Dziś spacerując wraz z moim piesem po trawniku, spojrzałem pod nogi. I nie wiem jak, ale w gąszczu co najmniej kilkudziesięciu identycznych na pierwszy rzut oka koniczynek, a w dodatku tak gęsto rosnących, że nawet z bliska ciężko odróżnić jedną od drugiej, od razu rzuciła mi się w oczy ONA. Nachyliłem się i stwierdziłem, że moja początkowa diagnoza była słuszna: oto znalazłem czterolistną koniczynę! Natychmiast nastąpiłem do aktu dewastacji środowiska naturalnego i zarekwirowałem matce naturze mutanta. Dowód znaleziska przedstawiam poniżej.
Przekonany dotychczas byłem, że takowe okazy istnieją tylko w bajkach i przesądach. Jak się okazuje, byłem w błędzie. Niezastąpiona w takich sytuacjach wikipedia twierdzi, że na 10 000 “normalnych” konicznynek przypada jedna czterolistna. Nieporównywalnie rzadziej zdarzają się okazy pięcio czy sześciolistne (mój kumpel znany z bogatej wyobraźni twierdzi, że znalazł właśnie taki pięciolistny okaz), zaś rekordzistka miała aż 18 liści. Przyczyny powstawania takich koniczynek nie są do końca znane, być może to jakaś przypadkowa mutacja, a może gen recesywny.
Niedługo cieszyłem się jednak swoim odkryciem Kilka godzin później koniczynka już zwiędla i trzeba było ją wyrzucić. Czyżby szczęście, które rzekomo takie koniczynki mają przynosić, było aż tak ulotne?

Gratuluje :)i polecam przetestować szczęście w dzisiejszym losowaniu lotto ;]
Trzeba było zasuszyć na przyszłość. :D