Często zastanawiam się czy istnieje życie w kosmosie. To jeden z moich ulubionych tematów w ostatnim czasie. Naukowcy, posługując się rachunkiem prawdopodobieństwa, bez wahania odpowiadają, że jest rzeczą statystycznie pewną, że nasza galaktyka, o reszcie wszechświata nie wspominając, niemal roi się od różnych form życia. Jednocześnie jednak bardzo często przytacza sie paradoks Fermiego, który zazwyczaj streszcza się trzema, jakże wymownymi słowami: “Gdzie oni są?”. Zaiste dziwne, że wszechświat, który powinien kipić od życia, jest pusty i niemy. Radioteleskopy nie odbierają żadnych sygnałów radiowych nadawanych przez obce cywilizacje, nie udowodniono wizyty żadnego obcego na naszej planecie, zaś fabrykowane masowo przez Danikena i pokrewnych mu grafomanów książki przestawiające “dowody” na kontakty z obcą cywilizacją w odległej przeszłości wywołują u bardziej refleksyjnych czytelników poczucie zażenowania.
Ponieważ nie znamy żadnej alternatywnej (w stosunku do ziemskiej) formy życia w Kosmosie, wszystkie nasze wyobrażenia opieramy na tym, co już znamy, czyli na nas. Właśnie dlatego w filmach SF tak wiele jest istot humanoidalnych. Wychowani na Star Treku i Babylonie, wyobrażamy sobie, że kosmici wyglądają jak ludzie, mówią po angielsku, a od nas różnią się w najgorszym wypadku ilością plamek i wystających kości na głowie. Klingonowie z pierwszego Star Treka czy Sabaceni z Farscape’a nie różnią się nawet tym – na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie jak ludzie. Przyczyną takiego stanu rzeczy (oprócz wyobraźni autorów pozostającej w stanie szczątkowym) jest aspekt techniczny – łatwiej bowiem jest domalować aktorowi kilka plamek na czole niż stworzyć kosmitę z prawdziwego zdarzenia. Co nie zmienia faktu, że tzw. humanoidy to z naukowego punktu widzenia bzdura totalna, a jeśli dołożymy do tego jeszcze powszechną w filmach i serialach możliwość krzyżowania ludzi z odpowiadającymi im gatunkami z obcych planet, pozostaje jedynie chwila ciszy, refleksji i żalu nad zagubioną gdzieś przed laty inteligencją ludzi tworzących takie banialuki. Nie wspominam już o tępym plebsie, który łyka ten chłam bez zmrużenia oka.
Ci z nas, którzy umieją odrzucić od siebie stereotyp kosmity wyglądającego niemal identycznie, jak człowiek, nadal jakoś nie umieją wyjść ponad pewne ramy myślowe. Na takich właśnie utartych schematach oparto istoty pozornie zupełnie obce, ale tak naprawdę wzorowane na zwierzętach z naszej planety – np. obcego z filmu “Alien” czy brainsuckera z serialu Babylon 5. Kształty owych stworzeń, ich dziwaczne narządy i zwyczaje (jak np. kwas zamiast krwi czy żywienie się falami mózgowymi) faktycznie sprawiają, że istota wygląda na obcą. Ale czy na pewno? Do mnie akurat nie do końca to przemawia i niezależnie od liczby odnóży, kształtu szczęk i koloru krwi widzę cały czas głęboką inspirację ziemskimi formami życia. W odróżnieniu jednak od mojej dezaprobaty dla efektów pracy twórczej osób odpowiedzialnych za pojawienie się w uniwersach SF humanoidów, nie potępiałbym twórców istot takich jak Obcy. Starają się jak mogą, aby ich stworzenia wyglądały tak obco jak to tylko możliwe, uatrakcyjniając je o coraz bardziej wymyślne cechy. To o wiele ambitniejsze zadanie aniżeli danie aktorowi pary fioletowych szkieł kontaktowych i plastikowej nasadki na głowę.
O kroczek dalej idą ci scenarzyści filmowi i pisarze, którzy nie bawią się w naśladowanie dużych zwierząt, ale mikrobów. Jednak i tu istoty obce są za mało obce. Mało, że po dokładnym oglądzie okazuje się, że posiadają DNA, to jeszcze na ogół wchodzą w reakcję z ludzkim organizmem – zupełnie tak, jak infekty ziemskie. Na jakiej zatem podstawie bohaterowie filmu czy serialu twierdza, że owe zarazki są pozaziemskie?
Jak widzimy, autorzy SF nie do końca radzą sobie z tworzeniem obcych tak, aby było to z jednej strony interesujące, z drugiej wiarygodne. Jak dotychczas ledwie kilkukrotnie natknąłem się na stricte naukowe idee przedstawiające pozaziemskie istoty – jedna z nich, dotyczy krzemowych kryształów, rosnących na powierzchni planety i przypominających nieco krzaki, druga zaś – istot żyjących w koronach gwiazd. Obie przedstawiają coś, czego na ziemi nie ma i tak obce, że aż trudne do wyobrażenia. I to jest właśnie fascynujące.

SPOJRZENIE PIERWSZE: KSIĄŻKA STANISŁAWA LEMA
Przekonanie o obcości obcych oraz odraza do idei humanoidalnych kosmitów – to dwie cechy które łączą mnie z genialnym polskim pisarzem Stanisławem Lemem. Uchybieniem dla inteligencji czytelnika byłoby tłumaczenie w tym miejscu kim był Stanisław Lem, bo to człowiek zewsząd znany, ikona polskiego (i nie tylko polskiego) fantastycznonaukowego pisarstwa. No właśnie – fantastycznonaukowego. W odróżnieniu od tysięcy innych pisarzy czy scenarzystów, bujających w obłokach absurdu, Lem jak najbardziej poważnie podszedł do terminu “fantastyczno-NAUKOWY” (nacisk na drugi człon celowy) i unikał radosnej twórczości pozbawionej naukowej refleksji.
Dlatego też z przyjemnością przeczytałem jego “Solaris”. Po raz pierwszy w filmie czy literaturze spotkałem istotę naprawdę obcą. Istotę, której istnienie jestem w stanie zaakceptować, przy której poznawaniu nie prychnąłem z pogardą dla małej wyobraźni autora ani nie kiwałem z niedowierzaniem głową jak to zwykłem robić po tym, kiedy twórca przedstawia coś głupszego aniżeli sięga moje wyobrażenie głupoty. Formę życia tak odstającą od naszych wyobrażeń o istotach pozaziemskich, że większośc z nas odrzuci ją bez wahania. Istotą tą bowiem jest… cała planeta – tytułowa Solaris. A w zasadzie nie tyle planeta, co pokrywający ją cytoplazmatyczny ocean. Ocean zdaje się żyć własnym życiem, jest w ciągłym ruchu, a na jego powierzchni co rusz pojawiają się i znikają fascynujące twory – długonie, mimoidy, symetriady, asymetriady oraz kilka innych, których nazw nie pomnę. Nie są one tworzone przez proste zjawiska fizyczne, ale zdają się być jakimiś przejawami aktywności tej planety. Powstają celowo i każda z nich ma do spełnienia jakieś zadanie…
Nawiązanie kontaktu z takim wielkim planetarnym mózgiem jest bardzo trudne, żeby nie rzec – niemożliwe. Wszak Solaris jest sama i samotna, istnieje dla siebie. Nie posiadając żadnych towarzyszy swojego żywota, od samego swojego powstania będąc jedyną znaną sobie istotą, nie zdołała w sobie wytworzyć żadnych zdolności społecznych, żadnej potrzeby kontaktu z kimkolwiek. To jeszcze bardziej przeraża, ale jednocześnie pokazuje, jak obcą nam istotą jest Solaris. Trudno wyobrazić sobie jeszcze bardziej odstającą od naszego wyobrażenia formę życia – chwała za to Lemowi!
Oprócz rozległego wątku dotyczącego historii eksploracji i badań nad tą niezwykłą żyjącą planetą, Lem wprowadził także wątek traktujący o tym, co dzieje się z trójką astronautów mieszkających w orbitującej nad nią stacji kosmicznej. Zaczynają oni bowiem widywać dziwne rzeczy, ludzi, którzy przebywających gdzieś zupełnie daleko, a nawet nieżyjących. Jedną z nich jest Harey, zmarła przed laty żona głównego bohatera. Wydaje się, że właśnie tym wątkiem Lem ukręcił sam na siebie bicz, który zabił obie ekranizacje powieści.
Solaris doczekał się bowiem dwóch ekranizacji. Co ciekawe i ważne, budujące i druzgoczące zarazem, żadna z tych ekranizacji nie jest polska. Budujące – bo to jawny dowód na to, że Stanisław Lem zdobył uznanie za granicą, włączony został do kanonu wielkich pisarzy SF i szanowanych postaci z tego środowiska. Druzgoczące – bo świadczy to o poziomie polskiej kinematografii, która potrafi po raz milionowy wałkować jeden i ten sam wątek w kolejnych hitach będących ekranizacjami powieści Grocholi, ale nie umie wziąć się za ekranizacje wielkiego dzieła największego polskiego pisarza SF. W ogóle polskie kino SF leży i kwiczy. Jeżeli odrzucimy “Pana Kleksa w Kosmosie”, który to film SF żadną miarą kwalifikować się nie może, okazuje się, że od czasu świetnej swoją drogą “Seksmisji” nie nakręciliśmy ani jednego filmu SF. Tak więc musimy zadowolić się wspomnianym Panem Kleksem, tudzież “Reksiem w Kosmosie”. Szkoda, że polscy twórcy filmowi nie dostrzegają ogromnego potencjału w powieściach Lema, z drugiej jednak strony – po wszelakich “Wiedźminach”, “Quo Vadisach” i wysokobudżetowych polskich filmach widzimy, że superprodukcje w naszym rodzimym wydaniu spotykają się z ostrą krytyką widowni, dodajmy jeszcze, że nierzadko uzasadnioną. Pozostańmy zatem może przy kolejnych powieściach Grocholi. Kilka jeszcze zostało do zekranizowania. Niechaj plebs się cieszy i raduje obserwując amory Judyty z kimśtam, a elita… no, elita zasiądzie przed radzieckim i amerykańskim Solarisem.

SPOJRZENIE DRUGIE: FILM ANDRIEJA TARKOWSKIEGO
Pierwszym reżyserem, który podjął się realizacji trudnego jak się wydaje w ekranizacji Solarisa był rosyjski reżyser Andriej Arseniewicz Tarkowski. Tu drobna dygresja. Przypomina mi się bowiem jak na studiach w trakcie wykładu z fizyki profesor uświadamiał nas, że Nikola Tesla był Chorwatem. I pokreślał z całą stanowczością – CHORWATEM. A nie żadnym Jugosłowianinem. Toteż przestrzegam przed robieniem z Tarkowskiego reżysera radzieckiego.
A film… no cóż. Wszystkich, którzy chcieliby obejrzeć jego Solarisa z 1972 muszę ostrzec. Tarkowski to nie był rosyjski Spielberg. Bliżej mu raczej do Kieślowskiego czy Bergmana. Możemy zatem spodziewać się charakterystycznych dla tego typu kina zabiegów reżyserskich; przygotować trzeba się na dłużyzny, sceny w których nic się nie dzieje, momenty, kiedy patrzymy minutę na twarz bohatera kiedy ten zastanawia się co powiedzieć itd. Charakterystyczną cechą tego typu filmów jest też i to, że cała akcję można streścić w formie trzyminutowej wypowiedzi. Nie jestem fanem takiego kina, chociaż od czasu do czasu tego typu film sobie obejrzę ponieważ uważam, że obrazy takie niosą ze sobą pewną dawkę ekspesji, wyciszają i uwrażliwiają. No, ale jak rzekłem – od czasu do czasu i to raczej długiego czasu.
Tarkowski w swoim “Solarisie” wyraźnie spłaszczył i okroił wątek, który mnie akurat najbardziej interesował i który zajmował nieco ponad połowę książki – wątek badań prowadzonych na Solarisie, tudzież rozlicznych teorii na temat tej planety oraz jej zachowań. Od czasu do czasu oczywiście następuje nawiązanie do fragmentów powieści traktujących na ten temat (a nawet nawiązań tych jest dość dużo), jednak najwięcej ekranowego czasu zajmuje pokazywanie relacji między Chrisem, a Harey, tudzież nasączone filozofią rozmowy między bohaterami. W pamięć zapada dialog, w którym Snaut mówi: “My nie szukamy kosmosu – chcemy jedynie poszerzyć ziemię”, nawiązując do strachu przed nieznanym, niechęci do jakichkolwiek odkryć (takich jak choćby te na Solarisie) oraz predyspozycji ludzkości do duszenia się we własnym sosie i zamykania na wszystko to, co obce i nieznane.
Szczerze mówiąc, nie leży mi zbytnio ten film. Długi, nudny i taki właśnie bergmanowski. Ale to rzecz gustu. Wielu jest takich, którzy uważają ekranizację Tarkowskiego za intrygujące i inspirujące arcydzieło, perełkę sowieckiego kina. Rzecz gustu. Nadmienię jeszcze, że Lem również był delikatnie rzecz ujmując średnio zadowolony.

SPOJRZENIE TRZECIE: FILM STEVENA SODERBERGHA
Jeśli chodzi o film Soderbergha z 2002 (zwany powszechnie “Solarisem z Clooneyem”)… no cóż, powiem tak: ten to dopiero poszalał! O ile Tarkowski przeniósł wyraźnie punkt ciężkości z zagadkowości i tajemniczości planety na relacje psychologiczne między głównym bohaterem, a jego żoną, to twórca amerykańskiej wersji poszedł na całość, wywalając z książki wszystko to, co ma bezpośredni związek z badaniami i naturą planety, zostawiając jedynie znaną z powieści czwórkę bohaterów, zmieniając jednak ich nazwiska, a nawet płeć – np. z Santoriusa zrobiono nam czarnoskórą dr Gordon. Praktycznie cały film oparto na skomplikowanej (i dodajmy od razu – nudnej) analizie stosunków między Chrisem i Harey… e, to znaczy chciałem rzec: Chrisem, a Rheą, bo tak Soderbergh ochrzcił żonę głównego bohatera. Pobawił się przy tym w kilka nowych szczegółów – sporo filmowego czasu zajmuje pokazanie (w formie retrospekcji) życia na Ziemi Chrisa i Rhei, dowiadujemy się m.in. jak się poznali, o powodach rozstania itd. Wszystko sprowadza się ogólnie do tego, że Chrisa trapią wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności za śmierć Harey i boi się teraz ją stracić drugi raz. O samej jednak planecie Solaris, której opis zajął – przypominam jeszcze raz – ponad pół książki, w filmie nie ma ani słowa. Jedynie od czasu do czasu pokazano jej tajemniczą powierzchnię sugerując jakby, że to ona jest przyczyną wszystkich zwidów na stacji. Dużo kontrowersji wywołać też może zakończenie. Abstrahując już od faktu, że ostatnich kilkanaście minut nijak nie ma się do tego, co mogliśmy przeczytać w książce, przyznać trzeba, że końcówka jest zawiła, zakręcona i dająca wiele możliwości interpretacji. Mnie osobiście nie do końca to przekonuje i wydaje mi się naciągane i śmierdzące boską interwencją. Reżyser ma prawo do własnej interpretacji książki, wydaje się jednak, że tym razem przesadził.
Nie mogę jednak powiedzieć, że z Solarisa Soderbergh zrobił komercyjną, ckliwą miłosną kaszanę… Wręcz przeciwnie – mamy film wysmakowany, przemyślany, nowatorski i daleki od klasycznej holywoodzkiej tandety. Co nie zmienia faktu, że nudny i niewiele mający wspólnego z książkowym oryginałem. Sam Lem nigdy nie go obejrzał, zaś na podstawie prasowych recenzji stwierdził, że film niegodzien jest nosić tytuł Solaris i winien raczej być nazwany “Love in the outer space”. To mówi samo za siebie…
Podsumowując: Książka “Solaris” to rewelacja. Już kombinuję własny egzemplarz i polecam wszystkim szukającym w SF czegoś ponad utarte schematy. Jeżeli chodzi o filmy… nie sądzę, abym w przeciągu najbliższych kilku(nastu) lat do któregokolwiek z nich wrócił. Nie uwzględniają one bowiem akurat tego, co mnie w “Solarisie” zafascynowało najbardziej – daremnej próby kontaktu z istotą, która być może jest równie inteligentna jak my, ale jednocześnie jest od nas bardzo różna pod każdym względem. To, co stanowiło siłę książki, zostało z filmów wydarte. A szkoda.
Rzeczywistosc i tak okaze sie bardziej zadziwiajaca niz najsmielsze wyobrazenia ludzi obdarzonych najbardziej wybujala wyobraznia. Inna zakrecona i doscy realistyczna koncepcje mozna obejrzec w filmie i powiesci “Dune” (film Davida Lyncha :P) Otoz u Herberta nie ma obcych istot. To ludzie sami staja sie “obcymi cywilizacjami” po dziesiatkach tysiecy lat ewolucji. Fantastyczne rozwiazanie:_)
Mile wspominam ksiazki Sanislawa Lem’a
Czytajac o SF, wizji autora “naszej przyszlosci”.
Teraz juz wiem o reinkarnacji. Wcielenia z przyszlosci bytu?
Zastanawiajace jest, czy penetrowanie KOSMOSU nie skonczy sie tak jak z odkryciem Ameryki?
pozdrawiam slonecznie
Wieslaw
Gratuleje.
Bardzo ciekawy artykuł. Wkraczasz widzę Haes na kolejny level. Tworzysz syntezy i porównania, czyli coś o wiele trudniejszego niż zwykła recenzja…
Solaris uwielbiam w wydaniu Lemowskim, Amerykanizacja podobała mi się jako film SF nie jako ekranizacja, a z Tarkowskiego pamiętam najbardziej… dłużyzny. :)
Po lekturze ksiażki nie wyobrażam sobie w jaki sposób można by ja IDEALNIE zekranizować. Duża rolę ogrywa własna wyobraźnia i przy ekranizacji każdy kto wyobrażał sobie to inaczej niż reżyser jest zawiedziony.
a polskich filmów SF to nie dajcie bogowie! Mamy kinematografie jaką mamy i po co się dalej ośmieszać…
pozdrawiam
Bardzo mnie pan zachęcił do przeczytania powieści Lema.
Moja przygoda z Solaris ograniczyła się do 25 minut (do pierwszych reklam) filmu z bożyszcze Georgem. Film był tak nudny, że nawet ja nie dałem rady, a to sztuka.
Tym bardziej się ciesze, że film ma niewiele wspólnego z książką.
Pzdr
No i przeczytałem jak obiecałem.
Cóż mogę rzec. Książka naprawdę bardzo dobra i wizjonerska (komputery, satelity i podróże gwiezdne). Po jej przeczytaniu doszedłem także do wniosku, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Bo o ile dla Huberta najciekawszy okazał się rozdział “potwory”, opisujący wszystkie występujące na Solaris zjawiska świadczące o aktywności oceanu, ja tę część przeszedłem trochę jakby na siłę. Najprościej w świecie zabrakło mi wyobraźni, by nadążyć za tym, co autor chciał nam przedstawić za pomocą słów. To oczywiście kolejny dowód wspaniałości dzieła Lema – stworzenie czegoś tak oryginalnego, obcego i niewyobrażalne, że zaczyna nam brakować odniesień w otaczającej nas rzeczywistości, w chwili gdy zapragniemy jakkolwiek zakwalifikować ów twory.
Z kolei bardzo wciągnęły mnie rozdziały opisujące dziesiątki lat badań Solarystów, próbujących nawiązać kontakt z żyjącą planetą. Opisy wypraw, teorie dotyczące Solaris, rozważania teologów, myślicieli, filozofów i religioznawców. To wszystko razem dawało sensowny i co ważne, bardzo autentyczny obraz wizji ewentualnego spotkania człowieka z obcą istotą.
Bardzo podobał mi się także wątek związany z Harey. Ciekawe spojrzenie na motyw samoświadomości człowieka, poprzez pryzmat tworu człowiekopodobnego oraz związane z tym rozterki moralne głównego bohatera, rozdartego między rozumem (który reprezentuje trzeźwo myślący Snaut; mój ulubiony bohater), a miłością do Harey (uczuciem, które pomimo oczywistej ułudy, zaczyna dominować nad Kelvinem).
To było by na tyle. Podobnie jak Hubert, gorąco polecam.
Teraz chyba czas na przeczytanie Diuny.
Pzdr.
Tak… tylko ja się za recenzjonowanie tego nie biorę. Dzieło bez wątpienia tyle wybitne, co i trudne, pelne różnych nawiązań i alegorii, a świat przedstawiony w nim jest IMO raczej mało prawdopodobny (chociaż jednak dość realistyczny).
Siłą Diuny nie jest to, co się dzieje, czy ten a tamten przeżyje i czy dobry Paul zabije złego barona, ale właśnie ta druga i trzecia warstwa – pod pseudoreligijną paplaniną znajduje się wiele rzeczy…
Dla mnie książka dobra do czytania, gorzej z jej opisaniem i zachęceniem do tego innych…
Oczywiście, oba filmy są bardziej “wariacjami na temat”, niż adaptacjami. Tarkowskiego nie trawię (może po 40-stce dojrzeję do tego), a ten drugi film – no cóż… zadziałał mechanizm wyparcia… nic nie pamiętam :)
Co do polskich filmów sf – nie zgadzam się. Polecam Szulkina. “Golem” albo “Ga-ga”. Szczególnie pierwszy nieźle klepie po mózgu.
Ja może spróbuję tutaj wskazać moje przemyślenia na temat dzieła Stevena Soderbergha, które jest moim zdaniem genialne i wyraźnie wskazuje na pewną część naszego jestestwa, o którym Lem nie koniecznie chciał pisać.
Jest więc ten film pewną rozbudową dzieła a nie marną niekompletną ekranizacją. Nie wiem co dokładnie wyobrażał sobie reżyser bo zastosował mnóstwo niedomówień i skrótów i właśnie dzięki takiemu zabiegowi zmusił wybranych ludzi do głębokich przemyśleń, podobnie jak Lem oczywiście ale tym razem przemyślenia te dotyczą odrobinie innych zagadnień.
Solaris żyje ale jest to życie inne, możliwe że doskonalsze od naszego, a właściwie od życia naszej rodzimej planety Ziemi.
Wszystkie życia we wszechświecie są powiązane, życia poszczególnych planet oraz życia istot je zamieszkujących również. Wszystkie ewoluują by stać się doskonalsze. Doskonali się życie planety i doskonalą się życia zamieszkujących je istot.
Głównego bohatera powołała do życia Ziemia. Jego narodziny odbyły się w bólu jak narodziny każdego ziemianina, które jest stricte materialne. Kobietę którą on spotyka powołała do życia Solaris. Jej narodziny były całkowicie odmienne i odmienny okazał się być bezpośredni bodziec jej narodzin. Oba życia są różne jak różne są Ziemia i Solaris. Ale łączy je wspólna cecha, cel życia. Ten cel jest zawsze taki sam.
pozdrawiam
Dodam jeszcze kilka słów o tym jak rozumiem zakończenie tego filmu.
W końcu główny bohater umiera w wyniku fizycznych zniszczeń jakie ogarniają stację. Ale życie nigdy nie umiera. Nowe życie główny bohater tym razem otrzymuje od Solaris i to życie zabiera na Ziemię.
Dziękuję Ziemianinowi za wnikliwą analizę. Zauważył on w filmie wiele rzeczy, których ja sam nie widziałem i rozjaśnił mi tym samym wizję tego filmu. Nie jestem, niestety dobry w tego typu interpretacjach, aczkolwiek faktycznie może być coś na rzeczy.
Film oczywiście (co nie jest tajemnicą) stanowi duże odstępstwo od oryginału, który to oryginał został okrojony przez Sodebergha do pewnych wątków, a następnie właśnie te wątki zostały wzięte pod lupę i analizowane o dokładniej niż w książce.
Cel życia? Idąc na przekór Arystotelesowi i odrzucając przyczynę celową (moim zdaniem, człowiek nie żyje bo ma to cel – wręcz przeciwnie, człowiek ma swoje cele właśnie dlatego, że żyje i jest w stanie je sobie wyznaczyć), musimy dojść do wniosku, że życie samo w sobie nie ma celu, ale nie pozostaje po nim żaden ślad, jeżeli nie pozostawi po sobie potomstwa bądź chociaż (tylko u gatunku homo sapiens) jakiegoś wiekopomnego dzieła. Planeta Solaris nie stworzy ani jednego, ani drugiego, jej “cel” (o ile takie w ogóle ma) jest zatem zupełnie inny. Jaki? No cóż, całkowita odmienność procesów myślowych u człowieka i planety wyklucza chociaż pobieżne zrozumienie tego problemu.