112. Polecone: Wyspa Delfinów
Dziś rozpoczynam na swoim blogu cykl, w którym będę omawiał książki, filmy i inne wytwory kultury, o których dowiedziałem się (bądź zostałem do nich zachęcony) dzięki blogom, na które od czasu do czasu zaglądam. W ten sposób w sposób wirtualny zbliżam się do moich kolegów-blogerów, zacieśniam wirtualne więzi, a jednocześnie pokazuję, jak byt w blogosferze przeplata się z prawdziwym życiem i jaki ma na nie wpływ, na mój rozwój intelektualny, a także - być może w przyszłości - towarzyski. Że człek nie bloguje sam dla siebie, ale po to, aby się z kimś czymś podzielić, dać komuś coś z siebie, ale jednocześnie od innych chłonąć cząstki ich osobowości, żyć tym, czym żyją inni. Pan Spock z kamienną twarzą rzekłby w tym miejscu “fascinating!”.
Na pierwszy rzut idzie zatem “Wyspa Delfinów” (powered by Surion)

Recenzja Suriona (po której kupiłem książkę na allegro): Tutaj.
Arthur C. Clarke najbardziej znany jest z cyklu “Odyseja Kosmiczna”. Powstały w sumie cztery tomy. Pierwsze dwa z nich - których akcja dzieje się w roku 2001 oraz 2010 (moje recenzje tu) zostały zekranizowane. Dwa kolejne, których czas akcji umieszczony jest w 2061 i 3001 ekranizacji póki co się nie doczekały. Szczerze mówiąc, nie czytałem jeszcze żadnego z czterech tomów (chociaż pierwsze dwa mam w planach; dwa kolejne też bym chciał przeczytać tyle, że są trudno dostepne); ba - nie czytałem jeszcze niczego Clarke’a i dlatego też nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać.
W jednej rzeczy w Surionem się zgadzam: Clarke niestety nie błyszczy stylem. Proste i raczej krótkie zdania, brak jakichkolwiek komplikacji stylistycznych czy składniowych, zero ozdobników, słownictwo najprostsze jak się da - miejscami ma się wrażenie, że czyta się książkę dla 10-latków. Owa ułomność stylistyczna autora na początku drażni, na szczęście z czasem człowiek się przyzwyczaja i nie przeszkadza to już tak bardzo. Fabuła sama w sobie też niestety zbyt wyszukana nie jest. Nie będę jej streszczał, bo co będę psuł zabawę czytelnikowi, ale przebieg akcji, ale powiem tylko tyle, że raczej nie dzieje się nic wartego uwagi. Bohaterowie… szkoda gadać. Dziecinny Johnny dręczony przez niedobrą ciotkę i jeszcze bardziej dziecinny jego przyjaciel, do tego dobroduszny profesorek i jego nieco zimniejszy współpracownik + galeria kilku innych równie mało interesujących postaci. A, zapomniałem o delfinach, które też grają ważną rolę.
Książkę zatem mógłbym rnąć do kosza (albo “wyćpnąć na gemylę”, jak to moja babcia mawiała) bez większego żalu. Jednak jest w niej coś, co przyciąga. Clarke w ów żenujący spektaktl pozbawiony jakiejkolwiek ciekawej akcji prowadzony w dodatku przez marnie skrojonych bohaterów, wkleił kilka interesujących pomysłów, które sprawiają, że książka nabiera zupełnie innego wymiaru. Wiadomo powszechnie, że delfiny są istotami wysoce inteligentnymi i w zasadzie jedyną istotą na intelektualnej drabinie postawioną wyżej od nich jest człowiek. Clarke poszedł nieco dalej. Zasugerował, że delfiny posiadają własny język, na tyle podobny do ludzkiego, że człowiek jest w stanie (przy pomocy oczywiście odpowiedniej maszynerii) rozszyfrować delfinią ową mowę, a także i odpowiedzieć delfinom w ich języku. Jak dla mnie, całkiem wiarygodna historia. Co ważne, Clarke ubarwia całą historię o zdawałoby się mało istotne, ale sprawiające że wszystko zyskuje na wiarygodności szczegóły - jak choćby ten, że defliny posługują się systemem dwójkowym. No i napisac muszę, że bohaterowie rozgryzając delfinią mowę, trafiają na tajemniczą legendę, o której Surion wspominał. Także i ja ani słowem nie wspomnę o czym te defliny od wieków rozprawiają, ale legendą nie zawiodłem się ani trochę. Autor wplótł w książkę także i inną, autentyczną i bardzo interesującą legendę - tym razem opowiadaną przez ludzi, - a mianowicie o Mary Watson.
Po świeżej lekturze “Solarisa”, po którym wciąż jeszcze nie ochłonąłem, wnioskuję, że być może ludzkość popełnia błąd szukając inteligencji w kosmosie. Być może inteligentne cywilizacje składające się ze świadomych jednostek (nieco innych niż sobie wyobrażaliśmy, ale jednak) żyją tutaj, na ziemi? Sporo czasu i pieniędzy poświęcono już inteligencji szympansów, która jest dobrze zbadana i opisana, mam wrażenie jednak, że o wiele większy potencjał tkwi w delfinach, słoniach i świniach. Tak mało o nich się mówi, a przecież to niewiarygodnie inteligentne zwierzęta. Kto wie co naprawdę dzieje się w ich głowach…
Wracjąc do mojej ostatniej lektury - plusem “Wyspy Delfinów” może być to, że mnóstwo dowiadujemy się o tych sympatycznych stworzonkach, ich zwyczajach, zabawach, radościach i utrapieniach. Poza tym nie sposób nie wspomnieć o tym, że Clarke porusza delikatnie pewne problemy społeczno-filozoficzne, ustami bohaterów wypowiada się m.in. w sprawie tresowania zwierząt (a w dalsze perspektywie - ludzi) przy pomocy elektrostymulacji mózgu, porusza też kwestię pokoju na świecie, ekologii itd. Podoba mi się też to, że Clarke umieszczając akcję w dość odległej przyszłości, nie fantazjuje zbytnio, nie wymyśla skomplikowanych cacek ani dziwacznego przebiegu historii. W zasadzie z jego skromnych wizji co nieco się sprawdziło, a za kiladziesiąt lat kiedy do mniej lub bardizej powszechnego użytku wejdą poduszkowce, książka nie będzie miała chyba żadnego poważnego zgrzytu między wyobrażeniami Clarke’a, a rzeczywistością.
Książkę polecam, ale bez głębszego przekonania. Zazwyczaj unikam ocen liczbowych, ale wyjątkowo powiem, że jako czytadło oceniłbym to na dwa z dużym minusem, jako książkę, z której możemy wynieść jakąś wiedzę bądź refleksję - na czwórkę. Jeżeli zatem kogoś taka delfinia perspektywa zbytnio nie rusza, może bez żalu sobie “Wyspę Delfinów” odpuścić.
Ha! To i ja włączę się w twoją ideę przeplatania życia z blogosferą i zdejmę “Wyspę Delfinów” z półki żeby jeszcze raz ją przeczytać…
Ostatni jak czytałem na początku liceum, więc moje odczucia dzisiaj mogą być inne, wówczas mi się podobała. Może nie szalenie, ale podobała.
A styl to Clarke’a to faktycznie w większości jego utworów jest, że tak powiem minimalistyczny. No ale czasem to zaleta. W końcu to książki dla przeciętnego Amerykanina ;] a w czasach kiedy pisał Clarke, sci-fi było uważane jeszcze za literaturę klasy B, przeznaczoną dla dzieciaków i ludzi klasy B ;]. Zasada: Keep it simple
PS
Wpadłem na pomysł. A może kiedyś zrobilibyśmy taką akcję w której wybieramy jakąś książkę, którą czytamy wszyscy [chętni] i za jakiś ktoś pisze u siebie na blogu recenzje i urządzamy interblogową dyskusję nad knigą… Co na to szacowne grono… można by zacząć np. od ogólnodostępnej klasyki SF…
Pomysł zaiste przedni… Problem leżeć moze jedynie w doborze pozycji - zeby byla w miare popularna i dostepna. Tak czy owak, jestem “za”, aczkolwiek nie mam w tej chwili pomyslu na zaden tytul. Ale jestem otwarty na propozycje.
A to Ci pomysł. :>
Witam. Podobny pomysł omawiania ksiażek funkcjonuje już na forum http://www.lem.pl przy czym odnosi się wyłącznie do powieści Stanisława Lema. Ponieważ dyskutuję tam z przyjemnością chętnie rozpocznę podobne dyskusje na forum “swojej” strony http://www.startrek.pl
Jeśli jesteście zainteresowani - zapraszam.
To sobie HaeS odświeżyłem książeczkę… Czyta się super szybko. Zacząłem wczoraj wieczorem, skończyłem dziś w pociągu :)
A że kiepska to się z tobą nie zgodzę. Po prostu przewidziana na inny przedział wiekowy. To książka dla nastolatków, i jako taka bardzo wciąga. Niemniej bardzo ciekawa idea którą można by rozwinąć w całkiem poważną fabułę.
Bardzo podobał mi się z kolei klimat wielkiej rafy. Ciepły ocean, zwierzęta, rafa, nurkowanie… nie mów że to cię w jakiś sposób nie urzekło. Ja jadąc w zatłoczonym pociągu i śmierdzącym MPKu miałem swój kawałek Pacyfiku, więc już to dla mnie wystarczy żeby docenić Clarke’a.
Autor bardzo dobrze uczynił też zamieszczając na końcu krótkie wytłumaczenie źródeł z których korzystał i polecając książki do dalszego czytania. To jest plus.
No, a że książka nie jest wylewna pod względem poetyki opisów to już inna sprawa. Może to faktycznie wada, ale nie wiem też jak do końca spisał się tłumacz. Musiałbym przeczytać oryginał, nie mam zaufania do PRLowskich tłumaczy.
Sprawa delfinów opisana ciekawie, oparta na wielu rozprawach naukowych więc choć po części prawdopodobna. Moim zdaniem to jest akurat prawdopodobna wersja przyszłości.
Ja bym więc z kolei książkę poleci z entuzjazmem. Piękne i sugestywne opisy rafy, ciekawy [acz niewyeksploatowany] pomysł. Co prawda każdemu powyżej 16 roku życia może wydać się infantylna, ale warto czasem zanurzyć się w świat dzieciństwa. No i czyta się w locie.
Wracając do przedstawionego pomysłu…
Ja bym zaproponował do wyboru dwa tytuły z klasyki:
R.Bradbury “Kroniki Marsjańskie”
lub
P.K.Dick “Człowiek z Wysokiego Zamku”.
Obie raczej ogólnodostępne w bibliotekach miejskich i wiejskich. Nieduże objętościowo acz zacne. Co Wy na to?
a może jeszcze K.Vonnegut “Kocia Kołyska”
Szczerze mowiac z wyzej podanych pozycji znam tylko ‘Czlowieka z Wysokiego Zamku’, czytanego zreszta dosc dawno temu i niewiele pamietam. Sam myslalem, zeby z Dicka zaproponowac Ubika (bylaby to dobra okazja do odswiezenia sobie tego dziela; poza tym pomimo ze genialny, to jednak trywialny), ale strasznie intrygujaco wygladaja te “Kroniki Marsjanskie” tym bardziej, ze gdzies juz czytalem jakies peany pochwalne na temat tego dziela.
Tyle tylko, ze musialbym zaopatrzyc sie we wlasny egzemplarz (we wszystkich okolicznych bibliotekach jestem niestety spalony ze wzgledu na moj niewiarygodny talent do przetrzymywania ksiazek), a to troche by potrwalo.
Zreszta, trzeba by rzucic ankiete wsrod ewentualnych innych chetnych - czy ktos zglasza jakis protest/poparcie/alternatywne propozycje dla “Kronik Marsjanskich”?