Myślokracja, czyli from łeb to web

143. X-files – sezon szósty 30 lipiec 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 2:31 pm

Zjawiska paranormalne nie są częścią naszego codziennego życia. Chociaż wielu z nas wierzy w to, żę po śmierci cząstka naszego “ja” nadal krąży po świecie, że gdzieś tam w kosmosie istnieją inteligentne istosty albo że można przewidzieć przyszłość albo odczytać cudze myśli, to jednak ja sam nie zetnąłem się z żadnym z tych zjawisk osobiście ani nawet nie znam osoby, która mogłaby ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że była uczestnikiem takich zdarzeń. Ze zjawiskami paranormalnymi mamy zatem do czynienia co najwyżęj w literaturze i filmografii fantastycznej albo w bajkach, którymi straszy się małe dzieci.

I właśnie ten kontrat między wiarą w zjawiska paranormalne, a ich brakiem w otaczającym nas świecie jest przyczyną popularności serialu “Z Archiwum X”. To dokładnie to samo zjawisko które sprawia, że podstarzałe gospodynie domowe oglądają w telewizji ckliwe romanse marząc o własnym (którego pewnie już się nie doczekają), a ich mężowie, z wydatną łysiną i sporym brzuszkiem podziwiają w tej samej telewizji superbohaterów ratujących świat. Im pewnie ten zaszczyt nigdy nie przypadnie, ale miło widzieć kogoś, komu się udaje.

Archiwum X przez pierwszych pięć sezonów dość intensywnie eksploatowało kolejne wątki związane chyba ze wszystkimi znanymi opowieściami ludowymi, przemierzając cały ocean ludzkich wymysłów – od morderców zabijających siłą sugestii po chupacabre. Oczywiście, odcinki były na ogół naciągane i niewiarygodne, ale oglądało się je na ogół przyjemnie dzięki odpowiednio stopniowanemu napięciu i odpowiednio skonstruowanej intrydze. W piątym sezonie w trzech odcinkach (opisanych w recenzji tego sezonu) nastąpiło nieznaczne odejście od konwencji, ponieważ zamiast odkrywać kolejne tajemnice wyimaginowanego świata pełnego telepatów, kosmitów i duchów, scenarzyści zaczęli bawić się w tworzenie po prostu zabawnych historyjek z wątkiem paranormalnym w tle, traktowanym z wyraźnym przymrużeniem oka.

Szósty sezon brnie jeszcze bardziej w tym właśnie kierunku. Scenarzyści, zamiast wymyślac kolejne wątki związane z opętaniem przez szatana, reinkarnacją, jasnowidzeniem i innymi wierzeniami, zaczynają sięgać wprost do klasyki – literatury i filmu, skąd biorą pomysły zupełnie nierealne i nieprzystające do rzeczywistości, ale jednocześnie sami nie traktują tych pomysłów do końca poważnie, tworząc odcinki nieco luźniejsze i przyjemniejsze w odbiorze. W ten sposób mamy zabawnego dwuodcinkowa traktującego o Mulderze, który zamienił się osobowością z pewnym wysoko postawionym wojskowym, ironiczny odcinek o Mulderze i Scully zamknietych w starym, nawiedzonym dworze, ciekawy epizod ze stakiem-widmem czy też wariację nt. filmu “dzień świstaka”. Ot, lekko i przyjemnie, bez całego naukowego bełkotu. Pod tym względem sporo odcinków 6. sezonu na pewno się wyróżnia.Sporo jest też normalnych odcinków śledczych, ale tutaj scenaryzści się nie popisali. Nudny jak cholera odcinek o morderczym wilkołaku sprowadzonym z Azji oraz oparty na fatalnym (być może najgorszym w całej historii serialu) pomyśle odcinek, w którym pisarz piszący horror tak dobrze poradził sobie z dziełem, że aż jego bohater naprawdę się zmaterializował na świecie i zaczął mordować ludzi. Ale są też i dobre epizody, jak chociaż “Three of a Kind” odcinek poświęcony w całości Samotnym Strzelcom, będącym kontynuacją “Unusual suspects” z piątego sezonu.

To, co mi się spodobało w VI sezonie to fakt, że Mulder i Scully nie tylko nie należą już do X-files, ale mają wręcz zakaz zajmowania się jakimikolwiek tego typu sprawami, skrupulatnie egzekwowany przez nowego szefa (Skinner już nie jest ich przełożonym). Scenarzyści musieli strasznie się zakręcić, aby dwójkę agentów jakoś zetknąć z paranormalnymi sprawami – a to Mulder ukradł komuś z kosza dokument, a to Mulder działa na własną rękę (wbrew szefostwu), a to znów Mulder zajmuje się tym czy owym w ramach prywatnego hobby, po godzinach pracy… było naprawdę ciekawie i aż mnie żal ogarnął, kiedy para agentów na powrót zajęła biuro Archiwum X.

Zaskoczeniem mogą być odcinki mitologiczne. Ich liczebność chyba jest najmniejsza w historii serialu (jest ich mniej więcej tyle samo, co w pierwszym sezonie), za to każdy jest bardzo mocny i bardzo ważny. Główny wątek posuwany jest ostro do przodu, nareszcie wiemy kto, z kim, po co, za co, jak i dlaczego. Troszkę jeszcze pytań, of course, zostaje, ale jednak nareszcie scenarzyści zaczęli sklejać dziury w fabule, wyjawiając odpowiedzi na wiele zaległych wątpliwości.

Obejrzenie szóstego sezonu warto (a nawet trzeba) poprzedzić filmem “X-Files: Fight the Future”. Film ten jest równie ważny jak każdy odcinek mitologiczny, wplata się w główny wątek, od czasu do czasu pojawiają się w serialu do niego drobne nawiązania w szóstym sezonie. Film sam w sobie nie jest zły. To taki jakby podwójnej długości odcinek, w którym Mulder i Scully wplątują się w kolejną aferę związaną z obecnością istot pozaziemskich na naszej planecie. Odcinek sam w sobie dość dobry (chociaż bez rewelacji), za to kręcony filmową metodą – inna taśma, inne ujęcia (np. z helikoptera), ciekawsze efekty specjalne itd.

Szósty sezon generalnie jest nie aż tak dobry, jak piąty, ale też nieco lepszy od czwartego. Serial wciąż trzyma klasę!

 

142. Znowu rekord! 30 lipiec 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: O blogu — HaeS @ 1:51 pm

Ogłaszam wszem i wobec po raz kolejny, z dumą ogromną i radością, iż wczoraj, tj. 29 lipca, został dokonany rekord wejść na bloga – tym razem aż 266 wejść jednego dnia (poprzedni rekord, z 29 stycznia, czyli  - co ciekawe – równo pol roku, wynosił 260). Powód był prozaiczny: google + “Jak wygrać w lotka”. Tak wielka ilość wejść nie wynika zatem z jakiegoś wielkiego wzrostu zainteresowania słowem pisanym mojego autorstwa, ale raczej z checi zysku. No, ale rekord jest rekordem i trzeba go uwzględnić:

 

141. Fajnie mieć pamiątkę… 26 lipiec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Z życia, rozrywka — HaeS @ 8:08 pm

Kiedy urodzi się dziecko, rodzice zachowują na pamiątkę czasem kalendarz bądź inną rzecz związaną z datą urodzenia. Moja mama akurat zachomikowała “Trybunę Ludu” z 20/21 lutego 1982. Pominąwszy informacje o nowym rządzie Finlandii i 36. rocznicy powstania ORMO, relację z posiedzenia Komisji Ideologicznej KC PZPR (WTF? o co chodzi), kilka nekrologów w których nazwisko zmarłego poprzedza się literkami tow., oraz omówienie stanu przygotowań Stali Mielec do rundy wiosennej, skupiłem się na stronie z zagadkami i łamigłówkami (takie moje małe zboczenie). Nie wiem czy autor zagadek, niejaki Zdzisław Nowak, przypuszczał kiedykolwiek, że ponad 26 lat po ich opublikowaniu ktoś jeszcze będzie nad tym siedział, a tym bardziej puszczał to w ogólnoświatowej sieci komputerowej (nie… na to na pewno nie wpadł!), niemniej jednak – macie. Zagadka sprzed 26 lat. Średnio trudna, rzeczone 20 trójkątów znalazłem w minutę, kolejne 8 – po ok. 5 minutach i wydaje mi się (chociaż nie jestem pewien), że więcej już nie ma. Może ktoś rozgryzie i znajdzie wiecej. Enjoy! Do wygrania – Bony PKO (nie wiadomo niestety o jakim nominale)

BTW, fajnie wiedzieć że w momencie moich urodzin w telewizji (na jedynym działającym kanale) leciał “Teleranek”., w radiu zaś – Radiowy Magazyn Wojskowy (PR1) i Transmisja mszy rzymsko-katolickiej w Kościele Św. Krzyża w Warszawie (PR2)., a na specjalnym radiowym kanale Stereo audycja pt. “Soliści, liderzy, Orkiestra”.

Tak więc drodzy państwo, jeżeli zdarzy pojawi się kiedyś u was w domu mały, wrzeszczący człowieczek, podobny troszke do was badz - nie daj Boze - do listonosza czy sasiada - wezcie schowajcie gdzies do piwnicy aktualna “Wyborcza”, “Rzeczpospolita” czy “Dziennik” (od biedy moze byc “Fakt”), bo po latach taki wlasnie czlowiek moze miec z tej kazdy kupe frajdy, a moze i kupe smiechu, kiedy uswiadomi sobie jak mocno roznił sie swiat jego rodzicow od jego swiata.

 

140. X-files – sezon piąty 25 lipiec 2008 (piątek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 11:00 am

No i nie wytrzymałem. Już następnego dnia po opublikowaniu recenzji IV sezonu, w której zaklinałem się, że zrobię sobie przerwę w oglądaniu serialu, wrzuciłem do odtwarzacza płytkę z pierwszym odcinkiem V sezonu. No i obejrzałem jeden, odcinek, potem drugi i trzeci i czwarty, no i jakoś tak wyszło, że w kilka dni znowu obejrzałem całe 20 odcinków (bo tylko tyle liczy ten sezon), dodatkowo jeszcze doprawiając się filmem “Fight the Future”. Potem się człowiek dziwi, że śnią mu się po nocach zombiaki, mordercze pszczoły i demoniczne lalki…

Na temat czwartego sezonu pisałem różne rzeczy. Że odcinki śledzcze są świetne, że mitologiczne wciąż trzymają poziom, że jest to najlepszy sezon ze wszystkich, że jest nowatorski, odkrywczy, że nastąpił duży przeskok jakościowy między trzecim, a czwartym… zapomnijcie o tym wszystkim, co pisalem. Dlaczego? Ano dlatego, że… sezon piąty jest JESZCZE LEPSZY!

Krótko: mamy zaledwie 20 odcinków, mniej więcej tyle samo mitologicznych i śledczych. Mitologiczne trzymają cały czas poziom, a nawet go nieco windują, nie tylko wprowadzając nowe wątki, ale także (nareszcie) co poniektóre wyjaśniając i łącząc ze sobą. Dwa z odcinków mitologicznych są wyjątkowe, bo cofają nas w odległą przeszłość (podobnie jak w czwartym sezonei odcinek w całości poświęcony Palaczowi). W jednym z nich dowiadujemy się w jaki sposób Mulder poznał Langneya, Frohike’a i Byersa (przy okazji trafiając na pierwsze ślady rządowego spisku), w drugim – w formie opowieści emerytowanego agenta FBI Mulder poznaje przeszłość swojego ojca.

Odcinki śledcze, podobnie jak w czwartym sezonie, są bardzo dobre i właściwie tylko na jednym “Kitsunegari” wynudziłem się śmiertelnie (dla porównania – w pierwszym sezonie co najmniej dziesięć powinno moim zdaniem iść na odstrzał), zatem narzekać nie mam prawa. Nawet więcej – są świetne. Mamy do czynienia z całkowitym odejściem od nudnej konwencji i schematu, na który tak mocno narzekałem w pierwszym sezonie (a który był po części obecny także w dwóch kolejnych). Zero schematu, zero wtórności, zero nudy – tak właśnie wyglada większość odcinków śledczych w V sezonie. Powiem nawet wiecej – jestem zauroczony trzema odcinkami, w których Chris Carter bawi się maksymalnie konwencją serialu, troszkę od niech odchodząc, spoglądając na całą sprawę z dystansem i humorem. Te odcinki omówię (wyjątkowo) osobno, ponieważ nie tylko zdecydowanie wybijają się ponad pozostałe poziomem, ale także i sposobem realizacji – żaden z nich nie jest klasycznym odcinkiem śledczym, ale ma coś ponad. Gdyby całe X-files składało się wyłacznie z takich odcinków, jak te, serial w moich oczach szybko stałby się serialem wszechczasów (nawet gdyby składał się wyłącznie ze znienawidzonych ogniś przeze mnie odcinków śledzcych). A tak – to jedynie jaśnieją niczym trzy perły na tle reszty serialu, który jest przecież dobry, chociaż niejednokrotnie irytujący.

POST-MODERN PROMETHEUS (minor spoilers possible)
Zdecydowanie najlepszy odcinek X-files jaki obejrzałem. Czarno-biała produkcja, nawiązująca do starych horrorów, które niegdyś miały straszyć (i pewnie nawet straszyły), dzisiaj – śmieszą. Wyreżyserowany i napisany zupełnie inaczej niż inne odcinki, dzięki czemu otrzymujemy posępny, ale i groteskowy, klimat małego miasteczka, pokazanego troszkę w krzywym zwierciadle, okraszony nastrojową muzyką. Osią odcinka jest poszukiwania potwora niejako to miasteczko terroryzującego. Scully i Mulder natrafiają na tajemniczego naukowca przeprowadzającego eksperymenty w swoim laboratorium, farmera ze strzelbą próbującego bronić dostępu do swojej posiadłości na której wyraźnie coś ukrywa, a pod koniec obserwują tłum biegający o północy z pochodniami, aby zabić potwora. Otrzymujemy zatem klasyczny misz-masz motywów z horrorów z lat 50-tych. Sam potwór jednak za fasadą swojej doprawdy nieciekawej aparycji, skrywa w sobie człowieka pełnego pasji, namiętności i uczuć… Oprócz specyficznego klimatu, nietypowego pomysłu i przykuwającej uwagę fabuły na pewno warta zapamiętania jest ostatnia scena – optymistyczna i zabawna z jednej strony, ale nawet i może ciut romantyczna… Bardzo, bardzo dobry odcinek.

CHINGA (minor spoilers possible)
Nie jest to klasyczny odcinek, w którym Mulder i Scully przeprowadzają śledztwo. To bardziej taki przerywnik. Podczas gdy Mulder nudzi się okrutnie w biurze, Scully jest na wakacjacach, gdzie trafia na tajemnicze zjawisko i postanawia wraz z lokalną policją się nim bliżej zainteresować. Jak się później okazuje, winna wszystkiemu jest… mordercza lalka. Odcinek, jak wspomniałem, nie jest zwyczajny odcinek – to raczej taki 45-minutowy horror, napisany zresztą przez Stephena Kinga. Pełnowartościowy horror, który mnie wystraszył nie na żarty (a uwierzcie, wystraszyć mnie nie jest łatwo!), mrożący krew w żyłach, pełen napięcia i zrobiony zgodnie z kanonem sztuki. Odcinek mocny, dobry, zapadający w pamięć. No i zawierający najlepszy tekst sezonu (jeżeli nie serialu): Scully w długim monologu wymienia Mulderowi przez telefon różne możliwości na temat zaszłego w jej obecności zdarzenia, wymieniając czarną magię, voo-doo, okultyzm, telekinezę i rzucając kilka innych pokrewnych terminów, wykazując się dużą znajomością tematu oraz żywym zainteresowaniem tą tematyką. Mulder slucha wszystkiego jak urzeczony i w końcu mówi: Scully… wyjdź za mnie!

BAD BLOOD (minor spoilers possible)
Wampiry (wraz z wilkołakami) należą do moich znienawidzonych bestii filmowych. W zasadzie jeżeli przy opisie filmu, których chciałbym obejrzeć, pada jedno z powyższych określeń, wystarczy to już, aby zaczął szukać innego obiektu zainteresowania. Ale “Bad Blood” jest inny. Odcinek co prawda o wampirach, ale traktujący o temacie na niesamowitym ludzie, bez grozy, którą te stwory mają wywołać ani całej powagi, jaką te stworzenia są otoczone. Wręcz przeciwnie. Odcinek jest lekki, można rzec – komediowy. Rzeczony wampir wygląda co najmniej śmiesznie, a cała mistyczna otoczka, której pełno zazwyczaj jest w wampirzych produkcjach, znika zupełnie. Ogląda się lekko i przyjemnie, aż sam byłem zdziwiony. Smaczku dodaje też konstrukcja odcinka – mamy bowiem do czynienia z retrospekcją, w której najpierw swoją wersję przedstawia Scully, potem – Mulder. Wersje te od siebie różnią się w szczegółach, niejednokrotnie wywołując efekt komiczny. Wielkie, wielkie brawa za ten odcinek!

Do czynienia mamy z ewolucją postaci – o ile Mulder powoli idzie w kierunku człowieka podchodzącego bardziej racjonalnie (a nawet publicznie walczącego z… wiarą w kosmitów!) o tyle Scully stała się tą, która uwierzyła. Postacie zatem do siebie zbliżyły się pod względem poglądów. Ba, zdarza się nawet kilkakrotne, że entuzjastyczna Scully przekonuje sceptycznego Muldera o tym, ze zaszło tu zjawisko paranormalne. Ogólnie, wszyscy bohaterowie “X-files” nabrali dodatkowej głębi i stali się przez to bardziej realni – dotyczy to i Walter Skinnera, i Palacza, a także powracającego Kraicka, informatorki Muldera czy też eleganckiego starszego gentlemana z Anglii. Wprowadzono też nową postać – młodego agenta Spendera, który nie darzy Muldera zbytnią sympatią (zresztą, z wzajemnością). Tak więc na pewno jest co oglądać, jest co podziwiać i jest czym się emocjonować w piątym sezonie, uważanym ponoć za najlepszy w historii serialu. No cóż, miejmy nadzieję, że pogłoski o tym, że piąty sezon jest najlepszym są przesadzone (albo chociąż, że kolejne będą tylko troszkę gorsze).

Obejrzałem także film “Fight The Future”, który właśnie po piątym sezonie powinno się oglądać – na razie nie napiszę jednak zbyt dużo (poza tym, że film podobał mi się tak sobie) jako że chciałbym ocenić go w kontekście tego, jaki wpływ będzie miał on na sezon szósty. Niemniej jednak – ludziska, oglądajcie “X-Files!”. Pierwsze trzy sezony miejscami dłużą się niemiłosiernie, ale czwarty i (szczególnie) piąty są jak najbardziej warte obejrzenia.

No a szósty sezon już zacząłem oglądać i też pewnie za parę dni rzucę recenzję.

 

139. π 21 lipiec 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Film, Matematyka — HaeS @ 7:05 pm

Dzisiaj opowiem wam o pewnym filmie. Filmie, którego główną bohaterką jest… liczba. Liczba znana powszechnie jako “Π”, zwana też czasem ludolfiną bądź stałą Archimedesa. Ponieważ jednak z zawodu jestem matematykiem, nie mogę powstrzymać się od krótkiego moim zdaniem (i zdecydowanie zbyt długiego jeśli wysilę się i spojrzę obiektywnie) rysu “biograficznego” tej liczby.

Liczba ta znana jest ludzkości od mniej więcej 3900 lat. Co prawda Babilończycy, którzy ją jako piewsi wyznaczyli, ostro rypnęli się przy jej szacowaniu, niemniej jednak śmiało można rzec, że Π jest stara jak świat. Czym mniej więcej jest – wszyscy wiedzą. Bierzemy dowolny okrąg. Gdybyśmy mogli dokładnie zmierzyć jego długość (co jest niewykonalne) i podzielili ją przez średnicę – wynik zawsze wynosił będzie Π, niezależnie od średnicy. Jednakże takie powierzchowne potraktowanie tej liczby byłoby dla niej krzywdzące. Zastosowań w geometrii ma ona bardzo wiele. Przydaje się do obliczania pól powierzchni, obwodów i objętości okręgów, kół, kul, sfer, elips, walców, stożków, geoid, beczek i praktycznie wszystkich figur i brył, które są chociaż odrobinkę gdzieś zakrzywione. Jest niezbędna do wyliczenia długości jakiejkolwiek krzywej, jest też powszechnie używana przy mierzeniu kątów.

Myliłby się jednak ten, kto myśli, że jej zastosowania kończą się na geometrii. Π pojawia się w miejscach, gdzie wydaje się że nie ma prawa się znajdować. Weźmy sobie taki przykład: dodajemy jedną całą, jedną czwartą, jedną dziewiątą, jedną szesnastą, jedną dwudziestą piątą itd. Wynik przemnażamy przez 6, a następnie pierwiastkujemy. Wynik będzie wynosił (w przybliżeniu) Π, przy czym przybliżenie będzie tym dokładniejsze im więcej liczb do siebie dodamy. Tego typu zbieżności jest dużo więcej. Poza tym, Π przydaje się np. do przybliżonego obliczania dużych silni (czyli obliczeń typu 1*2*3*4*5*6…). Co więcej; liczba ta przydaje się też w fizyce; uwikłana jest np. we wzory ogólnej teorii względności. Zapewne również chemicy, geologowie, biolodzy molekularni czy inni naukowcy używają od czasu do czasu wzorów zawierających w sobie tę magiczną liczbę.

W matematycznym świecie niewiele jest takich liczb jak Π. Zaskakują już jej najbardziej podstawowe właściwości. Że po przecinku następuje nieskończona litania cyfr każdy chyba wie. Mówiąc fachowo, liczba π ma nieskończone rozwinięcie okresowe. Ale to jeszcze nie koniec atrakcij. Okazuje się bowiem, że owa kaskada liczb (użycie słowa “kaskada” ma celne uzasadnienie – w zapisie dziesiętnym każda cyfra ma 10 razy mniejsze znaczenie aniżeli poprzednia) nie wykazuje żadnej regularności. Kolejne cyfry wydają się być zupełnie losowe i nie wykazują żadnej, najmniejszej chociaż, regularności. Owa losowość i brak regularności wśród cyfr liczby Π to objaw jej niewymierności. Dla tych, u których zadziałał mechanizm wyparcia i z matematyki nic nie pamiętają przypominam, że niewymiarnosc Π oznacza, nie można jej obliczyć dzieląc przez siebie jakiekolwiek dwie liczby całkowite. Odkryto to w 1761 roku, a około 120 lat później na jaw wyszło kolejne dziwactwo tej liczby – nie idzie jej wyznaczyć nie tylko przez dzielenie, ale także dodawanie, odejmowanie, mnożenie, potęgowanie i pierwiastkowanie jakiejkolwiek skończononej ilości liczb całkowitych. Więcej: liczby Π nie można też wyliczyć poprzez jakąkolwiek kombinację skończonej ilości tych działań. Liczby takie nazywamy przestępnymi. Liczb przestępnych jest nieskończenie wiele, ale tylko dwie zrobiły wielką karierę – Π oraz tzw. stała Napiera (liczba e, w przybliżeniu równa 2,78), być może nieco mniej sławna od swojej krewniaczki, nie ustępująca ani troszkę w kwestii bycia interesującą i przydatną matematycznie liczbie Π.

Wspomniałem już o tym, że kolejne cyfry Π następują po sobie w zupełnie losowy sposób. Co więcej, można znaleźć w nich (prawdopodobnie) dowolną zadaną kombinację cyfr. Powstało sporo serwisów, które na celu mają pomóc w sprawdzeniu czy w liczbie znajduje się np. nasza data urodzin. Przykład takiego serwisu – tu. Jeżeli jakiejś kombinacji nie znajdziecie w tym serwisie – nie oznacza to, że jej nie ma wcale w Π. Strona ta bowiem obsługuje “tylko” pierwszych 200 milionów cyfr po przecinku, a znanych jest ich (o ile trafiłem na aktualne źródło) ok. biliona. Zapisanie wszystkich ich na twardym dysku wymagałoby urządzenia o pojemności 931 GB. Obliczanie kolejnych liczb po przecinku ma jednak już tylko znaczenie czysto teoretyczne i wynikają z chęci zaimponowania komuś, bowiem doprawdy rzadko kiedy przydają się komukolwiek cyfry powyżej 20 pierwszych (a w naszym codziennym życiu wystarczą tylko dwie pierwsze… chociaż i tak pewnie ogromna większość ludzi NIGDY po opuszczeniu szkolnych murów tej liczby do niczego nigdy nie użyła).

Setki innych ciekawostek wiążą się z tą liczbą. To, co napisałem, to nawet nie jedna dziesiąta tego, co można napisać o tej liczbie bez całego matematycznego bełkotu i nawet nie jedna tysięczna tego, co można opowiedzieć stosując skomplikowane wzory i obliczenia. Nie czas ani miejsce teraz na przytaczanie dziesiątek wierszyków mających za zadanie ułatwienie zapamiętywania kolejnych cyfr rozwinięcia liczby π. Istnieją też bardzo sprytne (i ciekawe z punktu widzenia “ścisłowca”) sposoby na przybliżone obliczenie tej liczby, ale nie ma co zanudzać nimi szanownych czytelników. Kto chce, może zerknąć na wikipedię (najlepiej angielską, która tradycyjnie jest bardziej wyczerpująca niż polska), gdzie znajdzie sporo ciekawostek, ale też i niemało przydatnych linków.

Przechodzimy jednak do filmu. Daren Aronofsky to jak dla mnie genialny reżyser, znany także z filmów takich jak “Reqiuem dla snu” czy “Źródło”. Jego filmy chrarakteryzują się niepowtarzalnym klimatem i są zupełnie inne aniżeli wszystko to, co prezentują nam inni reżyserzy. “Π” powstał przed dwoma w/w dziełami. Kręcony charakterystyczną taśmą – mało, że czarno białą, to jeszcze z charakterystycznymi zakłóceniami i dziwacznym kontrastem, co sprawia, że mamy wrażenie, że mamy do czynienia z filmem bardzo, bardzo starym – może nawet i przedwojennym.

Głównym bohaterem jest Max Cohen, genialny matematyk, który cierpi na nasilające się bóle głowy. Człowiek ten zajmuje się szukaniem we wszechświecie jakiegoś porządku, szuka jednej jedynej reguły nim rządzącej. Przekonany jest, że wszystko, co nas otacza, wszystko, co dookoła siebie spotykamy, wszystko co się zdarzyło i co się zdarzy, można przewidzieć, bo rządzone jest tajemniczą zasadą, głęboko powiązaną z liczbą Π. Jego poszukiwaniami wyraźnie zainteresowana jest duża korporacja, a także religijna sekta żydowska, próbująca właśnie tą regułą odnaleźć i zrozumieć Boga. W trakcie swoich badań Max zauważa jednak coś dziwnego: im bliżej jest odkrycia tej zasady, tym bardziej nasilają się jego bóle głowy, skoncentrowane w jednym, szczególnym jej punkcie. Być może właśnie tam znajduje się ta poszukiwana przez niego tajemnica?

Film zupełnie inny od wszystkiego, co widziałem dotychczas. Oryginalny scenariusz, nietypowe ujęcia (jak pisałem, kręcone wyjątkową taśmą) połączone charakterystycznym montażem, świetna reżyseria i mocno dająca po głowie oprawa dźwiękowa, świetnie wkomponowana w całość filmu i doskonale korespondująca z chorymi snami bohatera i jego narastającą paranoją na jawie. Film jest doprawdy wyjątkowy. Do tego wszystkiego dodać należałoby jeszcze pokręcone dialogi, zahaczające o różnego rodzaju wierzenia czy też matematyczne ciekawostki. Żałuję, że właśnie tych matematycznych wtrętów jest tak mało i to jeden z niewielu minusów tego filmu.

Ogólnie oczywiście polecam, jednak zwracam uwagę na jeszcze jedną rzecz: bardziej film chyba do gustu przypadnie wszelakiego rodzaju “humanistom” aniżeli “ścisłowcom”. A to dlatego, że opiera się w dużej mierze o przeżycia wewnętrzne bohatera, jego relacje z otaczającym światem oraz to, czego świat oczekuje od nas i co my możemy dać mu w zamian. Jest świetnym punktem wyjścia do różnych refleksji i filozofowania. Matematyczna strona została troszkę zaniedbana (a nawet lekko przekłamana), dodatkowo bardziej racjonalni z natury ścisłowcy burzyć mogą się przeciwko prezentowanej magii liczb i boskiej harmonii w filmie pokazanej. Ale i tak na pewno warto obejrzeć, bo “Π” to kawał dobrej roboty.

 

138. X-files (z Archiwum X) – sezon 4 19 lipiec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 7:04 pm

Nadszedł czas na czwarty sezon tego kultowego (tak, teraz już rozumiem dlaczego kultowego) serialu. Czwarty sezon – od razu powiem – zaskakująco dobry, o wiele lepszy od tego, czego się spodziewałem po raczej niemrawych pierwszych trzech. Zanim zacznę pisać, drobna uwaga terminologiczna. Swojego czasu odcinki podzieliłem na te z głównym wątkiem i te oderwane od niego oderwane. Nie tylko ja jednak takie rozróżnienie uczyniłem; po krótkim szperanku w necie odkryłem, że jest ono dość powszechne wśród widzów. Za tą stroną nazywał będę od teraz odcinki z głównym wątkiem “mitologicznymi”, zaś te z historią zamkniętą w obrębie jednego odcinka – “śledczymi”. Nie do końca zgadzam się z tym, które odcinki zaklasyfikowano na cytowanej stronie do mitologicznych, które do śledczych. Poza tym – nazwa “mitologiczne” średnio mi się podoba, bo słowo “mitologia” akurat budzi we mnie skrajnie inne skojarzenia niż Mulder ganiający za latającymi spodkami; kusi mnie też aby odcinki “śledcze” nazwać raczej “wypełniaczami”, bo taką właśnie rolę pełniły w pierwszych trzech sezonach. Niemniej jednak, pozostanę przy właśnie tej terminologii szczególnie, że jest ona już dość powszechnie przyjęta i począwszy od tego tekstu, będę się jej trzymał aż do recenzji końca IX sezonu. No, ale do rzeczy.

Nie będę czarował, bo opinię już zamieściłem kilkukrotnie: zdecydowanie przedkładam odcinki mitologiczne ponad śledcze. Oprócz powodów natury bardziej ogólnych (wolę wszak seriale z ciągłą fabułą, a nie z zamkniętą w ramach jednego odcinka), powodem tego było też i to, że w pierwszych trzech sezonach X-files odcinki śledcze, delikatnie mówiąc, nie błyszczały. Ot wymyslono pospiesznie jakiegoś mutanta czy potwora zabijającego ludzi, wysłano Muldera i Scully, którzy mieli sprawę zbadać, a ci zbadali albo nie, ale na ogół było nudno i poza kilkoma szlachetnymi wyjątkami, odcinki śledcze można było sobie spokojnie darować – dla lepszego wrażenia i z szacunku do siebie i swojego czasu. Szkoda zatem, że w kolejnych sezonach odcinki “śledcze” liczebnie przeważały nad “mitologicznymi”. Jednak w czwartym sezonie nastąpiła rewolucja. Po pierwsze – na 24 odcinki tych mitologicznych jest aż 10, czyli stosunkowo najwięcej. Co więcej, jakość wypełniacza znacząco się podniosła. Większość obejrzałem nie tylko bez poczucia znużenia i bezcelowości (jak zdarzało mi się poprzednio), ale z prawdziwym zainteresowaniem. Mamy przecież świetny, przerażający “Home” o braciach trzymających matkę pod łóżkiem, genialny “The field where I died”, w którym odkrywamy poprzednie wcielenia Muldera, chyba najlepszy ze śledczych “Paper Hearts” (w zasadzie jeżeli ktoś ogląda tylko odcinki mitologiczne, może go obejrzeć – zahacza on bowiem dość ostro o sprawę porwania Samanthy, chociaż nie wiąże się bezpośrednio z innymi wątkami mitologicznymi), dobry “Synchrony” z motywem podróży w czasie i prześmieszny “Small Potatoes” o szpitalnym woźnym płodzącym dzieci z ogonkiem. Oczywiście, wśród odcinków śledczych zdarzają się pomyłki, które nigdy nie powinny do serialu trafić (jak bezsensowny odcinek z facetem latający bez głowy czy nudne śledztwo w sprawie Żydów tworzących golemy z gliny), generalnie jednak nie mam tu dużo do zarzucenia. Nie rażą nawet tak głupie pomysły jak facet z gadającym tatuażem, który zmusza go morderstw (!), a to dzięki podejściu do sprawy z dużym dystansem, odrobinką humoru i racjonalnemu wyjaśnieniu sprawy. Tak więc za odcinki śledcze (po raz pierwszy) daję “X-files” duży plus.

Co do mitologii… zacznę od tego, że (jak wspomniałem) mamy aż 10 odcinków, które można uznać za mitologiczne. To dużo. Wystarczająco dużo, aby zadać kolejny milion pytań, pokazać na kolejnych kilka sekund kolejny dowód istnienia kosmitów, pokazać jak zły jest palacz i dać Mulderowi do ręki coś, co może zmienić świat na zawsze, a w końcu mu to odebrać. Te odcinki wciągają i fascynują, chociaż sam nie wiem dlaczego. Widać tu ewidentne granie twórców na zwłokę, grę w kotka i myszkę z widzami, tworzenie pytań zamiast odpowiedzi, brak spójnej koncepcji rozwiązania zagadek i totalne zagubienie scenarzystów, którzy sami pewnie nie wiedzieli w momencie pisania tego sezonu w jakim kierunku to wszystko ma iść. No ale co z tego? Widzi człowiek “cancer mana” i już od telewizora za cholerę nie odejdzie. Mulder znów gdzieś lata za kosmitami, Scully biegnie za nim i puka się w głowę co ten palant znowu wymyślił, gdzieś w tym wszystkim jest Skinner miotający się między palącym papierosy młotem, a narwanym, nawiedzonym kowadłem i prowadzący gdzieś wśród tego zamieszania własną grę Kraicek. Sensu w tym wszystkim nie znajdziesz ani troszkę, a próba złożenia tego w całość sprawia, że otrzymujemy bezładną mieszankę różnych wątków ze wspólnym mianownikim (wielki spisek i kosmici), ale bez jakiejś myśli przewodniej. Ale i tak ogląda się nader przyjemnie.

Te właśnie odcinki są dobre nie tylko dlatego, że są mitologiczne i mają wspólny wątek, ale także dlatego, że scenarzyści do nich szczególnie dobrze się przykładają. Pod względem klimatu, napięcia, emocji, tajemniczości, akcji – takie epizody jak np. “Tunguska”, “Memento Mori” czy “Zero Sum” nie mają sobie równych. I blakną przy nich wszystkie powyżej opisane niedoskonałości i brak ogólnej koncepcji. Weźmy sobie na przykład odcinek ” Musings of the Cigarette-Smoking Man”, który w całości poświęcony jest odległej przeszłości tytułowego bohatera. Odcinek ten świadczy nie tylko o dużej finezji twórczej autorów, a nawet pewnego rodzaju odwadze (bo stanowi on spore odejście od schematu poprzednich odcinków), ale także o tym, jak daleko sięga teoria spiskowa, tworzona w serialu. No i zapomniałem jeszcze dodać o finale sezonu, gmatwającym zupełnie już i tak całkiem zagmatwaną fabułę, z niesamowitym, bardzo mocnym zakończeniem. Dla takich cliffhangerów się żyje. Wyobrażam sobie emocje, jakie targały widzami kilkanaście lat temu przez kilka miesięcy oczekiwania na piąty sezon (chyba aż sam sobie zrobię kilka tygodni przerwy dla podsycenia emocji… o ile wytrzymam).

Czas na podsumowanie: sezon czwarty X-files jest zdecydowanie najlepszym z tych, które dotychczas oglądałem. Warto było przemęczyć pierwsze trzy, aby trafić na taką perełkę…

 

137. A my się z Kaczyńskiego śmiejemy… 17 lipiec 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Polityka, społeczeństwo — HaeS @ 12:08 pm

Kto jest najważniejszą osobą na świecie? Królowa Brytyjska.. eee, od końca II Wojny Światowej (i tym samym ery kolonializmu) już chyba nie. Papież? Autorytet tego zaczął stopniowo upadać Lutra, może Husa, a może i jeszcze wcześniej i dzisiaj jest bardziej przewodnikiem duchowym (i to tylko dla wierzących) aniżeli człowiekiem mającym cokolwiek do powiedzenia we współczesnej polityce. Więc kto? Prezydent Rosji? Sekretarz generalny ONZ? Eeee, chyba nie. Otóż, pomimo wyraźnego regresu w stosunku do dawnej potęgi, wciąż jeszcze człowiekiem, z którym trzeba się liczyć, którego trzeba się bać, trzeba szanować, ale też i warto współpracować jest prezydent USA. Mocarstwo zza oceanu chyli się stopniowo ku upadkowi, chociaż wcale nie jest powiedziane, że to przesądzone… Sprawowanie władzy nad tym państwem jest wciąż jeszcze najbardziej nobilitującym dla sprawującego go i rzec można, że kto rządzi USA, ma w garści cały świat.

Dlatego też dziw bierze człowieka, jak małą dawkę erucycji posiadją ci, którzy ten urząd obejmują. George Bush do demonów intelektu nie należał, co powszechnie wiadomo. Krąży legedna, że podczas wizyty prezydenta Brazylii w USA, kiedy obaj panowie omawiali sprawy gospodarcze, Bush spojrzał na mapę i z niekłamanym podziwem (ale i zaskoczeniem) rzekł: “Wow, Brazylia jest duża!”. To zresztą nie jedyna wpadka tego prezydenta. Teraz czeka go godny następca. W kolejce do prezydenckiego stołka czeka bowiem niejaki Joh McCain. Jeśli jeszcze o nim nic nie wiecie, to napiszę tylko trzy rzeczy: McCain uczy się obsługi komputera i wysyłania e-maili, McCain myśli, że prezydentem Niemiec jest Putin, McCain jest zaniepokojony sytuacją w Czechosłowacji. Myślę, że to wystarczy, aby wyrobić sobie opinię o tym panu. Mnie w każdym razie wystarczy, aby kibicować Barackowi Obamie w nadzei, że losy było nie było całego świata ponownie znalazły się w rękach kompletnego ignoranta. Nie zapominajmy jednak o jednej rzeczy – to naród amerykański wybiera. Ten sam naród, który cztery lata temu wolał ponownie wybrać Busha zamiast o niebo inteligentniejszego Johna Kerry.

Ale tak to już jest. USA to naród paradoksów. Kraj, w którym urzędniczka przy wypełnianiu formularza kłóci się z petentem, że nie ma takiego kraju jak Poland, jest tylko Holland. Kraj, w którym dzieciaki w szkole liczą zadania typu 4+6*3 na kalkulatorze. Kraj, w którym po ukończeniu szkoły średniej poziom wiedzy jest mniej więcej taki, jak u nas po zakończeniu pierwszej klasy gimnazjum NIe ma się co dziwić, że świetną pożywkę znaleźli w tej ciemnej masie prorocy religijni, sekty i inni wciskacze ciemnoty. Ale jednocześnie właśnie USA posiada najlepsze uniwersytety na świecie takie jak Harvard czy Yale. Najwitniejsi naukowcy i wynalazcy albo są/byli Amerykanami, albo też do Ameryki wyjechali wiedząc, że tam będą mieli pieniądze i środki techniczne na przeprowadzenie badań (jak Einstein, Tesla czy nasz Wolszczan). Wystarczy spojrzeć na listę noblistów, aby spostrzec jak wielu jest wśród nich rodaków tak wyśmiewanych Britney Spears i Paris Hilton.

Wytłumaczenie tego paradosku jest proste. Kto nie chce się uczyć – nie uczy się i pozostaje na poziomie intektualnym jamochłona. Kto jednak ma bystry umyśł i chęć jego twóczego wykorzystania – ma wszystko, czego zapragnie, aby swoje możliwości wykorzystać. Jaka to odmiana w stosunku do polskiego systemu, w którym umysły tępe są na siłę szlifowane, zaś ludzie mający coś w głowie nie mogą z różnych powodów (głównie materialnych, ale niejednokrotnie także mentalnych czy społecznych) rozwijać swojego talentu. Wygląda to tak, jakby system edukacyjny przy każdym z nas wytworzył sznurek który pilnuje, aby mniej rozgarnięci nie spadli na intelektualne dno, a ci inteligentni z kolei nie poszybowali zbyt wysoko. U Amerykanów sznurka nie ma. I to jest cała tajemnica

 

136. HaeS BloG – roczne podsumowanie nr 1 14 lipiec 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: O blogu — HaeS @ 5:17 am

Nie, nie – nie pomyliliście się. To jest HaeS BloG. Cały czas ten sam, tylko w nowej skórce. Przyczyna tej metamorfozy jest oczywista – świętujemy!

Minął cały rok słoneczny (dodatkowo nieco dłuższy bo 366 dniowy) od momentu, kiedy pojawił się pierwszy wpis na blogu. Wpis – można sobie zajrzeć , dotyczący płyty Apocalyptiki. I tak to się zaczęło. Blog z założenia miał być wzorowany po części na blogu Mierzwiaka (znanego też jako Gniot), którym byłem wprost zafascynowany swojego czasu, a po niespodziewanym jego zamknięciu w sierpniu 2008 – miał być duchowym kontynuatorem i ideowym następcą tego świetnego serwisu. Kto odwiedzał Mierzwiaka, wie z pewnością jak ambitne i trudne było postawniowne przede mną to zadanie. Szybko okazało się, że wcale tak łatwo nie będzie. Nikłe zainteresowanie blogiem ze strony czytelników (kilka/kilkanaście odwiedzin dziennie) i praktycznie zero komentarzy przez pierwszych kilka tygodni zupełnie zniechęcało. W dodatku pierwszy komentarz, jaki kiedykolwiek otrzymałem, był to komentarz do wpisu nr7 od nieznanego czytelnika o jakże wymownej treści “dziecko neostrady”. Usunąłem go (w sumie teraz żaluję, bo było nie było – historyczny pierwszy komentarz). Niemniej jednak, początki były trudne. Szybko zdałem sobie sprawę, że sprawienie, aby blog był popularny i naprawdę często odwiedzany czy komentowany jest zadaniem trudnym i karkołomnym (do dzisiaj nie udało mi się nawet w 1/4 osiągnąć zamierzonego pułapu). Ale nie zniechęciło mnie to. Z czasem (dość szybko) przestałem bawić się w Mierzwiaka i zacząłem dorabiać się własnego stylu prowadzenia bloga.

Z czasem jednak pojawił się pierwszy stały czytelnik – R-Chee, który zmobilizował mnie do większego zaangażowania się w serwis i być może nawet uratował blog, który zmierzał w listopadzie do samounicestwienia, porzucenia i zapomnienia w mrokach sieci. Na szczęście tak się nie stało. W okresie kiedy już mi się nie chciało po jednej z rozmów z R-Cheem, rzuciłem się do pracy, napisałem kilka postów, potem kilka następnych i jeszcze następnych i wszystko ruszyło do przodu. Bardzo ostro. Potem było już tylko lepiej, szczególnie kiedy R-Chee zaczął sam udzielać się na blogu, pisząc posty w nieco innym stylu niż mój, ale o podobnej tematyce, zawsze fenomenalnie dopracowane i dopieszczone (ja sam czasem wrzucam posty z literówkami, błędami gramatycznymi czy zdaniami urwanymi w połowie, co potem muszę poprawiać – R-Cheemu nigdy się to nie zdarzyło). Luty 2008, czyli początek naszej współpracy był najlepszym miesiącem w historii bloga – najwięcej było odwiedzin, najwięcej komentarzy i najwięcej postów. Potem, niestety, coś pękło i skończyło się na dziesięciu postach. R-Chee pisze już dużo rzadziej (a szkoda), ale i tak na wysokim poziomie. Poza tym nadmienić muszę, że jego post o “Band of Brothers” (jeden z najlepszych w historii bloga) był początkiem pewnej rewolucji – od tego momentu staram się pisać staranniej, posty są dłuższe i na ogół z jakimiś zdjęciami. Po prostu R-Chee pokazał w ten sposób jak powinno pisać się posty. Jego wkład w rozwój bloga jest nieoceniony i za to w tym miejscu chciałbym mu serdecznie podziękować.

Zresztą, ja jestem cały czas otwarty na współpracę. Jeżeli ktoś ma coś mądrego do powiedzenia, pisze ładnie i ciekawie na tematy które już na blogu się pojawiały, a nie chce mu się prowadzić własnego bloga – zapraszam do pisania. Oferuję blog, który może nie jest gigantem, ale ma już pewną ilość czytelników i swoją pozycję na blogowym “rynku”, więc na pewno w próżnię pisać nie będziecie. Łamy są jak najbardziej otwarte, a różnorodność autorów (a tym samym stylów i poglądów) może blogowi wyjść tylko na plus – co krótki, chociaż bardzo owocny okres wzmożonej aktywności R-Cheego pokazał dobitnie.

Blog, z perspektywy tego roku, jest przedsięwzięciem udanym. Być może najbardziej udaną rzeczą, którą samodzielnie stworzylem przez całe moje życie. Pomysł, aby wrzucać swoje przemyślenia i refleksje na blog był strzałem w dziesiątkę. Cieszę się, że przez rok mialem przyjemność prowadzić tego bloga i na pewno będę ciągnął tę zabawę dalej. Martwi mnie troszkę mało ilość komentarzy. Chociaż nie jest to zmartwienie takie, jakie miałem na samym początku, kiedy cieszyłem się jak głupi z każdego wpisu, do którego pojawił się chociaż jeden komentarz. Dzisiaj jest już pod tym względem dużo lepiej, ale nadal cieszy mnie i z ogromnym zainteresowaniem czytam każdą notkę pozostawioną przez czytelnika, niejednokrotnie dając odpowiedź. Komentarze to taka spirala, napędzająca popularność bloga. W momencie, kiedy pod jakimś postem tworzy się dyskusja, liczba wejść wyraźnie rośnie, bo każdy chce zobaczyć czy na jego odpowiedź jest już riposta i jak rozwija się dyskusja. Dyskuje takie niejednokrotnie są o wiele ciekawsze aniżeli treść samego posta.

Blog ma, jak się okazuje, całkiem spore grono stałych czytelników, którzy regulanie go nie tylko odwiedzają, ale także i komentują – rzeczowo i konstruktywnie, co jest dla mnie szczególnie cenne. Dziękuję zatem (kolejność dośc przypadkowa i przepraszam, jeżeli kogoś pominąłem): R-Cheemu, Maciejowi Rynarzewskiemu, Frustratowi, Q, Vertokowi, Dru’, Paweuu, Mellowi, SpecShadowowi, Finarfinowi (poprzednio podpisującemu się jako :) ), Lunetariusowi, BG, Surionowi, Elenoir, Lolkowi, Florchakhovi, Mr_Evilowi, brt12, a także Renii, która na blogu była krótko, ale spowodowała ogromne zamieszanie, sporo emocji i mocno nakręcała dyskusję. Wbrew sugestiom co poniektórym oświadczam, że Renia była prawdziwa. W każdym razie ani ja, ani R-Chee nie stworzyliśmy tej postaci, aby sprowokować dyskusję i podgrzać atmosferę. Chociaż z drugiej strony – być może ktoś z zewnątrz sobie jaja robił. Bo mi samemu istnienie takiej osoby wydaje się być wysoce nieprawdopodobne.

Do dzisiaj niestety nie wiem jak wielu mam czytelników. Póki co bowiem mam tylko dwa źródła tej wiedzy: mogę liczyć wejścia na blogu bądź stałych komentatorów. Liczenie wejść na blogu jest metodą wysoce nieefektywną, bo są ludzie, którzy wchodzą tu kilka razy dziennie albo też trafiają przypadkowo (np. z wyszukiwarki), zatem dane są znacząco zawyżone. Z drugiej strony – ci, którzy komentują to z pewnością nie wszyscy czytelnicy i przekonany jestem, że zdarzają się tacy, którzy bardziej czytają aniżeli komentują (co więcej – jestem tego pewien, bo znam takich osobiście). Ale ta niewiedza o liczbie czytelników to chyba bolączka każdego blogera.

Prowadzenie bloga to nie tylko fajna zabawa i okazja do pokazania siebie całemu światu, ale także – wejście do pewnej eksluzywnej grupy internatuów, którzy tym się różnią od tłuszczy nauczonej wyłącznie oglądania filmów na youtube i ściągania pornoli, że mają coś ciekawego do powiedzenia. WordPress to chyba najlepszy serwis blogowy nie tylko ze względu na darmowość, brak reklam i całkiem przyjemny interfejs, ale też ze względu na poziom i kulturę blogowania. Rozpoczynając swój serwis, miałem chyba tylko jeden link na blogrollu. Dzisiaj jest ich dużo więcej. Każdy jest dla mnie w jakiś sposób cenny, każdy odwiedzam od czasu do czasu (niektóre zdecydowanie za rzadko, przyznaję), czytam, zostawiam komentarze jeżeli jest to technicznie możliwe – rss-uję. Cieszy mnie bycie częścią być może niezbyt licznej, ale za to wielkiej duchem i umysłem grupki wordpressowców, którzy swoimi postami mnie bawią, ale też inspirują. Wielkie dzięki!

Nie byłbym sobą, gdybym nie podał kilku liczb. Niniejszy spis jest 136. wpisem na blogu, średnio na miesiąc wypada zatem 11,33 posta – nie jest źle. Z tego 126 wpisów jest mojego autorstwa, 10 – autorstwa R-Cheego. Komentarzy (póki co) pojawiło się 424, wypada 3,14 (fajna, matematyczna liczba) na posta. Też jest fajnie. Co ciekawe, komentarzy spamowych (dotyczących reklamy Viagry i powiększania penisa), cierpliwie wyłapywanych przez Akismet, było 441. Blog zanotował 41 801 odsłon (stan na 14.07.2008, godz. 7:11), średnio zatem 114 dziennie. Najlepszym miesiącem był luty 2008 – 5976 odsłon (213 dziennie), najgorszym – lipiec 2007, kiedy przez 18 dni odwiedzin było 226 (13 dziennie). Obecnie utrzymuje się dość stała dobowa liczba 130-140 odwiedzin, jednak od szczytowego lutego cały czas utrzymuje się tendencja spadkowa i zdaje się, że dopiero w tym miesiącu (o ile utrzyma się ilość odwiedzin) zostanie ona zatrzymana.

Ostatnio spotkałem się z krytyką nt interfejsu. Dwie osoby (jedna na blogu, druga na gg) narzekały na zbyt dużą ilość postów na głównej stronie i na inne niedogodności. Dziwi mnie to. Powiem tak: interfejs bloga został przeze mnie głęboko przemyślany. Skroiłem go podług własnych potrzeb i upodobań, mając w pamięci wszystkie te rzeczy, które denerwują mnie u innych blogerów i starając się im zapobiec. 100 wpisów na jednej stronie to standard, który sam bym widział chętnie na wszystkcih innych blogach. W ten sposób bowiem zapoznawanie się z archiwami jest łatwe, proste i przyjemne – wystarczy tylko przewinąć w dół. Posty pokazywane są w całości, a nie w kawałku, który trzeba sobie wyklikać, aby czytać dalej – to też świadoma taktyka, mająca na celu ułatwienie życia czytelnikowi. Dla mnie jest to nawet upierdliwe, bo utrudnia obserwację które posty cieszą się popularnością, ale dobro czytelnika jest najważniejsze. Żeby napisać komentarz, nie trzeba się rejestrować, logować ani nawet czekać na moderację. Dla potrzeb nawigacji są kategorie po prawej stronie (seriale, kościół, filmy, z życia, książki itd), dobrane tak, aby nie były zbyt ogólnikowe i aby każdy mógł na dany temat natychmiast otrzymać listę postów. Wprowadziłem też i wyszukiwarkę wewnątrzblogową, a nawet indeks seriali – nawigacja jest zatem IMO idealna. A jednak są tacy, co narzekają. Dlatego też pozwoliłem sobie na kilka zmian w interfejsie. Dużo się nie zmienia i bardziej są to modyfikacje kosmetyczne aniżeli funkcjonalne, ale jednak coś tam się zmieniło. W szczególności ilość postów na stronie głównej została zredukowana do 30, co robię naprawdę z ciężkim sercem. Vox populi, vox dei.

No cóż, jeżeli ktoś ma jakieś zastrzeżenia/zalecenia albo chce napisać coś miłego (ojej, bo się zaraz zarumienię), może napisać w komentarzu. Poza tym, to świetna okazja dla co poniektórych, aby rozpocząć karierę komentatora. Blog na pewno będzie kontynuowany, zaś tematyka i stylistyka utrzymane będą w dotychczasowej formie, ewoluując jednak wraz ze zmianą moich zainteresowań. Już teraz mogę np. zapowiedzieć, że będzie mniej postów o serialach, bo te mi się przejadają powoli. A’propos przejadania – zachęcam do poczęstowania się HaeSowym tortem, którym sam piekłem… ee, to znaczy narysowałem. W Paincie oczywiście (ech, luddysta ze mnie wychodzi).

 

135. W co wierzę? 10 lipiec 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Kościół, filozofia, refleksje — HaeS @ 7:44 am

Od dłuższego czasu zapowiadam opublikowanie postu o moim światopoglądzie. Cieszę się, że nareszcie, po długim i złożonym procesie twórczym mam zaszczyt ów post przedstawić. Pomimo tego, że spisałem chyba wszystko, co miałem spisać i starałem się pisać szczerze i w pełni zgodnie z moimi odczuciami, wciąż nie mogę pozbyć się wrażenia, że post jest jakiś niepełny, a to, co w nim jest napisane – lekko się kłóci z tym, co czuję. Być może dlatego, że moja (i chyba nie tylko moja) religijność nie jest ukształtowana raz na zawsze, podlega nieznacznym fluktuacjom i co, co piszę dzisiaj, niekoniecznie musi być zgodne z tym, co napisałbym powiedzmy za miesiąc. Dlatego też spodziewać się można za jakiś czas update’u tego posta. Póki co jednak – zapraszam do czytania. Od razu ostrzegam, że post jest chyba najdłuższy w historii bloga i dość nietypowy, bo bardzo osobisty.

WSTĘP

Spisanie własnego światopoglądu to rzecz bardzo trudna. Człowiek bowiem pisze to, co czuje i to, co myśli, ale żeby to zrobić, trzeba najpierw dobrze poznać swoje uczucia i swoje myśli. Nie zawsze jest ich się świadomym. Jeżeli bowiem, dla przykładu, człowiek boi się wejść do ciemnego pokoju, czego się lęka? On sam rzeknie, że ciemności. Ale może tak naprawdę kieruje nim jakieś stłumione wspomnienie z dzieciństwa, a może i pierwotny instynkt odziedziczony jeszcze bo naszych prapradziadkach, którzy ze swoją maczugą nigdy nie zapuszczali samotnie się w otchłanie ciemnych jaskiń w obawie przed tygrysami szablastozębnymi czy innymi drapieżnymi potworami. Tak czy owak owo wytłumaczenie o strachu przed ciemnością (która sama w sobie groźna nie jest ani odrobinkę) jest jedynie wymówką – ale wymówką tak silną, że nawet człowiek ją stosujący wierzy w nią głęboko. No i tak jest z wieloma uczuciami. Za pozornie prostą strukturą psychoemocjonalną, kiedy wydaje się że wszystko o sobie wiemy (niektórzy nawet w całej swej bucie rozszerzają swoje poczucie wszechwiedzy nie tylko na psychikę swoją, ale i innych), kryje się niewyobrażalnie wielkie siedlisko ukrytych motywów, niewypowiedzianych uczuć, stłumionych potrzeb i zamaskowanych myśli. No gdzieś w tym wszystkim swoje miejsce znajduje także religia. W jaki zatem sposób dojść czym tak naprawdę, poza powierzchownymi deklaracjami, jest dla danego człowieka wiara, jak głęboko ona jest zakorzeniona w umyśle i które dokładnie potrzeby człowieka spełnia?

Dlatego też do tego postu podchodzę bardzo niepewnie i ostrożnie. Skupianie się na konkretach jest bezcelowe, bo konkrety to tylko co, ja znam i o czym ja wiem – a jak przed chwilą napisałem, w głowie siedzi dużo więcej niż sobie zdajemy z tego sprawę. Z kolei dywagowanie na temat tego, co BYĆ MOŻE uważam i co BYĆ MOŻE mną kieruje z kolei to głupota, bo takich “być może” jest całe mnóstwo, a na dodatek często bywają one ze sobą wzajemnie sprzeczne i nie sposób dojść które ma sens, a które nie. Być może zatem żyjemy w jednym wielkim matrixie kierowanym przez Boga, jak chciał Berkeley, a być może żadnego Boga nie ma, nie było i nie będzie, jak konkluduje Dawkins. Tak w ogóle to słowa “niewiedza” i “niepewność” pojawiały będą się bardzo często. W zasadzie one właśnie są słowami-kluczami mojego prywatnego “wyznania” i one doprowadziły mnie do tego, że teraz mam do religii wszelakich stosunek taki, jaki mam.

CHRZEŚCIJAŃSTWO – CZYŻBY JEDYNA RELIGIA? (cz. 1)

Ochrzczony zostałem w Kościele Katolickim, podobnie jak dziesiątki milionów innych Polaków bez mojej wiedzy i zgody w wieku kilku tygodni. Od najmłodszych lat, konkretnie zaś – już od przedszkola, jakoś tak nie umiałem tak po prostu uwierzyć i cieszyć się swoją wiarą, jak to bez trudu udawało się innym. Po indoktrynacji katechetki o treści następującej (w dużym skrócie): “Człowiek jest grzeszny i za każdym razem kiedy robi coś złego, popełnia grzech. Ale pojawił się na Ziemi syn Boga, Jezus, który złożył z siebie ofiarę, który zginął na krzyżu, odkupując nasze grzechy i dzięki temu wszyscy mamy szansę iść do raju po śmierci”, kiedy każdy z moich rówieśników kiwał ze zrozumieniem, ja jakoś nie mówiłem z zachwytem “jakie to cudowne, że ktoś taki się się pojawił!”. Szczerze mówiąc, nigdy nie łapałem za bardzo o co z tym chodzi. Dziwny byłem? Może i tak.

Pytań, jakie sobie zadawałem od najmłoszych lat było mnóstwo. Większość z nich to taka katolicka “klasyka”, do której każdy myślący (wierzący czy nie) chrześcijanin wsześniej czy później dojdzie: “Skoro Bog stworzył tylko Adama i Ewę, skąd ich potomstwo miało żony?”; “Jeżeli Bóg stworzył cały świat i wszystko pochodzi od Boga, to skąd wziął się sam Bóg?”; “Jak to może być, że ten sam Bóg istnieje w trzech osobach, które są czym innym, a zarazem tym samym?”, “Skoro Bóg jest taki dobry i miłosierny, dlaczego tyle zła jest na świecie”; no i wreszcie najważniejsze: “Dlaczego Bóg aby odkupić grzechy ludzkości, musiał złożyć swojego syna (albo też i samego siebie, zależnie od tego jak interpretować trójcę świętą) w ofierze?”. Ostatnie pytanie jest bardzo istotne. No bo czym była śmierć Jezusa na krzyżu? Jaki cel miał Bóg, aby składać swojego syna w ofierze dla… samego siebie? Interpretacji jest całe mnóstwo, żadna do mnie nigdy nie trafiła. Najbliższą chyba jakiemukolwiek sensowi (chociaż wypaczonemu) jest patrzenie na ukrzyżowanie jako demonstracja Boga dla ludzkości “patrzcie jaki to ja jestem dobry, jak ja się poświęcam!”. Jakkolwiek jednak na to nie patrzeć, historia ta moim zdaniem zupełnie nie trzyma się kupy, jest niezrozumiała i morał z niej do końca jest dla mnie jasny.

Inna bajka to dogmaty i to, w co Kościół każe nam wierzyć. Niepokalane poczęcie, wniebowzięcie Maryi i kilka innych cudownych wydarzeń jakoś nie do końca do mnie docierały. Najwięcej moich wątpliwości wzbudza konsekracja, kiedy to hostia przeistacza się i staje się Ciałem Chrystusa. Kiedy pierwszy raz to usłyszałem od księdza, zapytalem odruchowo: “SYMBOLIZUJE Ciało Chrystysa?”, co ksiądz natychmiast sprostował: “Nie, nie… to JEST Ciało Chrystusa”. Stwierdzenie jak dla mnie bezsensowne i irracjonalne. Czytałem swojego czasu kilka dzieł chrześcijańskich guru, w których podkreślano jak ważne jest przeistoczenie oraz próbowano uzmysłowić jak to możliwe, że coś, co ewidentnie jest kawałkiem opłatka, jest tak naprawdę cząstką Boga. I chyba źle (z perspektywy wiary) zrobiłem, że drążyłem ten temat, bo moja bezowocna próba zrozumienia tego to był początek końca mojej wiary – kropla, która sprawiła, że czara goryczy zaczynała wydawać się ciężka, a za jakiś czas – miała się przelać.

Im starszy byłem, tym więcej pytań zacząłem zadawać, tym były one głębiej przemyślane i tym dojrzalsze. Spójrzmy, dla przykładu, na następujący problem: chrześcijański świat to powierzchniowo mniej więcej połowa Ziemi (dwie Ameryki + Europa + spora część Afryki + Australia), zaś ludnościowo – dużo mniej (33% jeśli chodzi o ścisłość). Nie wszyscy chrześcianie to Katolicy – wikipedia podaje, że stanowią oni 17,4% mieszkańców Ziemi. Zatem stwierdzenie, że jedynie Katolicy dzięki uczestnictwu w sakramentach (robionych według jedynego słusznego obrządku) dostąpią zbawienia, napawa trwogą o losy dusz pozostałych 82,6% ludzi, ale jednocześnie każe zapytać – co z nimi? Przecież oni TEŻ się modlą do swojego Boga, też mają własne obrzędy i rytuały i wierzą w ich słuszność równie mocno jak katolicy wierzą w słuszność swoich rytuałów. Żyjąc w mocno skatolicyzowanym społeczeństwie (jak nasze) trudno uwierzyć, że religia katolicka to bardziej wyjątek niż reguła na świecie. Spójrzmy na taką Tajlandię, gdzie zewsząd wyrastają złote świątynie poświęcone Buddzie. Jedźmy do Iranu, gdzie atmosfera wiary w Allaha i wielkiej czci dla słó Mahoeta jest wszechobecna. Przyjrzyjmy się kulturze Indii, gdzie wyznań jest mnóstwo, ale w żaden sposób nie przypominają naszych. Wspomnieć wypada o olbrzymich piramidach budowane przez Majów ku czci różnych bóstw. Zapytajmy ludy Tutsi o to, kogo należy czcić. A najlepiej to pjedźmy do Jerozolimy, gdzie jest totalny misz-masz trzech religii i człowiek, który z żadną nigdy nie miał do czynienia, na pewno miałby spory problem z określeniem która religia jest bliższa prawdy. Powstaje naturalne w tej sytuacji pytanie – KTO MA RACJĘ? Czyja wiara jest lepsza, pełniejsza, bliższa Bogu? Jak to zbadać, jak to sprawdzić, jak do tego dojść? Jedyną konkluzją, do której udało mi się dojść, bardzo istotną w kontekscie dalszych rozważań, było stwierdzenie, że w gruncie rzeczy wszystkie religie czczą tego samego Boga, tylko na różne sposoby. I skoro jest tyle wyznań, tyle sposobów, nie ma możliwości, aby Bóg wyróżnił jakkolwiek jedno z nich. Słucha modlitw wszystkich.

W tym momencie pada na twarz cała doktryna katolicka. Nadal możemy czcić Jezusa, ale jak to możliwe, że Bóg zesłał nam Jezusa, po to tylko aby czciła go ledwie 1/3 ludzkości? Co z resztą ludzi? Czy im nie dane jest dostąpić zbawienia? Można to naciągnąć i dodać, że ten sam Bóg zesłał Buddę do Chin, a Mahometa Arabom. Oczywiście, powstaje zaraz pytanie dlaczego ich poglądy wzajemnie się kłócą, a wyznawcy nierzadko nienawidzą. Ale można też, z równym prawdopodobieństwem, przyjąć, że wszyscy wielcy prorocy, to w gruncie rzeczy zwykli ludzie, obdarzeni sporą mądrością życiową, ale zarazem i wielką charyzmą, która sprawiła, że słuchały ich tlumy, które po śmierci uznały ich za Boga (albo jego wysłannika). Obie koncepcje (przyjęcie wszystkich proroków bądź odrzucenie wszystkich) mają swój sens, niemniej jednak nie można bez uwikłania się w sprzeczności, przyjąć, że wysłannikiem Boga jest Jezus, a kluczowe postacie pozostałych religii to fałszywi prorocy.

Fakt ten ma poważne konsenwencje. Podczas mszy ksiądz czyta słowa “Bierzcie i Jedzcie z Tego wszyscy…”. Ci, którym zdarza się jeszcze chocić do kościoła, niech zwrócą uwagę – on to CZYTA. Zawsze. Nie mamrocze z pamięci, nie próbuje jakoś wyrazić tego nieco innymi słowami, ale czyta. W skupieniu, powoli, ostrożnie, żeby nie przegapić ani nie przeinaczyć żadnej literki. Są to bowiem słowa konieczne dla ważności mszy. Bez nich nie będzie ważne przeistoczenie, nie będzie ważny sakrament, nie będzie zbliżenia ludzi z Bogiem. Skoro jednak, jak w poprzednim akapicie napisałem, tego samego Boga czcić można na różne sposoby, to przeistoczenie może być ważne z nieco innymi słowami bądź nawet bez nich. Może nawet być msza bez przeistoczenia. Może być nawet zupełnie inny obrządek religijny, poświęcony Bogu wg wskazań innego mesjasza i w gruncie rzeczy nic strasznego się nie stanie. W ten sposób właśnie przestałem być katolikiem, a bardzo krótko po tym – chrześcijaninem. Przełomem w moim życiu okazało się właśnie stwierdzenie, że nie ma jedynej słusznej religii, nie ma jedynego słusznego sposobu czczenia Boga… cały czas jednak pozostaje Bóg. Ale czy on naprawdę istnieje?

GDZIE JEST TEN BÓG?

Koncepcja Boga jest tak stara jak ludzkość, a moze nawet jeszcze starsza i swoją historią sięga do małpoludów. Czczono rózne rzeczy – zwierzęta, rośliny, obiekty na niebie, fikcyjnych nieśmiertelnych ludzi żyjących na pobliskiej górze Olimp – idea Boga ewoluowała wraz z rozwojem myśli ludzkiej, aż wreszcie kilka tysięcy lat temu zatrzymała się (przynajmniej w naszym rejonie świata) na etapie omnipotentnej i omniprezentnej, wiecznej i odwiecznej, niewidzialnej istoty, nazwanej Bogiem. Istotę tę w róznych rejonach świata czci się po dziś dzień. We współczesnych czasach powraca jednak coraz częściej i coraz głośniej pytanie, które zadawane było i wcześniej, ale cicho i nieśmiało aby tylko uniknąć ośmieszenia czy oskarżenia o herezję – pytanie o to, czy takowa istota w ogóle istnieje. Spróbuję się teraz do tego odnieść.

Problem jest chyba najcięższy ze wszystkich mi znanych, a jego rozwiązanie zdaje się być sprawą beznadziejną. Szukanie dowodu naukowego mija się z celem. Nauka nie jest w stanie dać dowodu istnienia Boga, a sprawę gmatwa jeszcze bardziej fakt, że o wiele łatwiej udowodnić, że coś istnieje aniżeli wykazać, że nie istnieje (zainteresowanym tym faktem polecam poczytanie informacji o czajniczku Russela). I nauka obalając wszystkie kolejne dowody istnienia istoty wyższej, daje jedynie świadectwo słabości tych dowodów, wciąż jednak nie mogąc sobie rościć prawa do definitywnego zamknięcia sprawy istnienia/nie istnienia Boga. Wszystkie dowody istnienia istoty wyższej, czy to przedstawione w starożytności, średniowieczu czy czasach nowożytnych, takie jak “dowody” św. Tomasza z Akwinu, argument pierwszej przyczyny, celowości czy też bełkot Kanta, dawno temu już padły pod naporem krytyki filozofów, tudzież zostały wysłane do lamusa w wyniku odkryć naukowych. Niegdyś dowodem istnienia Boga było już samo to, że świat istnieje – dzisiaj już wiemy, że powstał on w wyniku Wielkiego Wybuchu, a wszystkie istoty żywe z nami włącznie wyewoluowały z prostych jednokomórkowców powstałych z kosminczego bulionu kilka miliardów lat temu. Później znajdowano dla Boga rózne miejsca i role we wszechświecie, ale nauka bezlitoście wykazywała za każdym razem, że wyssane z palca koncepcje nie mają racji bytu, a dane zjawisko wytłumaczyć można przy pomocy fizyki, psychologii czy rachunku prawdopodobieństwa. I nawet teraz, kiedy spekuluje się jeszcze po cichu, że może to sam Bóg spowodował wielki wybuch albo kierował w jakiś sposób procesem ewolucji (np. poprzez natchnienie człowieka darem świadomości) spodziewać się można raczej, że i te koncepcje, i tak już będące potężnym wycofaniem pozycji w stosunku do bajań średniowiecznych teologów, zostaną zweryfikowane negatywnie. Co sprytniejsi księża (np. Michał Heller) ostrzegają (słusznie) przed traktowaniem Boga jako zapchajdziury dla tej czy tamtej teorii mając pełną świadomość tego, że prowadzi to bardziej do ośmieszenia religii aniżeli do udowodnienia istnienia Boga.

Skąd w ogóle wzięła się wiara w Boga? Tysiące lat temu człowiek widząc wiele rzeczy, których wyjaśnić sobie nie umiał (jak np. pioruny na niebie, wschód i zachód słońca czy dziwaczne zjawisko polegające na tym, że ciało ludzkie przestaje czasem oddychać, reagować, poruszać się, następnie stygnie, aż w końcu gnije) zaczął dorabiać do tego różne ideologie. Oczywistym z punktu widzenia człowieka o znikomej wiedzy naukowej oczywistym wnioskiem z tego, że takie, a takie zjawisko zachodzi jest to, że za tym wszystkim stoi KTOŚ. Ktoś potężniejszy i ktoś silniejszy od człowieka. Istota ponadnaturalna, która potrafi sprawić, że z nieba leci deszcz, a w kobiecym łonie powstaje mały człowiek. Z czasem, aby wyjaśnić nie tylko zjawiska naturalne, ale także i relacje międzyludzkie, te prymitywne bożki zaczęły ewoluować, stawały się coraz bardziej ludzkie – bywały zatem zazdrosne, mściwe, okrutne, ale i sprawiedliwe czy miłosierne. Właśnie w ten sposób powstała ogólnie przyjęta wizja Boga żydowskiego (chrześcijańskiego), który daleki jest już od bogów Indian czy plemion papuaskich, jednak wydaje się być ideą będącą odległym spadkobiercą właśnie tych prymitywnych bożków. Do czego zmierzam? Ano, do wniosku (przyznaję, kontrowersyjnego), że wiele wskazuje na to, że gdyby w tej chwili ludzkość od samego początku była na tym etapie rozwoju naukowego, koncepcja Boga nie pojawiła by się wcale. Pojawiła się ona w zamierzchłych czasach, wywodzi się z wieloletniej tradycji i historii i każda “czątka wiary” obecna w świadomości miliardów ludzi na całym świecie właśnie stamtąd – z głębokiej przeszłości, czasów niewiedzy – pochodzi. Współczesne środowisko naukowe, który szuka wyjaśnień wszystkiego w racjonalnych twierdzeniach, eksperymentach i obliczeniach, nie przewiduje w wyjaśnianiu zjawisk naturalnych roli dla Boga, którą przeznaczono mu od samego początku, dopiero później dodając mu kolejne niekoniecznie związane z wyjaśnieniem tajemnic natury atrybuty. Całkiem prawdopodobne jest zatem, że to nie Bóg stworzył człowieka – to człowiek stworzył Boga.

Jeszcze niedawno kategoryczne stwierdzenie, że Bóg nie istnieje, było jak dla mnie co najmniej ryzykowne. Rasowi ateiści, całkowicie odrzucający koncepcję Bytu Wyższego w zasadzie wydawali się mi równie zaślepieni i zamknięci na dyskusję jak katolicy czy muzułmanie, przekonani bezwględnie o prawdziwości własnej religii. Po lekturze “Boga Urojonego” Dawkinsa patrzę na to nieco inaczej. W książce tej autor niesamowicie przekonująco, argumentując czysto logicznie dowodzi, że zegoś takiego jak Bóg nie ma prawa być we wszechświecie, jednakże podreśla w jednym miejscu, że PRAWIE na pewno nie ma Boga. Kwestia nie jest przecież wcale taka prosta. Być może istnieje siła wyższa, być może nie. Pewne przesłanki wskazują na to, że istnieją na naszym świecie rzeczy, których nigdy nie rozgryziemy i że prawdopodobnie ktoś lub coś kreuje naszą rzeczywistość w sposób nie do końca zgodny z wizją wszechświata, jaką dyktują nam współczesne paradygmaty naukowe. Być może paradygmaty są błędne i trzeba je skorygować, a może… kto wie?

CHRZEŚCIJAŃSTWO – CZYŻBY JEDYNA RELIGIA? (cz. 2)

Ustaliliśmy zatem, że nie wiemy, czy Bóg istnieje czy nie i – co gorsza – wydaje się, że nigdy tego nie odkryjemy. Zanim przejdziemy do implikacji tego stwierdzenia, jeszcze jedna raz powrócimy do pytania o to, czy chrześcijaństwo (katolicyzm) jest jedyną słuszną religią.

To myślenia jest taki: Jeżeli Bóg nie istnieje – sprawa prosta: Boga nie ma. Jeżeli zaś istnieje – nie możemy być pewni jego formy. Czy jest tylko siłą spajającą wszechświat, bezosobowym bytem przenikającym wszystko, a może świadomą i myslącą istotą podobną do człowieka – tyle tylko, że wszechmocną? Jest wielu Bogów czy tylko jeden? Jeżeli dopuścimy tę ostatnią możliwość – czy ten jeden Bóg (w postaci osobowej) jest istotą z natury dobrą (pojęcie “dobro” jest niejednoznaczne; przyjmijmy tutaj jego potoczne znaczenie) czy też może (jak twierdzą malteiści) złą, winną wszelkiego zła na świecie, przed którym chronią się ludzie wzajemną życzliwością i pomocą? Może jest tak, że to nie ludzie niszczą to, co Bóg nam daje, ale próbują naprawić to, co nam zabiera? A może po prostu Bóg nie interesuje się zupełnie naszym światem i pozostawił go samemu sobie, jak chciał Einstein? Możliwości jest, jak widzicie mnóstwo. Co więcej, nie znamy sposobu aby ustalić która z nich jest prawdziwsza od innych – pozostają jedynie domysły i spekulacje, ewentualnie opieranie się na Piśmie Świętym, przy czym nie mamy żadnej gwarancji że to, co tam jest nie jest bajką opartą gnieniegdzie na historycznych wydarzeniach. Stąd też śmiem twierdzić, że zamykanie się w jednej koncepcji i dodawanie jeszcze do niej mnóstwa szczegółów nie bardzo wiadomo skąd wziętych jest zatem wysoce nierozsądne. A dokładnie tak robi większość religii. Przeanalizuję to na przykładzie katolicyzmu, bo akurat ta religia mi jest najbliższa (wszak oficjalnie wciąż jestem katolikiem…), najlepiej mi znana, a poza tym najbardziej rozpowszechniona w naszym kraju.

Katolicy zatem na pytanie “czy jest Bóg czy go nie ma” odpowiadają bez wahania: JEST. Na pytanie “jaką ma formę” odpowiadają: OSOBOWĄ i na dodatek jeszce uzupełniają szczegółami – dzielą go na trzy osoby boskie, każdej z nich przydając pewne role. Na pytanie czy jest dobry, czy zły – odpowiadają też bez wahania DOBRY. I znów dodają mnóstwo szczegółów. Wprowadzają pojęcie grzechu i dokładają całą historię o Jezusie, zrodzonym z dziewicy, który zmarł na krzyżu, aby nas od tego grzechu ocalić. Specjaliści od starożytnego Rzymu twierdzą co prawda, że Jezus był postacią historyczną i najprawdopodobniej właśnie na krzyżu zmarł, ale to tylko świadczy o Jezusie (i to Jezusie-człowieku!) a nie o poprawności chrześcijańskiej wizji świata. Następnie tworzy się całą ideologię dotyczącą sposobu, w jaki owego Boga (i Jezusa) należy czcić, na czele z odprawianiem mszy w której kulminacyjnym punktem jest spożywanie Hostii, czyli opłatka, który jak to chrześcijanie są święcie przekonani, jest ciałem Boga. Hmmm… jak na świat, w którym tak naprawdę nawet nie wiemy, czy Bóg istnieje, czy też nie, fascynująco dużo w chrześcijaństwie jest tych rytuałów i szczegółów dotyczących czczenia Boga i doprawdy zaskakująco wielkie jest przekonanie ludzi o ich słuszności i prawdziwości. Oczywiście, przekonania te nie biorą się znikąd, bo oparte są na Biblii. Pomijając już kwestię prawdomówności Biblii i wykluczając to, że znajdują się w niej jakiejkolwiek konfabulacje i coraz bardziej bliskie fantastyce dopiski mnichów przepisujących przez stulecia to dzieło, to jednak pamiętajmy, że Kościół wiele prawd wyciąga z Biblii nadinterpretując pewne zapisy (przykład czyśćca jest najbardziej klarowny), a od czasu do czasu biorąc niektóre rzeczy zupełnie z sufitu (np. wniebowzięcie NMP).

Prawda jest taka, że podchodząc do sprawy zgodnie z metodologią naukową, o Bogu nie wiemy kompletnie nic. Skoro nie wiemy, to skąd wiedzieć czy on wymaga jakiejkolwiek naszej czci, a nawet jeśli wymaga – to jaki sposób jego czczenia jest właściwy? Jeżeli nawet założymy, że Bogu potrzebne jest nasze uwielbienie, że on sobie cokolwiek z tego robi, to skąd przekonanie, że Żydzi robią to lepiej od Szyitów, Protestanci od Prawosławnych, a Katolicy lepiej od Siouxów? Jakby dobrze się zastanowić, to żadna religia nie jest lepsza ani gorsza niż pozostałe. Owszem, niektóre wymagają poważniejszego traktowania aniżeli inne (nie porównujmy tworzonej i rozwijanej przez 2000 lat potęgi i wiedzy Kościoła, obecnej w tysiącach ksiąg, monumentalnych świątyniach i dobrej czy złej, ale na pewno olbrzymiej roli w historii Europy, z ludźmi tańczącymi z siekierą wokół ogniska w nadziei, że jutro będzie padał deszcz); niektóre są nawet społecznie pożyteczne – różne przykazania, których lud przestrzega w obawie przed wiecznym potępieniem tworzą w społeczeńśtwie jakiś ład i są podstawą, z której w człowieku wytwarza się moralność. Ale metafizycznie, pod względem stopnia zbliżenia do Istoty Wyższej – o wszystkich religiach teistycznych wiemy tylko tyle, że nie wiemy czy działają, czy nie. Ale jak mamy wiedzieć, skoro nawet nie wiemy, czy mają one do kogo się modlić?

GARŚĆ UWAG

Zanim przejdziemy do sedna problemu i zaprezentuję w końcu swoją własną religię, rzucę kilka luźnych uwag o katolicyzmie, chrześcijaństwie i religii w ogóle. Ważnym i ciekawym dla mnie problemem jest związek między religią, a moralnością. Czy takowy istnieje? Czy wspomniany już kręgosłup moralny wytwarza się w trakcie wieloletniego nauczania o roli Boga w życiu człowieka oraz potrzebie postępowania wg jego wskazań? Czy właśnie wtedy powstaje w nas sumienie, poczucie “dobra” i “zła” (obecne u ogromnej większości ludzi w późniejszym życiu już nawet po całkowitej rezygnacji z praktyk religijnych), czy też można te wszystkie twory psychicznie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie wytworzyć w młodym człowieku w inny sposób – np. metodą naśladowania pozytywnych wzorców? Odpowiedź na to pytanie jest o tyle istotna, że pozwoli to mi definitywnie rozstrzygnąć wątpliwości na temat tego, czy indoktrynacja religijna w szkołach i przedszkolach jest potrzebna czy nie. Póki co wydaje mi się, że nie (Dawkins ma podobne stanowisko), ale mimo wszystko wciąż mam wątpliwości.

Bardzo śmieszy mnie postawa sporej części społeczeństwa. Nawet wśród ludzi, którzy do kościoła chodzą rzadko (albo i wcale…), zauważa się jeden i ten sam trend. Małe dziecko zawsze posyła się do chrztu. Często ludzie nawet nie rozumieją czym tak naprawdę jest chrzest, zapomnieli czym jest grzech pierworodny. Ważne, żeby dziecko ochrzcić. Bo tak wszyscy robią, bo taki jest zwyczaj, bo jakoś tak głupio jak dziecko nieochrzone. No i nieochrzczonego dziecka nikt nie dopuści do komunii. Komunia to już w ogóle parodia. Jako nauczyciel w wiejskiej szkole rzeknę z własnej obserwacji, że I Komunia Święta jako przeżycie duchowe i pierwszy bezpośedni kontakt młodego człowieka z Ciałem Bożym, pełne uczestnictwo w mszy świętej itd. jest zupełnym archaizmem socjologicznym. Dzieciaki mają o tym mętne pojęcie, rodzice – jezscze mętniejsze. O wiele ważniejsza jest “komunia” jako moment w życiu dziecka, kiedy będzie ono w centrum uwagi, będzie głównym gościem przy stole, wszyscy przyjdą na imprezę właśnie z jego powodu i no i kiedy dostanie ono komputer, rower czy MP4. A msza? Przyjęcie Ciała Chrystusa? Aaa.. pewnie chodzi o ten moment, kiedy przed przyjęciem komunijnym trzeba iść do kościoła. Ano, trzeba. Co zrobić. Podobny jest stosunek ludzi do ślubu kościelnego. Mało kto wyobraża sobie ślub bez białej sukni, welonu, ołtarza i uroczystej przysięgi w obecności kapłana. Ale to wszystko to tylko takie głęboko społecznie zakorzenione symbole. Religijny aspekt uroczystości – przysięga przed Bogiem, moment kiedy dwa ciała stają się jednym nierozerwalny węzeł małżeński to rzeczy dość abstrakcyjne. I tak właśnie, nie ukrywajmy – hipokryzyjnie – postępuje wielu Polaków: ochrzić, bo trzeba; wysłać do komuni, bo prezenty; ślub kościelny bo tak fajnie i ładnie.

Ja sam oczywiście nie widzę sensu chrzczenia dziecka, o posyłaniu do komunii nie wspominam. Chrzest dziecka jest deklaracją rodzica: “jestem chrześcijaninem, chcę swoje dziecko wychować w tej wierze”. Jeśli ktoś tym chrześcijaninem w gruncie rzeczy nie jest – cała operacja traci sens. Tylko jak potem dziecku wytłumaczyć, że nie pójdzie do komunii i nie dostanie fury prezentów? Trudno mi to wszystko jednak jednoznacznie krytykować, bo szczerze mówiąc, ja sam ulegam troszkę tej magii – uważam, że ślub cywilny bez przysięgi przed ołtarzem wydaje mi się ślubem niepełnym. Nawet jeśli przysięga w kościele nie wiąże się dla mnie z żadnymi religijnymi przeżyciami ani duchowymi konsekwencjami.

MOJA WŁASNA RELIGIA

Crześcijańscy myśliciele czasem jednak wymyślą coś pożytecznego. Jedną z takich rzeczy jest Brzytwa Ockhama. William Ockham, średniowieczny (bodajże szkocki) myślciel rzekł niegdyś, że nie należy mnożyć bytów ponad konieczność. Rozumieć to należy tak, że jeżeli tworzymy sobie jakąś teorię, jakąś wizję, jakiś światopogląd, to korzystamy tylko z tego, co jest nam niezbędne. Odrzucamy cały zbędny balast, wszystko to, co jest niepewne. No i właśnie na tym oparłem swój światopogląd. Mając wykształcony kręgosłup moralny, można godnie, szczęśliwie, twórczo oraz korzystnie dla siebie i otoczenia żyć będąc zupełnie pozbawionym koncepcji osobowego Boga, która mało, że trudna do udowodnienia, to jeszcze jak się zdaje, zupelnie człowiekowi do codziennego życia niepotrzebna.

Żyję dla siebie. Żyję dla innych. Cieszę się byciem częścią tego świata, moim skromnym w nim udziałem, moim relatywnie niewielkim wpływem na losy innych. Cieszę się za każdym razem kiedy coś dzięki mnie stało się lepsze, kiedy dzięki mnie ktoś jest szczęśliwszy, kiedy ja sam dzięki twórczej współpracy w innymi osiągam kolejny poziom człowieczeństwa. Celem mojego życia jest samorozwój oraz tworzenie harmonijnych związków z otoczeniem w taki sposób, aby osiągnąc z tego osobistą satysfakcję, jednocześnie inspirując i rozwijając innych, cały czas pamiętając o jednostkowej odrębności mojej osoby i każdego, kogo spotykam. Cały czas delektuję się pięknem świata – zarówno tego, który stworzyła natura, jak i tego, który do tego naturalnego fundamentu dobudowali ludzie. Wyrażam ogromny podziw dla dokonań naszych przodkow w każdej jednej dziedzinie (jak np. architektura, muzyka, filozofia, nauka) i szanuje dokonania wielkich ludzi, ktorzy żyli przede mną. Jednoczesnie mam ogromny respekt dla natury – i tej najbliższej (krzaczki, ptaszki i jeziorka), ale też tej, ktora hen daleko nad naszymi glowami pokazuje swoje najstraszniejsze oblicze w piekle czarnych dziur czy też w tajemniczych kwazarach, a nawet dla zupełnie dla nas niewyobrażalnych kwarków tworzących neurony i protony. Świat, od atomu po galaktykę, jawi się jako wielka zagadka, której pewnie nigdy nie obejmiemy, ale która będzie fascynować pokolejne pokolenia badaczy. Powtarzajac za Einteinem, wyrazam głęboką atencję dla niesamowicie zlozonej, ciekawej i wciaz pelnej tajemnic wizji swiata, jaka oferuje nam nauka. To jest moja wiara, to jest moja religia, to jest moje credo. Dawkins nazywa ludzi tak podchodzacych do zycia “gleboko religijnymi niewierzacymi”. A ja sie na te kategorie moim skromnym zdaniem w pełni łapię. I dziwię się tym, którzy poświęcają swoje życie dla idei… idei, która jest nieweryfikowalna z samej definicji, której nie można na żaden sposób sprawdzić, która uwikłana jest w mnóstwo sprzeczności i niejasności. I wreszcie – która utrudnia stanie się w pełni człowiekiem, poprzez głupie dogmaty.

Bardzo często spotykam ludzi inteligentnych, błyskotliwych, oczytanych. Ludzi, którzy nie dają sobie w kaszę dmuchać, nie dają się oszukiwać innym, radzą sobie w każdej jednej dziedzinie życia, umieją odróżnić prawdę od fałszu, dobro od zła i nie wierzą w żadne bajki, jakie inni im chcą wcisnąć – w żadne, poza jedną, otrzymaną w spadku od żydowskich pasterzy i rybaków. Nie tylko w nią wierzą i poświęcają mnóstwo energii, czasu i pieniędzy na wszystko, co się z tą wiarą wiąże, ale bronią jej całym swoim życiem. Klasycznym przykładem może być wspomniany już ks. Michał Heller, który oprócz tego, że jest księdzem, jest też fizykiem specjalizującym się w kosmologii i początkach wszechświata (!), ale znam też (mniej spektakularne) przypadki z życia. Skąd to się bierze? Wpływ społeczny? A może indoktrynacja od wczesnego dzieciństwa? Zjawisko dla mnie fascynujące i niepojęte. Na pewno do zbadania i przeanalizowania.

A co jeśli po śmierci okaże się, że jednak Bóg istnieje i nadszedł czas mojego sądu? No cóż, wierzę że nie będzie pytał mnie ile razy w roku przyjmowałem komunię świętą, czy modliłem się do świętego Antoniego i czy wierzę w świętość Jana Pawła II i cuda przez niego uczynione, ale zapyta po prostu jakim byłem człowiekiem i czy dzięki mnie świat stał się lepszy, a ludzie szczęśliwsi. Tylko w taką wersję jestem w stanie uwierzyć i tylko takiego Boga jestem w stanie przyjąć. I tylko Boga, który jest w stanie to docenić mogę zaakceptować.

No i na koniec, jako pewnego rodzaju podsumowanie i znakomity komentarz do całej mojej ścieżki duchowej, polecam piękne i jakże głębokie odpowiadanie pochodzące z bloga druidh.wordpress.com.

CO DALEJ?

Przeczytałem niedawno “Boga Urojonego” Dawkinsa, który sporo w moim światopoglądzie namieszał (recenzja będzie, oj będzie tylko muszę troszkę ochłonąć); chętnie zabiorę się za kilka innych pokrewnych pozycji krytykujących religię katolicką (albo religie w ogóle); zresztą jestem w trakcie czytania zbioru trzech esejów pt. “Religia i Ja”. W planie jest także przeczytanie książki oraz obejrzenie filmu o Marcinie Lutrze, w które już się zaopatrzyłem. Po każdej pozycji książkowej, filmowej czy nawet serialowej gdzie pojawia się wątek religijny, zaczynam przemyśliwać różne sprawy, a wskutek tych przemyśleń mój światopogląd nieznacznie się zmienia. I tak dryfuję od wyspy do wyspy na oceanie niepewności. Kiedy dotrę do kolejnego brzegu – pierwsi o tym się dowiecie.

 

134. O piratach i piraceniu 8 lipiec 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Internet — HaeS @ 7:19 am

Nad moim blokiem zawisła piracka flaga, dla siebie zakupiłem chustę na głowę i przepaskę na oko. Nogi nie odcinam, bo jeszcze nie mam drewnianej (przyjdzie za parę dni z Allegro), a ręki mi troszkę szkoda, chociaż piękny hak otrzymany od rzeźnika już czeka. Póki co leży sobie obok błyszczącego kordelasa, który zakosiłem z jakiegoś muzem. Papuga skrzeczy mi nad uchem, pewnie niecierpliwi się równie mocno jak ja. Nie ma się co dziwić – czekamy na dostawę z banku. Ma przyjść skrzynia pełna złotych monet. (dyrektor banku ani obsługa jeszcze nic o tym nie wiedzą… ale pewnie się dowiedzą he he). Wczuwam się w klimat. Nie, nie – to nie efekt wrażeń po obejrzeniu “Piratów z Karaibów”, tylko pewnego odkrycia w internecie.

Słowo “pirat” nabrało wiele znaczeń. Oprócz stereotypowego skojarzenia (którego najbardziej charakterystyczne elementy przedstawiłem powyżej), na myśl nachodzą inne. Mamy przecież piratów drogowych i audiowizualnych (do tych ostatnich należą też i ci komputerowi). Nie każdy wie, że istnieją też i współcześni piraci morscy. Ci jednak niewiele przypominają słynnych pionierów zawodu, którzy na galeonach dokonywali abordażu w rytm huku armat i ostatniego, rozpaczliwego łopotu palonych żagli. Piractwo, podobnie jak każda dziedzina życia, poszło do przodu. Korsarze v 2.0, szczególnie aktywni na Oceanie Indyjskim, kursują na motorówkach i napadają na jachty bogaczy, głównie w strefie przybrzeżnej. Zdarzają się też zbrojne napady na większe statki i to prawdziwa żyła złota szczególnie, że rzadko kiedy wnoszone jest oskarżenie bądź prowadzone śledztwo – dla armatora każdy dzień zwłoki to strata wielu pieniędzy, więc okradziony statek zamiast czekać na wyjaśnienie sprawy, pędzi już do następnego portu, bo terminy gonią. A piraci zostają bezkarni. Nowocześni piraci jednak na co dzień jeżdzą Merdedesami, a noszą drogie garnitury, zegarki Rolexa i tony żelu na głowie. Kobiet porywać nie muszą, bo te same lgną do nich (a raczej do ich kasy) jak muchy do lepu. Cała romantyczna wizja pirata-awanturnika z drewnianą nogą popijającego rum w jakiejś nadmorskiej spelunie pada na ryj. Świat idzie naprzód…

Wracając do mojego odkrycia – chodzi o stronę www.zwrzuc.pl. Dzięki niej każdy z nas może poczuć się chociaż troszkę jak John Silverstone, Sir Francis Drake, Kapitan Kidd albo Jack Sparrow. Właśnie ta strona będzie pełniła rolę naszego galeonu z piracką flagą na maszcie, wirtualnymi karaibami będą zaś otchłanie internetu. Rolę olbrzymiego żaglowca, który mamy na celowniku, spełni znienawidzony ZAiKS, ZPAV i RIAA. Wrzutę wszyscy znamy? You Tube znamy? No to dobra wiadomość: dzięki tej stronie możemy łatwo i szybko zgrać w/w stron plik mp3 bądź avi, który będziemy mieli na hdd. Dzięki temu zawsze jest dostępny, nie stresujemy się że jakiś obrońca praw autorskich usunie go z serwera albo że padnie nam internet, a my nie będziemy mieli dostępu do ulubionego utworu. Po prostu świetna rzecz i na pewno od czasu do czasu skorzystam.

Oczywiście, nie zachęcam do piracenia. Znakomicie rozumiem rozterki artystów, którzy nie zawsze zostają wynagrodzeni za swoją pracę. Jednocześnie jednak rozumiem intencje producentów, którzy próbują z nas wycisnąć jak najwięcej kasy i jednocześnie tak kombinować, aby jak najmniej z tego poszło do rzeczonych artystów. Kto tu kogo okrada? Ja sam inwestuję w oryginały wszelakie co prawda niewiele, ale zapewne więcej aniżeli przeciętny śmiertelnik. Ale system “zwrzucania” stosuję (a co!), głównie w przypadku rzadko spotykanych bądź starych utworów, których próżno szukać w Empiku. Po prostu takie właśnie lubię, a nowości bądź to, czego słucha i zna się pamięć każdy rzadko kiedy mnie rajcuje. Przypominam też, że tak na ścisłość ściągnięcie pliku mp3 lub filmu (w odróżnieniu od programu komputerowego czy gry) przestępstwem nie jest – przestępstwem jest za to umieszczenie go na wrzucie. Ale to już nie mój problem, tylko problem tych co wrzucają.

 

133. The Sopranos – sezony 1-3 5 lipiec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 11:02 pm

Pomimo tego, że seriale oglądam już dość długo, a obejrzałem tego całe mnóstwo (nie o wszystkim piszę na blogu), stosunkowo rzadko zdarzy mi się spotkać serial wybitny. Do takich na pewno należą “Lost”, “Twin Peaks”, “Six Feet Under” i jeszcze (ewentualnie) “Babylon 5″. Oczywiście, sporo jest produkcji dobrych i bardzo dobrych, ale na bycie wybitnym trzeba sobie zasłużyć czymś ekstra. A szansę na stanie się kolejnym takim serialem w moich oczach ma serial “The Sopranos”. Piszę “szansę”, bo z wydaniem ostatecznego wyroku wstrzymam się do momentu, kiedy obejrzę całość.

Głównym bohaterem (i głową tytułowej Rodziny Soprano) jest Tony Soprano – łysiejący 40-latek ze sporą nadwagą, pracujący w branży utylizacji odpadów. Ma żonę, dwójkę dzieci i starą, zgorzkniałą matkę. To jeden Tony. Ale jest też drugi Tony i druga Rodzina Soprano. W tym wcieleniu Tony przewodzi mafijnej organizacji, która na mniejszych i większych szwindlach dorabia się sporej kasy. Sam Tony jest groźny i agresywny – niepokornego podwładnego czy wroga może zadusić czy zastrzelić z zimną krwią. Sam tylko Tony wie ile ofiar jest na jego koncie. Te dwa wcielenia jednego człowieka, ktory z jednej strony ma na koncie straszne zbrodnie, z drugiej – prowadzi normalne życie, scierają się i przenikają nawzajem, miotając Tonym to w jedną, to w drugą stronę i wytwarzając dziwny mechanizm obronny – chwilowe omdlenia i utraty świadomości. Właśnie ta przypadłość sprawia, że Tony zaczyna odwiedzać panią psychiatrę.

Wprowadzenie do serialu dr Jennifer Melfi (bo tak ta pani się nazywa) to bardzo sprytny wybieg twórców. Przez całe trzy sezony jest ona niemal całkowicie oderwana od reszty akcji – widzimy ją jedynie w gabinecie podczas rozmów z Tonym. To świetny pomysł, aby poznać myśli i uczucia bohatera, a także zrozumieć jego postępowanie. Jednak dr Melfi nie jest wcale postacią statyczną. Od czasu do czasu widzimy jak relacja z Tonym odbija się na jej życiu. Ten pacjent wydaje się być szczególny. Tak szczególny, że z jego powodu dr Melfi zaczyna odwiedzać… psychiatrę. Czekam z niecierpliwością na dalsze losy tej postaci bo pomimo tego, że jest ona pozornie bohaterką poboczną i traktowaną jako “konfesjonał” Tony’ego, to jednak mam wrażenie, że z perspektywy całego serialu właśnie ona odegra kluczową rolę.

Ale zostawmy na boku panią doktor i wróćmy do Tony’ego. Zupełnie różni się od mafiozów znanych z filmów takcih jak “Godfather” czy “Untouchables”. Chociażby dlatego, że to normalny facet o misiowatej posturze. Nie żaden mityczny boss, jakich widujemy w filmach o mafii. Potrafi być bezwględny, ale rzadko kiedy to okazuje i bardziej preferuje metodę polegającą na manipulowaniu innych aby robili to, czego on chce. Robi to sprytnie i inteligentnie. Na pewno warto zwrócić uwagę na jego najbliższych współpracowników – Paulie’go, Pussy’ego, Chrisa i Silvio. Każda z tych postaci stworzona została bardzo realistycznie i ma się wrażenie, że to nie wymyślone postacie, ale prawdziwi ludzie. No, może poza Silvio, który ze swoją małpią twarzą z wypisanym na niej wiecznie tym samym grymasem i głupawym tonem, jakim sie wypowiada, wygląda sztucznie, ale i tak jest dla serialu postacią ważną i wartościową.

Ogólnie, każda postać została dogłębnie przemyślana i bije z niej autentyczność. Oglądając Sopranos, nie mogę przestawić się na tok myślenia polegający na uświadomieniu sobie, że to nie jest prawdziwy świat, prawdziwi ludzie, prawdziwe wydarzenia. Niewiele jest tu miejsca dla sztuczności, tandetnych odzywek, kreślonych grubą kreską postaci, stareotypowych zachowań i przewidywalnych zdarzeń. Wszystko jest jak w życiu. Nawet kiedy bohaterowie rozmawiają ze sobą, nie ma w tym żadnej “filmowości”, żadnego aktorstwa. Gdyby ktoś anglojęzyczny usłyszał w drugim pokoju telewizor z włączonym serialem, pomyślałby, że rozmawiają ze sobą dwie osoby. Kto nie rozumie o co mi chodzi, niech włączy sobie jakiś polski serial, pójdzie do drugiego pokoju i spróbuje wyobrazić sobie, że rozmawiają ze sobą dwie prawdziwe osoby. Nie da się, prawda? Aktorzy w filmach/serialach, choćby najwybitniejsi, zawsze zwracają uwagę na dykcję, akcent i wiele innych szczegółów. A w “Sopranos” aktrorzy gadają jakby od niechcenia, może czasem niewyraźnie, zgubią tę czy ową końcówkę, użyją kolowializmu itd. Jak prawdziwi ludzie.

Produckcja ta stanowi model i wzór dla wszystkcih innych jeżeli chodzi o Product Placement. Zero natręctwa (no, może poza reklamą Pedigree pod koniec III sezonu, kiedy bohaterka ogląda reklamę w TV, a my razem z nią). Bohaterowie piją Coca-Colę, markowe alkohole (nazwa zazwyczaj pokazana), śpią w Plazie, jeżdzą Mercedesami i Nissanami – wszystko jest pokazane. Tak jakby od niechcenia, po prostu, czasem mignie jakaś nazwa. I tyle. Pisałem już raz o tym, że taki właśnie product placement nie tylko nie jest szkodliwy, ale wręcz potrzebny produkcji filmowej, aby była ona bliższa nam i naszej rzeczywistości.

Serial na pewno ciekawy. Miejscami brutalny i krwawy, dużo rzadziej – ckliwy (chociaż popłakać się raczej na nim nie można), momentami nawet zabawny (szczególnie jak Paulie z Chrisem utknęli zimą w lesie). Ma w sobie potencjał, wiele wątków jest wciąż rozwijanych, jest kilka niedomkniętych spraw i znaków zapytania. Czekam z niecierpliwością na sezony 4-6.

I na koniec – dla tych, którzy kiedykolwiek w przyszłości oglądać będą wydanie z “Wyborczej” – nie czytajcie opisów postaci z książeczek. Zawierają mnóstwo spoilerów i już przy książeczkach z pierwsego sezonu opisane są wydarzenia, które nastąpią najwcześniej w czwartym sezonie. Ja sam czytałem to chyba do 8 książeczki (zdecydowanie za długo) i teraz mocno, mocno żałuję. Ostrzegam wszystkich przed popełnieniem tego samego błędu!

 

132. Gorzka prawda o grach liczbowych 3 lipiec 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Matematyka — HaeS @ 8:00 pm

Matematyka, kojarzona przez wielu z jakże nudnymi równaniami, skrajnie absrakcyjnymi wielościanami i śniącymi co poniektórym po dziś noc sinusami, osobie będącej obeznaną ze wszystkimi jej podstawowymi arkanami i podchodzącej do sprawy z odpowiednim luzem i wyczuciem tematu, może dać sporo radości, szczególnie kiedy obserwuje się zmagania osób, które o matematyce zielonego pojęcia nie mają, ale jakimiś pseudomatematycznymi metodami próbuje zrobić coś konstruktywnego, będąc święcie przekonanym, że właśnie wydziera się wszechświatowi wielką tajemnicę.

Ludźmi takimi są ponad wszelką wątpliwość ci, którzy szukają magicznego systemu wygrywania w totolotka. Zanim zacznę jeszcze cokolwiek pisać, przypomnę może króciutko jakie jest prawdopodobieństwo trafienia “szóstki” w totka. Wyobraźcie sobie zegarek, taki budzik na baterie, który tyka co sekundę. Tyk-tyk-tyk i tak przez pół roku. W odpowiednim miejscu trzeba teraz rzec “STOP”. Jeden z tych “tyków” to szóstka w totolotka. Jeżeli trafiłeś – gratuluję. Możesz zacząć grać, masz widocznie szczęście. Przykład drugi: niech dany będzie odcinek drogi o długości 14 km. Podzielmy ten odcinek na 1mm odcineczki. Wybieramy na chybił trafił jeden taki mały odcinek. Jeżeli wybrałeś właściwy – gratuluję, to tak jakbyś trafił szóstkę w totka.

Szansa trafienia jest tak abstrakcyjnie niska, że mój profesor od rachunku prawdopodobienśtwa ze studiów nazywał totolotek “dobrowolnym podatkiem od głupoty”. I dużo się nie pomylił. Daleki jednak jestem od śmiania się z osób, które raz w tygodniu wysyłają kupon w nadziei na to, że za kilka dni ich życie zmieni się na lepsze. Wręcz przeciwnie – sam tak robię. Prawdziwym powodem mojego ubawu są ludzie, którzy próbują różnymi magicznymi sposobami zwiększyć prawdopodobieństwo trafienia upragnionej “szóstki” albo chociaż “piątki”. Od razu napiszę: WSZYSTKIE bez wyjątku systemy totolotka są gówno warte. Skuteczny i wydajny system gry w totolotka nie istnieje (koronny dowod – osoby, ktore je sprzedaja, zarabiaja na ich sprzedazy, a nie na ich stosowaniu).

“Systemy” krążące głównie po internecie (bądź -co gorsza – oferowane na sprzedaż np. w gazetach) możemy z grubsza podzielić na trzy grupy:

I. Systemy progresywne – stosowane głównie w multilotku. Wybieramy sobie jakąś liczbę/parkę i czekamy aż wypadnie. Jeżeli nie wypadnie – podbijamy stawkę, obstawiamy tę samą parkę i czekamy dalej. I tak aż do wygranej. Ciekawe tylko co się będzie działo, jeżeli dana liczba nie wypadnie przez kilka tygodni? Codziennie podbijana stawka musiałaby wynieść już kilka(dziesiąt) tysięcy złotych… Powiedzmy wprost: systemy progresywne stosowane w multilotku są systemami stratnymi, tzn. grając nimi na dłuższą metę ZAWSZE będziemy stratni. I nie ma od tego ucieczki.

II. Systemy rozpisowe – bierzemy “z sufitu” (albo też z innych, równie mało wiarygodnych źródeł – patrz grupa trzecia) sześć liczb i rozpisujemy je (możliwy jest rozpis pełny lub skrócony) na wszystkie możliwe “czwórki”, “trójki” i “piątki” występujące w owych sześciu liczbach. Gwarantuje nam to o wiele wyższe wygrane w przypadku trafienia czwórki piątki lub szóstki, niż gdybyśmy nie rozpisywali owych sześciu liczb, zatem przy trafieniu “zaledwie” czwórki mamy już całkiem przyzwoity zysk. Pozostaje jednak nadal główne pytanie – jak trafić to 4, 5 lub 6 liczb z 49?

III) Systemy opierające się na statystyce dotychczas wylosowanych liczb – tutaj właśnie mam największy ubaw. W tych systemach “analitycy” badają zależności pomiędzy dotychczas wylosowanymi liczbami i na tej postawie typują liczby do następnego losowania. Właśnie dzięki ich pracy powstają “kwiatki” typu:
- Liczby nieparzyste wypadają częściej na początku miesiąca
- Siódemka, jeżeli wchodzi, najczęściej wchodzi razem z 24 i 37
- Jedenastka ma dobrą passę, w ostatnich 10 losowaniach była losowana 8 razy, jest więc “na fali” i trzeba to wykorzystać.
Niestety, tego typu metody nie mają większej trafności aniżeli wróżenie z fusów, ciągnięcie słomek czy typowanie liczb na podstawie numeru przypadkowo otwartej strony w książce; nie zraża to jednak zapatrzonych w wizję ogromnych wygranych entuzjastów gier liczbowych, którzy wciąż wypatrują nowych zależności. Przypomina to troszkę szukanie igły w stogu siana z tą drobną różnicą, że w totolotkowym stogu igły nie ma. Lata badań “analityków” i ich ogromny wysiłek idą na marne. Z naukowego punktu widzenia cała “matematyka totolotkowa” jest dobrze poznana i nie ma tu nic do odkrycia. W zasadzie rządzi tutaj tylko jedno prawo i wystarczy je sobie dobrze przyswoić:

WYNIKI DOTYCHCZASOWYCH LOSOWAŃ NIE WPŁYWAJĄ NA WYNIKI KOLEJNYCH, GDYŻ SĄ TO ZDARZENIA NIEZALEŻNE!

Trzeba jednak przyznać, że od czasu do czasu owym poszukiwaczom zależności trafi się “ratytas”, jak np. afera srebrnych kul w totolotku w drugiej połowie lat 90-tych. Okazało się bowiem, że dzięki zawartemu w srebrnych kulach barwniku, są one dwukrotnie rzadziej przyciągane do maszyny losującej aniżeli inne kule. I co? I nic. Nawet bowiem dysponując taką informacją, nie jesteśmy w stanie znacząco zwiększyć prawdopodobieńśtwa wygranej. Zresztą, kule zostały wymienione i obecnie wszystkie kule do multilotka są żółte, na dodatek są regularnie wymieniane aby mechaniczne uszkodzenie którejś z kul nie spowodowało, że będzie ona częściej/rzadziej losowana.

Powiem jeszcze, że jest jednak szansa, aby zwiększyć swoją wygraną. Specjaliści (jak chociaż polski matematyk Hugo Steinhaus w swoim “Kalejdoskopie Matematycznym”) zwracają uwagę, że wielu ludzi uwielbia zaznaczać liczby ze środka kuponu i raczej nie za duże. Zatem jeżeli trafi się szóstka złożona właśnie z takich liczb, wygraną prawdopodobnie trzeba będzie podzielić na kilka(naście) osób. Należy zatem grać liczbami rzadziej obstawianymi – w przypadku wygranej nie trzeba będzie się wtedy z nikim nią dzielić. Niemniej jednak ani o ułamek procenta ta metoda nie zwiększa prawdopodobieństwa, że w ogóle upragnioną szóstkę trafimy.

Jaki więc system w totolotka jest najskuteczniejszy? Wszystkie polskie gry liczbowe (zresztą nie tylko polskie) ogólnie są grami wysoce stratnymi, innymi słowy są bardzo (ale to bardzo!) obliczone na zysk organizatora. Bo kilku miesiącach przemyśleń i obliczeń z bólem doszedłem do wniosku, że jeżeli w ogóle grać to najlepiej tak, jak grają miliony Polaków – mierzyć w wysokie wygrane i grać małymi stawkami. Bardziej opłaci się grać IMO w ekspress lotka – wygrane dużo niższe (ale i tak dość atrakcyjne – główna wygrana oscyluje często w okoliach 150 000 zł), ale i szansa wygranej znacząco większa. No i kupon kosztuje 1,25 a nie 2 zł. Bardzo ważne: nie kombinować – typować takie liczby, jakie nam podpowiada instynkt i nie rozpisywać ich na jakieś niewiarygodne kombinacje, a już na pewno nie grać progresją. Szczególnie wskazane grać w kumulacjach – wygrane są bowiem wówczas dużo większe. Być może wówczas staniemy się milionerami (chociaż nie liczyłbym na to), a nawet jeśli nie – przegrana złotówka raz w tygodniu z pewnością nie będzie powodem do osobistych tragedii ani rozczarowań. Najważniejsza jest dobra zabawa, no i to bicie serca w sobotni wieczór podczas oglądania Polsatu w nadziei na wysoką wygraną, której sobie i wam życzę.

 

131. Jam był w Gieczu 2 lipiec 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Z życia, historia, refleksje — HaeS @ 10:27 am

Giecz to mała wieś, leżąca w powiecie średzkim, licząca ok. 150 mieszkańców w kilkudziesięciu domach rozlokowanych wzdłuż jednej głównej i kilku pomniejszych ulic. Leży nie więcej niż 35 km ode mnie i ledwie 2-3 km od miejsca, gdzie pracuję. Aż wstyd, że dopiero teraz się tam wybrałem. Patrząc na to wszystko, aż trudno uwierzyć, że tysiąc lat temu był jeden z głównych piastowskich grodów (mówi się nawet o stołeczności Giecza, co ustawia tę wieś w jednym rzędzie z Krakowem, Gnieznem i Poznaniem). Jedynie kamienny romański kościół sugeruje, że kiedyś działo się tu coś wielkiego. Nie będę teraz przytaczał historii tego kościoła, chociaż na pewno jest ciekawie – kto chce, może poszukać w internecie, informacji jest dość dużo.

Zajmę się czymś innym. Mniej wiecej kilometr z dużym hakiem od współczesnego Giecza trzeba jechać, aby dotrzeć do serca tych ziem. Grodziszczko to resztki grodu z IX wieku (albo i jeszcze wcześniejszego), świadczące o dawnej potędzie Giecza. Do zwiedzania doprawdy nie ma dużo – można obejść wszystko w 10 minut, ale każde miejsce ma swoją historię i jak się nad nim pochylić, zastanowić, poszukać w odpowiednich źródłach – to o każdym z tych miejsc prawić można przez godzinę. Nawet witająca przybyłych brama z piastowskim godłem i powiewająca na wale polska flaga, zatknięta na jakby gigantycznej dzidzie z grotem (przepraszam za nieprofesjonalne słownictwo) robi wrażenie. Mamy w Grodziszczku drewniany kościół, wybudowany na gruzach kościoła kamiennego, którego resztki znajdują się zakopane pod stopami zwiedzającego (fragment muru celowo zostawiono odkryty). Są fundamenty pałacu z przyboczną kaplicą, który nigdy nie powstał (i nikt nie wie dlaczego). Dreszczyku emocji dodaje fakt, że przez lata fundamenty przykryte były cmentarzem, który usunięto dopiero w latach 60tych. Jest też i sporo innych ciekawostek. Niestety, niewiele się dowiedziałem, bo pani odpowiedzialna za prowadzenie tutejszego muzeum, zajęta była spotkaniem z archeologami, którzy regularnie nawiedzają to miejsce i szukają nowych rzeczy, skazany byłem zatem na siebie i panią kasjerkę z muzeum, która również sporo mi ciekawych rzeczy opowiedziała.

Gród stracił znaczenie po rozpierdusze zafundowanej nam przez braci Czechów w 1138, a ostatecznie został zapomniany prawodopobnie po najedździe Krzyżackim w 1331. I w ten sposób zamiast dużego miasta w stylu Poznania, troszkę mniejszego (ale pięknego) miasta w stylu Gniezna, albo chociaż miasteczka z historyczną przeszłością jakim są Pyzdry czy Kruszwica, mamy wspomnianą tylko maleńką, dość zapomnianą wieś.

Dużo się zmieniło tutaj. Nie ma już jeziora otaczającego gród, nie ma też w środku żadnych domostw (poza plebanią). Ale klimat średniowiecza i tak pozostaje. Bezcenną rzeczą jest stąpać po ziemi, po której stąpał Mieszko I i II czy Bolesław Chrobry, a być może nawet Siemowit, Lestek i Siemomysł. Kto wie, moze nawet legendarny Piast Kołodziej w miejscu, gdzie dzisiaj rośnie żyto, miał skromną chatkę i żył tam z Rzepichą. Po takiej wizycie inaczej czyta się “Starą Baśń”, inaczej ogląda się filmy i seriale o średniowieczu, nawet w Baldura się inaczej gra i inaczej się czyta Kajka i Kokosza. Czuję jakbym ja dostał się w część średniowiecza, a część średniowiecza weszła we mnie.

 

130. Komentarze 2 lipiec 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Internet — HaeS @ 9:22 am

Jak każdy internauta sporo czasu spędzam na różnych serwisach informacyjnych. Interesują mnie te serwisy nie tylko ze względu na zawartość (chociaz oczywiscie ciesze sie, ze mam dostep do informacji z roznych dziedzin zycia i z calego swiata), ale wzgledu na ich interaktywnosc.

Cieszy mnie jak cholera, ze po przeczytaniu portalowego newsa przeczytac moge komentarze i prawie zawsze to robie. To wlasnie komentarze sa dusza nowego medium, jakim stal sie internet. Czasem sa smieszne. Internauci maja naprawde duza wyobraznie, ciekawe skojarzenia i intrygujacy tok myslenia. Nalepszym przykladem jest sprawa z Plutonem, którego – jak pamietamy – zdegradowano 24 sierpnia 2006 do roli planety karłowatej. Jednocześnie rozważano też, czy tego statusu nie przynać też jego księżycowi, który jest – jak na satelite – stosunkowo duzy w porownaniu do planety, ktora okraza. Mielibysmy zatem dwie bliźniacze planety karłowate. Ostatecznie taka decyzja nie zapadła, ale to, czego się naczytałem w komentarzach o “bliźniaczych karłach” (to było w okresie apogerum rządów braci K.) to dzisiaj powoduje u mnie uśmieszek. Tak więc czasem jest śmiesznie. Czasem – można się sporo dowiedzieć. Rozwija się ciekawa dyskusja, obalane są urban legends, ukazywane są różne fakty powszechnie ignorowane albo mało znane. No i wreszcie trzecia sprawa – komentarze pokazują, jak niejednoznaczne są pewne sprawy. Jeżeli na dużym portalu internetowym pojawi się news o globalnym ociepleniu, momentalnie rozwija się dyskusja nt jego przyczyn. Jedni widzą winę w pierdzących krowach, inni – w naturalnych procesach klimatycznych cyklicznie zachodzących od iluś tam set tysięcy lat, jeszcze inni – w lodówkach, telewizorach i wszystkich innych urządzeniach na prąd, z wibratorami analnymi włącznie, tudzież w pędzących samochodach. I jakoś nie ma zgody. Nawet ludzie wykształceni (co widać po słownictwie czy sposobie dyskutowania i argumentowania) mają różne opinie na ten temat i sugerują śmieszność pomysłów adwersarzy. Nie znam się na tym, czytam dość pobieżnie i bez głębszego zrozumienia, ale mam wrażenie że ktoś kogoś robi w konia. Być może to lobby naftowe forsuje ideę metanu z krowich placków, aby zapobiec spadkowi cen ropy? Jak rzekłem, to tylko taka luźna teoria, ale dzięki komenarzom widać, że jeżeli ktoś rzuci jakąś wątpliwej jakości teorię, to natychmiast znajdą się ludzie, którzy podadzą ją krytyce. Dzięki temu nawet taki ignorant jak ja widzi, że są różne teorie nt. globalnego ocieplenia (a także wielu innych spraw).

Oczywiście, nie zawsze tak jest. Na wszelakich portalach plotkarskich, o życiu gwiazd etc. poziom komentarzy jest adekwatnie niski do poziomu artykułów. Ale nie to jest największy ból. Problem jest taki, że komentowanie czegokolwiek na takich portalach to koszmar. Dzisiaj chciałem w zalewie chłamu komentarzowego pozostawić po sobie ślad w postaci integentnej riposty na temat Kasi Cichopek i jej nowego serialu. No i co? Nie da się. Jakiś internal error czy coś. A wszystkie “ale ona głupia”, “wygląda jak pasztet” i “nadaje się do grana żony Rasiaka” w międzyczasie przechodzą bez problemów. Podobne rzeczy zachodzą na Onet.pl, który – jeżeli chodzi o system komentarzy to jedna gigantyczna, piramidalna, niewyobrażalna pomyłka (o czym piszę po raz kolejny na blogu i dziwię się, że rzadko kiedy ktoś na to narzeka). System “rozwiń komentarz, czekaj na odświeżenie strony i czytaj” jest poroniony, poziom komentarzy – jeszcze gorszy. Swojego czasu (a z rzadka nawet i “współcześnie”) próbuję dodać jakiś długi i rzetelny merytorycznie komentarz, odnoszący się np. do ewidentnych bzdur w artykule czy innych komentarzach. No i co? NIGDY nie zdarzyło mi się, aby mój komentarz onetowski przeszedł przez moderację. Za to wszystkie durne Jasie Śmietany i inne gwiazdy internetu, ograniczające się do fantazjowania na temat Rysia i Maciusia, zawsze znajdą uznanie w oczach ludzi odpowiedzialnych za puszczanie komentarzy na onecie.

Tak więc wcale nie jest tak różowo z tymi komentarzami. Ale i tak warto je czytać (albo chociaż przeglądać), aby zobaczyć jakie nastroje są w społeczeństwie.

Jeżeli chodzi o komentarze blogowe – to akurat temat na innego posta, bo blogi to medium innego kalibru – już z definicji stronnicze, unikające obiektywizmu i bardziej nastawione na przekazywanie opinii niż faktów. Komentarze na szczęście w ogólnym przypadku czy to u mnie, czy u ludzi, których blogi odwiedzam, są na temat, rzeczowe i ciekawe. Być może dlatego, że blogi odwiedzane są wciąż przez z grubsza tę samą grupę osób, które są tu nie po to, aby się popisywać ale po to, aby z blogerem nawiązać jakiś kontakt. A nie wypada wchodzić do cudzego domu i śmiecić mu. Co innego miejsce publiczne, jakim jest portal. Tam można sobie poużywać.

 

129. X-files sezon 3 1 lipiec 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 6:51 pm

No i wkraczamy, po raz trzeci, w świat Archiwum X. Serial, który swojego czasu był pierwszorzędnym przebojem. Serial, który był (i dla wielu nadal jest) “naj”. Serial, który inspirował wiele innych produkcji telewizyjnych, stał się obiektem uwielbienia dla milionów fanów. Sam zresztą przed remontem pokoju rozważam kilka opcji tapety graficznej i nie wiem czy plakat “I want to believe” nie jest właśnie TYM pomysłem.

Oglądając go z perspektywy kilku lat, nie robi takiego wrażenia. Pisałem zresztą o tym z okazji wpisu o pierwszym sezonie. W drugim sezonie było wyraźnie lepiej. Sezon trzeci charakteryzuje się z kolei (niesety) mocnym spadkiem poziomu w dół, chociaż mam mu generalnie inne rzeczy do zarzucenia aniżeli sezonowi pierwszemu. Nie ma zatem schematyczności, ale za to jest dużo miejsca na odcinki bezsensowne. Nie będę teraz może ich wymieniał, ale zdarzają się takie, o których trzy godziny po obejrzeniu niewiele mógłbym opowiedzieć. Wyraźnie twórcom skończyły się pomysly i szukają deski ratunku wszędzie gdzie się da. Denerwujące są odicnki o ludziach, którzy (z nieznanych powodów) uzyskali jakąś supermoc i używają jej do zabijania innych bądź innych niecnych celów. Takich odcinków jest całkiem sporo, niestety. W tłumie tej szarzyzny wyróżniają się odcinek z mechanicznymi karaluchami, amerykańską wersją potwora z loch-ness a także świetny odcinek “Jose Chung’s “From Outer Space””, który wymaga oddzielnego omówienia. Jego treść sprowadza się bowiem do tego, że dwójka nastolatków porwana zostaaje przez kosmitów. Mulder i Scully dokładnie relacjonują przebieg śledztwa w tej sprawie pewnemu pisarzowi. Śledztwo jest wyjątkowo zakręcone, co rusz pojawia się nowy fakt, który niesamowicie komplikuje sprawę. W końcu sam widz nie wie, co jest prawdą, a co mistyfikacją i czy to, co wydarzyło się tamtego wieczoru zdarzyło się naprawdę, czy jest zmyśleniem. Kiedy zatem pisarz pyta Muldera o to, co naprawdę wydarzyło się tego wieczora, Mulder odpowiada z rozbrajającą szczerością “I don’t know”. Pomimo tego zakręcenia (a nawet dzięki niemu) odcinek znakomity. Jednakże odcinki typu “separate” to najsłabsza strona trzeciego sezonu. Zresztą, to najsłabsza strona każdego sezonu. Tym razem jednak wyszły naprawdę paskudnie.

Z ogromnym żalem dodać muszę, że nawet odcinki z głównym wątkiem (bo głównie takie mnie trzymają przy tym serialu) nie do końca trzymają poziom. To znaczy – same sobie są dobre. Nawet świetne. Ale co z tego, skoro sprawiają wrażenie, jakby scenarzyści nie mieli pomysłu na dalszy rozwój akcji, dodają więc nowe wątki, nowe motywy, nowe zagadki i po prostu trzymają widza w tej niepewności. Przyzwyczajony do “Lost”, gdzie wszystko jest przemyślane i podporządkowane z góry przyjętej koncepcji, rzec muszę, że tutaj nie wszystko trzyma się kupy. A szkoda.

Sezon trzeci oceniam zatem jako ciut, ciut lepszy od pierwszego, ale jednocześnie dużo gorszy od drugiego. Czekam z niecierpliwością na sezon piąty (ponoć najlepszy) i szósty (o którym mówi się, że jest dowodem na to, że nawet szósty sezon serialu może być odkrywczy i przełomowy). I mam nadzieję, że tak naprawdę będzie. Bo trzeci sezon, pomimo kilku pozytywnych akcentów, określić można generalnie jako zawód.