Myślokracja, czyli from łeb to web

128. Moja nowa zabawka 29 czerwiec 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Matematyka, rozrywka — HaeS @ 6:56 pm

Doczekałem się nowej zabawki. W zasadzie to dwóch od razu. Kupiłem bowiem sobie dwie kostki Rubika. Oryginalne, firmowe, żadne chińskie podróby. Jedna – to taka klasyczna 3×3x3. Z podstawką i napisem “RUBIK”. Chodzą takie po 45 zł na Allegro. Jest cudowna, chodzi miękko i przyjemnie, układa się o niebo lepiej od chińszczyzny. Zdecydowałem się na ten zakup po tym, jak moja ostatnia kostka, kupiona na bazarze za 4,50, dosłownie rozsypała mi się w rękach tego samego dnia popołudniu (!). Owszem, zdarzało mi się że kostki się rozlatywały, ale było to powiedzmy po kilku tygodniach intensywnego mieszania. Tym razem jednak wkurzyłem się nie na żarty. Wszedłem na allegro, kupiłem właśnie taką full-wypas oryginalną kostkę, przy okazji jednak zakupiłem inny model – kostkę 2×2x2. I o niej teraz na napiszę.

Erno Rubik, węgierski wynalazca, poczatkowo chciał właśnie takie kostki wypuścić na rynek. Z powodów czystko technicznych na rynek wyszła jednak kostka 3×3x3, dużo trudniejsza do ułożenia, ale też i dużo łatwiejsza w zaprojektowaniu. Kto kiedykolwiek rozebrał kostkę, wie mniej więcej jak ona działa. Kostka 2×2x2 jest zbudowana na innej zasadzie (szczerze mówiąc, nie mam pojęcia jakiej… ale na pewno dużo bardziej skomplikowanej), jest zatem widocznie trudniejsza w produkcji. To jedna z moich teorii na temat tego, dlaczego kostki 2×2x2 nie są zbyt popularne. Drugie z moich przypuszczeń opiera się na tym, że że w odróżnieniu od klasycznej “dużej” kostki, ta została opatentowana i dlatego właśnie nie ma ich na ruskich bazarach ani w sklepach “wszystko za 4,50″. Można tylko kupić oryginalną kostkę za 27 zł. Wydają się być łatwiejsze do ułożenia od klasycznej “rubikówki”, ale to tylko pozory. Owszem, łatwiej jest ją ułożyć, co wcale nie oznacza, że człek nie mający nigdy w życiu kostki w rękach da radę to zrobić. Co to to nie. Można się zamotać niesamowicie i nigdy przenigdy bez odpowiedniego przygotowania z tego wyjść się nie da. Pod tym względem zatem od klasycznej kostki nie różni się zbytnio. Nie różni się też i pod innym względem: algorytmy układania “małej” i “dużej” kostki są bardzo, bardzo podobne. Tyle tylko, że układając kostkę 2×2x2 pozbywamy się wszystkich problemów związanych z układaniem kantów (przypomnienie: kanty to takie elementy, które posiadają dwie kolorowe ścianki, w odróżnieniu od narożników i środków), zatem trwa to nieco krócej. Dodatkowo, niespodziewanie, pojawiają się problemy, które na “normalnej” kostce nie pojawiają się. NIemniej jednak – kto umie ułożyć dużą kostkę, poradzi sobie z małą i ja układam ją w ok. 40 sekund (dużą – ok. 2 min. 15 sek. co wynikiem imponującym na pewno nie jest, ale i tak wystarczy, aby każdy kto to widzi pierwszy raz w życiu, wytrzeszczał gały i pytał z podziwem “jak ty to robisz?”… nie ma niczego przyjemniejszego dla połechtania próżności).

Ale kostka, czy to mała, czy to duża, posiada dla osoby posiadającej zboczenie matematyczne, wartość milion razy większą niż sama przyjemność z jej ułożenia. Poszczególne jej klocki bowiem cały czas się przemieszczają… właściwie nie powinienem tak pisać. Napiozę ładniej. Przy każdym obrocie kostki następują permutacje. Kilkukrotny obrót kostki to złożenie kilku permutacji. Olbrzymią satysfakcję daja kartka papieru, kilka hipotetycznych ruchów, 2-3 minuty obliczeń, a następnie sprawdzenie tego, czy wynik zgadza się z przewidywaniami. Można w ten sposó opracowywać nowe ruchy i przekształcenia na kostce, nawet jej nie ruszając. Swojego czasu byłem tym tak zafascynowany, że chciałem pisać magisterkę, ale ze względu na to, że polska literatura liczy aż jedną pozycję, zmuszony byłem darować sobie. Ale i tak od czasu do czasu bawię się w składanie permutacji i opracowywanie nowych ruchów. Tak, dla rozruszania szarych komórek, zamiast sudoku czy krzyżówy. A kostka 2×2x2 jest do tego lepsza od 3×3x3, bo mniej tu niespodzianek i łatwiej wszystko wyliczyć.

Podam moze przyklad. Jeżeli obrócimy górną ściankę kostki 2×2x2 w lewo (za każdym razem, kiedy piszę “w lewo” mam na myśli “zgodnie z ruchem wskazówek zegara”), a potem prawą ściankę też w lewo i tak na 15 razy na przemian, to dojdziemy do stanu wyjściowego. Ale jeżeli obrócimy górną ściankę w lewo, a prawą ściankę – w prawo, to wystarczy zrobić to tylko 9 razy, aby kostka wróciła do stanu wyjściowego. Troszkę obliczeń, rysunków, szacunków, teorii aż w końcu zrozumiałem dlaczego tak jest. Człek się czuje prawie jak naukowiec dokonujący ważnego odkrycia. Najpierw tworzy się teorię, potem sprawdza czy zgadza się z przewidywaniami. Jeśli nie – modyfikuje się teorię i działa się dalej. Aż w końcu przewidywania zgadzają się z wynikami. I tak co rusz dokonuję nowego odkrycia. I to jest właśnie bezcenne. Nawet jeśli to odkrycie tak naprawdę nikogo nie obchodzi.

 

127. LOST – sezon IV 29 czerwiec 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 5:57 pm

Lost jest serialem wybitnym. Niezależnie od tego, co twierdzą jego krytycy. Zresztą, większość krytyków to albo ci, którzy przestali oglądać po trzecim odcinku, bo stwierdzili ze nic się nie dzieje poza tym, że Locke lata po dżungli albo też ci, którzy nie mają za grosz zaufania do autorów i twierdzą, że ci zamiast wyjaśniać stare zagadki, dokładają wciąż nowe i nowe, nie mając nawet zarysu pomysłu na wyjaśnienie starych. Oczywiście, ani jedni, ani drudzy nie mają racji. Dzieje się naprawdę sporo, ale dopiero mniej więcej od połowy pierwszego sezonu. A końcówka trzeciego (i cały czwarty) to już pełnokrwista akcja, w której nie ma ani chwili na nudę. Tak w ogóle to rzucam apel: Losta trzeba oglądać z zachowaniem trzech reguł: zacząć od pierwszego odcinka, oglądać po kolei i wszystkie odcinki (nie przeskakiwać/opuszczać). Tylko wtedy serial zrobi pożądane wrażenie. Osoby, które oglądały inaczej (np. kilka wyrwanych z kontekstu odcinków) w zasadzie nie mają w zasadzie podstawy, aby dyskutować o serialu. Co do zagadek… no cóż, kto ogląda uważnie to widzi, że pewne rzeczy z czasem się wyjaśniają, a pewne nie… Na tym polega urok tego serialu – wszystko będziemy wiedzieli dopiero po ostatnim odcinku, a pewne zagadki trzymane będą przez cały serial. Widząc olbrzymie przywiązania scenarzystów do szczegółów (rypnęli się ledwie kilka razy i to w raczej mało istotnych kwestiach) i obserwując to, jak pewne zdawałoby się mało istotne i zapomniane szczególiki z początku serialu zaczynają teraz mieć znaczenie, pokładam całkowitą ufność w koncepcję scenarzystów. Jako przykład podam odcinek “Follow the White Rabbit” (1×05), gdzie pojawił się na wyspie ojciec Jacka. Pojawił się, pokazał, połaził na wyspie, postraszył Jacka i zniknął. Na trzy całe sezony. Czytałem na forach, jak widzowie klnęli za to scenarzystów i narzekali, że nikt z nich o tym nie pamięta. A tu proszę – mamy ładną zapowiedź tego, co powróci dopiero w trzynastym mobisodzie (tym z flashbackami Vincenta). Z niecierpliwością czekam na wyjaśnienie zagadki Liczb, Adama i Ewy (jest pewna cudowna, zakręcona teoria w necie, ale może nie będę tego cytował, bo okaże się jezcze że to spoiler…), magnesu pod Swanem, wielkiej stopy itd. I jestem pewien, że Lost, który z perspektywy jednego odcinka na tydzień przez kilka miesięcy roku może dla niektórych wyglądać na serial z fabuła pisaną na kolanie, to jednak oglądany w całości, od pierwszego odcinka do tego zupełnie ostatniego, zrobi piorunujące wrażenie.

Przyznają jednak, pierwsze dwa sezony były faktycznie sezonami zagadek. Pytań było wyrażnie więcej niż odpowiedzi, aczkolwiek nie spieszyłbym się z teoriami mówiącymi o indolencji scenarzystów i bardziej skłaniałbym się w kierunku stwierdzenia, że były one jakby wstępem do całej historii. W sezonie trzecim poznaliśmy nareszcie Innych (nie do końca, ale jednak), dowiedzieliśmy się jak działała Dharma i co się z nią działo, mieliśmy pierwsze spotkania z Jacobem, pojawiła się też i pierwsza sugestia nt podróży w czasie. Sezon czwarty rozwija wątki rozpoczęte w III sezonie i udziela odpowiedzi na zagadki z poprzednich sezonów. Oczywiście nadal mamy sporo niewiadomych, ale jezcze 38 odcinków przed nami.

Jednego możemy być pewni – ten serial, który oglądaliśmy w czwartym sezonie, jest zupełnie innym od tego , ktorym mieliśmy do czynienia w pierwszym. Narzucono nam bowiem niesamowite tempo akcji, a tematyka jest generalnie inna. Postacie już znamy, nie trzeba mówić, że Sun ukrywała przed mężem znajomość angielskiego, a Shannon leciała na syna swojej macochy (swoją drogą – dlaczego wszyscy mówią o tym związku “kazirodczy?”). Teraz, kiedy wiemy już kto jest kim i mniej więcej czego się po bohaterach spodziewać, przeszliśmy do etapu akcji. I dzieje się naprawdę dużo.

UWAGA – OD TEGO MIEJSCA ZACZYNAJĄ SIĘ MOCNE SPOILERY NT. CZWARTEGO SEZONU. NIE OGLĄDAŁEŚ – NIE CZYTAJ!

Zaczynamy od dwóch bardzo mocnych odcinków – “Beginning of the End” oraz “Confirmed Death”, w których dowiadujemy się, że także Hurley wydostał się z wyspy, a także poznajemy ekipę “ratunkową”. Cały ten ratunek już od samego początku coś śmierdzi, ale sprawa wyjdzie dużo później. Później dwa odcinki IMO nieco słabsze – “Economist” oraz “Eggtown”, chociaż i tak na dość wysokim poziomie no i z szokującymi końcówkami – dowiadujemy się, że Sayid pracował dla Bena, a Kate uznaje Aarona za swojego syna. Później mocne uderzenie, odcinek przez wielu (w tym i mnie) uważany za najlepszy epizod Lost w historii – “Constant”. Pomimo tego, że sama idea podróży świadomosci w czasie mocno naciągana, to jednak związana z tym cała intryga, oparta na interaktywnych flashbackach robi mocne wrażenie. Wielkie uznanie dla scenarzystów za ten odcinek. Później mamy dość słaby “The other woman” z tajemniczą Harper i i nieco lepszy “Yi Yeon”, którego główną siłą jest wielka zmyła z flashami Sun i Jina (sam się na to nabrałem!). Co ciekawe z tego, co czytam na forach, wielu ludzi nadal tej zmyły nie rozumie i twierdzi, że Jin wydostał się z wyspy. No cóż, pozostawię to bez komentarza. Później przychodzi “Meet Kevin Johnson”. Odcinek bardzo dobry, ale i dziwny, bo z jednym długim flashem zajmującym niemal cały odcinek. Historia Michaela znakomicie pasuje do tego wszystkiego, co dziwnego dowiedzieliśmy się o wyspie i tym samym wkomponowuje się w stylistykę serialu. Po długiej, bo kilkutygodniowej, przerwie nadchodzi “The shape of things to come”, od którego akcja serialu nabiera niesamowitego tempa. Rusza do przodu sprawa z dymkiem, ginie Danielle, Alex i Karl i pojawia się nowy czarny charakter – Keamy. Pogłębia się też postać Bena, który wyrasta na najciekawszą postać serialu. Ale tak było przecież od samego początku, kiedy jeszcze jako zastraszony Henry Gale siedział zamknięty z zbrojowni bunkra, intrygował widzów i przyciągał ich uwagę. Teraz jednak – wypływa na wierzch i powoli zaczyna stawać w centrum historii. I nie zmieni się to nawet kiedy za kilka odcinków abdykuje z roli przywódcy wyspy. Później “Something Nice Back Home” – znów nieco słabiej, naciągana operacja Jacka, ale chociaż flashe wypełniają pewną dziurę w historii. No i teraz ostra końcówka – “Cabin Fever” w którym możemy spojrzeć na Johna Locke’a z zupełnie innej perspektywy i wielki, wielki potrójny finał – “There’s no place like home”. Wyśmienity finał (tylko “Live together die alone” był od niego lepszy), spinający flashforwardy z właściwą akcją na wyspie (IV sezon kończy się dokładnie w momencie, w którym zaczynają najwcześniejsze flashforwardy). Zdaje się, że mamy już opowiedzianą całą główną historię, że już wszystko co miało się stać w serialu, stało się. Jedyne, co pozostało (oprócz dopisania epilogu do tej historii), to parę luk do wypełnienia. A tych luk jest sporo. Wciąż nie znamy historii Danielle, pochodzenia Richarda, istoty bytu Jacoba, przyczyn przybycia Dharmy na wyspę, prawdziwego przeznaczenia bunkrów oraz dziesiątek (i wcale tu nie przesadzam) mniejszych lub większych szczegółów, które wciąż jeszcze czekają na wyjaśnienia, ze śmiercią Johna Locke’a na czele.

Co nas czeka w V sezonie? Nie wiem. Przed scenarzystami trudne zadanie. Akcja na wyspie, flashforwardy, flashbacki – zapomnijcie o tym. Serial potężnie się zmieni. Czeka go obrót o 180 stopni. W pionie i poziomie. Jego struktura bęzie zupełnie inna, inaczej będą skonstruowane odcinki, inny będzie sposób narracji. Wszystko będzie inne. Nie mam pojęcia, jak scenarzyści planują zrobić nowe odcinki, ale będzie ciężko. Chociaż na pewno mają już plan co z tym fantem zrobić i po raz kolejny nas zaskoczą. Zapewne mile. Jak zawsze zresztą.

 

126. Microprose Soccer 26 czerwiec 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Gry, Sport, rozrywka — HaeS @ 10:42 am

Euro 2008, niezależnie od tego czy ktoś się sportem interesuje czy też komuś to zwisa, dopadło każdego. Bo każdy widział biało-czerwone flagi wywieszona na balkonach wszystkich domów i mieszkań w okolicy (flagi oczywiście już znikły…), każdy słyszał w tramwaju, pracy, szkole czy publicznym sraczu niekończące się debaty na temat szans poszczególnych zespołów, każdy każdy słyszał wieczorem podchmielonych młodzieńców ubranych w biało-czerwone barwy wracających z pubu no i wreszcie każdy się tym chociaż odrobinkę interesuje, nawet jeśli jest to zainteresowanie na zasadzie “kiedy wreszcie to się skończy, bo mam tego dosyć”. Ja sam ze sportów interesuję się jedynie piłkną nożną i to w raczej umiarkowanym stopniu (w każdym razie nie umiem wymienić ani jednego gracza Barcelony czy Milanu), a zainteresowanie innymi dyscyplinami sportowymi odzyskuję co najwyżej w momencie kiedy na jakimś forum internetowym natrafię na ciekawe i prawdopodobne (wg obstawiających) typy tenisa, baseballu czy jeszcze dziwniejszego sportu – ryzykuję wtedy swoje 2 złote (rzadko kiedy więcej) i trzymam kciuki za jakiegoś Federera czy New York Yankees, nawet nie mając pojęcia o moim faworycie ani o turnieju, który akurat się odbywa.

No, ale duży turniej piłkarski to duży turniej piłkarski. Śledzę na bieżąco, oglądam co ważniejsze mecze (w TV albo w miejscowym pubie), emocjonując się nie tyle celnymi podaniami, misternie zaplanowaną taktyką czy efektownymi dryblingami(chociaż czasem faktycznie jest co podziwiać), co dramaturgią. Takie mecze jak Turcja-Czechy, Turcja-Chorwacja czy ostatni Turcja-Niemcy ogląda się doprawdy przyjemnie, kiedy w końcówce pada kilka bramek, a grające drużyny (wraz z milionami swoich kibiców) przechodzą od etapu euforii po tragedię narodową. Nawet nieszczęsny mecz Polska-Austria wpisuje się w mój kanon pięknych, dramatycznych meczy, aczkolwiek z uwagi na to, że nasza reprezentacja jest akurat tą pokrzywdzoną, patrzę na to wszystko nieco inaczej. Tak czy owak cały piłkarski klimat udziela się i mnie. Od 1998 (czyli od kiedy mam komputer) nie mogę sobie raz na dwa lata, w czasie wielkiej imprezy, odmówić jednej przyjemności: gry w Microprose Soccer. Tak, tak – dobrze przeczytaliście. Nie żadna FIFA ani inna tego typu giera. Jak dla mnie w świecie gier piłkarskich liczą się tylko dwa tytuły: Microprose Soccer i Sensible Soccer. Prostota zasad, łatwość gry, kilka uproszczeń w stosunku do boiskowego oryginału i kilka innych szczegółów sprawia, że właśnie te gry zasługują IMO na szczególną uwagę. Sensible Soccer niestety u mnie na kompie nie działa – za to Microprose Soccer z emulatorem C64 śmiga aż miło.

Gra ta uważana jest (słusznie) za najlepszą grę piłkarską na komputery 8-bitowe. Widziałem sporo “kopanek” na C64 i żadna nigdy nie wciągnęłą mnie tak jak Microprose Soccer. Byłbym ostrożny z nazywaniem gry “symulatorem gry w piłkę nożną”, gdyż w gruncie rzeczy jest to prosta jak cholera zręcznościówka. Nie mamy takich bajerków, jak sędzia rozdający kartki, składy zawodników czy chociażby rzuty karne (o twarzach zawodników i komentowaniu przez znanych fachowców nie wspominam). Pomimo to – jest to jedna z najbardziej złożonych, skomplikowanych i zaawansowanych gier na C64. Ilość sposobów rozgrywek, a także opcji konfirugracji (jak na tamte czasy) przyprawiała o ból głowy, a niejedna nowa gra zapewne ma mniej tych opcji. Tak więc można zagrać sobie “challenge” w którym mamy pokonać kilkunaście następujących po sobie coraz trudniejszych rywali, tryb meczu towarzyskiego, możliwość stworzenia ligi w której można grać nawet 16 graczy (tak!) no i wreszcie główną część gry – tournament, czyli symulację mistrzostw świata wg zasad z lat 1986-1994 (24 drużyny, 6 grup, 1/8 finału, ćwierćfinał itd). My oczywiście możemy zagrać dowolnie wybraną reprezentacją (ja sam oczywiście zawsze gram Polakami), a grać może nawet 16 graczy.

Poziom trudności poszczególnych rywali jest dość realistyczny – o ile taki Oman czy Kanadę pokonuje się bez problemu, to Brazylia czy Argentyna to prawdziwi giganci, praktycznie nie do pokonania (mi się w każdym razie nigdy nie udało). Zróżnicowany jest też styl poszczególnych drużyn – Brazylijczycy są szybcy i nie do okiwania, Włosi mają obronę nie do przejścia itd. NIe wiem dlaczego (być może ma to jakieś uzasadnienie historyczne), nowozelandzki bramkarz radzi sobie dużo lepiej niż jego koledzy z innych reprezentacji. Druzyny “z gornej połki” wyraźnie lepiej grają w fazie pucharowej niż w grupowej, gdzie można im urwać punk czy dwa. Tak czy owak – dopasowanie poziomu trudności i stylu gry poszczególnych drużyn udało się autorom. Duży plus też za sporą konfigurowalność – możemy m.in. włączyć/wyłączyć deszcz (doprawdy, denerwujący), ustawić różne poziomy podkręcenia piłki, zmienić dlugość meczu (domyślnie – 2×60 sekund) czy też włączyć/wyłączyć powtórki (które jak na C64 są prawdziwym ewenementem, niespotykanym chyba nigdzie indziej).

Gra wciąz wciąga. Gra się jedne mistrzostwa, potem drugie, trzecie i czwarte… Udało mi się Polaków doprowadzić do półfinału (chociaż nie było to trudne zadanie – w 1/8 finału traifłem na Walię, w 1/4 na Irlandię), prawie zawsze wyszedłem z grupy. Nie udało niestety się (znowu!) pokonać Argentyny ani Brazylii, chociaż obu reprezentacjom strzeliłem pierwszego gola w życiu. Pokonałem też Francję 3:0, byłem też blisko remisu z Holandią. Poprawiam się. Kto wie, może za dwa lata, podczas World Cup’2010 zdobędę w końcu upragnione mistrzostwo świata. Bo na to, że prawdziwi polscy kopacze nie ma za bardzo co liczyć.

 

125. Twin Peaks: Sekretny dziennik Laury Palmer (+ lista rzeczy związanych z TP, z którymi warto sie zapoznac) 25 czerwiec 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Książki, Seriale — HaeS @ 6:50 pm

Twin Peaks to jeden z najgenialniejszych i najciekawszych (a w opinii wielu – najgenialniejszy i najciekawszy) serail wszechczasów. Nietypowe postacie, wyjątkowy klimat, świetne pomysły i fabuła, która wciąga od pierwszego odcinka aż po ostatni. Niewiele serialowi ustępuje film “Fire Walk With Me”, uzupełniający pewne luki i wyjaśniający kilka serialowych znaków zapytania, ale i będący sam w sobie świetnym, klimatycznym filmem, który zapada w pamięc i nie nudzi nawet po n-tym obejrzeniu nawet tych, którzy serialu nie widzieli (pomimo tego konsekwetnie i po raz n-ty sugeruję, aby film obejrzeć jednak po serialu). Ale to nie wszystko, co wyszło związane ze światem Twin Peaks. Pojawiła się bowiem książka Jennifer Lynch (zbieżność nazwisk z twórcą serialu jest nieprzypadkowa – Jennifer jest jego córką) “Sekretny Dziennik Laury Palmer”, poza tym pojawiło się obszerne nagranie audio pt. “Dale Cooper: My life, my tapes”, za co McLachlan dostał Grammy. Polacy mogą zapoznać z tym w formie ładnie przetłumaczonego pdfa przez jednego z fanów serialu. Oprócz tego wyszła jeszcze jakaś gra karciana związana ze światem Twin Peaks, ale ciekawe są też i przedsięwzięcia nieoficjalne. Jak ktoś dobrze poszpera, może w necie znaleźć m.in. fan-fictionowy scenariusz filmu “Sowy nie są tym, czym się wydają” (po polsku), zamykającego ostatecznie serial, pełen scenariusz filmu “Fire Walk with me” zawierający także wycięte sceny (swoją drogą – sceny te zostały nakręcone, a fani wciąż ostrzą sobie zęby i naciskają tu i ówdzie, aby w końcu materiał ten ujrzał światło dzienne). Gdzieś tam spotkałem się również z fan-fictinowym odcinkiem 3×01. O alternatywnym zakończeniu pilota serialu już na blogu wspominałem. Jak więc widzimy, świat Twin Peaks jest dość bogaty w różne add-ony, fan fictiony, materiały nieoficjalne i niekanoniczne. Oczywiście, nie ma co porównywać tego z uniwersum Star Wars, ale i tak jest w czym wybierać. Pomijam już parodie (w jednej z nich wystąpił sam Dale), nawiązania i filmy/seriale mniej lub bardziej inspirowane TP (a chodzi m.in. o X-files, Lost czy Northern Exposure). Jakby co, to dla zdesperowanych pozostają jeszcze wstępy do każdego odcinka, prowadzone przez Kobietę z Klockiem (niestety, nie widziałem ich). Szkoda, że na światło dzienne nie wyszły chociaż scenariusze dwóch kolejnych filmów które miały być nakręcone tuż po “Fire Walk with me” (Lynch wkurzył się po krytyce tego filmu i powiedział, że nic więcej kręcił nie będzie) czy też filmu “With a Thousand Angels”, który miał być kręcony ok. 2000 r. Jeszcze 2-3 lata temu przebąkiwało się o kolejnym twin-peaksowym projekcie, którego akcja osadzona byłaby już nie w Twin Peaks, ale w innym mieście, a głównym bohaterem byłby opętany przez BOBa Dale Cooper. Nic więcej niestety o tym nie wiadomo.

Niestety, dodatkowe produkcje nie stoją na najwyższym poziomie. Nie ze wszystkim się zapoznałem (w szczególności nie mogę jakoś zabrać się za “My life, my tapes”… po prostu nienawidze czytac pdfów, a drukowanie to kosztowna zabawa) , ale np. scenariusz “Sowy nie są tym, czym się wydają” jest jak dla mnie totalną porażką. Nie lepiej niestety sprawa ma się z “Sekretnym dziennkiem Laury Palmer”. Książka ma ok. 200 stron i strukturę pamiętnika, który Laura zaczyna pisać w dniu swoich dwunatych urodzin, a kończy kilka dni przed śmiercią. Poznajemy w nim ciemną stronę Laury. Po obejrzeniu serialu, Laura w moich oczach jawiła się jako porządna i ułożona licealistka. Z czasem wyszły na wierzch jej grzeszki (praca w One-Eyed Jack, ciągnięcie dwóch związków jednocześnie, kokaina itd). Prawdziwego szoku doznałem jednak dopiero po “Fire Walk with Me”, gdzie postać Laury przedstawiono w zupełnie innym świetle. Sympatyczna licealistka nocą zamieniała się w wyzwolonego, pozbawionego jakichkolwiek zahamowań wampa. Ale na tym nie koniec. Ostateczny krach wizerunku Laury jako grzecznej dziewczynki widzimy właśnie w pamiętniku, w którym objawia ona swoje oblicze. Po ukończeniu ok. 15 lat na przemian mamy tylko seks, narkotyki i BOBa, który – jak się przekonujemy – obecny był w życiu Laury od bardzo, bardzo dawna.

W ksiązce spotykamy chyba wszystkie postacie (a przynajmniej ich większość), jakie znamy z serialu, od kobiety z klockiem po Harolda Smitha. Sylwetki tych osób dzięki pamiętnikowi zostają nieco rozbudowane. Warto nadmienić też, że autorka starała się nawiązać do serialu i filmu możliwie jak najpełniej. Dlatego właśnie kilka ostatnich kartek z pamiętnika widnieje jako “wyrwane” (bo zostały istotnie wyrwane w filmie FWWM), zgadza się też i kilka innych drobnych szczegółów. Nie zgadza się za to datowanie – wg autorski śmierć Laury nastąpiła na początku 1990; większość fanów TP jest na stanowisku, że stało się to na początku 1989 (nigdzie nie pada konkretny rok, ale sporo jest przesłanek wskazujących właśnie na 1989).

Ale to akurat nie jest największy zarzut, jaki można postawić książce. Książka jest po prostu nudna. Monotonia aż bije po oczach. O ile na początku jeszcze zapiski Laury dają radę (mamy przecież np. spotkanie z Kobietą z Klockiem czy też pełne perwersji pierwsze doświadczenia erotyczne dziewczyny), to jednak im dalej – tym gorzej. Monotonny bełkot o spotkaniach z Leo, Jaquesem, Jednookim Jacku, Bobbym i BOBie, bez myśli przewodniej, bez niczego, co by wciągało i zachęcało do przeczytania kolejnego wpisu. Ciężko się to czyta. Ja wiem, to ma być pamiętnik, pamiętniki siłą rzeczy nie mają głównego wątku ani samodzielnej fabuły, jednak Jennifer Lynch z tym realizmem formuły pamiętnikowej znacząco przesadziła. Można było rozegrać to inaczej, a w tej postaci “Sekretny Dziennik Laury Palmer” nie jest niczym innym aniżeli żałosną próbą zbicia dodatkowego grosza na elektryzującej miliony ludzi na całym świecie nazwie “Twin Peaks”. A ja sie na to nabralem… No coz, pewnie nie ja jeden.

 

124. Star Trek: The Next Generation – pierwsze wrażenie 23 czerwiec 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 11:23 am

Długo zwlekałem z napisaniem tej recenzji. Długo, bo chciałem dać TNG szansę. Nie chciałem zbesztać tego serialu po 2-3 odcinach, czekałem do 10. Kiedy jednak nie było nic lepiej, czekałem dalej. I dalej. I dalej. Aż w końcu dotarłem do końca sezonu i mogę już rzec – doznałem zawodu. TNG niewiele wspólnego ma z cudownym serialem, który z fascynacją ogladałem w dzieciństwie. No, ale po kolei…

Jeżeli chodzi o historie z poszczególnych odcinków… hmm… powiem może tak: TOSowi wybaczałem wiele rzeczy. Lata 60-te, naiwna (z dzisiejszego punktu widzenia) wizja przyszłości, ubogie środki techniczne nie pozwalające przedstawić kosmitów inaczej aniżeli humanoidów, nie do końca przemyślane sprawy naukowo-techniczne itd. Oglądając TOSa, na przemian śmiałem się z tego, co widziałem, albo też i klnąłem w cholerę scenarzystów, wybaczając im jednak co bardziej dziwaczne pomysły i bacząc na datę powstania serialu. Jednocześnie cały czas liczyłem na to, że TNG będzie serialem pod względem poprawności naukowej dużo lepiej przemyślanym. Zacytować tu niestety muszę Johna Locke’a (tego nawiedzonego łysola z Lost, a nie tego od tabula rasa): I WAS WRONG. TNG wygląda nieco lepiej wizualnie, pojawiło się kilka fajnych pomysłów (android na pokładzie, holodek, odczepiany spodek), ale w zasadzie poza tym serial niewiele różni się od TOSa. Właściwie to jest jeszcze gorszy. Poszczególne historie mało że wyssane z palca i bezsensowne, to jeszcze na dodatek nudniejsze aniżeli w TOSie. Niewiele zapada w pamięć, ale może to i dobrze. Lepiej nie pamiętać o cudownej planecie-utopii na której żyją obcy (nie różniący się jak zwykle nawet pieprzykiem na czole od ludzi), którzy wprowadzili sobie regułę: “za każde, nawet najdrobniejsze przewinienie dajemy karę śmierci”. Albo o jakichś “kosmitach”, czyli murzynach w spódniczkach jakby żywcem wyjętych z buszu, którzy wynaleźli cudowny lek na jakieś choróbsko. Żenada, żenada i jeszcze raz żenada. Za historie TNG ma u mnie ogromnego minusa, a za wiarygodność naukową – przekreślony jest już chyba raz na zawsze.

Także i postacie nie wyglądają imponująco. Porównując postacie z jednego i drugiego serialu, widzimy sporą przewagę TOSa nad TNG. O ile w pojedynku Kirk vs Picard mamy remis (no, z nieznacznym wskazaniem na Pickarda), to wszystkie pozostałe postacie z TNG zupełnie wymiękają przy swoich TOSowych odpowiednikach. Takiego np. Spocka podzielono na trzy postacie – jako obcy na pokładzie spock został zastąpiony przez Worfa, który poza tym, że jest i wygląda nader oryginalnie, raczej niewiele wnosi do serialu. Prawą ręką kapitana jest niejaki Riker, który ze swoim lubieżnym uśmieszkiem idealnie nadawałby się do grania Sawyera w Lostach aniżeli kompetentnego zastępcy kapitana statku kosmicznego. No i wreszcie następcą Spocka w roli skrajnie logicznego i pozbawionego głębszych uczuć jest Data, który jako jedyny z tej trójki ma w sobie jakiś tam potencjał do wykorzystania, aczkolwiek wciąż jeszcze niezbyt intensywnie eksploatowany. Idąc dalej: dr Crusher vs dr McCoy… bez komentarza. Jeżeli chodzi o La Forge’a i Wesleya (odgrywającymi mniej więcej taką samą rolę jak Sulu i Checkov w TOSie), to wnoszą do serialu równie niewiele co ich poprzednicy, ale mimo wszystko i tak zdają się być gorzej napisanymi (i zagranymi) postaciami. Mój ulubiony Scotty jako szef maszynowni nie ma swojego odpowiednika, ale można na upartego porównać go z postaciami TNG nie mającymi z kolei odpowiednika w TOSie – Deanną Troy i Natashą Yar. I o ile Deanna zarówno samym pomysłem, jak i nietypową urodą, ma coś do zaoferowania widzowi (no, ale gdzie tam jej do charyzmy Scotty’ego), to Natasha jako główny pokładowy babochłop jest totalną porażką i cieszę się, że scenarzyści pod koniec sezonu pozbyli się jej.

“Star Trek: The Next Generation” jest dla mnie (przynajmniej w pierwszym sezonie) kompletną porażką. Z 25 obejrzanych przeze mnie epizodów, nie było ani jednego, o którym mógłbym z czystym sumieniem powiedzieć, że był dobry (najbliżej tego był dwugodzinny pilot, który byłby nawet dobry gdyby nie irytujący Q i jego wieczne przebieranki). Kilka było odcinków które dało się obejrzeć bez ziewania i pokusy przewinięcia kilku minut albo nawet darowania sobie całego odcinka, jednak – co jest dla mnie dużą niespodzianką – przy TOSie serial “The Next Generation” wygląda jak nieudolny spin-off. A szkoda, bo liczyłem na wiele, wiele więcej. Pierwszy sezon przyznaję – bardziej przemęczyłem aniżeli obejrzałem z przyjemnością, a za drugi wezmę się z dużą dawką rezerwy i chyba odczekam troszkę…

Post Scriptum: Obejrzałem jednak pierwszy odcinek drugiego sezonu – drobne zmiany w obsadzie zrobiły serialowi dobrze, a dzięki brodzie Riker nie irytuje już swoim wyrazem twarzy lubieżnego erotomana. Także i sama fabuła tego odcinka daje nadzieję na to, że może jednak TNG nie jest aż tak złym serialem, jak wydawało się po pierwszym sezonie.

 

123. X-Files sezon 2 7 czerwiec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 6:11 am

No i jestem już po drugim sezonie X-Files. Druga seria jest najdłuższa ze wszystkich – liczy bowiem 25 odcinków i wydaje się być bardziej dojrzalsza i przemyślana od pierwszej. Poziom poszczególnych odcinków jest generalnie dużo lepszy niż w poprzednim sezonie. Wiele jest odcinków bardzo dobrych, kilka rewelacyjnych, chociaż zdarzają się też od czasu do czasu odcinki badziewne (szczególnie pod koniec sezonu). Zanim zacznę jednak dokładnie omawiać dokładnie co i jak, ostrzegam przed spoilerami.

Już pierwsze dwa epizody zwiastują dobry sezon, o niebo lepszy niż pierwszy. Najpierw rewelacyjny “Little Green Men”, który wywołuje refleksję czy aby zamknięcie “Archiwum X” nie było paradoksalnie znakomitym pomysłem na kontynuację serialu (niestety, Archiwum X zostało później reaktywowane i od tego momentu poziom sezonu nieznacznie spada). Drugi odcinek to “The Host” o skrzyżowaniu człowieka i robala, który pamiętam jeszcze z czasów TVP2 i który, pomimo rzucającemu się w oczy idiotyzmowi pomysłu, wciąż jeszcze wywołuje u mnie spore emocje. Potem jest ciut słabiej, mamy kilka mniej interesujących odcinków, ale szybko zostaje to zrekompensowane przez pojawienie się niejakiego Duanne’a Barry’ego, co rozpoczyna dość długi wątek związany z porwaniem Scully przez UFO (który ma zresztą o ile dobrze pamiętam znaczące reperkusje w dalszych sezonach). Po powrocie Scully mamy kilka jednoodcinkowych historyjek (raczej dobrych) i wchodzimy w podwójny odcinek – “Colony” i “End Game”. Jakby ktoś nie pamiętał – powraca siostra Muldera (ale czy to na pewno ona?) i jest ścigana przez tajemniczego zmiennokształtnego zabójcę, mordującego zielonokrwiste klony. Wiem, debilnie brzmi, ale kto oglądał wie, że wcale tak naiwnie to nie wygląda jak brzmi. Po zakończeniu tego wątku poziom, niestety, zaczyna ostro siadać – dostajemy same jednoodcinkowce, na przemian słabe i przeciętne. Dopiero ostatni odcinek – “Anasazi” opowiadający o dalszych zmaganiach Muldera w szukaniu dowodów istnienia pozaziemskich cywilizacji i knowaniach Palacza próbującego za wszelką cenę Muldera powstrzymać zamyka sezon w godny sposób, a przy tym kończy się naprawdę ostrym cliffhangerem z wybuchającym podziemnym wagonem kolejowym, w którym siedzi Mulder.

Jeszcze krótka refleksja na temat odcinków zamkniętych (czyli tych, które nie wynikają z poprzednich odcinków i nie mają żadnego wpływu na epizody następne). Generalnie nie lubię seriali składających się z “jednoodcinkowców”, czyli takich, w których każdy odcinek opowiada inną historię, nie powiązaną z pozostałymi. Pół biedy jeśli serial jest w miarę krótki (jak np. “Robin of Sherwood”), ale ciągnięcie tego typu serial przez 5 czy 7 serii jest dla mnie niezrozumiałe. Właśnie dzięki swojemu “jednoodcinkowemu” charakterowi coraz bardziej nudzi mnie Star Trek, odpuściłem sobie może i ciekawy “Numb3rs” (z żalem, bo wszak z wykształcenia i z zawodu jestem matematykiem i lubię to, co robię) nie biorę się też za “Kryminalne Zagadki Los Angeles” ani innego tego typu seriale. Są one dobre kiedy człowiek przyjdzie z pracy, usiądzie nad schabowym z ziemniakami i włączy TV, a tam leci sobie taki właśnie “McGyver” czy “Nieustraszony”. Obejrzy, spodoba się (albo nie) i zapomni. Natomiast tego typu seriale IMO absolutnie nie nadają się do regularnego oglądania np. na komputerze w partiach po kilka odcinków naraz, one po prostu nie wciągają, bo nie mają czym wciągać.

X-Files jest, na szczęście, serialem mieszanym – składa się zarówno z wątku ciągnącego się przez cały serial, jak i odcinków zupełnie od tego wątku oderwanych – takie “monster of the week”. Niektóre z “jednowątkowców” są dobre, jednak mnie bardziej fascynują te odcinki, które tworzą historię będącą właściwym serialem “X-Files”. Historię ewoluującą z sezonu na sezon, w której co kilka odcinków poznajemy kilka nowych szczegółów i która wciąż wydaje się być pełna zmętnień, niedomówień i wątków, które czekają na rozwiązanie. I właśnie to mnie trzyma przy tym serialu. Chciałbym zaznaczyć, że ok. 1/3 odcinków w tym sezonie jest głęboko powiązana z głównym wątkiem – i wszystkie bez wyjątku są dobre. Z całej reszty odcinków może 2-3 warte są obejrzenia, jednakże – podkreślam – i tak poziom generalnie jest lepszy niż w pierwszym sezonie. Szczególnie, że tak krytykowana przeze mnie schematyczność poszczególnych odcinków została jakby nieco zatarta, dzięki czemu nie ma się wrażenia że znów ogląda się ten sam odcinek, tylko w innej scenerii.

Podsumowując – moja niezbyt przychyla recenzja pierwszego sezonu mogła tego czy owego zniechęcić do zrobienia sobie powtórki z serialu. Zapewniam zatem, że drugi sezon jest wyraźnie lepszy od pierwszego. Zarówno wątki “jednoodcinkowe”, jak i rozwój głównego wątku serialu ogląda się dość przyjemnie. Zdarza się kilka wpadek, ale jednak poziom szybuje wyraźnie w górę. I miejmy nadzieję, że ta tendencja będzie się utrzymywała w kolejnych sezonach.

No i jeszcze taka osobista refleksja – chyba już wszystko, co obejrzałem swojego czasu w TV i co byłem w stanie sobie przypomniec, widziałem w pierwszych dwóch sezonach. Pamiętałem m.in. halucynogenne grzybki w domu starców, gwałtownie starzejących się Muldera i Scully na pokładzie statku-widma, żołnierzy którzy nie śpią od 20 lat i kilka innych rzeczy czy człowieka-robala; wszystkie te rzeczy – ku mojemu zdziwieniu – zawarte były w pierwszych dwóch sezonach. W zasadzie z rzeczy, które pamiętam, a których nie obejrzałem ponownie, zostało mi już tylko to, jak agent Krycek ścigał Muldera (czy coś takiego) i na koniec obciął sobie rękę (albo ktoś mu ją odciął?). Przede mną zatem nowe sezony, których już nie znam i nie pamiętam z TV. Serial zatem stanie się podwójnie ekstytujący, bo oprócz szybującego w górę poziomu mam też do czynienia z powiemem świeżości. I na pewno podzielę się z wami relacją z kolejnych sezonów.

 

122. Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki 1 czerwiec 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film — R-Chee @ 4:39 pm

Witajcie serdecznie. Na wstępie chciałbym podkreślić, że ów wpis to nie przypadek. Tak się akurat złożyło, że całkiem niedawno miałem okazję zapoznać się z najnowszą odsłoną przygód Indiany Jonesa, a gdy Haes się o tym dowiedział, wyszedł z propozycją, abym napisał recenzję filmu w czasie gdy on przygotuje wpis na temat starej trylogii. Jak widzę, HaeS się ze swojego zadania wywiązał, nie mogę być zatem gorszy.

Zacznijmy może od początku. Pomysł na to, by po raz czwarty przenieść przygody awanturniczego archeologa na duży ekran zrodził się stosunkowo dawno temu, bo już 4 lata po premierze Ostatniej Krucjaty. Jednak scenariusz przygotowywany przez Georga Lucasa długo nie uzyskiwał aprobaty w oczach duetu Spielberg – Ford. I w sumie nie bardzo jest się czemu dziwić, ale nie uprzedzajmy faktów. W końcu po 15 latach mniej lub bardziej intensywnych przygotowywań, 22 maja swoją premierę miała długo wyczekiwana przez fanów czwarta część przygód Indiego. Przybyłem, zobaczyłem i… targają mną skrajne odczucia, od zachwytu po lekki zawód.

Mając wciąż w pamięci doskonałą trylogię (powtarzam: TRYLOGIĘ, a nie te teorie o dylogii + 1 HaeSa) muszę z żalem przyznać, że jest to w moim odczuciu część najsłabsza, jednak odstająca od swych poprzedniczek w niewielkim stopniu. Początek filmu to prawdziwy majstersztyk. Akcja ma miejsce w 1957 roku, czyli mniej więcej 20 lat po wydarzeniach ukazanych w trzech poprzednich filmach. Świetne zrealizowane sceny z magazynu (w tym kilka ciekawych nawiązań do poprzednich części), pościg zakończony w bibliotece, w końcu motyw z tajemniczym miasteczkiem i niemalże kultową już lodówką (chyba najlepsza scena w całym filmie) mocno zawyżyły na całościowym odbiorze filmu. Między te sceny sprawnie wpleciono informacje dotyczące losów postaci znanych z poprzednich części, w tym także samego Indiany. Mamy wzmianki dotyczące jego działalności w czasie i po II wojnie światowej, rozwoju profesorskiej kariery oraz, nie do końca udanego, życia towarzyskiego.

Drugą połowę filmu mógłbym określić jako wielkie, soczyste jabłuszko, z tłuściutkim robaczkiem w środku. Z żalem muszę stwierdzić, że główny wątek (który uwypukla się właśnie w drugiej części obrazu) to zdecydowanie najsłabsze ogniwo całej produkcji. W moim przekonaniu, wszystko co bezpośrednio wiązało się z ów tytułową Kryształową Czaszką było przesadnie naciągane, nawet jak na Indianę, w którym przecież przywykliśmy do dziwacznych zjawisk, takich jak duchy, nieśmiertelni rycerze itp. Ktoś powie, że się czepiam, ale scena z wodospadem (motyw z gałęzią i to że wszyscy jakoś przeżyli potrójny skok jeszcze mogę przyjąć, ale jak to do cholery możliwe, że coś co powinno zachowywać się w wodzie jak kamień, zachowuje się jak ponton?!?!), scena a la Tarzan (zbyt ociekająca efektami komputerowymi, co w moim odczuciu w Indym jest niedopuszczalne) i w końcu końcowa scena, bardziej przypominająca zakończenie kinowej wersji X-Files niż poprzednich części Indiany Jonesa sprawiły, że film nie do końca spełnił moje oczekiwania. Niestety.

Słów kilka także o obsadzie. Niezbyt fortunne w moim odczuciu okazały się próby zamiany starych, dobrych postaci, nowymi odpowiednikami. Zmieniający fronty niczym rękawiczki (czasem zupełnie w nielogiczny sposób) Mac, odgrywany przez Raya Winstone’a, to postać niezbyt wiele wnosząca do fabuły, choć nawet zabawnie wypadły te nieliczne rozmowy z Jonesem. Podobnie, a może nawet jeszcze gorzej, wyglądała sprawa z Oxley’em. Wciśnięty nieco jakby na siłę profesor był postacią, bez której spokojnie można by było się w filmie obejść. A szkoda, bo odgrywający go John Hart to przecież pierwszy nosiciel Obcego w historii kina (tak, to właśnie on był ofiarą pamiętnej sceny z Nostromo). Ciekawiej wypadła Cate Blanchet. Galadriela z Władcy Pierścieni, grająca w Indianie czarny (a raczej czerwono-komunistyczny) charakter była całkiem niezła, acz irytował nieco jej nie do końca naturalny akcent.

Ale dość o wadach, bo jeszcze ktoś stwierdzi, że to recenzja skrajnie krytyczna. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Shia LeBeouf. Mut był postacią wnoszącą pewien rodzaj świeżości do serii. Był postacią ciekawą, zabawną i co najważniejsze, nie przysłaniającą głównego bohatera. Bardzo fajnym nawiązaniem do poprzednich części było wprowadzenie do fabuły Marion, znanej z Poszukiwaczy zaginionej Arki. Odtwarzająca ją Karen Allen zachowała swój urok, któremu nawet Indiana Jones nie był w stanie się oprzeć (swoją drogą, dowiemy się bardzo wiele ciekawych rzeczy dotyczących tej pary). Jest w końcu stary, dobry Harison Ford, któremu przemijający czas nie przeszkodził zbytnio w kolejnym wcieleniu się w postać awanturniczego archeologa. Powiem więcej, upływający czas dodał Indiemu swoistego uroku i sprawił, że ów postać stała się bardziej autentyczna (czego nie można powiedzieć na przykład o takim Bondzie).

Zachowano towarzyszący starej trylogii klimat czyli wszelakie pościgi (w których jak zwykle brały udział samochody tworzące wojskowy kordon), mordobicia (Indy nadal w formie), wszędzie walające się trupy, dziwaczne maszyny, pułapki, robactwo i kultowa czerwona linia ukazująca przebytą przez bohaterów drogę. Są także charakterystyczne dla Indiego motywy muzyczne i poczucie humoru. Szczególnie do gustu przypadły mi motywy z biblioteki, z miasteczka testowego (“No bo po co niby mielibyście mnie ze sobą zabierać”), scena “oczyszczania” Indiego czy w końcu akcja z wężem, w moim odczuciu – najzabawniejsza. Nie zapomniano oczywiście o złych żołnierzach; nazistów zastąpili jednak komuniści. Bez obaw. Główne “zadania” ruskich, podobnie jak ich niemieckich odpowiedników przed laty, ograniczały się do roli mięsa armatniego. Co to się z nimi nie działo. Byli miażdżeni, paleni żywcem, zjadani, zrzucani ze skał, rozrywani na kawałki itp, itd. To wszystko razem wzięte, a także nawiązania do poprzednich części i w końcu sam Indiana Jones, który zachował wszystkie swe najlepsze cechy z przed lat, sprawiło że łezka się w oku zakręciła w nostalgii.

Podsumowując, pomimo widocznych mankamentów, takich jak wspomniany wcześniej główny wątek filmu, scena z wodospadem i nie do końca udane wprowadzenie nowych postaci, film jest dobry i ogląda się go z przyjemnością. W skali od 1 do 10 dzieło Spielberga zasłużyło na solidną siódemkę, może nawet lekko naciąganą ósemkę. Film rewelacyjny nie jest, ale jeśli zapomnimy o realizmie, przymkniemy oko na niektóre dziwaczne pomysły scenarzystów i puścimy wodzę fantazji, nastawiając się na bardzo dobry, acz lekki film przygodowy, to z kina na pewno wyjdziemy usatysfakcjonowani.

 

121. Indiana Jones – klasyczna trylogia 1 czerwiec 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film — HaeS @ 9:15 am

W oczekiwaniu na IV część Indiany Jonesa (nie mam fizycznej możliwości udania się d kina, a CAM-ripami się brzydzę, więc poczekam jeszcze trochę na okazję do obejrzenia tego filmu) postanowiłem odświeżyć sobie pierwsze trzy części przygód najsławniejszego archeologa świata.

Głupio mi jakoś pisać recenzję tego cyklu. Głupio, bo w sumie po co mam to pisać? Przybliżanie tej serii jest chyba bezcelowe, bo nie ma, jak się wydaje, osoby, która nie zna Indiany Jonesa i nie widziała chociaż jednego filmu z jego udziałem (chociaż wszystko jest możliwe… ja np. wciąż jeszcze nie widziałem “Jak rozpętałem II wojnę światową”). Postanowiłem jednak, że recenzję napiszę. Z trzech powodów – aby oddać hołd tej genialnej serii, aby podzielić się z innymi moimi odczuciami co do filmów no i żeby przygotować tych, co nie chce im się powtarzać starych części do obejrzenia najnowszego filmu z Indianą, którego recenzję lada dzień opublikuje R-Chee.

Pierwszym filmem traktującym o najsławniejszym archeologu świata było dzieło pt. “Poszukiwacze Zaginionej Arki”. Akcja, przygoda, piękna kobieta, humor, strzelaniny, pościgi, wybuchy, dramaturgię, a nawet odrobinkę horroru – wszystko w tym filmie mamy w idealnie wyważonych proporcjach. Harrison Ford w roli inteligentnego zawadiaki wymiata, ale świetnie sprawdzają się też inni aktorzy. Obok zapadających w pamięć Johna Rhyesa-Daviesa, Denholma Elliota i postaci grających adwersarzy naszego Indiego, ogromne wrażenie robi Karen Allen w roli Marion Ravenwood. Przyznać trzeba, że ta para to jeden z najbardziej dopasowanych duetów w historii kina. Pewna siebie (na granicy bezczelności), sfeminizowana, paląca, popijająca i klnąca Marion jak nikt inny pasuje do Henry’ego “Indiany” Jonesa, no a poza tym wprowadza do filmu akcent humorystyczny.

Nadmienić oczywiście trzeba, że te znakomite postacie to po części zasługa aktorów, po części – scenarzystów, którzy w pełni stanęli na wysokości zadania. Zresztą stworzyli nie tylko świetne postacie, ale też znakomitą historię, od której nie sposób się oderwać. A Spielberg postawił kropkę nad “i”, nadając całości znaną nam już dynamikę. Sporo postarali się kostiumolodzy, scenografowie, no i oczywiście kompozytor John Williams, który oprócz głównego motywu, stworzył wiele innych utworów, zawsze idealnie dopasowanych do akcji. Jedyne zastrzeżenia miałbym do speców od efektów specjalnych, ale nie zapominajmy, że film pochodzi z 1981 i ze współczesnymi produkcjami porównywać go nie możemy.

Pierwszy film z serii Indiana Jones to genialne dzieło, rzekłbym wręcz: arcydzieło. Od pierwszej do ostatniej minuty. Mógłbym nawet rzec: film idealny, gdyby nie to, że wtłoczono mi do głowy, że ideały nie istnieją. Nie mam mu praktycznie nic do zarzucenia (czepiać można się co najwyżej drobnych przegięć i niezgodności z historycznymi faktami… ale kogo to obchodzi?). Uwielbiam ten film, wracam do niego od czasu do czasu i zawsze daje mi tyle samo radości.

Dlatego też zabolało mnie niemiłosiernie to, co zrobiono w prequelu (nakręconym w 1984, ale akcja dzieje się rok wcześniej w stosunku do “Poszukiwaczy…”), zatytułowanym “Indiana Jones i Świątynia Zagłady”. Już pierwszych kilkanaście minut (rozpierducha w chińskiej restauracji i na ulicach Szanghaju) sugeruje nam z czym będziemy mieli do czynienia. “Świątynia Zagłady” jest filmem wyraźnie lżejszym, mniej bawiącym się w jakąś metafizyczną paplaninę o Bogu i nieśmiertelności, a bardziej nastawionym na akcenty humorystyczne i soczystą akcję od pierwszej (i trzeciej też) części. Efekt ten osiągnięto przez dokoptowanie do postaci Indiany postaci wrzaskliwej i panikującej piosenkarki Willie oraz 10-letniego chińskiego chłopca, którzy we trójkę stawiają czoło okrutnemu kultowi wyznawanemu gdzieś w Indiach.

Nie mogę rzec, abym na “Świątyni Zagłady” się nudził. Wręcz przeciwnie – oglądało się świetnie, a sceny takie jak pościg na wagonikach czy walka na wiszącym moście są bardzo fajne, widowiskowe i dynamiczne. W ogóle film naładowany jest soczystą akcją, dużo się dzieje i ogląda się jednym tchem, jednak jest kilka rzeczy których nie idzie przemilczeć.

Wrzeszcząca przy każdej sposobności Willie i cwaniakujący gówniarz denerwują i odpychają od filmu. Sceny z założenia humorystyczne wywołują u widza uśmieszek, ale jest to uśmieszek zażenowania. Poza tym nie mogę pozbyć się wrażenia, że tworząc film producenci postanowili znacząco obniżyć wiek grupy docelowej widzów no i wyszło jak wyszło. Wydaje się, że po wycięciu kilku scen (np. wyrywania serca) można puszczać film w niedzielę o 12:00 w ramach kina familijnego. Ot, taka nieszkodliwa przygodówka, jakich wiele. Może i fajna, ale daleko jej do maestrii “Poszukiwaczy Zaginionej Arki”.

Właściwie to “Świątyni Zagłady” nie czepiałbym się w ogóle gdyby nie to, że tworząc ten film scenarzyści popełnili jeden drobny błąd: główną postać ubrali w kapelusz, dali jej bicz, nazwali Indiana Jones i kazali ją grać Harrisonowi Fordowi. Film pod względem klimatu i kilku innych rzeczy odstaje od pierwszej (i trzeciej zresztą też) części tak mocno, że zastanawiam się czy decyzja o uczynieniu głównego bohatera Indianą Jonesem nie została podjęta w ostatniej chwili. Indy z drugiej części wykazuje bowiem spore odchyły charakterologiczno-behawiorystyczne od Indy’ego z następnego i poprzedniego filmu. Ogólnie, gdyby stworzyli innego głównego bohatera, film zapamiętany zostałby jako prostu ciekawy film przygodowy, w nieco innym stylu niż “Poszukiwacze…”, ale i tak dobry. Jednakże robiąc ze “Świątyni…” kontynuację przygód Indiany Jonesa, producenci narazili się na nieuchronne porównanie obu filmów i na konfrontację prequelu z oryginałem. A ta wypada niestety słabiutko dla “Świątyni Zagłady”.

Na szczęście jednak Spielberg i Lucas umieją wyciągać wnioski z pomyłek i przy następnym filmie z serii Indiana Jones – “Indiana Jones i Ostatnia Krucjata”, w którym – przypominam – Indiana poszukuje zaginionego Graala, zaprezentowali nam sequel z prawdziwego zdarzenia. Z jednej strony – wyraźnie nawiązujący do pierwszej części (np. poprzez postacie Marcusa i Sallaha albo wizerunek arki na ścianie w podziemiach weneckiej biblioteki), z drugiej zaś – utrzymany w nieco innym tempie i innym klimacie aniżeli “Poszukiwacze”. Film chyba najmniej przesiąknięty akcją (co wcale nie oznacza, że takowej nie ma, bo jest i to sporo), więcej niż w “Poszukiwaczach” (no i nieporównywalnie więcej niż w “Świątyni Zagłady”) jest scen gadanych, a nawet finał jako jedyny z trzech, które oglądałem, nie polega na wielkiej rozpierdusze (no, może takiej maleńkiej). Sporo mamy miejsc i scen tajemniczych i budujących klimat – dobrym przykładem jest wenecka biblioteka, jeszcze lepszym – świątynia z niewidzialnym mostem no i templariuszem.

Ale oprócz klimatu, mamy też i mnóstwo humoru, a wszystko za sprawą wprowadzenia do świata Indy’ego zupełnie nowej postaci – doktora Henry’ego Jonesa Seniora. W tej roli fenomenalny (jak zawsze) Sean Connery. Film pokazał co to znaczy dobry humor. Nieporadność ojca Indy’ego (zresztą, Marcus Brody też ma swoje 5 minut), w połączeniu z drobnym konfliktem i droczeniem się między dwiema postaciami wywołuje naprawdę świetny, komiczny efekt, przy czym humor jest o niebo wyższej klasy aniżeli w “Świątyni Zagłady”. Śmieszy scena z kominkiem, śmieszy scena z chińską wazą, ale jak dla mnie to wymiata scena z parasolką, stoicki komentarz Henry’ego Seriora i ta konsternacja (połączona z niebywałym podziwem) na twarzy Henry’ego Juniora (czyli Indiany).

Śmiało można zatem rzec, że “Ostatnia Krucjata” jest bardzo dobrym filmem, być może ciut gorszym od “Poszukiwaczy”, ale i tak niewiele jest rzeczy, które można jej zarzucić.

Nie będę teraz bawił się w polecanie/nie polecanie filmów, bo każdy chyba oglądał i ma na ten temat jakieś zdanie. Jak dla mnie – stara trylogia (tak, tak – włącznie z nieszczęsną drugą częscią) to pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego fana filmów przygodowych.