie spodziewał, że animacja jakiegoś amatora z nad Wisły może w oczach jury Amerykańskiej Akademii Filmowej zyskać więcej niż dzieła z krajów, w których na takie produkcje wydaje się znacznie większe pieniądze, a ich popularność jest niewspółmiernie większa niż w borykającej się wciąż z lokalną zaściankowością Polsce. Podkreślić należy, że film powstał na podstawie równie dobrze ocenianego i często nagradzanego opowiadania Jacka Dukaja, z którym Bagiński często współpracował tworząc m.in. wszystkie okładki dla jego książek. Ostatecznie film nagrody nie otrzymał, ale o takim wyróżnieniu i o profitach płynących z tego faktu jeszcze kilka lat temu Tomasz Bagiński mógł jedynie pomarzyć.
Zachęcony dobrymi recenzjami postanowiłem samemu zapoznać się z Katedrą. Czas jednak płynął, a o filmie mówiło się coraz mniej. Co więcej, brak w owym czasie dostępu do internetu sprawił, że moje szanse na obejrzenie go przed ewentualną premierą telewizyjną były bliskie zeru. W końcu o animacji na jakiś czas zapomniałem. Okazja jednak się nadarzyła i to dość dla mnie niespodziewanie. Nadzieje na ocenienie filmu odżyły na nowo. Tuż przed kolejną oskarową galą TVP1 uraczyła nas Katedrą. Każdy kto kiedykolwiek oglądał na żywo ceremonię wręczenia Oskarów wie, jak musiałem walczyć ze snem, by film obejrzeć. I udało się, ale dzieło okazało się w odbiorze znacznie trudniejsze niż się tego na początku spodziewałem. Nie do końca przekonany, czy winę za ów fakt ponosi mój zmęczony organizm, czy po prostu obraz nie spełnił pokładanych w nim przeze mnie oczekiwań, ponownie na jakiś czas odłożyłem myśli o filmie.
No i nadeszła nowa era. Era wszechobecnego internetu i dostępu do wszelakich produkcji filmowych. Skorzystałem i ja. Postanowiłem jednak nie ulegać chwili i poczekać z filmem na odpowiedni moment. Spokojny wieczór, gdy wszyscy w koło smacznie już spali, słuchawki na uszach dla wzmocnienia efektu dźwiękowego i całkowita ciemność dla wzmocnienia efektu wizualnego. Wygodny fotel. Maksymalne skupienie. A potem już tylko ja i ekran monitora…
Chyba żadne słowa nie oddadzą mojego zachwytu. Nie wiem czy musiałem dojrzeć do tego filmu (stawiam raczej na opcję ze zmęczeniem na mojej osobistej premierze), ale wrażenie jakie na mnie wywarł można określić tylko jednym słowem – GENIALNE! Co więcej, na jednym razie się nie skończyło. Film z każdym kolejnym obejrzeniem, a wracam do niego co najmniej raz na dwa miesiące, wciąż wywołuje u mnie ciarki na plecach. Jest to bodajże obok starej trylogii Star Wars najczęściej oglądany przeze mnie film. Co z tego że krótki, skoro w ciągu tych sześciu minut potrafi dostarczyć znacznie więcej emocji niż wiele bezwartościowych półtorej godzinnych produkcji.

Co tak urzekło mnie w tej animacji? Na pewno nie zadowoliła by was odpowiedź, że wszystko, mimo iż tak należało by odpowiedzieć.
Na początek fabuła. Przez niektórych uważana jest za najsłabszą część dzieła. Inni twierdzą nawet, że film jest jej pozbawiony. Na pierwszy rzut oka mogło by się to wydawać prawdą. Rozumiem, że film może się nie spodobać, zwłaszcza jeśli ktoś lubi mieć wszystko podane na tacy. Mamy przeto pewnego długowłosego wędrowca wchodzącego do jakiegoś dziwnego budynku (tytułowej Katedry). Chodzi, rozgląda się na boki, dochodzi na drugi kraniec tego osobliwego obiektu i czeka na świt, by dokonała się w nim przemiana. Zdaje sobie sprawę, że taki opis może zniechęcić. Ale tak w skrócie wygląda to co widzimy na ekranie. Czy film jest zatem pozbawiony fabuły? Nic bardziej mylnego. Treść jest, ale głęboko ukryta między wierszami. Każdy kto choć trochę potrafi posługiwać się metaforami może znaleźć w tej historii sens. To tak jak w doszukiwaniu się dosłowności w wierszach. Odbiór wygląda podobnie i każdy może zinterpretować fabułę Katedry na własny sposób. Dla mnie na przykład jest to opowieść o schyłku naszej wędrówki jaką jest życie, gdzie zmierz symbolizuje ostatnie chwilę owego życia, a wschód – śmierć, czyli nowy początek. Katedra reprezentuje w takim wypadku dziedzictwo ludzkości, monumentalny pomnik będący zapisem naszej historii, umacniany przez nasze doświadczenia zebrane z całego życia. Innymi słowy, jest tym co po sobie kiedyś zostawimy dla potomnych. Oczywiście wciąż niektóre metafory są dla mnie nie jasne, jak chociażby “żywy” piasek formujące dziwne kształty po tym, jak wędrowiec chwyta go nieco do ręki. Ale jak już pisałem, każdy może dostrzec w tym obrazie coś innego. I to jest właśnie fascynujące. Wiersz w formie audio wizualnej.
A co do owej formy, to przyznać trzeba, że to kolejna mocna strona filmu. Każdy pokazujący się na ekranie monitora obraz to arcydzieło. W pamięci zapadł mi zwłaszcza fragment prezentujący wygląd świata (przepiękne połączenie klimatów gotyckich, mitologii i elementów space opery) oraz chwila przed samą przemianą, gdy bohater historii klęczy otoczony jasno niebieskim światłem wschodzącego słońca. Animacja jest świetna, mimo iż w kilku fragmentach przypomina nieco przerywnik z jakiejś gry komputerowej pokroju Tomb Raidera.
Nie można nie wspomnieć również o genialnie dopasowanej do obrazu ścieżce dźwiękowej, która idealnie buduje nastrój. Dźwięk zmienia dynamikę w zależności od akcji. Niby sprawa oczywista, ale w Katedrze wygląda to tak, jakby każdy drobny fragment muzyczny był dokładnie przemyślany i wpasowany co do ułamka sekundy. Niestety nie mam pewności, czy wykorzystane utwory są oryginalne, bo wydaje mi się, że jeden z motywów już słyszałem, prawdopodobnie w wykonaniu Immediate Music bądź X-Ray Dog. Ale pewności nie mam.
Czy obraz Bagińskiego zasługiwał na Oskara? Zdecydowanie! Co więcej, w moim odczuciu ów film jest jak winno. Im dłużej go mam, tym chętniej do niego wracam. Jeśli zatem zachęciłem cię moją recenzją, do obejrzenia filmu Tomasza Bagińskiego, zastosuj się do kilku rad. Stwórz odpowiedni klimat! Nie oglądaj go w środku dnia, gdy jeszcze nie daj Boże obok kręcą się członkowie rodziny. Pogrąż się w całkowitej ciemności, z dobrze wyregulowanymi kolorami monitora i z wygodnymi słuchawkami na uszach. Nawet jeśli film nie spodoba ci się od strony fabularnej, to jest spora szansa że chociaż jego forma artystyczna wciągnie cię bez reszty. No chyba że lubisz filmy z Segalem i z ogoloną głową jeździsz na bojówki swoim BMW. W takim wypadku film zdecydowanie odradzam.
Ocena: 10/10
“Fallen Art” czyli potwierdzenie wysokiej formy.
Trzy lata po premierze Katedry na światło dzienne wychodzi kolejna produkcja Tomka Bagińskeigo, zatytułowana Fallen Art. Co ciekawe, oryginalny tytuł angielski ma pewną przewagę nad polskim tłumaczeniem. Okazuje się bowiem, że film można rozumieć jako “Sztukę spadania” bądź “Upadłą sztukę”. Oba tytuły idealnie pasują do dzieła i doskonale się uzupełniają.
Ze Sztuką spadania zapoznałem się stosunkowo szybko. Znacznie szybciej niż miało to miejsce w przypadku Katedry, na co bez wątpienia miał wpływ rozwój technologiczny. I podobnie jak w przypadku swojego poprzednika, na temat nowej produkcji Bagińskiego niewiele wiedziałem przed jej obejrzeniem. Wspominałem już kiedyś przy okazji wpisu dotyczącego Apocalypto, że taka sytuacja sprawia, iż już na początku film dostaje ode mnie małego plusika. Lubię być zaskakiwany, a tu nastąpił dokładnie taki efekt. Biorąc pod uwagę sukces jaki bez wątpienia odniosła Katedra, spodziewałem się wiele po Sztuce Spadania. I nie zawiodłem się. Ale po kolei.

Mamy oto starą bazę wojskową gdzieś na Karaibach, w której to emerytowani oficerowie, oddają się swoim chorym pasją. Brzmi intrygująco? Z pewnością ciekawiej niż opis Katedry. Ale to co dzieje się na ekranie zaskakuje nawet takiego starego wyjadacza jak ja. Pomysł na historię jest niesamowity. Nie będę nic zdradzał, by nie psuć wam zabawy, ale na prawdę warto poświęcić owe 7 minut na zapoznanie się z tą animacją, która w gruncie rzeczy jest zupełnie inna niż Katedra. Pomijam już poprawioną grafikę. Film nie ma już tego mrocznego klimatu, jest jednak moim zdaniem bardziej intrygujący, a metafora jest znacznie łatwiejsza w odbiorze, choć nadal obraz można dowolnie interpretować. Dla mnie jest to ewidentna karykatura ustroju komunistycznego, w którym to dla kaprysu władzy masowo poświęca się ludzi.
Od strony wizualnej czy dźwiękowej nie można się do filmu przyczepić, choć akurat w tym przypadku nie są już wymagane specjalne przygotowania vel mrok, klimat i słuchawki na uszach. Muzyka jest nawet dość radosna, choć to ewidentna zmyłka odciągająca nieco uwagę od prawdziwego tragizmu sytuacji. Czyżby komunistyczna propaganda?
Fallen Art jest godnym następcą Katedry. Jest zupełnie inny od swojego poprzednika, co nie znaczy że mu jakoś specjalnie ustępuje. Moja ocena filmów Bagińskiego jest oczywiście subiektywna i w osobistym rankingu Fallen Art, choć nieznacznie, ale jednak ustępuje pola poprzednikowi. Jako miłośnik fantasy lepiej potrafię wczuć się w klimat Katedry, co nie zmienia faktu, że Sztuka spadania jest bardzo dobrą produkcją potwierdzającą olbrzymi talent reżysera.
Ocena: 9/10
“Wiedźmin” czyli pierwszy krok w stronę komercjalizacji.
O realizacji gry rpg na podstawie prozy Szapkowskiego mówiło się na długo przed jej premierą. Atmosferę wokół produktu podgrzała dodatkowo informacja, iż za intro i outro gry odpowiadać miał nie kto inny jak Tomasz Bagiński. I stało się. Powstały dwa bardzo dobre filmiki promujące ów rpg. Gra przypominająca swoją drogą genialną serię Gothic, odniosła spory sukces, nie tylko na scenie rodzimej, ale na całym świecie. Trudno przeliczyć ile w tym zasługi wstawek stworzonych przez Bagińskiego, niewątpliwie jednak uatrakcyjniły one i spopularyzowały produkt. Nie czytałem prozy Szapkowskiego (choć jako miłośnik klimatów fantasy – powinienem, i nie wykluczone że wkrótce to uczynię), ale oglądając stworzone przez Bagińskiego animacje odnosi się wrażenie, że są one znacznie bliżej pierwowzoru wykreowanego przez Szapkowskiego niż serial z Michałem Żebrowskim w roli głównej (swoją drogą nie tak całkiem tragicznym jak na Polskie realia). W sumie chętnie obejrzałbym cały serial zrealizowany właśnie techniką komputerową. Może taka produkcja okazała by się większym sukcesem niż filmy fabularne.
Pierwszy filmik przedstawia bardzo popularną scenę walki Geralta ze Strzygą przejmującą ciało młodej księżniczki. Walka jest dynamiczna, świetnie zaanimowana i do tego dość krwawa. Geralt nie patyczkuje się z potworem, używając argumentów w postaci magii, miecza i własnych pięści. Ostatni argument został przedstawiony jednak zbyt komicznie i nierealnie, psując nieco odbiór całościowy. Animacja robi wrażenie i wygląda znacznie lepiej niż walka z udziałem filmowego Wiedźmina. Co by jednak dobrego nie powiedzieć o filmie, jest to nic więcej jak czysta akcja. Nie ma tu miejsca na głębszą myśl, metaforyczność czy zaskakujące momenty. Ot, świetnie zrealizowana scena walki rodem z najlepszych filmów fantasy.

Drugi film, będący endingiem, to podobne klimaty, tym razem jednak walka ma miejsce pomiędzy dwojgiem ludzi (no, jak się okazuje nie do końca ludźmi). Choreografia jest imponująca. Przeciwnicy poruszają się jak żywi i co najważniejsze nie zanotowałem ani jednego gorszego fragmentu takiego jak chociaż mająca miejsce w intrze drażniąca mnie walka na pięści ze Strzygą. Tu jednak także po za rozwiązaniem zagadki, której treść poznali jedynie gracze, nie ma nic ponad komercję. Ale czy to źle?
Ocena: 8/10
Byłem ostatnio z bratem na Mrocznym Rycerzu Nolana. Joker grany przez niedawno zmarłego Heathera Ledgera, wypowiedział w filmie bardzo ciekawą kwestię. Brzmiała ona mniej więcej tak: “Jeśli umiesz coś zrobić dobrze, nie rób tego za darmo”. Tomasz Bagiński, jak każdy dobry rzemieślnik ma święte prawo do zarabiania na swoich produktach (o czym niektórzy krzykacze i krytycy najwyraźniej zapomnieli). I ja go w tym popieram, życząc mu, aby dorobił się na swoim talencie fortuny. Mam przy tym nadzieję, że tworząc kolejne filmy mające z założenia przynosić jedynie profity, pan Tomasz nie zapomni o swoich początkach i nadal będzie tworzył dzieła na miarę Katedry czy Sztuki spadania.
A jest na to szansa, bo zasypany nagrodami animator z Białystoku nie zamierza spoczywać na laurach. Po za przygotowanym dla „Reporterów bez granic” anty chińskim Made in China, którego premiera z niewiadomych przyczyn wciąż jest odwlekana, w przygotowaniu są kolejne jego dzieła, takie jak Kinematograf na podstawie komiksu Mateusza Skutnika czy Ruch Generała – kolejny po Katedrze film oparty na prozie Dukaja. Jest więc na co oczekiwać. Nim jednak będziemy mieli okazję je obejrzeć, warto sięgnąć do źródła i w przypadku gdy tego jeszcze nie uczyniliśmy, zapoznać się z dotychczasową twórczością Tomasza Bagińskiego. Gorąco polecam wszystkie wyprodukowane dotąd przez niego filmy, mimo iż zdaje sobie sprawę, że nie każdemu przypadną one do gustu
Pzdr.











