Myślokracja, czyli from łeb to web

153. Sztuka wznoszenia czyli cztery spojrzenia na filmy Tomasza Bagińskiego. 31 sierpień 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film, refleksje — R-Chee @ 10:54 pm

Tomasz Bagiński. Rysownik, animator i reżyser. Człowiek będący dziś wzorem dla animatorów z całego świata. Czym sobie zasłużył na takie miano?

O urodzonym w Białymstoku Tomaszu Bagińskim po raz pierwszy usłyszałem w 2003 roku, kiedy to jego dzieło otrzymało nominację do Oscara w kategorii: krótki film animowany. Katedra, bo o niej mowa, wstrząsnęła nie tylko naszym, przyznajmy to, ubogim rynkiem animacji komputerowych, ale całym cywilizowanym światem. W owym czasie chyba nie tylko ja byłem ciekaw kim jest człowiek o którym z takim entuzjazmem wypowiadały się jednym chórem wszystkie polskie media. Dodajmy media, które do tej pory z rzadka interesowały się tego typu twórczością.

Rok po tej informacji miałem okazję sam ocenić ów film. I cóż mogę powiedzieć. To co zobaczyłem na szklanym ekranie telewizora przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Później pojawiły się kolejne animacje, między innymi równie udany Fallen Art. Oba filmy tu już dziś w wielu kręgach dzieła kultowe. Sam jestem wielkim fanem obu produkcji. Czując się zatem wystarczającym autorytetem w tej materii postanowiłem podzielić się w wami moimi wrażeniami i spostrzeżeniami dotyczącymi dzieł animatora z Białegostoku.

Dodam przy okazji, że do napisania postu w takiej formie zainspirował mnie Hubert swoim wpisem na temat Solaris.

“Rain” czyli początek drogi.

Deszcz był pierwszym filmem wyprodukowanym przez Tomasza Bagińskiego. Ukończone jeszcze w czasach studenckich dzieło stworzone zostało w pojedynkę na domowym PC. Krótka historia opowiadająca o człowieku szukającym szczęścia w iluzorycznym świecie okazała się sporym sukcesem (kilkanaście lokalnych nagród) i początkiem nie źle zapowiadającej się kariery, w rozwijaniu której  pomóc mu odtąd miała współpraca z Platige Image, wyspecjalizowanym w tworzeniu grafiki komputerowej i animacji 3d czołowym studiem post produkcyjnym w Polsce, odpowiedzialnym między innymi za dość popularne obecnie u nas reklamy Tesco i Biedronki (całkiem niezłych swoją drogą).

Co do samego filmu. Przyznam szczerze, że nie zrobił on na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Fabuła dość mocno przypominająca główny wątek Matrixa, nie należała do szczególnie nowatorskich, jakkolwiek dzieło pojawiło się na rok przed wypuszczeniem filmu Wachowskich, toteż nie można nikogo oskarżać o plagiat. Sporą pikselozę i kiepską animację postaci także można panu Tomaszowi wybaczyć. Przecież każdy, kto wie cokolwiek na temat tworzenia tego typu dzieł zdaje sobie sprawę, że pracując w domowych warunkach na PC z najwyżej 1998 roku nie sposób stworzyć jakiś epicki obraz. W dziele tym brakuje jednak znanego z późniejszych filmów Bagińskiego klimatu, intrygującej metaforyczności i oryginalnej, wciskającej w fotel muzyki. Zamiast niej mamy dobre, ale szeroko znane na świecie utwory, średnio moim zdaniem pasujące do obrazu.

Podsumowując, Rain mnie nie przekonał. Widziałem sporo lepszych animacji, nawet tych rodzimych. Może Deszcz wypadłby w moich oczach lepiej, gdybym obejrzał go przed zapoznaniem się z innymi dziełami pana Bagińskiego (niestety tak nie było, choć może i stety, bo mógłby mnie ów obraz zniechęcić do obejrzenia kolejnych filmów). Trzeba jednak pamiętać, że film powstawał w niezbyt sprzyjających warunkach i że to dzięki odniesionemu właśnie przez tę animację sukcesowi, mogłem rozkoszować się kolejnymi, znacznie lepszymi dziełami Tomasza Bagińskiego.

Ocena: 4/10

“The Cathedral” czyli pierwszy poważny sukces.

Nominację do Oskara w kategorii krótki film animowany otrzymał obraz Katedra wyreżyserowany przez Polaka, Tomka Bagińskiego. Takie mniej więcej słowa pojawiały się przez kilka dni w polskich mediach, wywołując przy tym nie małe zamieszanie. Jako Polak byłem dumny, jako miłośnik kina – zaskoczony. Bo chyba nikt się nie spodziewał, że animacja jakiegoś amatora z nad Wisły może w oczach jury Amerykańskiej Akademii Filmowej zyskać więcej niż dzieła z krajów, w których na takie produkcje wydaje się znacznie większe pieniądze, a ich popularność jest niewspółmiernie większa niż w borykającej się wciąż z lokalną zaściankowością Polsce. Podkreślić należy, że film powstał na podstawie równie dobrze ocenianego i często nagradzanego opowiadania Jacka Dukaja, z którym Bagiński często współpracował tworząc m.in. wszystkie okładki dla jego książek. Ostatecznie film nagrody nie otrzymał, ale o takim wyróżnieniu i o profitach płynących z tego faktu jeszcze kilka lat temu Tomasz Bagiński mógł jedynie pomarzyć.

Zachęcony dobrymi recenzjami postanowiłem samemu zapoznać się z Katedrą. Czas jednak płynął, a o filmie mówiło się coraz mniej. Co więcej, brak w owym czasie dostępu do internetu sprawił, że moje szanse na obejrzenie go przed ewentualną premierą telewizyjną były bliskie zeru. W końcu o animacji na jakiś czas zapomniałem. Okazja jednak się nadarzyła i to dość dla mnie niespodziewanie. Nadzieje na ocenienie filmu odżyły na nowo. Tuż przed kolejną oskarową galą TVP1 uraczyła nas Katedrą. Każdy kto kiedykolwiek oglądał na żywo ceremonię wręczenia Oskarów wie, jak musiałem walczyć ze snem, by film obejrzeć. I udało się, ale dzieło okazało się w odbiorze znacznie trudniejsze niż się tego na początku spodziewałem. Nie do końca przekonany, czy winę za ów fakt ponosi mój zmęczony organizm, czy po prostu obraz nie spełnił pokładanych w nim przeze mnie oczekiwań, ponownie na jakiś czas odłożyłem myśli o filmie.

No i nadeszła nowa era. Era wszechobecnego internetu i dostępu do wszelakich produkcji filmowych. Skorzystałem i ja. Postanowiłem jednak nie ulegać chwili i poczekać z filmem na odpowiedni moment. Spokojny wieczór, gdy wszyscy w koło smacznie już spali, słuchawki na uszach dla wzmocnienia efektu dźwiękowego i całkowita ciemność dla wzmocnienia efektu wizualnego. Wygodny fotel. Maksymalne skupienie. A potem już tylko ja i ekran monitora…

Chyba żadne słowa nie oddadzą mojego zachwytu. Nie wiem czy musiałem dojrzeć do tego filmu (stawiam raczej na opcję ze zmęczeniem na mojej osobistej premierze), ale wrażenie jakie na mnie wywarł można określić tylko jednym słowem – GENIALNE! Co więcej, na jednym razie się nie skończyło. Film z każdym kolejnym obejrzeniem, a wracam do niego co najmniej raz na dwa miesiące, wciąż wywołuje u mnie ciarki na plecach. Jest to bodajże obok starej trylogii Star Wars najczęściej oglądany przeze mnie film. Co z tego że krótki, skoro w ciągu tych sześciu minut potrafi dostarczyć znacznie więcej emocji niż wiele bezwartościowych półtorej godzinnych produkcji.

Co tak urzekło mnie w tej animacji? Na pewno nie zadowoliła by was odpowiedź, że wszystko, mimo iż tak należało by odpowiedzieć.
Na początek fabuła. Przez niektórych uważana jest za najsłabszą część dzieła. Inni twierdzą nawet, że film jest jej pozbawiony. Na pierwszy rzut oka mogło by się to wydawać prawdą. Rozumiem, że film może się nie spodobać, zwłaszcza jeśli ktoś lubi mieć wszystko podane na tacy. Mamy przeto pewnego długowłosego wędrowca wchodzącego do jakiegoś dziwnego budynku (tytułowej Katedry). Chodzi, rozgląda się na boki, dochodzi na drugi kraniec tego osobliwego obiektu i czeka na świt, by dokonała się w nim przemiana. Zdaje sobie sprawę, że taki opis może zniechęcić. Ale tak w skrócie wygląda to co widzimy na ekranie. Czy film jest zatem pozbawiony fabuły? Nic bardziej mylnego. Treść jest, ale głęboko ukryta między wierszami. Każdy kto choć trochę potrafi posługiwać się metaforami może znaleźć w tej historii sens. To tak jak w doszukiwaniu się dosłowności w wierszach. Odbiór wygląda podobnie i każdy może zinterpretować fabułę Katedry na własny sposób. Dla mnie na przykład jest to opowieść o schyłku naszej wędrówki jaką jest życie, gdzie zmierz symbolizuje ostatnie chwilę owego życia, a wschód – śmierć, czyli nowy początek. Katedra reprezentuje w takim wypadku dziedzictwo ludzkości, monumentalny pomnik będący zapisem naszej historii, umacniany przez nasze doświadczenia zebrane z całego życia. Innymi słowy, jest tym co po sobie kiedyś zostawimy dla potomnych. Oczywiście wciąż niektóre metafory są dla mnie nie jasne, jak chociażby “żywy” piasek formujące dziwne kształty po tym, jak wędrowiec chwyta go nieco do ręki. Ale jak już pisałem, każdy może dostrzec w tym obrazie coś innego. I to jest właśnie fascynujące. Wiersz w formie audio wizualnej.
A co do owej formy, to przyznać trzeba, że to kolejna mocna strona filmu. Każdy pokazujący się na ekranie monitora obraz to arcydzieło. W pamięci zapadł mi zwłaszcza fragment prezentujący wygląd świata (przepiękne połączenie klimatów gotyckich, mitologii i elementów space opery) oraz chwila przed samą przemianą, gdy bohater historii klęczy otoczony jasno niebieskim światłem wschodzącego słońca. Animacja jest świetna, mimo iż w kilku fragmentach przypomina nieco przerywnik z jakiejś gry komputerowej pokroju Tomb Raidera.
Nie można nie wspomnieć również o genialnie dopasowanej do obrazu ścieżce dźwiękowej, która idealnie buduje nastrój. Dźwięk zmienia dynamikę w zależności od akcji. Niby sprawa oczywista, ale w Katedrze wygląda to tak, jakby każdy drobny fragment muzyczny był dokładnie przemyślany i wpasowany co do ułamka sekundy. Niestety nie mam pewności, czy wykorzystane utwory są oryginalne, bo wydaje mi się, że jeden z motywów już słyszałem, prawdopodobnie w wykonaniu Immediate Music bądź X-Ray Dog. Ale pewności nie mam.

Czy obraz Bagińskiego zasługiwał na Oskara? Zdecydowanie! Co więcej, w moim odczuciu ów film jest jak winno. Im dłużej go mam, tym chętniej do niego wracam. Jeśli zatem zachęciłem cię moją recenzją, do obejrzenia filmu Tomasza Bagińskiego, zastosuj się do kilku rad. Stwórz odpowiedni klimat! Nie oglądaj go w środku dnia, gdy jeszcze nie daj Boże obok kręcą się członkowie rodziny. Pogrąż się w całkowitej ciemności, z dobrze wyregulowanymi kolorami monitora i z wygodnymi słuchawkami na uszach. Nawet jeśli film nie spodoba ci się od strony fabularnej, to jest spora szansa że chociaż jego forma artystyczna wciągnie cię bez reszty. No chyba że lubisz filmy z Segalem i z ogoloną głową jeździsz na bojówki swoim BMW. W takim wypadku film zdecydowanie odradzam.

Ocena: 10/10

“Fallen Art” czyli potwierdzenie wysokiej formy.

Trzy lata po premierze Katedry na światło dzienne wychodzi kolejna produkcja Tomka Bagińskeigo, zatytułowana Fallen Art. Co ciekawe, oryginalny tytuł angielski ma pewną przewagę nad polskim tłumaczeniem. Okazuje się bowiem, że film można rozumieć jako “Sztukę spadania” bądź “Upadłą sztukę”. Oba tytuły idealnie pasują do dzieła i doskonale się uzupełniają.

Ze Sztuką spadania zapoznałem się stosunkowo szybko. Znacznie szybciej niż miało to miejsce w przypadku Katedry, na co bez wątpienia miał wpływ rozwój technologiczny. I podobnie jak w przypadku swojego poprzednika, na temat nowej produkcji Bagińskiego niewiele wiedziałem przed jej obejrzeniem. Wspominałem już kiedyś przy okazji wpisu dotyczącego Apocalypto, że taka sytuacja sprawia, iż już na początku film dostaje ode mnie małego plusika. Lubię być zaskakiwany, a tu nastąpił dokładnie taki efekt. Biorąc pod uwagę sukces jaki bez wątpienia odniosła Katedra, spodziewałem się wiele po Sztuce Spadania. I nie zawiodłem się. Ale po kolei.

Mamy oto starą bazę wojskową gdzieś na Karaibach, w której to emerytowani oficerowie, oddają się swoim chorym pasją. Brzmi intrygująco? Z pewnością ciekawiej niż opis Katedry. Ale to co dzieje się na ekranie zaskakuje nawet takiego starego wyjadacza jak ja. Pomysł na historię jest niesamowity. Nie będę nic zdradzał, by nie psuć wam zabawy, ale na prawdę warto poświęcić owe 7 minut na zapoznanie się z tą animacją, która w gruncie rzeczy jest zupełnie inna niż Katedra. Pomijam już poprawioną grafikę. Film nie ma już tego mrocznego klimatu, jest jednak moim zdaniem bardziej intrygujący, a metafora jest znacznie łatwiejsza w odbiorze, choć nadal obraz można dowolnie interpretować. Dla mnie jest to ewidentna karykatura ustroju komunistycznego, w którym to dla kaprysu władzy masowo poświęca się ludzi.
Od strony wizualnej czy dźwiękowej nie można się do filmu przyczepić, choć akurat w tym przypadku nie są już wymagane specjalne przygotowania vel mrok, klimat i słuchawki na uszach. Muzyka jest nawet dość radosna, choć to ewidentna zmyłka odciągająca nieco uwagę od prawdziwego tragizmu sytuacji. Czyżby komunistyczna propaganda?

Fallen Art jest godnym następcą Katedry. Jest zupełnie inny od swojego poprzednika, co nie znaczy że mu jakoś specjalnie ustępuje. Moja ocena filmów Bagińskiego jest oczywiście subiektywna i w osobistym rankingu Fallen Art, choć nieznacznie, ale jednak ustępuje pola poprzednikowi. Jako miłośnik fantasy lepiej potrafię wczuć się w klimat Katedry, co nie zmienia faktu, że Sztuka spadania jest bardzo dobrą produkcją potwierdzającą olbrzymi talent reżysera.

Ocena: 9/10

“Wiedźmin” czyli pierwszy krok w stronę komercjalizacji.

O realizacji gry rpg na podstawie prozy Szapkowskiego mówiło się na długo przed jej premierą. Atmosferę wokół produktu podgrzała dodatkowo informacja, iż za intro i outro gry odpowiadać miał nie kto inny jak Tomasz Bagiński. I stało się. Powstały dwa bardzo dobre filmiki promujące ów rpg. Gra przypominająca swoją drogą genialną serię Gothic, odniosła spory sukces, nie tylko na scenie rodzimej, ale na całym świecie. Trudno przeliczyć ile w tym zasługi wstawek stworzonych przez Bagińskiego, niewątpliwie jednak uatrakcyjniły one i spopularyzowały produkt. Nie czytałem prozy Szapkowskiego (choć jako miłośnik klimatów fantasy – powinienem, i nie wykluczone że wkrótce to uczynię), ale oglądając stworzone przez Bagińskiego animacje odnosi się wrażenie, że są one znacznie bliżej pierwowzoru wykreowanego przez Szapkowskiego niż serial z Michałem Żebrowskim w roli głównej (swoją drogą nie tak całkiem tragicznym jak na Polskie realia). W sumie chętnie obejrzałbym cały serial zrealizowany właśnie techniką komputerową. Może taka produkcja okazała by się większym sukcesem niż filmy fabularne.

Pierwszy filmik przedstawia bardzo popularną scenę walki Geralta ze Strzygą przejmującą ciało młodej księżniczki. Walka jest dynamiczna, świetnie zaanimowana i do tego dość krwawa. Geralt nie patyczkuje się z potworem, używając argumentów w postaci magii, miecza i własnych pięści. Ostatni argument został przedstawiony jednak zbyt komicznie i nierealnie, psując nieco odbiór całościowy. Animacja robi wrażenie i wygląda znacznie lepiej niż walka z udziałem filmowego Wiedźmina. Co by jednak dobrego nie powiedzieć o filmie, jest to nic więcej jak czysta akcja. Nie ma tu miejsca na głębszą myśl, metaforyczność czy zaskakujące momenty. Ot, świetnie zrealizowana scena walki rodem z najlepszych filmów fantasy.

Drugi film, będący endingiem, to podobne klimaty, tym razem jednak walka ma miejsce pomiędzy dwojgiem ludzi (no, jak się okazuje nie do końca ludźmi). Choreografia jest imponująca. Przeciwnicy poruszają się jak żywi i co najważniejsze nie zanotowałem ani jednego gorszego fragmentu takiego jak chociaż mająca miejsce w intrze drażniąca mnie walka na pięści ze Strzygą. Tu jednak także po za rozwiązaniem zagadki, której treść poznali jedynie gracze, nie ma nic ponad komercję. Ale czy to źle?

Ocena: 8/10

Byłem ostatnio z bratem na Mrocznym Rycerzu Nolana. Joker grany przez niedawno zmarłego Heathera Ledgera, wypowiedział w  filmie bardzo ciekawą kwestię. Brzmiała ona mniej więcej tak: “Jeśli umiesz coś zrobić dobrze, nie rób tego za darmo”. Tomasz Bagiński, jak każdy dobry rzemieślnik ma święte prawo do zarabiania na swoich produktach (o czym niektórzy krzykacze i krytycy najwyraźniej zapomnieli). I ja go w tym popieram, życząc mu, aby dorobił się na swoim talencie fortuny. Mam przy tym nadzieję, że tworząc kolejne filmy mające z założenia przynosić jedynie profity, pan Tomasz nie zapomni o swoich początkach i nadal będzie tworzył dzieła na miarę Katedry czy Sztuki spadania.

A jest na to szansa, bo zasypany nagrodami animator z Białystoku nie zamierza spoczywać na laurach. Po za przygotowanym dla „Reporterów bez granic” anty chińskim Made in China, którego premiera z niewiadomych przyczyn wciąż jest odwlekana, w przygotowaniu są kolejne jego dzieła, takie jak Kinematograf na podstawie komiksu Mateusza Skutnika czy Ruch Generała – kolejny po Katedrze film oparty na prozie Dukaja. Jest więc na co oczekiwać. Nim jednak będziemy mieli okazję je obejrzeć, warto sięgnąć do źródła i w przypadku gdy tego jeszcze nie uczyniliśmy, zapoznać się z dotychczasową twórczością Tomasza Bagińskiego. Gorąco polecam wszystkie wyprodukowane dotąd przez niego filmy, mimo iż zdaje sobie sprawę, że nie każdemu  przypadną one do gustu

Pzdr.

 

152. X-files – sezon siódmy 31 sierpień 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: TV — HaeS @ 1:24 pm

No i domęczyłem jakoś siódmy sezon X-files. Trudno o nim powiedzieć, że aby jakoś szczególnie zachwycał. Ze wszystkich dotychczas przeze mnie obejrzanych sezonów właśnie ten jest zdecydowanie najsłabszym.

Największą wadą tego sezonu jest chyba to, że wiele jest odcinków nudnych. I to nawet nie o to chodzi, że wprowadzono naciągany i nierealny pomysł, przedstawiono go schematycznie aż do bólu i z przekręceniem realiów na potrzeby serialu – tak jak było w pierwszym sezonie. To bym jeszcze przebolał. W siódmym sezonie scenarzyści popełnili grzech o wiele poważniejszy – tym razem nie chodzi bowiem o pomysł na odcinek (a raczej jego brak), tylko ale o to, w jak nieudolny realizacyjnie sposób nam ów pomysł (abstrahując już od jego jakości) podano. Troszkę w tym winy scenarzystów, troszkę reżyserów, na pewno też i aktorom się nie chciało, ale efekt jest taki, że ogląda się jeden czy drugi odcinek, po 15 minutach za bardzo nie wiadomo o co w nim chodzi i nawet człowieka to za bardzo nie interesuje. W zasadzie można byłoby taki odcinek bez żalu wyłączyć po 15 minutach, albo domęczyć do końca (jeszcze bardziej się nudząc), aby zapomnieć o nim po trzech dniach. Ja sam, troszkę z samozaparciem, obejrzałem wszystkie odcinki do końca, ale czytając post factum kilka dni po obejrzeniu ich opisy w internecie, nie bardzo pamiętałem aby taki czy owaki odcinek obejrzał. Tego typu “wynudzacze” pojawiały się już w serialu wielokrotnie, w zasadzie każdy sezon co najmniej jeden – najwięcej ich było w trzecim sezonie, kiedy nastał lekki kryzys formy scenarzystów. Teraz mamy do czynienia z kryzysem potężnym, bo mniej więcej jedna trzecia, a może nawet i ciut więcej obejrzanych przeze mnie odcinków to właśnie takie kiepściuchne, bezsensowne zapychacze, które zdecydowanie nigdy nie powinny powstać.

W sumie ciężko się dziwić – po siedmiu latach pracy nad serialem musiało powstać wypalenie. Duchovnemu sie już niechce, Gillian pewnie też już miała powoli dość, Carter się męczył i męczyli się wszyscy inni. A to niestety widać.

Na tym tle odcinki mitologiczne wyglądają szczególnie ciekawie. To taki troszkę paradoks. Kiedy dawno temu oglądałem serial w TV, zarzuciłem go po drugim sezonie (obejrzawszy później pojedyncze epizody z III i IV sezonu) stwierdzając, że za dużo scenarzyści namieszali z siostrą Muldera, palaczem i kosmitami. Właśnie wątek mitologiczny, w którym pogubiłem się kompletnie, zniechęcił mnie do oglądania “X-Files”. Teraz, po latach, właśnie wątek mitologiczny trzyma mnie przy serialu i jest w zasadzie jedynym powodem, dla którego w ogóle serial jeszcze oglądam. W zasadzie większość rzeczy z tego wątku została zamknięta w VI sezonie, ale nadal jeszcze ciągnięte są pewne sprawy w sposób zgrabny, sprawny i interesujący.

Mam nadzieję, że dwa ostatnie sezony zaprezentują wyższy poziom, bo siódmy sezon niestety leży i kwiczy, w kilku zaledwie odcinkach prezentując w miarę przyzwoity poziom. Ale zanim się za nie wezmę, zrobię sobie od X-files kilkutygodniową przerwę spowodowaną zniechęceniem po tym sezonie.

 

151. He walks among us, but he is not one of us. 24 sierpień 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Kościół, Z życia — HaeS @ 12:43 pm

To juz ostatni moj “niemiecki” wpis. Tytul pochodzi z jednego z odcinkow “Lost” zatytulowanego “Stranger in a strange land”, co na pewno jest zbiezne z moja sytuacja, zas tytulowowe zdanie pasowalo do mnie jak ulal, kiedy znalazlem sie w… niemieckim kosciele. Zreszta pol biedy gdyby byl tylko niemiecki, ale wybralem sie na msze do kosciola ewangelickiego, luteranckiego, protestanckiego czy jak to tam sie nazywa.

Nie bylem tam bynajmniej z pobudek duchowych. Moja religijnosc jest jaka jest i z ubogoscia mojego zycia duchowego sie specjalnie nie kryje, ale tez i sie nia nie pysze przesadnie. Ot, jest jak jest. Moze to dobrze, moze zle, ale najwazniejsze, ze jestem szczery wobec siebie i innych, i nie uprawiam konformistycznego chrzescijanstwa na pokaz, co jest dla mnie rzecza wprost obrzydliwa i tylko skrajna dewocja zgodna z zaleceniami Soboru Torunskiego jest dla mnie bardziej odpychajaca.

Prawdziwym powodem tej wizyty byla ciekawosc, chec porownania mszy “naszej” i “ichniej” no i takie dziennikarskie zaciecie, bo przekraczajac prog swiatyni wiedzialem doskonale, ze wszysto co zobacze, przeczytaja za jakis czas czytelnicy bloga.

Msza odbywa sie raz w tygodniu (sic!) w niedziele o godzinie 10. W innych terminach swiatynia nie swieci jednak pustkami. Kilka razy w tygodniu odbywaja sie tu koncerty organowe, wystepy chorow itp. Wszystko niestety platne i to slono (ca. 10 € za wstep), a szkoda, bo moze bym sie przeszedl posluchac jako ze u mnie (70 km od najblizszego duzego miasta) takie rzeczy sie nie zdarzaja.

Juz na dziendobry mila pani wrecza kazdemu spiewnik wraz z kartka, na ktorej jest spis dzisiaj spiewanych piesni i adnotacja, ktora w ktorym momencie nalezy spiewac. I to jest pierwsza niespodzianka, bo w polskich kosciolach spiewnika nie widzialem jak zyje. Szczegolnie ze milczaco przyjmuje sie, ze jakis tam kanon piesni maryjnych kazdy juz zna, a nawet jak nie zna, to i tak starsze panie znaja, wiec ktos tam spiewal bedzie.

Kosciol jest bardzo skromnie urzadzony, co zawsze docenialem. Juz kosciol w moim rodzimym Orzechowie pozbawiony jest (z racji swojego otwarcia pod koniec lat 80-tych) barokowego przepychu i miliona zbednych ozdobnikow, ale i tak niemiecki kosciol wybudowany (na oko) w okolicach XVII-XVIII wieku bije wszystko to, co widzialem swoja prostota na glowe. Proste kolumny, zadnych obrazow, zadnych rzezb, zadnego zlota, nawet krzyz bez zadnych ozdobnikow (nawet bez wiszacego na nim Jezusa). Niewyszukwany oltarz, obok dwie swieczki na pozbawionych zbednych ozdob swiecznikach, obok mownica. I to wlasciwie wszystko. Aha, sa wygodne lawki i nowoczesne naglosnienie.

Kosciol, przecietnej wielkosci, wypelniony mniej wiecej w polowie. Sporo ludzi starszych, ale tez i mlodszych sporo. Przekroj wiekowy nie rozni sie istotnie od tego, ktory widujemy w polskich kosciolach.

 Wchodzi kaplan. Nie, nie wychodzi z zachrystii w ozdobnym ornacie wraz z orszakiem ministrantow i lektorow wprost na prezbiterium w rytm piesni koscielnej. Wchodzi nie wiadomo za bardzo skad, tak po prostu i siada wraz z jakas pania (jesli nie zona, to jakas pewnie stala wspolpracowniczka) w pierwszym rzedzie. Na sobie ma jakby prawnicza toge i nawet ma kokarde taka jak prawnicy tylko biala. Jego pojawienie sie nie wywolalo zadnego poruszenia, nikt nic nie mowi, nikt nie wstaje, wiekszosc pewnie nawet nie zwrocila uwagi, chociaz pastor pomachal reka do ludu zanim usiadl.

Mija kilka(nascie) minut. Zaczyna sie. Zupelnie niespodziwanie. Zadnej piesni, modlitwy, wyznania wiary, nic. Po prostu wspomniana pani podchodzi do mownicy i cos tam mowi. Po niej przemawia pastor. Nie pamietam juz dokladnie jak wszystko po kolei lecialo, ale potem chyba pastor zmowil jakas modlitwe (zaskoczenie – stal tylem do wiernych!), potem kilka czytan (czytanych przez pastora i przez rzeczona pania), a potem kazanie.

Pastor nie uzywa tradycyjnego mikrofonu. Zamiast tego ma wpiete w szate urzadzenie podobne do tego, jakiego uzywaja spikerzy w TV badz uczestnicy Big Brothera. Jak widac, Niemcy sa w stosunku do Polakow do przodu nawet pod tym wzgledem. Ale to zaskoczenie to jeszcze nic w obliczu tego, ze pastor przemawia… z ambony! Ambony widywalem tylko w starych kosciolach i kojarzyly mi sie wylacznie z efektownym zabytkiem. “Ksiadz ganiacy cos z ambony” to powiedzenie dosc czeste, ale przeciez na scislosc zupelnie nieaktualne, bo niestety przez cale zycie nie widzialem ksiedza przemawiajcego z tego ”balkonika” nawet jezeli kosciol akurat byl tak wyposazony. Ale pastor, u ktorego bylem na mszy, bez wahania (a takze bez chociaz odrobiny zdziwienia u wiernych) wdrapal sie po schodkach, stanal na podwyzszeniu i zaczal dlugie kazanie. Nie mam niestety pojecia o czym mowil poniewaz (jak wspomnialem w jednym z poprzednich postow) niemiecki nie jest akurat moja mocna strona. Ale mowil dlugo, z pasja i zaangazowaniem.

I dopiero po kazaniu nastapila pierwsza (oprocz spiewania piesni) akcja wykonywana przez wiernych. Modlitwe poznalem od razu: “Wierze w Boga wszechmogacego, ojca nieba i ziemi…”. Nie wiem ile z tej modlitwy zmienilo sie we mszy ewangelickiej, ale to byla na pewno wlasnie ta modlitwa. Potem pastor znow obrocil sie do wiernych tylem i dokonal czynnosci, ktorej odpowiednikiem we mszy katolickiej jest przemienienie (protestanci odrzucaja teze, ze podczas komunii naprawde spozywa sie cialo boze i sprowadzaja owa kwestie do SYMBOLICZNEGO spozywania ciala bozego – zatem o przemienieniu w takim sensie, jaki znaja katolicy, nie ma mowy).

Ciekawa rzecz: ludzie przyzwyczajeni do koscielnej gimnastyki, kiedy co rusz trzeba przyjmowac jedna z trzech pozycji (kleczaca, siedzaca, stojaca) moga poczuc sie zaskoczeni. Niemal przez cala msze sie po prostu siedzi. Dwukrotnie, na kilka minut trzeba wstac. Kleczenia nie ma w ogole.

 Na koniec komunia, krotkie jeszcze przemowienie kaplana i wierni zaczeli wychodzic z kosciola. Przy wyjsciu czekal pastor aby kazdemu osobiscie podac reke, pozegnac sie i ewentualnie zamienic kilka slow.

No coz, msza na zdecydowanie wiekszym luzie anizeli ta katolicka, mniej jest elementow, czynnosci, slow, formulek, modlitw i innych elementow stalych, pojawiajacych sie w kazdej mszy (u nas pewnie jest ich z 30 – u nich gora 5), wiecej swobodnych przemowien. Slowem - praca pastora jest duzo mniej odtworcza anizeli ksiedza katolickiego, ktory o ile nie musi wyglosic kazania, moze praktycznie wszystko wyczytac z mszalu. 

Nie wiem czy to zachlysniecie sie nowoscia, ale msze odebralem jako nieporownywalnie przyjemniejsza i luzniejsza anizeli te katolicka. Szkoda tylko, ze niewiele zrozumialem, bo moglbym opowiedziec takze jaki stosunek do roznych rzeczy mial ow pastor.

A za rok (jak wszystko dobrze pojdzie) czeka mnie kolejne wyzwanie – wizyta w niemieckiej Cerkwii. Mam juz nawet jedna upatrzona. No i na pewno tez wrazenia opisze.

 

150. Stare zamki, stare lochy, stare dworki, stare chalupy, stare stodoly 22 sierpień 2008 (piątek)

Zaszufladkowany do: Z życia — HaeS @ 10:28 pm

No wlasnie. Uwielbiam je. Za kazdym razem kiedy przejedzam obok takiego obiektu, nie moge sie powstrzymac zeby tam nie wstapic. Zwiedzalem juz zrujnowane i opuszczone budki z hoddogami, chlewy i inne budynki gospodarcze, opuszczone domy, stare stacje kolejowe, z ktorych zostala tylko sypiaca sie rudera i pordzewiale tory. Bylem w palacu Opalinskich w Radlinie Wielkopolskim, z ktorego zostalo tylko kilka cegiel i ok. stumetrowy tunel laczacy go z pobliskim kosciolem (niestety, z zasypanym wejsciem). W Debnie nad Warta byl w miare dobrze zachowany palac, do ktorego (dopoki go nie odrestaurowali i zagrodzili) kilka razy w roku jezdzilem tylko po to, aby po nim polazic. Takie male zboczenie. Kocham wszystko, co niegdys dzialalo, pracowalo, z czego korzystali ludzie, a dzis stoi, niszczeje z kazdym dniem i przegrywa walke z natura, ktora sila wody, wiatru, grawitacji oraz wszechwdzierajacej sie zieleni przywraca zagarniety przez czlowieka teren sobie. Pewnie wlasnie dlatego tak dobrze gralo mi sie w Fallouta, a most Firewine z Baldura czy Odcieta Dlon z Icewind Dale to moje ulubione lokacje w grach komputerowych. Wiem zreszta, ze nie jestem sam ze swoja ruinofilia, bo znam kilka osob, ktore stare, rozwalajace sie obiekty kochaja rownie mocno jak ja.

Co w tych budynkach jest fascynujacego? Wspomniana walka z natura, ktora zawsze wygrywa. Wyobrazenie tego, jak dawniej musialo tu byc. Ludzie, ktorzy w danym miejscu siedzieli 5,10, 50 czy 100 lat temu. Niemalze sie ich dotyka. Niemalze sie dotyka przeszlosci. Ale jednoczesnie odslania sie rabka tajemnicy. Lazac po starym sklepie, do ktorego kiedys chodzilo sie codziennie, a dzis stoi odlogiem, mozna nareszcie wejsc na zaplecze. Mozna stanac po drugiej stronie okienka kasowego na stacji kolejowej, pozwiedzac wszystkie nieznane pomieszczenia. Chodzac po starym dworku czy zamczysku, chodzimy po miejscu, gdzie 100 lat temu szarego czlowieka nikt by nigdy nie wpuscil. Jest to jedna z moich ulubionych rozrywek, a im atrakcyjniejszy obiekt, tym lepiej. Rajem dla mnie byla wies Olaczewo w powiecie sredzkim – wszyscy mieszkancy sie wyprowadzili badz zmarli, a zostalo po nich tylko kilkanascie pustych, niszczejacych domostw. Smutny obrazek i kto wie czy tak nie bedzie wygladal swiat za kilkaset lat… Wspomniane z budki z hot-dogami czy stare domy szybko sie nudza, ale duze dworki i zamczyska (wraz z zadniedbanymi, ale noszacymi slady dawnej swietnosci parkami) - nigdy!

Dlatego tez ogromny zawod przezywam za kazdym razem, kiedy obiekt taki jest ogrodzony, a na plocie wisi tabliczka “Wstep wzbroniony!” albo – co gorsza “Obiekt chroniony”. Zazwyczaj spowodowane jest to tym, ze obiekt grozi zawaleniem (szczerze mowiac, nie przeraza mnie to i wydaje mi sie, ze moge wyczuc kiedy naprawde jest niebezpiecznie, nawet jesli moje poczucie bezpieczenstwa jest zludne – no coz, moja pasja moze ryzykowna, ale dajaca sporo satysfakcji), czasem wlasciciel ma inne ku temu powody (co poniektorzy np. chca obiekt odrestaurowac i uczynic swoja letnia hacjenda).

Prawdziwego zawodu doznalem dzisiaj w Schloßparku w Wiesbaden.  Stoi tam sobie piekny sredniowieczny zamek. Nie wiem z ktorego roku, kto go kiedy posiadal, kto w nim urzedowal i nawet mnie to szczerze mowiac nie obchodzi. Zamek jest STARY. Zamek jest WIELKI. Zamek jest OPUSZCZONY, niezamieszkany, nieuzywany. I nawet nieogrodzony. I jest w dobrym stanie. Piekna, nieforemna bryla, z duza iloscia nieregularnie umieszczonych wiezyczek, mostkow i przejsc. Idealnie zachowany. Az kusi. Ale oczywiscie lyzka dziekciu w tej beczce miodu byla tabliczka z napisem “Betreten der Baustelle verbotten”, czyli po naszemu – “Wstep wzbroniony”. A szkoda, bo potencjal do takiego swobodnego zwiedzania obiekt ten ma potezny.

 Byc moze jest mozliwosc zwiedzenia tego zamku podczas zorganizowanej wycieczki, ale… co to za przyjemnosc, kiedy przewodnik zamiast puscic samopas turystow, aby ci mogli zwiedzic kazdy zakamarek tej fascynujacej budowli, opowiada o jej historii, krotko oprowadza po co wazniejszych komnatach i laduje cala tluszcze w autobus, aby ta mogla rownie powierzchownie zwiedzic kolejny zabytek?

Tak w ogole to przewodnicy (a konkretnie mowiac – idea zorganizowanego zwiedzania) zabijaja chyba kazda wycieczke i zabieraja z niej cala przyjemnosc, redukujac role turystow z odkrywow do biernych “odbiornikow wiedzy”, ktora przewodnicy maja nam przekazac. Najlepszym przykladem moze byc Miedzyrzecki Rejon Umocniony. Zawsze marzylo mi sie tam przejechac. W kilka osob, z latarkami, mapa i kompasem w reku, przemierzac labirynty i w zupelnej ciemnosci poczuc ten cudowny klimat i atmosfere przygody. Ale nie ma tak dobrze. Z tego co sie orientowalem (sa to informacje oficjalne; byc moze mozna tez i poszalec nieoficjalnie) trzeba wynajac PRZEWODNIKA, ktory po tym wszystkim oprowadzi. Jeszcze pol biedy, gdyby czlowiek znajacy te tereny poszedl na taka wlasnie wyprawe z latarkami z 3-4 osobowa grupa i bawil sie z nia rownie mocno jak i uczestnicy, ale pewnie skonczy sie na tym, ze nudny facet oprowadzi 35-osobowa grupe po kilku korytarzach, pokaze ze trzy komnaty (wszystko zapewne ladnie oswietlone, bo kto tam lubi po ciemnych lochach lazic) – moze cos ciekawego nawet powie, ale i tak klimat w tym momencie pada na ryj. Szczegolnie jak idac ze swoja 35-osobowa grupa na ktoryms tam skrzyzowaniu spotykam druga 35-osobowa grupe. I ja za takie zwiedzanie MRU uprzejmie dziekuje.

A tak w ogole – zna ktos jakies ciekawe tego typu obiekty udostepnione do SWOBODNEGO zwiedzania? Moze byc nawet platne. Wiem, ze jest zamek w Kole i moze sie tam kiedys wybiore. Any other ideas?

 

149. Pochopnie osadzony “Pochopnie osadzony” 20 sierpień 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Książki — HaeS @ 11:14 pm

Obiecalem sobie to mniej wiecej od polowy liceum, a moze jeszcze i ciut wczesniej. I nigdy ta glupia mysl nie wyszla jakos z mojej glowy. Chcialem zrobic cos odmozdzajacego, wbrew zdrowemu rozsadkowi, pozbawionego wszelkiej logiki, cos, do czego ciezko sie potem przyznac przed kolegami przy piwie. Cos, czym brzydzilem sie, ale jednoczesnie pragnalem to zrobic. Z ciekawosci, a moze i z masochizmu. No i teraz, po mniej wiecej dziesieciu latach czajenia sie i rozwazania czy warto taka glupote zrobic, w koncu postanowilem raz na zawsze sprawe rozwiazac. I w ten wlasnie sposob moje glupawe mlodziencze marzenie stalo sie rzeczywistoscia – przeczytalem pierwszego w swoim zyciu “Harlequina”.

Na szczescie nie musialem podchodzic do usmiechajacej sie z daleka fioletowej polki (albo i regalu) w zadnej bilbiotece i narazac sie na spojrzenia pan bibliotekarek - znalazl sie jeden Harlequin gdzies w przepastnej piwnicy siostry. Trafil mi sie niestety gruby egzemplarz (315 stron), wskutek czego na czytanie tego musialem zmarnowac dwa popoludnia zamiast jednego. Ale co mi tam. Odmozdzyc tez sie czasem trzeba.

Tytul – “Pochopnie osadzony”. Fabula: Will ucieka z wiezienia, gdzie siedzi za morderstwo (nieslusznie), a pograzyly go fotografie wykonane przez niejaka Kelly. Pierwsze kroki po ucieczce kieruje wlasnie do Kelly i z nia, jaka zakladniczka u boku, rozpoczyna swoja krucjate o odzyskanie dobrego imienia i zemste na tych, ktorzy go wrobili. Ciag dalszy rozpaczliwie latwy do przewidzenia (ja go przewidzialem po ok. 50 stronach) – kidnaper i zakladniczka zakochuja sie w sobie, oczywiscie Will znajduje dowody niewinnosci, a prawdziwi winni laduja tam, gdzie ich miejsce, czyli w pace. Calosc konczy sie obrzydliwie slodkim happy endem.

Oczywiscie trudno tu mowic o jakichs wielkich talentach literackich autorki – ot, zreczna rzemieslniczka, wiedzaca jak stworzyc ckliwe czytadlo, nie potrafiaca jednak w swoje dzielo tchnac atmosfery wielkiej sztuki, unikajaca poetyckich porownan, dlugich opisow ani jakichkolwiek glebszej refleksji wypowiedzianej czy to slowami bohaterow, czy narratora. Ksiazka, z ktorej w zasadzie nic nie wynika, a jedyna rzecza ktora poznalismy i nauczylismy sie po jej przeczytaniu co wspomniana juz naiwna historyjka.

Mimo wszystko milo cos takiego przeczytac. Ksiazke, w ktorej nie trzeba sledzic slowa. Ksiazke, w ktorej bez problemu spamietuje sie wszystkie watki i wydarzenia. Ksiazke, w ktorej mamy bardzo wyraznie zarysowanych dobrych i zlych. Ksiazke, ktorej bohaterowie sa obrzydliwie pozytywni. Ksiazke troszke naiwna i pokazujaca moze zbyt wyidealizowany (ale jaki piekny!) obraz naszego swiata. No i wreszcie cos optymistycznego, sprawiajacego, ze chce sie zyc. Rola takich dziel dla dobrego samopoczucia milionow starzejacych sie z kazdym dniem kur domowych, pozbawionych juz marzen z mlodowsci, jest nieoceniona i z pewnoscia podnosi morale narodu, a przynajmniej jego zenskiej czesci, do ktorej de facto jest adresowana.

Moja ciekawosc zostala zaspokojona, bo kolejne tego typu dzielo jednak zbyt szybko nie siegne. Mimo wszystko wole ambitniejsza literature. Ale Harlequina tak pochopnie nie osadzajmy jako dno literatury, albo tez i jej parodie. Widywalem gorsze ksiazki nie-harlequinowskie. Ot, mamy czytadlo dla zapelnienia czasu. Niezbyt ambitne, trafiajace w niskie instynkty kobiece (a moze i niektore meskie) ale tez i raczej nie robiace wody z mozgu. Polecac zatem nikomu nie bedzie, ale gdyby kiedys zdarzylo sie wam, ze bedziecie w obcym kraju, obcym miejscu, sami w domu i do wyboru macie TV z ktorej nic nie rozumiecie, a jakiegos polskiego Harlequina – nie brzydzic sie go. Da sie strawic.

 

148. Lekkoatletyka, a telewizja 19 sierpień 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Sport, TV — HaeS @ 12:53 pm

Lekkoatletyka nazywana czasem jest krolowa sportu. Pomimo calej mojej sympatii dla futbolu (ktory na pewno jest najpopularniejszym w naszym kregu kulturowym sportem) i ogolnie sportow zespolowych, rzec musze, ze slusznie – bo kazdy moze ja uprawiac, bo charakteryzuje sie prostota i – co za tym idzie – logicznoscia zasad, a wynik zawodnika praktycznie zawsze zalezy wylacznie od jego formy, predyspozycji i wlozonego talentu, a nie tak jak w sportach polegajacych na bezposrednim wspolzawodnictwie, na wielu innych czynnikach. No, ale tego typu sportow tego typu jest duzo wiecej, jak chocby plywanie.

Lekkoatletyka to sport polegajacy na pokonywaniu samego siebie, ciaglym udoskonalaniu swojej techniki, biciu kolejnych rekordow, udowadnianiu wszystkim ze ja moge skoczyc wyzej, pobiec szybciej, rzucic dalej. Ludzie uprawiacy ten sport budza we mnie pewien podziw i zasluguja na uznanie, szczegolnie jezeli cos wielkiego w nim osiagneli.

Czy jednak lekkoatletyka zasluguje na ten caly mir, jakim otaczana jest przez telewizyjnych komentatorow? Smiem watpic. O ile wspomniane juz przekraczanie wlasnych mozliwosci i osiaganie coraz lepszych wynikow daje na pewno nieludzka satysfakcje sportowcowi czy trenerowi to jednak nam, kibicom, niewiele tu jest do emocjonowania. Szczegolnie, ze sporty to sa malo widowiskowe.

Juz nie podziw, ale ogromne zdziwienie wzbudza we mnie wypelniony po brzegi gigantyczny stadion olimpijski w Pekinie, gdzie dziesiatki tysiecy ludzi dobrowolnie zdecydowalo sie nie tylko przyjsc na stadion i przesiedziec te pare godzin patrzac na nie wiadomo co, ale nawet i za to zaplacic. Co wiecej, najdrozze (i najszybciej sie rozchodzace) sa te miejsca, na stadionie, skad mozna podziwiac ponoc koronna dyscypline olimpijska (ponoc esencje olimpiady), a mianowicie bieg na 100m. Nie wiem ile gotowi sa ludzie zaplacic za to, zeby przez 10 sekund patrzec na to, jak osmiu sportowcow (ciezkich do odroznienia) biegnie przed siebie, ale ja sam bym nie dal zlamanego centa. Tym bardziej ze na ogol niemoliwe jest ocenienie “na oko” kto wygral.

Skok w dal? Nie bardzo rozumiem jak widz z odleglosci kiludziesieciu metrow, nawet wyposazony w lornetke, widzi czy zawodnik skoczyl az 8,70 czy tylko 8,60. Wszystkie skoki wygladaja niestety tam samo. Rzut mlotem? Kula? Dyskiem? Oszczepem? To samo.

Dwa sporty z tego gatunku tylko ciesza sie moim umiarkowanym zainteresowaniem: skok wzwyz i skok o tyczce. Szczegolnie ta druga konkurencja jest ciekawa, bo dzieki wysokim skokom i obecnosci dodatkowego akcesorium w postaci dlugiego draga jest bardziej widowiskowa. I wczoraj wlasnie chcialem obejrzec w TV rywalizacje pan w tej konkurencji.

Ale jak to ogladac? Chcialby czlowiek sobie obejrzec jak kolejne (uroczne na ogol) panie przeskakuja kolejne pulapy, podchodza do danej wysokosci kilka razy, stopnowo odpadaja, az w koncu pozostaje tylko kilka najlepszych, a poprzeczka caly czas idzie w gore. Formula swoja przypomina troszke to jakies turnieje sredniowieczne czy cos takiego. Dla czleka, ktory ceni bardziej obserwacje przebiegu turnieju i tym sie emocjonuje, a nie technika jednej czy drugiej zawodniczki, jest to widowisko moze nie rewelacyjne, ale ciekawe.

Rzecz w tym ze tego nie idzie tak obejrzec. Relacja w TV wyglada mniej wiecej tak: dwie panie skacza o tyczce, nastepnie jakis tam bieg przez plotki (5 minut prezentacji zawodnikow + 2 minuty biegu), potem dwoch panow skacze w dal, ktos w miedzyczasie rzuca jakims kawalkiem zelastwa (tez pokaza kilku zawodnikow) , nastepnie rozpoczyna sie bieg na 3000 m, ktorego oczywiscie w calosci nie pokaza, bo musza znowu pokazac kolejne dwie panie skaczace o tyczce. A tu juz sie co nieco pozmienialo, poprzeczna jest juz troszke wyzej, kilku zawodniczek juz nie ma… Trudno sledzic rywalizacje i wiedziec co sie dzieje. A szkoda, ze wybrano (nie tylko na tych zawodach, ale praktycznie na kazdych lekkoatletycznych) tak durny sposob prezentacji, totalnie zniechecajacy do ogladania lekkiej atletyki w TV.

Tak wiec pomimo szczerych checi, nadal pozostane jednym z tych ktorzy jezeli cokolwiek na igrzyskach beda sledzic, to tylko (z piwkiem w reku i reka w przyporku niczym Al Bundy) rywalizacje siatkarzy czy pilkarzy recznych (o ile w niemieckiej TV pokaza jakis polski mecz). Bo przynajmniej wiem, ze nikt mi w polowie meczu nie przelaczy wizji na bieg na 100 metrow, zawody lucznicze ani kajakarstwo. I jescze nachodzi taka refleksja: moze te pelne stadiony jednak maja sens?

 

147. Boleslaw Poltorny Zapomniany 18 sierpień 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Nauka, historia — HaeS @ 12:43 pm

Uparcie cale zycie powtarzam, ze z historii jestem ciemny. W moim wypadku szkola niestety nie spelnila swojej roli i nie mam zielonego pojecia co to byly wojny punickie, kto z kim i o co bil sie w bitwie pod Warna albo tez czym sie rozni konfederacja barska i targowicka i co w to w ogole ta konfederacja jest. Kim u licha byl Ludwik Warynski? Co odbilo Sobieskiemu ze az pod Wieden sie wybral z Turkami walczyc? O co chodzilo w Rewolucji Francuskeij i Wojnie Secesyjnej? No i calosci obrazu mojej niewiedzy historycznej dopelnia wielka czarna dziura dotyczaca I Wojny Swiatowej. Moze nie powinienem wiecej pisac, aby sie nie kompromitowac.

Wrecz przeciwnie: czas sie zaczac rehabilitowac i nadrabiac zaleglosci. Wciagnelo mnie ostatnio wlasnie tak na historie, troszke sobie czytam. Fascynujaca rzec, jak to sie czyta rozne rzeczy i wszystko uklada sie w pewna wielka calosc, kawalki ukladanki same wchodza w odpowiednie miejsce. Poczytam np. troszke o reformacji Lutra i Henryka VIII, ale jednoczesnie tez, jakby przy okazji, ze szczatkowych informacji, w glowie zaczal ukladac mi sie (oczywiscie niepelny) Karola V Habsburga. Tak sam z siebie. Cudowna rzecz.

Poki mi sie ta fascynacja nie znudzi (a znudzi sie kiedys na pewno), nadrabiam zaleglosci, skupiajac sie jednak nie na datach i faktach, ale przyczynach i skutkach roznych wydarzen, przy okaji wylawiajac rozne ciekawostki, jak chociaz opowiesc o koszmarnej brzydocie Anny Jagiellonki, od ktorej uciekali wszyscy potencjalni malzonkowie (nie wiem czy to prawda, ze Henryk Walezy uciekl w dniu slubu, rezygnujac tym samym z panowania nad Polska), a jedyny chetny na jej wdzieki Stefan Batory stronil od niej jak mogl i dopiero kiedy zrezygnowala ona z egzekwowania malzenskich obowiazkow, ich zycie zaczelo ukladac sie w miare harmonijnie. Albo tez i opowiesc o sw. Kindze, ktora na przekor mezowi uparla sie, ze zostanie dziewica i nie pomagaly ani prosby, ani grozby meza, a na dodatek cala ta zenujaca sytuacja sprawila, ze Boleslaw V zostal nazwany Wstydliwym. Takich historyj jest wiecej, a ich wylawianie jest swietna zabawa. Poszukajcie sobie np. jak zmarl krol Stanislaw Leszczynski, bo o takich rzeczach sie nie mowi, a szkoda!

Inna sprawa to tez i obserwacja na jak ubogich zrodlach bazuja historycy. Na temat monarchi wczesnopiastowskiej wiemy naprawde niewiele, a nawet to, co wiemy z polskich i obcych kronik i rocznikow jest czesto kwestionowane. Oto mniej wiecej jak wyglada proces badawczy mediewisty:

Kronikarz niemiecki Thietmar pisze, ze ksiaze Boleslaw (Chrobry) przepedzil swoja druga zone (ktorej nawet imienia nie znamy!) i poslubil Emnilde, corke czcigodnego ksiecia Dobromira. Nic wiecej o Dobromirze nie wiemy, ale zaraz sie dowiemy.  Skad? Takie historyczne czary mary: Dobromir to imie zachodnioslowianskie. Czcigodny oznacza, ze jest wiary chrzescijanskiej. Emnilda to imie brzmiace troszke z niemiecka. Tak wiec -Eureka! Mamy. Dobromir byl ksieciem Luzyckim, bo tylko Luzyce wpasowuja sie w te ukladanke.

Tak niestety wyglada badanie starych dziejow. Trzeba szukac, analizowac kazde slowo, a potem jeszcze kiedy juz wszystko mniej wiecej wiemy, zastanawiac sie nad prawdomownoscia kronikarza, bo z tym tez roznie bywalo. Szczegolnie jezeli kronikarz zywil do jakiegos wladcy czy rodu panujacego uraze, co zdarzalo sie czesto, pojawiala sie tendencja do oczerniania danej osoby.

Na takim wlasnie jednym wielkim znaku zapytania oparte sa dzieje Polski od Siemomysla po Boleslawa Krzywoustego. Potem Gall Anonim, Kadlubek, Janko z Czarnkowa i Dlugosz mniej wiecej na biezaco nam relacjonuja wiekszosc faktow, ale i tak pewne niejasnosci pozostaja.

Rozpisalem sie nieludzko i ten wstep do posta jest wielokroc dluzszy anizeli to, o czym chcialem napisac. Mawia sie, ze miedzy MIeszkiem II Lambertem (nawiasem mowiac, kilka lat przed smiercia wykastrowanym, co tez jest rzadko wspominana ciekawostka), a Kazimierzem I Odnowicielem panowal inny wladca – niejaki Boleslaw Zapomniany, starszy brat Kazimierza. Nic o nim nie wiemy i stanowi on jedna wielka zadadke. Byc moze nawet w ogole nie istnial.  Niektorzy mowia, ze byl takowy, ale byl jednym z “poronionych ksiazat”, ktorych bylo wiele wiecej. Inni sugeruja, ze kronikarzowi pomylilo sie cos z Bezprymem, wczesniejsycm wladca Polski (czesto pomijanym w roznych opracowaniach). Inni – ze faktycznie, byl krol (krol, nie zaden ksiaze!) Boleslaw II zwany srogim badz okrutnym, ktory jednak za swoje przewinienia oprocz kary smierci, zostal tez, mowiac po orwellowsku, ewaporowowany, czyli po prostu zapomniany na zawsze.

Jest kilka poszlak, np. obszerna wzmianka w Kronice WIelkopolskiej czy tez to, ze gdzies tam nazwano Boleslawa Smialego Boleslawem III, a Krzywoutego – Boleslawem IV. Sa tez powody, by faktyzcnie przypuszcac ze Mieszko Lambert mial oprocz Kazimierza takze starszego syna Boleslawa. No, ale jak bylo naprawde – nie wiemy. I to jest fascynujace. Wszak jest tyle dziur i tyle luk w naszej historii, tyle znakow zapytania, ktore zapewne nigdy nie zostana zapelnione. Poczytac mozna sobie troszke na Wikipedii, a jeszcze wiecej – na forum historycy.org.

Ja jednak abstrahujac od faktow historycznych i argumentow przeciwnikow i zwolennikow istnienia Boleslawa, nie przyjmuje do wiadomosci, ze takiego wladcy nie bylo. To zbyt piekna i ciekawa historia, aby wlozyc ja miedzy bajki i warto ja powtarzac, chociazby w formie legendy, aby Boleslaw Zapomniany wraz z ksieciem Krakiem i Piastem Kolodziejem zajal nalezne miejsce w swiadomosci polskiego narodu. Jego zywot az prosi sie o to o jakas historical fiction – ksiazke, film czy serial, ktory oparty na tych jakze watlych historycznych podstawach, opowie nam o Boleslawie Zapomnianym, stworzy prawdziwa, gleboko postac polskiego okrutnego krola, przeciwnika wiary chrzescijasnkiej, buntownika i jatrzyciela, ktory wspiawszy sie na szczyty wladzy, zostaje zdradzony przez ktoregos z ciemiezonych dworzan, zabity i zapomniany na zawsze, a wladze po nim obejmuje dobry ksiaze Kazimierz. Pole do manewru dla artysty jest naprawde ogromne, bo o Boleslawie Zapomnianym (i w ogole o latach jego mniemanych rzadow) wiemy doprawdy niewiele.

Tak wiec zawsze kiedy mowimy o Boleslawie I Chrobrym i Boleslawie II Smialym, pamietajmy, ze mozna jeszcze gdzies tam miedzy nich wscisnac (oprocz ma sie rozumiec Kazimierza Odnowiciela) jeszcze Boleslawa “poltornego” (I i I/II) Zapomnianego.

 

146. HaeS chwilöwo zgermänizowany: opiß wrazen 14 sierpień 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Z życia, społeczeństwo — HaeS @ 11:25 am

Jako ze siedze bezczynnie w Niemczech, obijajac sie okrutnie, postanowilem, korzystajac z dobrodziejstw dostepnego mi internetu i na przekor (jakze dobijajacej) niemieckiej klawiatury, postanowilem opisac nieco wrazenia z mojego pobytu tutaj. Pobyt jest czysto wypoczynkowy, nie pracuje tutaj, siedze u siostry. Moja znajomosc Niemieckiego organicza sie do slow “ja”, “nein”, “bitte”, “danke” i wyrazenia “o scheiße!”. No, troche przesadzam, bo z kazdym sie dogadam, troche po niemiecku, troche na migi, czasem po angielsku. Dnie spedzam czytajac wziete ze soba ksiazki, lazac po miescie (i korzystajac z jego rozlicznych atrakcji) albo siedzac przed kompem.

 W niniejszym poscie skupie sie na drobnych badz wiekszych roznicach natury ekonomicznej, spolecznej no i mentalnej, jakie udalo mi sie wyhaczyc podczas pobytu. No to co? Zaczynamy!

INTERNET

Siostra posiada lacze telefoniczne z internetem 6 Mbps oraz nieogarniczona iloscia darmowych rozmow lokalnych oraz na numery stacjonarne w Polsce – i to wszystko za 35 Euro na miesiac, czyli ca. 115 PLN. Ja w Polsce place 99 PLN – 43 PLN za to ze telefon wisi oraz 56 za internet 1 Mbps. Zostawimy moze to bez komentarza.

Niemiecka klawiatura mnie dobija. Malo ze pozamieniane sa przecinki i kropki, zety i igreki, upelnie pomieszane cudzyslowia, nawiasy, pytajniki i slashe, to jeszcze nijak nie moge uzyskac polskich liter. Ale i tak korzystam intensywnie, pilnie sledzac dokonania olimpijczykow z Togo i Tonga i podziwiajac ich niezwykle osiagnienia medalowe, w ktorych wyprzedzili nawet cywilizowany (podobno) srodkowoeuropejski 40-milionowy narod.

MÄDCHEN

Niniejszym oficjalnie OBALAM MIT O BRZYDOCIE NIEMEK. Wystarczy wyjsc na ruchliwa ulice i rozejrzec sie dookola, aby stwierdzic, ze germanskim niewiastom niczego nie brakuje i bywaja rownie urodziwe jak tak wychwalane wnieboglosy Polki. Fakt, ze sporo spodrod tych co urodziwszych panien ma nieco ciemniejsza skore (jak to na zgermizowane Turki przystalo) albo tez mowi z wyraznie wschodnim akcentem, albo nawet i po polsku czy rosyjsku. Ale takze i te rodowite Niemki nierzadko sa urodne, chociaz sporo wsrod nich tez i sterotypowych kolubryn z wyrazna nadwaga i niezbyt interesujaca facjata. Fakt faktem jednak, opowiesci o tym jak trudno w Niemczech wypatrzec ladna dziewczyne sa znacznie przesadzone. Nawet panie 40-i 50letnie (biorac oczywiscie poprawke na wiek), czesto zadbane i dbajace o zdrowy styl zycia, wygladaja dosc atrakcyjnie i nierzadko zdecydowanie wygrywaja konkurencje z polskimi kolezankami w swojej kategorii wiekowej.

Odnosnie urody warto jeszcze wspomniec tyle, ze drazniace u niemieckich przedstawicielek plci pieknej moze wydawac sie naduzywanie srodkow upiekszajacych, zbyt czeste korzystanie z solarium, dzika pogon za moda oraz wrazenie chlodu i niedostepnosci. co sprawia ze o ile w kategorii “uroda” mamy remis (z malym wskazaniem na Polki), to jednak niemieckie dziewczyny odpadaja w przedbiegach jezeli chodzi o naturalnosc, wzdziek i urok osobisty.

POLACY

Niemcy wydluzajac maksymalnie okres przejsciowy odnosnie przyjmowania polskich pracownikow swietnie wiedzieli co robia i unikneli masowego naplywu przedstawicieli naszej narodowosci do swojego panstwa, czego doswiadczyly kraje wyspiarskie.

Ale Polacy i tak sa tu wdzedzie. W sklepie dosc latwo spotkac polska sprzedawczynie, a w marketach czy autobusie mozemy liczyc sie z tym, ze zamiast wszechobecnego szprechania uslyszymy najczystsza polszczyzne. W Wiesbaden Polacy stanowia trzecia pod wzgledem liczebnosci grupe mieszkancow – zaraz po Niemcach i Turkach. Sporo mozna tez spotkac Rosjan, “Jugoli” czy tez Nigeryjczykow. Skad sie wzieli ci ostatni - nie mam pojecia, ale naprawde jest ich dosc duzo.

Ludzie poszczegolnych narodowosci maja wyrazna tendencje do tworzenia wlasnych grupek. Polacy dla przykladu maja glownie przyjaciol Polakow, z nimi sie spotykaja, ich zapraszaja na imieniny czy kawe, z nimi sie przyjaznia. Istnieja nawet polskie dyskoteki. Bardzo rzadko zdarza sie tez, aby Polak ozenil sie z Niemka (badz Niemka wyszla za Polaka). Polacy tworza zatem jakby wlasne, dosc hermetyczne spoleczestwo, ale wszak tak samo robia tutaj wspomniani Rosjanie, Turcy czy Jugole. No i Niemcy tez za bardzo nie chca integrowac sie z cudzoziemcami.

Zjawisko to jest wyraznie mniejsze w przypadku Polakow z drugiego czy trzeciego pokolenia – ci urodzeni w Niemczech (badz chociaz mieszkajacy tu prawie od urodzenia) maja przyjaciol Niemcow, a nawet tworza zwiazki mesko-damskie. Ale tez gwoli scislosci przyznac trzeba, ze sa mocno zgermanizowani – po polsku mowia bardzo slabo, nigdy tez w Polsce nie byli (albo rzadko i niewiele widzieli) i w ogole o naszym kraju raczej niewiele maja pojecia.

ZAKUPY

Niemcy kochaja supermarkety. Pomijam juz to, ze na kazdej wiekszej ulicy jest spory sklep samoobslugowy (wielkosci malej biedronki) i ze sklepy z gatunku “prosze podac mi…” wyginely tam szczesliwie zupelnie, a formula ta funkcjonuje juz tylko u jubilera, w aptekach i w piekarniach. Ale supermarkety sa wszedzie i ze wszystkim. Liczne markety budowlane czy elektroniczne to codziennosc takze dla Polakow, ale co powiecie na market z… zabawkami? Gigantyczny sklep, ciagnace sie w nieskonczonosc liczne rzedy polek, a na kazdej samochody, lalki, figurki Power Rangers, puzzle i gry komputerowe. W samym centrum miasta jest tez najwieksza ksiegarnia jaka dane mi bylo widziec – monumentalny, dwupietrowy raj intelektualny dla takich zboczencow jak ja. Mozna, podobnie jak w naszych Empikach, usiasc i poczytac, ale mozna czytac lezac na jednej ze specjalnie do tego celu przygotowanych bardzo wygodnych kozetek. Normalnie zyc i nie umierac. Zalowac tylko, ze wszystko po niemiecku. Ale i tak zaopatrzylem sie w zpingwiniona wersje “1984″ Orwella (in inglisz oczywiscie).

Osobliwa rzecza w porownaniu z polska rzeczywistoscia jest tez i to, ze wiele towarow z marketow wystawionych jest po prostu na polkach przed drzwiami – mozna (teoretycznie) wziac i sobie pojsc bez zaplaty. Jako jednak ze praktyka tworzenia takich wystaw jest bardzo czesta i powszechna wnioskuje, ze sprzedawcy nie odnotowuja duzych strat spowodowanych tego typu kradziezami. Po prostu – narod uczciwszy.

Ceny sa porownywalne z polskimi, niektore rzeczy duzo drozsze, inne – duzo tansze, ale calosciowo wychodzi mniej wiecej tak samo. Uwzledniajac oczywiscie drobny szczegol ze place niemieckie sa duzo, duzo wyzsze. Przy kupowaniu napojow trzeba przygotowac sie na dodatkowy wydatek - aby chronic srodowisko naturalne, Niemcy sie wycwanili i biora kaucje doslownie za wszystko – za butelki szklane, plastikowe i puszki.

Ciekawe jest tez i to, ze niemal wszystkie sklepy czynne sa co najwyzej do 20 (nieliczne do 22), a w niedziele czynne sa tylko nieliczne kioski i stacje bezynowe. Zatem na jakies wielkie zakupy w ten dzien nie ma co liczyc.

ORDNUNG MUß SEIN (?)

Na pewno jest tu generalnie porzadniej niz w Polsce. Porzadniej zarowno pod wzgledem estetyki, ale takze organizacji. Wszedzie sa autostrady, ulice wygladaja lepiej, nie walaja sie nigdzie puszki od roznych napojow ani opakowania po chipsach. Na kazdym wiekszym przystanku autobusowym wisi swietlna tablica, na ktorej wyswietlone sa minuty pozostale do odjadow poszczegolnych autobusow – i autobusy faktycznie jezdza w pelni przewidywalnie. Deutsche Bahn to w ogole poezja, absolutnie i pod zadnym wzledem nieporownywalne do PKP (PKP moze konkurowac co najwyzej cenowo, ale zapewne i to niedlugo potrwa). Opowiesci o niemieckim zamilowaniu do porzadku, dokladnosci i estetyki zatem wydaja sie byc w pelni prawdziwe. 

Wiele jednak mam watpliwosci. Przy brzydocie tunelu pod dworcem w Wiesbaden kryje sie tak krytykowana poznanska kaponiera, a nawet tunel pod wrzesinskim PKP (kto Wrzesnie zna, wie o czym mowie). Brudny, odrapany, bedacy siedliskiem nastolatkow wesolo popijajacych alkohol i popalajacych liscie podejrzanych roslin, pobazgrany, popisany i w ogole zapaskudzony niesamowicie – tak mocno, ze wiekszosc ludzi woli jednak isc gora przez pasy. Pamietam tez swoje wrazenia z pobytu w toalecie w Realu – popisane sciany, dwie puszki od piwa na spluczce, urwana deska klozetowa i jakas oswiniona butelka z mydlem w plynie, z ktorej probowalem wycisnac ostatnie soki – az chce sie krzyknac “nasi tu byli!”.

POSLOWIE

Posiedze tu jeszcze troszke. Jak bedzie mi sie chcialo, moze jeszcze posta napisze, moze nawet jakas fotencyje wrzuce. Pozdawiam wszystkich czytelnikow i zapraszam po 25 sierpnia!

 

145. Przerwa w blogowaniu 6 sierpień 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: O blogu — HaeS @ 10:20 am

Informuję, że w związku z moim 3-tygodniowym wyjazdem najprawdopodobniej do 25 sierpnia nie będzie żadnych aktualizacji.

Pozdrawiam czytelników, HaeS

 

144. Varius Manx – Beginning i New Shape. 1 sierpień 2008 (piątek)

Zaszufladkowany do: Muzyka — HaeS @ 1:23 pm

Jak szłyszymy “Varius Manx”, większość z nas momentalnie kojarzy tę nazwę z Anitą Lipnicką i utworem “Zanim Zrozumiesz”, Kasią Stankiewicz i jej (no, przyznajmy, mocno kontrowersyjną) piosenką “Orła Cień” czy też Moniką Kuszyńską, która śpiewała “Moje Eldorado”. To są trzy twarze Variusa. Ale niewielu wie, że przed Lipnicką też był Varius. Ba, wydał nawet dwie płyty! I na nich się właśnie się skupimy.

Wszystko zaczęło się od instrumentalnego albumu “Beginning” wydanego w zamierzchłym 1990 roku. Album, o którego istnieniu (poza fanami zespołu) mało kto wie, jeszcze mniej osób chociaż widziało okładkę, a słuchali go już naprawdę nieliczni. Mi się udało załapać do tej nielicznej grupy. Varius Manx objawiający się w albumie “Beginning” to zupełnie inna bajka niż ten zespół, który z Anitą, Kasią czy Moniką okupował pierwsze dziesiątki list przebojów w całej Polsce. Niemal w ogóle nie słyszymy ludzkiego głosu, za to mamy nastrojowe, złożone i skomplikowane kompozycje, mile łaskoczące uszy. Nie znam się na muzyce, więc nie będę doszukiwał się jakichś inspiracji ani też szczegółowo opisywał stylu muzycznego. W każdym razie, na pewno mamy do czynienia z Muzyką przez duże M.

Po niewątpliwym sukcesie “Beginning” przyszedł czas na kolejny album – “New Shape”. W zasadzie niewiele się stylem różni od poprzednika. Większość utworów to instrumentalne, po raz pierwszy pojawiają się jednak także i utwory śpiewane przez dwóch Robertów: Jansona i Amiriana. Moim zdaniem, ciut gorszy od poprzedniego, ale również na pewno ciekawy i wart uwagi. Polecam te właśnie dwa, zapomniane zupełnie przez historię albumy. Jeżeli nie macie dostępu do tej płyty, a mniej więcej chcecie wyobrazić sobie jak mógł brzmieć wczesny Varius, posłuchajcie utworów “Emu” (z albumu Emu) i “Elf Skradnie wasze serca” (z albumu Elf). Tytułowy utwór z albumu “Ego” (chociaż bardzo dobry) już nie końca pasuje, bo jest już dynamiczniejszy i agresywniejszy.

Pierwsze dwa albumy wcale nie są aż tak egzotyczne i nieznane. Jeden z utworów z albumu “The New Shape” został wykorzystany… no właśnie, gdzie? W jakiejś reklamie, czołówce programu telewizyjnego, a może serialu? Za nic w świecie nie mogę sobie przypomnieć, ale melodię tę słyszałem dziesiątki razy:

Varius Manx  - Tightrope Walker

Dalszą historię Variusa wszyscy już znają. Przełom w zespole przyszedł wraz z 18-letnią Anita. Anglojęzyczny w większości album “Emu” jest (jak dla mnie) najlepszym dokonaniem w historii zespołu. Poetycka dusza artystki znakomicie wkomponowała się w zespół, tworząc album, który z jednej strony jest czymś zupełnie nowym, zupełnie nieprzystającym do wcześniejszych dokonań zespołu, z drugiej – mamy do czynienia jakby z naturalną ewolucją grupy, która wciąż pozostaje starym dobrym Variusem z czasów Beginning i New Shape tyle tylko, że… lepszym, pełniejszym, jak gdyby dopiero teraz rozkwitłym z całą mocą. Po “Emu” nadszedł Elf, niewiele gorszy. Do obu tych albumów mam ogromny sentyment i uważam, że nawet teraz, po kilkunastu latach od wydania wciąż jeszcze warto do nich powracać.

Po wydanu “Elfa” Anita odeszła z zespołu. Rozwód nie wyszedł na dobre ani Anicie, ani zespołowi. Solowe dokonania Lipnickiej nie były IMO wybitne, ale – całe szczęście – koniec końców wyszła na swoje dzięki związkowi z Johnem Porterem, dzięki czemu jej gwiazda jeszcze raz zabłysła z całą mocą.

Z kolei Janson z kolegami po odejściu Anity stanęli przed poważnym dylematem. Mogli powrócić do źródeł, dalej rozwijając swój artyzm, albo też powalczyć o utrzymanie na rynku muzycznym, przynoszącym oprócz kłopotliwej być może sławy związane z nią profity pieniężne. Wybrali drugie rozwiązanie. Nowa wokalistka, Kasia Stankiewicz była zupełnie inną osobowością artystyczną aniżeli Anita. Album “Ego” nie był jeszcze taki zły, chociaż stanowił kolejny krok oddalający zespół od jego korzeni. Po “End” z korzeni nie zostało już praktycznie nic, zaś kolejne albumy (w których wokalistą była Monika Kuszyńska) sprawiły, że całkiem ciekawy koncept, jaki początkowo miał Janson z braćmi Marciniakami, rozpłynął się zupełnie i Varius Manx stał się po prostu kolejną “starą wygą” na rynku muzycznym, która mało, że niczego ciekawego nagrać nie umie, to jeszcze swoją obecnością blokuje dostęp do rynku młodym, zdolnym i ambitnym muzykom – dokładnie takim samym, jakimi sami byli niegdyś. Zespół ten stanowi modelowy wręcz przykład tego, jak sukces komercyjny sprawia, że muzycy zapominają o swoich artystycznych ambicjach z początku kariery.

Zespół skończył w sposób, w jaki żaden zespół nie chciałby zakończyć kariery – w wyniku wypadku samochodowego ciężko ucierpiała wokalistka Monika Kuszyńska, działalność zespołu zawieszono na czas nieokreślony. Po niesmaku ostatnich albumów prośba o skrócenie agonii artystycznej niegdyś znakomitej marki była jak najbardziej naturalna. Szkoda tylko, że los wybrał tak drastyczny sposób na przerwanie tej farsy.

Dlatego też warto złożyć hołd zespołowi, który pierwsze dwa (dobre) albumy wydał jako zupełnie nieznany szerszej publiczności, wykazując się wrażliwością artystyczną i zupełną ucieczką od otaczjącej nas zewsząd popkulturowej mieszanki, w kolejnych dwóch zaś połączył (co jest rzadkie) sukces artystyczny z komercyjnym. A resztę litościwie przemilczmy.