Myślokracja, czyli from łeb to web

124. Star Trek: The Next Generation – pierwsze wrażenie 23 czerwiec 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 11:23 am

Długo zwlekałem z napisaniem tej recenzji. Długo, bo chciałem dać TNG szansę. Nie chciałem zbesztać tego serialu po 2-3 odcinach, czekałem do 10. Kiedy jednak nie było nic lepiej, czekałem dalej. I dalej. I dalej. Aż w końcu dotarłem do końca sezonu i mogę już rzec – doznałem zawodu. TNG niewiele wspólnego ma z cudownym serialem, który z fascynacją ogladałem w dzieciństwie. No, ale po kolei…

Jeżeli chodzi o historie z poszczególnych odcinków… hmm… powiem może tak: TOSowi wybaczałem wiele rzeczy. Lata 60-te, naiwna (z dzisiejszego punktu widzenia) wizja przyszłości, ubogie środki techniczne nie pozwalające przedstawić kosmitów inaczej aniżeli humanoidów, nie do końca przemyślane sprawy naukowo-techniczne itd. Oglądając TOSa, na przemian śmiałem się z tego, co widziałem, albo też i klnąłem w cholerę scenarzystów, wybaczając im jednak co bardziej dziwaczne pomysły i bacząc na datę powstania serialu. Jednocześnie cały czas liczyłem na to, że TNG będzie serialem pod względem poprawności naukowej dużo lepiej przemyślanym. Zacytować tu niestety muszę Johna Locke’a (tego nawiedzonego łysola z Lost, a nie tego od tabula rasa): I WAS WRONG. TNG wygląda nieco lepiej wizualnie, pojawiło się kilka fajnych pomysłów (android na pokładzie, holodek, odczepiany spodek), ale w zasadzie poza tym serial niewiele różni się od TOSa. Właściwie to jest jeszcze gorszy. Poszczególne historie mało że wyssane z palca i bezsensowne, to jeszcze na dodatek nudniejsze aniżeli w TOSie. Niewiele zapada w pamięć, ale może to i dobrze. Lepiej nie pamiętać o cudownej planecie-utopii na której żyją obcy (nie różniący się jak zwykle nawet pieprzykiem na czole od ludzi), którzy wprowadzili sobie regułę: “za każde, nawet najdrobniejsze przewinienie dajemy karę śmierci”. Albo o jakichś “kosmitach”, czyli murzynach w spódniczkach jakby żywcem wyjętych z buszu, którzy wynaleźli cudowny lek na jakieś choróbsko. Żenada, żenada i jeszcze raz żenada. Za historie TNG ma u mnie ogromnego minusa, a za wiarygodność naukową – przekreślony jest już chyba raz na zawsze.

Także i postacie nie wyglądają imponująco. Porównując postacie z jednego i drugiego serialu, widzimy sporą przewagę TOSa nad TNG. O ile w pojedynku Kirk vs Picard mamy remis (no, z nieznacznym wskazaniem na Pickarda), to wszystkie pozostałe postacie z TNG zupełnie wymiękają przy swoich TOSowych odpowiednikach. Takiego np. Spocka podzielono na trzy postacie – jako obcy na pokładzie spock został zastąpiony przez Worfa, który poza tym, że jest i wygląda nader oryginalnie, raczej niewiele wnosi do serialu. Prawą ręką kapitana jest niejaki Riker, który ze swoim lubieżnym uśmieszkiem idealnie nadawałby się do grania Sawyera w Lostach aniżeli kompetentnego zastępcy kapitana statku kosmicznego. No i wreszcie następcą Spocka w roli skrajnie logicznego i pozbawionego głębszych uczuć jest Data, który jako jedyny z tej trójki ma w sobie jakiś tam potencjał do wykorzystania, aczkolwiek wciąż jeszcze niezbyt intensywnie eksploatowany. Idąc dalej: dr Crusher vs dr McCoy… bez komentarza. Jeżeli chodzi o La Forge’a i Wesleya (odgrywającymi mniej więcej taką samą rolę jak Sulu i Checkov w TOSie), to wnoszą do serialu równie niewiele co ich poprzednicy, ale mimo wszystko i tak zdają się być gorzej napisanymi (i zagranymi) postaciami. Mój ulubiony Scotty jako szef maszynowni nie ma swojego odpowiednika, ale można na upartego porównać go z postaciami TNG nie mającymi z kolei odpowiednika w TOSie – Deanną Troy i Natashą Yar. I o ile Deanna zarówno samym pomysłem, jak i nietypową urodą, ma coś do zaoferowania widzowi (no, ale gdzie tam jej do charyzmy Scotty’ego), to Natasha jako główny pokładowy babochłop jest totalną porażką i cieszę się, że scenarzyści pod koniec sezonu pozbyli się jej.

“Star Trek: The Next Generation” jest dla mnie (przynajmniej w pierwszym sezonie) kompletną porażką. Z 25 obejrzanych przeze mnie epizodów, nie było ani jednego, o którym mógłbym z czystym sumieniem powiedzieć, że był dobry (najbliżej tego był dwugodzinny pilot, który byłby nawet dobry gdyby nie irytujący Q i jego wieczne przebieranki). Kilka było odcinków które dało się obejrzeć bez ziewania i pokusy przewinięcia kilku minut albo nawet darowania sobie całego odcinka, jednak – co jest dla mnie dużą niespodzianką – przy TOSie serial “The Next Generation” wygląda jak nieudolny spin-off. A szkoda, bo liczyłem na wiele, wiele więcej. Pierwszy sezon przyznaję – bardziej przemęczyłem aniżeli obejrzałem z przyjemnością, a za drugi wezmę się z dużą dawką rezerwy i chyba odczekam troszkę…

Post Scriptum: Obejrzałem jednak pierwszy odcinek drugiego sezonu – drobne zmiany w obsadzie zrobiły serialowi dobrze, a dzięki brodzie Riker nie irytuje już swoim wyrazem twarzy lubieżnego erotomana. Także i sama fabuła tego odcinka daje nadzieję na to, że może jednak TNG nie jest aż tak złym serialem, jak wydawało się po pierwszym sezonie.

 

8 Responses to “124. Star Trek: The Next Generation – pierwsze wrażenie”

  1. mr.evil Says:

    z tego co słyszałem, serial robi się tak naprawdę dobry dopiero przy 3. sezonie z podobno wbijającym w fotel finałem, a już 4. sezon wymiata ostro po bandzie – sprawdź i zdaj relację, czy się z tym zgadzasz :) ja teraz oglądam tosa wciąż.
    obejrzałem też dwa sezony ds9, które były jeszcze trochę nudne, ale ale o ile obcy wciąż byli tam bardzo humanoidalni, to już należycie potraktowano tam pokazanie ich kultury i polityki, a podobno w okolicach 4-5 sezonu na główny plan wchodzi główna fabuła, a dwa ostatnie sezony są jak 3 i 4 sezon babylon 5. nie mogę się doczekać, ale jednak oglądam po kolei :>

  2. haes Says:

    tak, tak… znam to. Ponoć IV sezon jest przełomowy dla każdego Treka (no, może poza TOSem, bo ten IV sezonu nie miał).

    DS9 – też słyszalem, ze to jedyny Trek, ktory posiada zwarta fabule, rozwijajaca z odcinka na odcinek. No i ostrze sobie na niego zeby, oj ostrze. No, ale trzeba ogladac po kolei.

  3. Fascynacja startrekiem jest dla mnie trochę niezrozumiała :) Irytuje schematyczność i to wszystko co pisałeś odnośnie wpadek scenarzystów. Irytująca wielce jest ta sielankowo sterylna wizja przyszłości. Nie chciałbym szczerze by tak wyglądała. Ludzkość nie jest na tyle mądra by doprowadzić się do takiego ideału – bardziej przemawia do mnie wizja madmaxowego świata niż wspaniałe Picardy w ich wymuskanych stateczkach ;]
    Niemniej serial się oglądało w młodości.

    Jeszcze jakoś to podobały mi się pełnometrażówki muszę przyznać.

  4. haes Says:

    O tak, tak – troszke przegiete to jest. W jednym z odcinkow Picard chwali sie, ze nie ma u nich juz zadnych chorob (troszke nierealne, ale szczytna idea), wojen (jeszcze bardziej nierealne, ale niech im juz bedzie) oraz ze wyeliminowano wsrod ludzi “zadze posiadania”, co mi zasmierdzialo jakims komunizmem, manipulacjami socjologicznymi i jeszcze innymi dziwnymi rzeczami.

  5. mr.evil Says:

    jakiś komik to nawet skomentował: “znaleźli lek na raka, a nie znaleźli LEKU NA ŁYSINĘ?”
    co do utopii w star treku – ja narazie oglądam tosa i tam to o tyle nie irytuje, że wszystko jest wzięte w wielki nawias, zresztą głównym zadaniem Kirka w większości epizodów jest rozpieprzanie różnych chorych niby-utopii ;)

  6. finarfin Says:

    W 24 wieku to czy ktos ma wlosy czy nie juz nie bedzie mialo znaczenia :P

  7. haes Says:

    Zresztą, jakby co to może iść do holodeku, gdzie program doprawi mu tyle włosów, ile tylko chce.

  8. finarfin Says:

    Za reklamą koka-koli (or somfink): bądź sobą, noś długie włosy :D


Leave a Reply