Po chyba pięciu (a może i sześciu) latach dobrnąłem w końcu do ostatniego tomu “Mrocznej Wieży”. Czytałem to nietypowo. Oczywiście we właściwej kolejności, ale z długimi przerwami, narzuconymi po części przez cykl wydawniczy, po częśći przez moje szczupłe finanse (staram się kupować książki, a nie wypożyczać!), a także przez brak fizycznej możliwości kupna kolejnych tomów czy długą kolejkę pozycji do przeczytania. Wskutek wielu okoliczności ostatni tom trzymałem w rękach po raz pierwszy w życiu mniej więcej dwa lata po przeczytaniu przedostatniego. Jako że niewiele pamiętałem, postanowiłem zaszaleć (a co!) i przed lekturą “Mrocznej Wieży VII” jeszcze raz przebrnąć przez pierwsze sześć tomów.
A właśnie, tak sobie piszę i piszę jakby wszyscy wiedzieli czym “Dark Tower” jest. A przecież nie każdy musi wiedzieć. Cykl powieściowy Stephena (swoją drogą imię “Stephen” jest dla mnie jakieś takie dziwne; z dwóch wersji tego imienia jakoś bardziej mi pasi “Steven”) Kinga składa się z 7 tomów. Tomy czytać należy zdecydowanie w kolejności narzucej przez autora; czytanie na wyrywki bądź przeskakiwanie tomów jest zdecydowanie niewskazane. Można zatem “Mroczną Wieże” potraktować jako jedną długą powieść. Nie do końca byłoby to jednak takie podejście jest słuszne. Każdy tom oprócz tego, że ma swój własny klimat, posiada własny wątek (wraz z rozgrywającym się gdzieś tam w tle wątkiem głównym) oraz własną strukturę (tomy dzielone są na różnie – na rozdziały, pieśni, części o różnej długości); oprócz tego generalnie przy każdej książce zmienia się miejsce akcji i (częściowo) bohaterowie. Zatem każdy tom tworzy pewną oddzielną całość i może być nazwany osobną powieścią z zastrzezeniem jednak, ze – jak pisalem – ze wzgledu na obecnosc glownego watku, nalezaloby czytac je po kolei.

Świat Mrocznej Wiezy jest dziwny i niezrozumialy. Miesza sie w nim wiele watkow, wiele koncepcji i wiele motywow, ktore przewijaja sie przez wspolczesny film i literature. Przypomina zatem “Mroczna Wieza” nieco western, chociazby poprzez postac glownego bohatera, jego miejsce pochodzenia, jego mlodosc i jego swietna umiejetnosc poslugiwania sie rewolwerami. Ale jednoczesnie w “Mrocznej WIezy” jest sporo elementow science-fiction, bo co rusz napotykamy slady jakiejs dawno upadlej cywilizacji, po ktorej wciaz pozostaly dzialajace maszyny. Trafne byloby zaklasyfikowanie cyklu jako fantastykę, bo sporo jest tu nierealnych rzeczy, takich jak przechodzenie między światami, cofanie się w czasie, magiczne kule, a nawet najprawdziwsza w świecie czarownica. Jest też coś z horroru (ach, te demony i gigantyczne pająki wysysające wnętrzności!), coś z sensacji, a jeden z tomów mocno zalatuje romansem. Słowem – dla każdego coś miłego. Istnie postmodernistyczna mieszanka.
Głównym bohaterem jest Roland – człowiek, mieniący się ostatnim rewolwerowcem, przemierzający ten dziwny i niezrozumiały świat w poszukiwaniu Mrocznej Wieży. Na początku (i w zasadzie to prawie do samego końca) nie wiemy czym jest ta wieża, dlaczego on jej szuka i co go czeka w środku. Dzięki niezrozumiałym wyrokom przeznaczenia, Roland może przejść od czasu do czasu do naszego świata i nieco w nim zamieszać, podobnie jak niektóre osoby z naszego świata trafić mogą (i trafiają) do świata Rolanda. Z czasem przybysze dołączają do Rolanda i krystalizuje się drużyna… zaiste dziwna drużyna, ale jednak drużyna, która wraz z głównym bohaterem uparcie podążą poszukując Mrocznej Wieży. Czy dotrą do niej?
Tych, ktorzy czytali, zaskoczę wszystkich ostro kiedy napiszę, że najlepszym tomem dla mnie był pierwszy – “Roland”. Jako że kolekcjonowałem wydanie ze “Świata KsiążkI”, nie miałem do czynienia z nowym, ulepszonym Rolandem 2003 (którego czytali ci, którzy korzystali z wydania “Albatrosa”), tylko ze starą wersją sprzed trzydziestu lat. A i tak podobał mi się najbardziej. Utwór oszczędny w środkach, ale pomysłowy. Klimatyczny. Refleksyjny. Zaskakuje już pierwszy rozdział – jak później ujał to King, pisany “od tyłu”, posiadający retrospekcje, retrospekcje od retropekcji i retrospekcje od retrospekcji od retrospekcji. Ogólnie pierwszy rozdział sam w sobie stanowi ciekawe opowiadanie, można je sobie poczytać bez szczegółowego wgłębiania się w zawartość reszty “Rolanda”, o pozostałych siedmiu tomach nie wspominając. King w “Rolandzie” stworzył fascynujący świat, który potem – i mówię to z żalem – konsekwetnie rozmienia na drobne, niszcząc wspaniałość i prostotę pierwszego tomu Mrocznej Wieży. Dodać muszę, że w starym “Rolandzie” pewne fakty nie do końca zgadzają się z tym, z czym zetkniemy się w reszcie ksiązek. Dopiero w nowej, poprawionej wersji z 2003 King dopasował “Rolanda” do reszty cyklu.
Dwa kolejny tomy – “Powołanie Trójki” i “Ziemie Jałowe” też dają radę. King zaczyna co prawda zakręcać w charakterystyczny dla siebie sposób akcję, zmienia się też i jego styl narracji na bardziej żywy i dynamiczny, ale też bardziej rozwlekły. Okazuje się zatem, że np. 2-3 strony przeznaczone są na mętny opis przeżyć psychicznych bohatera, z którego nic nie wynika. Ot, cały King. Pomimo tego – akcja rusza ostro do przodu, dużo się dzieje, sporo się dowiadujemy i na pewno jest ciekawie.

“Czarnoksiężnik i Kryształ”, najgrubszy ze wszystkich tomów, to baśń. Długa, piękna baśń o młodości Rolanda. Dodać muszę (wszak to żadna tajemnica, a kto czytał “Rolanda” już o tym wie), że baśń bez happy endu. Część ta przez wielu uważana jest za najlepszą część cyklu. Postać Rolanda nabiera w niej z jednej strony (nareszcie!) człowieczeństwa, z drugiej jednak – dramatyzmu i tragiczności. Tom na pewno udany, poza żałosnym zakończeniem z butami i czarnoksiężnikiem z Oz, nad którym jeszcze się później nieco poznęcam.
“Wilki z Calla” to ostatni “normalny” tom zanim wydarzenia nabiorą niesamowitego pędu i zrobi się chaos. Na razie jesteśmy w Calla, gdzie bohaterowie spotykają ludzi udręczonych wizytami tytułowych Wilków. Zatrzymują się w swojej drodze do wieży i postanawiają się ich raz na zawsze pozbyć. Tom dobry i ciekawy, zaskakujący, nasycony pełnokrwistą akcją.
I tu się kończy to, co w “Mrocznej Wieży” najpiękniejsze. Zupełną porażką jest bowiem dla mnie tom szósty – “Pieśń Susannah”. Pomijam już drobny szczegół, że wszystko dzieje się nie w świecie Rolanda, ale w “naszym” świecie. Pomijam to, ze pada dzięki temu klimat. Pomijam to, że tworzy się nieco chaosu i zamieszania przez te wszystkie podróże w czasie, rozdrobnienie grupy na kilka częśći wykonujących różne zadania i kilka innych szczegółów. Ale pominąć nie mogę faktu, że ta książka jest normalnie nudna jak flaki z olejem. Ale niestety, trzeba czytać wszystko i po kolei, zatem i “Pieśń Susannah” trzeba przemęczyć.
No i w ten sposób dochodzimy do tomu ostatniego. Też nie jest rewelacyjny, niestety. Za długi, zbyt rozwlekły, miejscami nudnawy. Całe szczescie, pod koniec akcja zaczyna przyspieszac, watki sie zamykac, a wszystko zmierza w coraz szybszym tempie do upragnionego finalu, ktory… Powiem tylko tyle, że zakończenie jest niespodziewane, fascynujące, oryginalne i ciekawe, chociaż fanatycy logiki (do których zaliczam się m.in. ja i mr Spock) mogą się tego i owego czepiać. No, ale powiedzmy, że daje radę.
Seria jako całość… na pewno dobra. Wciaga, a to najwazniejsze. Do naszej grupki bohaterow sie przywiazujemy, traktujemy ich jak przyjaciol, zyjemy ich radosciami i smutkami, myslimy o nich nawet wtedy kiedy spokojnie stoja na polce zamknieci miedzy stronnicami ksiazek. Mamy oryginalny swiat, tajemniczy klimat, duzo sie dzieje – to duze plusy. No i jeszcze cos, co ja bardzo cenie – zlozonosc i wielowatkowosc. Wydarzenia z pierwszego tomu maja wplyw na to, co sie dzieje duzo pozniej. Na pewno polecilbym bez wahania, ale nie ma rozy bez kolcow (chociaz z roza to akurat kiepskie porownanie… zaraz sie dowiecie dlaczego).

Seria ma pewną istotną wadę, a mianowicie – wprowadzanie do świata “Mrocznej Wieży” elementów nijak do niego pasujących. Żeby przybliżyć o co mi chodzi, posłużę się wyrafinowanym porównaniem. Wyobraźcie sobie ilustrację do “Władcy Pierścieni”. Elfy, ludzie i krasnoludy siedzący gdzieś tam w lesie w świecie pełnym magii i zaskakujących zjawisk. Pomimo, że ten świat jest wymyślony, czuje się jego prawdziwość. No i teraz do tej ilustracji dodajmy fakt, że po niebie lata różowy słoń, narysowany w komiksowo-kreskówkowej stylistyce. Pasuje ten różowy słoń? Za nic w świecie! Psuje harmonię obrazu, zaburza u obserwatora poczucie realności, wydaje się być sztuczny i na siłę wprowadzony. No i tak samo jest z chorymi pomysłami Kinga, wymyślananymi z czapy, jakby na poczekaniu i bez chwili zastanowienia się nad ich sensowanością wprowadzanymi do powieści. Pomijam już nawiązania w “Mrocznej Wieży” do innych książek tego autora, bo bohaterowie spotykają m.in. Ojca Callahana z “MIasteczka Salem” czy też zrujnowane miasto z “Bastionu”. Takich nawiązań jest nieco więceji tego się nie czepiam – może nawet i fajnie, że autor łączy różne swoje książki w jedną całość, nawet jeśli nie do końca to się trzyma kupy. Ale wspomnieć trzeba o fatalnej końcówce IV tomu, kiedy bohaterowie znajdują nie wiadomo jak i skąd na drodze komplet butów specjalnie dla nich uszykowanych czy spotykają czarnoksiężnika z Oz (koniec końców okazało się, że to nie on, ale i tak niesmak pozostaje). W V tomie główni przeciwnicy używają mieczy jakby z gwiezdnych wojen i rzucają zniczami z napisem “Harry Potter”. Pojawiają się też nawiązania do Spidermana. Wszystko to sprawia, że świat nie tylko traci na realności, ale też wydaje się być pozbawiony sensu i logiki. Doprawdy, panie King – świat “Mrocznej Wieży” sam w sobie już jest tak zamotany (dodajmy – cudownie zamotany i cieszę się z tego, że taki jest) przez podróże w czasie, czarownice, gadające zwierzęta i żyjące cieniem swojej dawnej świetności maszyny, że wszystkie “udoskonalenia” przez Pana wprowadzone wywołują u czytelnika zażenowanie równie mocne, jakie wywołałby różowy Beniamin Blumchen wesoło krzyczący “Tereeeeee!” nad głową Galadrieli.
Jednym z takich “uatrakcyjnień”, a zarazem największym błędem Stephena Kinga było IMO wprowadzenie do serii jako jednego z bohaterów… samego siebie. W “Pieśni Susannah” autor zrobił to jeszcze dość delikatnie i gdyby skończyło tylko na krótkim spotkaniu Kinga z Rolandem, skomentowałbym to jako miły, troszkę ironiczny akcent. Niemniej jednak pod koniec “Pieśni Susannah” nawiązań do postaci Kinga jest dużo więcej, a postać ta stanowi ważne również ogniwo ostatniego tomu, co dla mnie jest już przegięciem. Długo bałem się, że “Mroczna Wieża” skończy się jak “Akademia Pana Kleksa” – Roland trafi do swojej wieży, a tam spotka Kinga, który stworzył i kontroluje jego świat. Na szczęście aż tak źle nie jest. Ale i tak umieszczenie i – co gorsza – konwekwentne prowadzenie swojej postaci, tworzenie z niej klucza do świata Rolanda i uzależnianie losów bohaterów od losu swojego powieściowego alter ego i tak śmierdzi mi na kilometr kiczem.
Inna sprawa to Róża. Boshe, ile można wałkować jedno i to samo? Dla niezaznajomionych z cyklem/nie pamiętających o co chodzi: gdzieś na pustej działce w Nowym Jorku rośnie róża. Nie wiadomo jak i kiedy, bez słowa wyjasnienia, bohaterowie ubzdurali sobie, że ta róża jest najważniejszą rzeczą na świecie, którą trzeba chronić za wszelką cenę i wszystimi dostępnymi środkami. Róża pojawia się głównie w V i VI tomie i jest co rusz wspominana – wciąż ktoś od tej róży chce, wciąż grozi jej jakieś niebezpieczeństwo, wciaż się o niej mówi nawet jeśli po prostu sobie akurat rośnie i nikt nie czycha nad nią z sekatorem. A zdezorientowany czytelnik pyta tylko sam siebie o co z tą różą chodzi, bo mnie się akurat ważna nie wydawała. Wydawała się wkurwiająca i róża, i wszystkie nawiązania do niej.
Pomimo wszystkiego tego, co napisałem powyżej – polecam “Mroczną Wieżę” wszystkim, którzy lubią Kinga. Wszystkim, którzy lubią fantastykę. Wszystkim, którzy lubią długie, wielowątkowe, złożone opowieści. Wszystkim, którzy chcą przeczytać coś ciekawego. “Mroczna Wieża” miejscami nudzi, miejscami zniechęca, miejscami niemal chce się przerwać czytanie i zakończenie przygody z tą książką. Ale odrobinka (a czasem troszkę więcej niż odrobinka) cierpliwości ofiarowana Rolandowi i jego kamratom zwróci się i zaprocentuje. Ja w każdym razie nie żałuję tego, że zacząłem swoją przygodę z tym cyklem i nie żałuję też tego, że dotrwałem do jej końca. Wrecz przeciwnie: cieszę się, że trafiłem (torszkę przypadkiem) na ten cykl i że miałem okazję przejść wraz z Rolandem i jego przyjaciółmi tę jakże długą drogę. I wam życzę równie mocnych wrażeń.
Aaaaaaaaa! Jeszcze coś. Abrams (ten od Lostów) ma to zekranizować. Nie mogę się normalnie doczekac…
Cały King…
Ciekawa i obszerna recenzja. Gratuluje HaeS. Kilka słów ode mnie.
Kiedyś rozmawiałem z kolegom ze studiów na temat twórczości Kinga. Powiedział mi wtedy, że jest książki są w porządku, ale mają dużą wadę. Mianowicie King jest nierówny w końcówkach. Innymi słowy, część swoich książek kończy w sposób fenomenalny, niespotykany i wielce intrygujący, a część w sposób tak żałosny, że płakać się chce. Wtedy nie wiedziałem o co mu chodzi. Dziś już wiem.
Do tej pory przeczytałem 3 jego książki (a właściwie 2 i 2/3) i zakończenie każdej z nich zdaje się potwierdzać to spostrzeżenie.
Konkretnie:
“Carrie” – czytało się świetnie, końcówka wciągająca, zakończenie fantastyczne.
“Uciekinier” – pomysł super, fabuła trzymała się kupy, ilość wątków się poszerzała, jednak… w końcówce i tak nie miały one większego znaczenia, bo zakończenie (nie powiem, całkiem niezłe) skupiło się jedynie na rozwiązaniu najważniejszej kwestii, pozostawiając czytelnika z lekkim niedosytem.
I w końcu “Bezsenność” – która wyjątkowo mnie usypiała. Początek niezły, ciekawe opisy tego “innego świata”, ale w chwili gdy poznawałem jego prawdziwą naturę, coraz bardziej mnie on irytował. Pomijając fakt, że miejscami książka była nudna jak flaki z olejem, moment do którego zmierzało zakończenie był w moim odczuciu tak głupi, że w końcu podarowałem sobie (nie bez ulgi) ostatnią, trzecią część tego dzieła.
A co do postaci Kinga w Mrocznej Wieży, to słyszałem że w wielu swych dziełach lubi wprowadzać niepotrzebne, nic nie wnoszące do fabuły postacie.
Stephena i Steven z tego co wiem, to dwa różne imiona.
A co do planów na przyszłość, to z jego książek najchętniej przeczytał bym sobie “Wielki marsz”.
Pzdr.
Co do Stephena i Stevena – owszem, to są dwa różne imiona, a różnica mniej więcej taka jak między “Bogdanem”, a “Bohdanem”.
Abrams _może_ co najwyżej to zekranizować, a nie _ma_. Wszystki na razie w fazie mglistych planów jest.
hm. jaki sens miałoby istnienie drzwi między światami, jeśli nikt by z nich nie korzystał? ja uważam, że wtręty z naszego świata to zabieg doskonale urealistyczniający świat Rolanda, bo przecież wskazuje na związek przyczynowo-skutkowy między istnieniem przejścia a losami mieszkańców obu systemów rzeczy. to nie byłoby wiarygodne, gdyby tak potężne narzędzie po prostu sobie istniało bez żadnych konsekwencji dla użytkowników. mieszanie się kultury to naturalny proces zachodzący w takich przypadkach. wprowadzenie Kinga do powieści jako postaci ma jak najbardziej słuszne uzasadnienie, jeśli weźmie się pod uwagę jego słowa o tym, że MW jest ukoronowaniem jego twórczości… to nie jest zwykła książka, to nie jest zwykły cykl powieści. dla niego to coś szczególnego. a i symbol róży jest zupełnie na miejscu. to, że powtarza się przez całą sagę świadczy, że jest czymś kluczowym. to tak, jakby narzekać, że w książce jest za dużo o rewolwerach albo o Nowym Jorku… więcej – jakby narzekać, że jest za dużo o Mrocznej Wieży, bo przecież Róża była w pewnym sensie ekwiwalentem samej Wieży – w niej również zawierały się wszystkie światy. tyle na zakończenie – długich dni i przyjemnych nocy.
aaaa, i bym zapomniała – oby nikt nigdy nie skrzywdził tej pięknej serii ekranizacją ;)
Ależ Ithilloth, wydaje się że się nie zrozumieliśmy. Wtręty z naszego świata to znakomity motyw i świetny pomysł. Nie narzekałbym ani troszkę, gdyby bohaterowie spotkali Elvisa, Clarke’a Gabble’a, Michaela Jacksona czy Billa Clintona. Gdyby tak znaleźli się w Cricolandzie, byli w muzeum Madame Tisseau albo też czytali “Starego Człowieka i Morze”. OK, może być. Super. Pasuje. Nawiązania do naszego świata NAPRAWDĘ mi się podobają.
Problem zaczyna się w momencie, kiedy widzę elementy ze świata Harry’ego Pottera, SPidermana czy Star Wars. Rzeczy nierealne, nieistniejące, już z samej swojej definicji bajkowe. Brakuje do kolekcji tylko Kopciuszka, Czerwonego Kapturka oraz Szewczyka Dratewki. Cały realizm (bo było nie było, świat Mrocznej Wieży jest bardzo realistyczny) szlag trafia. Jeszcze zrozumiałe jest to, o ile dane elementy pochodzą z powieści Kinga – mamy wtedy jakby zespolenie świata MW ze światem pozostałych opowieści.
chodzi Ci o różnicę między symbolem istniejącym, a wymyślonym? między twórcą symbolu a jego dziełem? cóż, dla mnie to równorzędne elementy kultury, kształtujące naszą rzeczywistość w takim samym stopniu. dla na przykład takiego pokolenia lat ‘90 (na które zresztą sama się jeszcze załapuję) Elvis i Clark Gable są równie realni – lub nierealni – jak Harry Potter i Spiderman. już poślizgnąłeś się przytaczając do grupy “realnej” “Starego człowieka i morze”, bo jaka jest różnica między książką a książką (mam na myśli HP)? zresztą, wskaż mi granicę między tym, co jest realne, a co nieistniejące, bo dla mnie kończy się ona w tym samym miejscu, co wyobraźnia. bo w pewnym momencie przestaje mieć znaczenie, czy dany bohater kiedykolwiek istniał, lecz dlaczego wpłynął na naszą rzeczywistość. zaś wytykając panu Kingowi nierealność w książce, było nie było, fantastycznej, czynisz rzecz co najmniej dziwną i nieadekwatną do tematu ;P
wybacz, jeśli poczułeś się urażony, ale z Twojej recenzji nie wynika, jaką masz definicję rzeczywistości (i znowu wszystko rozbija się o definicje). :>
Nie poślizgnąłem się. Bohater książki ma prawo czytać “Starego Człowieka i Morze”, bo taka książka naprawdę istnieje. Nie ma za to prawa spotkać Santiago (bo tak miał chyba na imię ów stary człowiek) i z nim rozmawiać, bo w rzeczywistym świecie owego Santiago nie ma.
Jeszcze raz podkreślę: twórca fantasy czy SF ma prawo naginać reguły naszego świata, mieszać różne fakty i wydarzenia, dawać bohaterom szansę spotkania różnych rzeczy, który i my spotykamy. Jednak nie może być tak, że w naszym świecie znicz Harry’ego Pottera jest tylko gadżetem występującym w książce, a bohaterowie Mrocznej Wieży naprawdę go spotykają. W najlepszym wypadku mogą PRZECZYTAĆ o zniczu w książce o Harrym Potterze.
jeśli ma prawo przeczytać “Starego człowieka…” to ma także prawo przeczytać HP, komiksy Marvela, bajkę o Kopciuszku też, zainspirować się nimi i stworzyć, korzystając z dostępnej mu technologii, coś związanego lub wywodzącego się z tych opowieści. przecież to logiczne, że ktoś je wcześniej zbudował, a nie wyczarował na podstawie książki.
“Jednak nie może być tak, że w naszym świecie znicz Harry’ego Pottera jest tylko gadżetem występującym w książce, a bohaterowie Mrocznej Wieży naprawdę go spotykają.”
podaj mi jeden dobry argument, dlaczego?
Hmmm… sugerujesz, że w Rolandowym świecie świetlne miecze i znicze Harry Potter nie pochodzą wprost ze świata Gwiezdnych Wojen i ze szkoły Hogward, tylko zostały wyprodukowane przez ludzi, którzy te dzieła czytali? Jeśli tak, to wszystko OK, chociaż sugestii takiej bezpośrednio w książkach MW chyba nie ma. Aczkolwiek jest to teoria do przyjęcia i ja ją (nieśmiało, przyznaję) przyjmuję z radością stwierdzając, że dzięki Tobie świat Mroczej Wieży stał się dla mnie odrobinkę logiczniejszy…
nie tylko sugeruję, ale myślę, że to jedyna zdolna do przyjęcia opcja – znicz do gry w quidditcha z “kiedyś” Harry’ego Pottera nie miałby chyba tabliczki z napisem “materiał wybuchowy”, a miałby za to parę skrzydełek :)
ja z kolei niezmiernie się cieszę, że moja obsesja na punkcie MW nie zawsze okazuje się zwykłym bzikiem, ale czasem się przydaje… pozdrawiam serdecznie :)
Recenzja bardzo mi się podobała jednak mam zupełne inne odczucie co do “Rolanda”.Mi się ten tom najmniej podobał i czytałam go tylko dlatego że King go napisał.Dla mnie było tam mało Kinga a dużo Grahama Mastertona (chodzi mi głównie o sceny raczej nie miłosne tylko wyuzdanego seksu) Jak narazie kończę “Czarownicę i kryształ” i nie wiem co będzie dalej, ale poprzez “Powołanie Trójki” i “Ziemie jałowe” nabrałam wielkiej sympatii do tego dzieła.Bardzo podoba mi się również Wasza dyskusja chociaż chyba się niestety skończyła. Pozdrawiam:)