Myślokracja, czyli from łeb to web

120. Technogroza 29 maj 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Z życia — HaeS @ 8:43 pm

Muszę to napisać, po prostu muszę.

Dzień 1: Pan R., jeden z moich sąsiadów, usłyszał gdzieś (nie wiem kto mu takich bzdur nagadał), że znam się na urządzeniach elektronicznych. Przyniósł mi zatem, jako ekspertowi, nie działający aparat do mierzenia ciśnienia. Krótkie obadanie sprawy i diagnoza gotowa: wyczerpane baterie.

Dzień 2: Pan R. przynosi ponownie ciśnieniomierz i baterie. Po skomplikowanej operacji wymiany, polegającej na zdjęciu pokrywy baterii, wyciągnieciu starych, włożeniu nowych (pamiętając oczywiście o plusach i minusach) i zamknieciu pokrywy, skasowałem faceta przysłowiowym “na piwo” w wysokości 3 zł.

Dzień 12: Pan R. pojawia się z kolejnym problemem – tym razem coś się popsuło w telefonie, bo wszystko jest po angielsku. Nie wiem kto i jak mu nagrzebał, ale proste settings -> phone settings -> language -> polish rozwiązało sprawę. I kolejne 3 złote “na piwo” wpadło do kieszeni.

Dzień 29: Pan R. przychodzi z wielkim problemem: padł komputer. Idę do niego do domu. No faktycznie, coś padło, ale na szczęście nie cały komputer, tylko nie chodziła myszka. Powód: wtyczka od myszki nie znajduje się w gniazdku. Krótkie śledztwo wykazało spory udział w przestępstwie 1,5 rocznej wnuka pana R. Problem został zażegnany, a do kieszeni wpadło (jakżeby inaczej) 3 zł.

Dzień 32: Pan R. przychodzi znów z tym samym problemem. Tym razem sprawa jest znacznie poważeniejsza. Po wyrwaniu wtyczki (byla to PS2) odkształciły się bolce we wtyku. Standardowa w takich sytuacjach naprawa nożem z ostrą końcówką niewiele pomaga. Wniosek: trzeba kupić nową myszkę. Tym razem bez 3 zł.

Dzień 45: Pan R. w końcu kupuje nową myszkę. Operacja zakupu takich rzeczy jest oczywiście skrajnie skomplikowana, miejmy zatem dla pana R. podziw, że wyrobił się w dwa tygodnie. Po operacji podłączenia tego niesamowicie skomplikowanego sprzętu tym razem zarobiłem 10 zł. Schodzę na dół, jestem na schodach… wołają mnie. Gówniarz znów wyjął wtyczkę. A ja oczywiście muszę ją ponownie podłączyć. Przy okazji widzę jak odbywa się wyłączanie komputera u państwa R. No jak myślicie, jak? Oczywiście przyciskiem Power. Nie inaczej. Toteż w ramach gratisu od fimy państwo R. otrzymali krótki instruktaż wyłączenia komputera.

Nie mam na to siły. Po prostu nie mam. Co mnie czeka jutro? Dodanie nowego numeru do książki telefonicznej w telefonie? Regulacja obrazu pokrętłami w monitorze? A może wkręcenie żarówki? Aż się nie chce wierzyć, że tacy ludzie wciąż jeszcze egzystują…

 

119. Farscape – po obejrzeniu całości (“Peacekeeper Wars” też) 29 maj 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 2:44 pm

W moim pierwszym poście o FS pisałem już co nieco o fabule. Po obejrzeniu serialu troszkę to rozwinę. Ziemia, nieodległa przyszłość. Astronauta John Crichton przez przypadek zostaje wciągnięty przez tunel czasoprzestrzenny na drugi koniec galaktyki, gdzie spotyka tabuny kosmitów różnych ras. Wraz z nimi przeżywa różne przygody, umyka różnym wrogom i próbuje rozwikłać zagadkę tuneli czasoprzestrzennych, które pozwolą mu wrócić do domu.

Do recenzji całościowej Farscape biorę się od jakiegoś czas i szczerze mówiąc, wciąż mam tym problem. Zaczynając recenzję za każdym razem chcę napisać zgrabną, całościową notkę, ujmującą wiele aspektów danego dzieła i próbujących zsumować wszystko to, co widzę w jedne, spójne ramy. Niełatwo jednak zrobić to w przypadku Farscape’a. Recenzji zaczynałem już kilka i za każdym razem po kilku wersach szła do wirtualnego kosza.

Dlaczego tak jest? Bo serial jest chaotyczny. Zbyt chaotyczny, aby ująć go w zgrabną, jednolitą recenzję, przez co próba napisania takowej z góry skazana jest na niepowodzenie. Ciekawa i konsekwentnie prowadzona do przodu historia prezentowana nam w średnio co trzecim odcinku, przerywana jest przez odcinki nie wnoszące nic do fabuły, które możnaby bez żalu pominąć albo – co gorsza – przez odcinki wyglądające, jakby pisane były na kolanie na 10 minut przed rozpoczęciem zdjęć. Odcinki świetne, a nawet kapitalne, mieszają się z głupimi i beznadziejnymi. Bywają tu odcinki tak nudne, że wywołują chęć nie tylko naciśnięcia przycisku “stop” na panelu programu, ale też i skasowania całego folderu “Farscape” z dysku twardego. Ale znów żal człekowi tego robić, bo główna historia wciąga, pomimo tego, że pełna jest niekonsekwencji. Irytuje zamieszanie z mikrobami translacyjnymi, ale jeszcze bardziej denerwuje to, że bohaterowie przeżyli chyba każdy rodzaj śmierci i za każdym razem, kiedy wydawało się, że ten, ten i ten zginie (a nawet że już zginął trzy odcinki temu, co widzieliśmy jak na dłoni włącznie z rozpadem ciała na części pierwsze), cudownie powraca do serialu. Dla scenarzystów nie ma słowa “niemożliwe”, maksymalnie bawią się konwencją, co rusz wtykając w swój serial mniej lub bardziej absurdalne i zakręcone pomysły, co miejscami się udaje (fragmenty te widz nazwie “humorystycznymi”), miejscami (dużo częściej) – zdecydowanie nie (dla tych fragmentów jak ulał pasuje określenie “irytujące”).

Jeśli chodzi o bohaterów – twórcy posilili się na oryginalność i sięgnęli do… Tolkiena. D’Argo jak żyw przypomina krasnoluda (troszkę większego, ale jednak), Zhaan – elfkę, Noranti – czarownicę, a wszystkie inne Rygele, Chiany, Sikozu z pewnością również mają swoje pierwowzory w fantastyce. Jeden tylko Banik to zupełnie nowy, nie powiem – ciekawy pomysł. Aktorzy zagrali przyzwoicie, scenarzyści też się wysilili i nadali swoim bohaterom troszkę głębi, tworząc z nich postacie barwne i ciekawe. Co z tego jednak, jeżeli uwikłali ich w zdarzenia głupie, absurdalne i bezsensowne… ech, odcinki o niczym to największa bolączka Farscape’a. Spokojnie można by mniej więcej połowę epizodów wyciąć, a serial zyskałby znacząco na jakości.

Produkcji tej, po namyśle, nie polecałbym raczej do obejrzenia. Wiele jest ciekawszych i mniej irytujących seriali. Być może komuś się spodoba (ba, są całe masy entuzjastycznie podchodzących do niego fanów, którzy daliby się pokroić za to, że to FS jest najlepszym serialem wszechczasów), niemniej jednak ja sam osobiście przekonany jestem, że zachwyty są co najmniej przesadzone, a oglądanie to jednak strata czasu.

 

118. Euroszmata 25 maj 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Muzyka, TV — HaeS @ 4:10 pm

Od razu powiem: nie oglądałem ostatniej Eurowizji (podobnie jak chyba siedmiu czy ośmiu poprzednich) i wszystko, co wiem, wiem z internetowych doniesień. A wiem, że nasza Isis Gee (o której istnieniu dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy okazało się, że będzie nas reprezentować) zajęła zaszczytne ostatnie miejsce. No cóż, ktoś musi być ostatni i o to pretensji nie mam. Zreszta, do kogo? Nie wybrał jej żaden Wojewódzki, Leszczyński, Hołdys, Rodowiczka ani żaden inny guru polskiej muzyki. Wybrał ją lud polski metodą tele-naciągaczki dla naiwnych 0700. Lud chciał, lud ma. I akurat aspekt kiepskich wystepow Polakow mnie średnio interesuje, bo po pierwsze – przyzwyczailem sie, po drugie – mój szacunek do tego konkursu z roku na rok systematycznie spada.

Eurowizja miała dwa etapy staczania się: zniesienie nakazu śpiewania w językach narodowych i wprowadzenie głosowań audiotele. Nie pamietam, który etap był pierwszy, który drugi (może nastąpiły jednocześnie), ale te dwa posunięcia sprawiły, że konkurs momentalnie stracił prestiż. Jeżeli chodzi o audiotele… hmmm… moja nauczycielka historii z liceum mawiała, że demokracja jest kiepskim systemem, bo zwycięża w nim głupota większości. A głosowanie audiotele w Eurowizji jest dobitnym przykładem. Wygrywają piosenki robione pod publiczkę (a publiczka jest jaka jest… powiedzmy sobie wprost: że mniej więcej 3/4 ludności każdego cywilizowanego państwa to ludzie raczej malo myślący), najlepiej żeby była ładna panienka, śpiewała coś melodyjnego, starała się nie fałszować za bardzo, a jak ktoś jest brzydki i śpiewać nie umie, to ubierze dziwaczne maski, troszkę się powygłupia jak Lordi i zwycięstwo ma w kieszeni. Czasy, kiedy wyboru tego, kto pojedzie na Eurowizję oraz kto ją wygra dokonywało profesjonalne jury, dawno niestety minęły.

Śpiewanie w językach narodowych było doprawdy piękną ideą, szczególnie w erze przedinternetowej kiedy posluchac czegos w malo popularnym jezyku bylo rzadko spotykana okazja. A tutaj można było wysłuchać szwedzkich czy węgierskich wokalistów śpiewających w swoich pięknych i nieczesto promowanych u nas językach, dodatkowo ubarwiających swoje występy różnymi elementami zaczerpniętymi ze swojej kultury narodowej. Słowem – czuło się, że oto na scenę wchodzi kawałek Islandii, kawałek Włoch, kawałek Belgii czy Szwajcarii. Po “rewolucji językowej” każdy teraz stara się, żeby było modnie, nowocześnie, schludnie i zapierało dech w piersiach. “Narodowość” konkursu niestety padła, a jego idea przedstawiania poprzez piosenkę kultur różnych krajów jest już ideą martwą. Teraz mamy takie disco-euro na którym każdy kraj wystawia kogo chce (np. Polacy wystawiają amerykankę, a Niemcy kilka lat temu mieli szansę wystawić Michała Wiśniewskiego) i przedstawia piosenkę w dowolnym języku. Niekoniecznie ładną, niekoniecznie ładnie wykonaną. Wszystkie chwyty dozwolone, byle tylko zdobyć serca publiczności no i głosy audiotele. A że ciemny lud wszystko kupi…

W tegorocznym konkursie spolonizowana Amerykanka Isis Gee poległa na całej linii, zdobywając jedynie kilka marnych punktow od brytyjskiej i irlandziej Polonii (swoją drogą, mnie jej utwór nie zachwycił), niewiele lepiej w zeszłym roku wypadl amerykańsko-rosyjski duet. Może wreszcie czas dać szansę Polakom? Aby uzmysłowić jak piękna jest polska myśli muzyczna, przedstawię dwa filmiki. Na pierwszym mamy naszą kochaną Edytkę, która w 1994 reprezentowała Polskę na festiwalu (swoją drogą, pierwszym festiwalu z udziałem Polaków). Zaśpiewała cudownie, wyśpiewała drugie miejsce. Warto wysłuchać choćby dlatego, że to wykonanie jest jeszcze ładniejsze od tego, które znamy z płyty “Dotyk”. Drugi filmik pokazuje Hanię Stach w pięknym utworze “Regroup” (co prawda po angielsku, ale i tak ładnie), który ciemna polska tłuszcza odrzuciła na rzecz duetu The Jet Set, który furory na eurowizji nie zrobił. A za rok reprezentować nas będzie Gosia Andrzejewicz (wersja optymistyczna) albo kolejna wyciągnięta z kapelusza importowana gwiazda (wersja pesymistyczna).

edyta:

hania:

 

117. Mroczna Wieża 23 maj 2008 (piątek)

Zaszufladkowany do: Książki — HaeS @ 8:58 pm

Po chyba pięciu (a może i sześciu) latach dobrnąłem w końcu do ostatniego tomu “Mrocznej Wieży”. Czytałem to nietypowo. Oczywiście we właściwej kolejności, ale z długimi przerwami, narzuconymi po części przez cykl wydawniczy, po częśći przez moje szczupłe finanse (staram się kupować książki, a nie wypożyczać!), a także przez brak fizycznej możliwości kupna kolejnych tomów czy długą kolejkę pozycji do przeczytania. Wskutek wielu okoliczności ostatni tom trzymałem w rękach po raz pierwszy w życiu mniej więcej dwa lata po przeczytaniu przedostatniego. Jako że niewiele pamiętałem, postanowiłem zaszaleć (a co!) i przed lekturą “Mrocznej Wieży VII” jeszcze raz przebrnąć przez pierwsze sześć tomów.

A właśnie, tak sobie piszę i piszę jakby wszyscy wiedzieli czym “Dark Tower” jest. A przecież nie każdy musi wiedzieć. Cykl powieściowy Stephena (swoją drogą imię “Stephen” jest dla mnie jakieś takie dziwne; z dwóch wersji tego imienia jakoś bardziej mi pasi “Steven”) Kinga składa się z 7 tomów. Tomy czytać należy zdecydowanie w kolejności narzucej przez autora; czytanie na wyrywki bądź przeskakiwanie tomów jest zdecydowanie niewskazane. Można zatem “Mroczną Wieże” potraktować jako jedną długą powieść. Nie do końca byłoby to jednak takie podejście jest słuszne. Każdy tom oprócz tego, że ma swój własny klimat, posiada własny wątek (wraz z rozgrywającym się gdzieś tam w tle wątkiem głównym) oraz własną strukturę (tomy dzielone są na różnie – na rozdziały, pieśni, części o różnej długości); oprócz tego generalnie przy każdej książce zmienia się miejsce akcji i (częściowo) bohaterowie. Zatem każdy tom tworzy pewną oddzielną całość i może być nazwany osobną powieścią z zastrzezeniem jednak, ze – jak pisalem – ze wzgledu na obecnosc glownego watku, nalezaloby czytac je po kolei.

Świat Mrocznej Wiezy jest dziwny i niezrozumialy. Miesza sie w nim wiele watkow, wiele koncepcji i wiele motywow, ktore przewijaja sie przez wspolczesny film i literature. Przypomina zatem “Mroczna Wieza” nieco western, chociazby poprzez postac glownego bohatera, jego miejsce pochodzenia, jego mlodosc i jego swietna umiejetnosc poslugiwania sie rewolwerami. Ale jednoczesnie w “Mrocznej WIezy” jest sporo elementow science-fiction, bo co rusz napotykamy slady jakiejs dawno upadlej cywilizacji, po ktorej wciaz pozostaly dzialajace maszyny. Trafne byloby zaklasyfikowanie cyklu jako fantastykę, bo sporo jest tu nierealnych rzeczy, takich jak przechodzenie między światami, cofanie się w czasie, magiczne kule, a nawet najprawdziwsza w świecie czarownica. Jest też coś z horroru (ach, te demony i gigantyczne pająki wysysające wnętrzności!), coś z sensacji, a jeden z tomów mocno zalatuje romansem. Słowem – dla każdego coś miłego. Istnie postmodernistyczna mieszanka.

Głównym bohaterem jest Roland – człowiek, mieniący się ostatnim rewolwerowcem, przemierzający ten dziwny i niezrozumiały świat w poszukiwaniu Mrocznej Wieży. Na początku (i w zasadzie to prawie do samego końca) nie wiemy czym jest ta wieża, dlaczego on jej szuka i co go czeka w środku. Dzięki niezrozumiałym wyrokom przeznaczenia, Roland może przejść od czasu do czasu do naszego świata i nieco w nim zamieszać, podobnie jak niektóre osoby z naszego świata trafić mogą (i trafiają) do świata Rolanda. Z czasem przybysze dołączają do Rolanda i krystalizuje się drużyna… zaiste dziwna drużyna, ale jednak drużyna, która wraz z głównym bohaterem uparcie podążą poszukując Mrocznej Wieży. Czy dotrą do niej?

Tych, ktorzy czytali, zaskoczę wszystkich ostro kiedy napiszę, że najlepszym tomem dla mnie był pierwszy – “Roland”. Jako że kolekcjonowałem wydanie ze “Świata KsiążkI”, nie miałem do czynienia z nowym, ulepszonym Rolandem 2003 (którego czytali ci, którzy korzystali z wydania “Albatrosa”), tylko ze starą wersją sprzed trzydziestu lat. A i tak podobał mi się najbardziej. Utwór oszczędny w środkach, ale pomysłowy. Klimatyczny. Refleksyjny. Zaskakuje już pierwszy rozdział – jak później ujał to King, pisany “od tyłu”, posiadający retrospekcje, retrospekcje od retropekcji i retrospekcje od retrospekcji od retrospekcji. Ogólnie pierwszy rozdział sam w sobie stanowi ciekawe opowiadanie, można je sobie poczytać bez szczegółowego wgłębiania się w zawartość reszty “Rolanda”, o pozostałych siedmiu tomach nie wspominając. King w “Rolandzie” stworzył fascynujący świat, który potem – i mówię to z żalem – konsekwetnie rozmienia na drobne, niszcząc wspaniałość i prostotę pierwszego tomu Mrocznej Wieży. Dodać muszę, że w starym “Rolandzie” pewne fakty nie do końca zgadzają się z tym, z czym zetkniemy się w reszcie ksiązek. Dopiero w nowej, poprawionej wersji z 2003 King dopasował “Rolanda” do reszty cyklu.

Dwa kolejny tomy – “Powołanie Trójki” i “Ziemie Jałowe” też dają radę. King zaczyna co prawda zakręcać w charakterystyczny dla siebie sposób akcję, zmienia się też i jego styl narracji na bardziej żywy i dynamiczny, ale też bardziej rozwlekły. Okazuje się zatem, że np. 2-3 strony przeznaczone są na mętny opis przeżyć psychicznych bohatera, z którego nic nie wynika. Ot, cały King. Pomimo tego – akcja rusza ostro do przodu, dużo się dzieje, sporo się dowiadujemy i na pewno jest ciekawie.

“Czarnoksiężnik i Kryształ”, najgrubszy ze wszystkich tomów, to baśń. Długa, piękna baśń o młodości Rolanda. Dodać muszę (wszak to żadna tajemnica, a kto czytał “Rolanda” już o tym wie), że baśń bez happy endu. Część ta przez wielu uważana jest za najlepszą część cyklu. Postać Rolanda nabiera w niej z jednej strony (nareszcie!) człowieczeństwa, z drugiej jednak – dramatyzmu i tragiczności. Tom na pewno udany, poza żałosnym zakończeniem z butami i czarnoksiężnikiem z Oz, nad którym jeszcze się później nieco poznęcam.

“Wilki z Calla” to ostatni “normalny” tom zanim wydarzenia nabiorą niesamowitego pędu i zrobi się chaos. Na razie jesteśmy w Calla, gdzie bohaterowie spotykają ludzi udręczonych wizytami tytułowych Wilków. Zatrzymują się w swojej drodze do wieży i postanawiają się ich raz na zawsze pozbyć. Tom dobry i ciekawy, zaskakujący, nasycony pełnokrwistą akcją.

I tu się kończy to, co w “Mrocznej Wieży” najpiękniejsze. Zupełną porażką jest bowiem dla mnie tom szósty – “Pieśń Susannah”. Pomijam już drobny szczegół, że wszystko dzieje się nie w świecie Rolanda, ale w “naszym” świecie. Pomijam to, ze pada dzięki temu klimat. Pomijam to, że tworzy się nieco chaosu i zamieszania przez te wszystkie podróże w czasie, rozdrobnienie grupy na kilka częśći wykonujących różne zadania i kilka innych szczegółów. Ale pominąć nie mogę faktu, że ta książka jest normalnie nudna jak flaki z olejem. Ale niestety, trzeba czytać wszystko i po kolei, zatem i “Pieśń Susannah” trzeba przemęczyć.

No i w ten sposób dochodzimy do tomu ostatniego. Też nie jest rewelacyjny, niestety. Za długi, zbyt rozwlekły, miejscami nudnawy. Całe szczescie, pod koniec akcja zaczyna przyspieszac, watki sie zamykac, a wszystko zmierza w coraz szybszym tempie do upragnionego finalu, ktory… Powiem tylko tyle, że zakończenie jest niespodziewane, fascynujące, oryginalne i ciekawe, chociaż fanatycy logiki (do których zaliczam się m.in. ja i mr Spock) mogą się tego i owego czepiać. No, ale powiedzmy, że daje radę.

Seria jako całość… na pewno dobra. Wciaga, a to najwazniejsze. Do naszej grupki bohaterow sie przywiazujemy, traktujemy ich jak przyjaciol, zyjemy ich radosciami i smutkami, myslimy o nich nawet wtedy kiedy spokojnie stoja na polce zamknieci miedzy stronnicami ksiazek. Mamy oryginalny swiat, tajemniczy klimat, duzo sie dzieje – to duze plusy. No i jeszcze cos, co ja bardzo cenie – zlozonosc i wielowatkowosc. Wydarzenia z pierwszego tomu maja wplyw na to, co sie dzieje duzo pozniej. Na pewno polecilbym bez wahania, ale nie ma rozy bez kolcow (chociaz z roza to akurat kiepskie porownanie… zaraz sie dowiecie dlaczego).

Seria ma pewną istotną wadę, a mianowicie – wprowadzanie do świata “Mrocznej Wieży” elementów nijak do niego pasujących. Żeby przybliżyć o co mi chodzi, posłużę się wyrafinowanym porównaniem. Wyobraźcie sobie ilustrację do “Władcy Pierścieni”. Elfy, ludzie i krasnoludy siedzący gdzieś tam w lesie w świecie pełnym magii i zaskakujących zjawisk. Pomimo, że ten świat jest wymyślony, czuje się jego prawdziwość. No i teraz do tej ilustracji dodajmy fakt, że po niebie lata różowy słoń, narysowany w komiksowo-kreskówkowej stylistyce. Pasuje ten różowy słoń? Za nic w świecie! Psuje harmonię obrazu, zaburza u obserwatora poczucie realności, wydaje się być sztuczny i na siłę wprowadzony. No i tak samo jest z chorymi pomysłami Kinga, wymyślananymi z czapy, jakby na poczekaniu i bez chwili zastanowienia się nad ich sensowanością wprowadzanymi do powieści. Pomijam już nawiązania w “Mrocznej Wieży” do innych książek tego autora, bo bohaterowie spotykają m.in. Ojca Callahana z “MIasteczka Salem” czy też zrujnowane miasto z “Bastionu”. Takich nawiązań jest nieco więceji tego się nie czepiam – może nawet i fajnie, że autor łączy różne swoje książki w jedną całość, nawet jeśli nie do końca to się trzyma kupy. Ale wspomnieć trzeba o fatalnej końcówce IV tomu, kiedy bohaterowie znajdują nie wiadomo jak i skąd na drodze komplet butów specjalnie dla nich uszykowanych czy spotykają czarnoksiężnika z Oz (koniec końców okazało się, że to nie on, ale i tak niesmak pozostaje). W V tomie główni przeciwnicy używają mieczy jakby z gwiezdnych wojen i rzucają zniczami z napisem “Harry Potter”. Pojawiają się też nawiązania do Spidermana. Wszystko to sprawia, że świat nie tylko traci na realności, ale też wydaje się być pozbawiony sensu i logiki. Doprawdy, panie King – świat “Mrocznej Wieży” sam w sobie już jest tak zamotany (dodajmy – cudownie zamotany i cieszę się z tego, że taki jest) przez podróże w czasie, czarownice, gadające zwierzęta i żyjące cieniem swojej dawnej świetności maszyny, że wszystkie “udoskonalenia” przez Pana wprowadzone wywołują u czytelnika zażenowanie równie mocne, jakie wywołałby różowy Beniamin Blumchen wesoło krzyczący “Tereeeeee!” nad głową Galadrieli.

Jednym z takich “uatrakcyjnień”, a zarazem największym błędem Stephena Kinga było IMO wprowadzenie do serii jako jednego z bohaterów… samego siebie. W “Pieśni Susannah” autor zrobił to jeszcze dość delikatnie i gdyby skończyło tylko na krótkim spotkaniu Kinga z Rolandem, skomentowałbym to jako miły, troszkę ironiczny akcent. Niemniej jednak pod koniec “Pieśni Susannah” nawiązań do postaci Kinga jest dużo więcej, a postać ta stanowi ważne również ogniwo ostatniego tomu, co dla mnie jest już przegięciem. Długo bałem się, że “Mroczna Wieża” skończy się jak “Akademia Pana Kleksa” – Roland trafi do swojej wieży, a tam spotka Kinga, który stworzył i kontroluje jego świat. Na szczęście aż tak źle nie jest. Ale i tak umieszczenie i – co gorsza – konwekwentne prowadzenie swojej postaci, tworzenie z niej klucza do świata Rolanda i uzależnianie losów bohaterów od losu swojego powieściowego alter ego i tak śmierdzi mi na kilometr kiczem.

Inna sprawa to Róża. Boshe, ile można wałkować jedno i to samo? Dla niezaznajomionych z cyklem/nie pamiętających o co chodzi: gdzieś na pustej działce w Nowym Jorku rośnie róża. Nie wiadomo jak i kiedy, bez słowa wyjasnienia, bohaterowie ubzdurali sobie, że ta róża jest najważniejszą rzeczą na świecie, którą trzeba chronić za wszelką cenę i wszystimi dostępnymi środkami. Róża pojawia się głównie w V i VI tomie i jest co rusz wspominana – wciąż ktoś od tej róży chce, wciąż grozi jej jakieś niebezpieczeństwo, wciaż się o niej mówi nawet jeśli po prostu sobie akurat rośnie i nikt nie czycha nad nią z sekatorem. A zdezorientowany czytelnik pyta tylko sam siebie o co z tą różą chodzi, bo mnie się akurat ważna nie wydawała. Wydawała się wkurwiająca i róża, i wszystkie nawiązania do niej.

Pomimo wszystkiego tego, co napisałem powyżej – polecam “Mroczną Wieżę” wszystkim, którzy lubią Kinga. Wszystkim, którzy lubią fantastykę. Wszystkim, którzy lubią długie, wielowątkowe, złożone opowieści. Wszystkim, którzy chcą przeczytać coś ciekawego. “Mroczna Wieża” miejscami nudzi, miejscami zniechęca, miejscami niemal chce się przerwać czytanie i zakończenie przygody z tą książką. Ale odrobinka (a czasem troszkę więcej niż odrobinka) cierpliwości ofiarowana Rolandowi i jego kamratom zwróci się i zaprocentuje. Ja w każdym razie nie żałuję tego, że zacząłem swoją przygodę z tym cyklem i nie żałuję też tego, że dotrwałem do jej końca. Wrecz przeciwnie: cieszę się, że trafiłem (torszkę przypadkiem) na ten cykl i że miałem okazję przejść wraz z Rolandem i jego przyjaciółmi tę jakże długą drogę. I wam życzę równie mocnych wrażeń.

Aaaaaaaaa! Jeszcze coś. Abrams (ten od Lostów) ma to zekranizować. Nie mogę się normalnie doczekac…

 

115. Sneak Peak do postu “Moja wiara” 15 maj 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Internet, Kościół, filozofia — HaeS @ 4:48 pm

Post o mojej wierze zapowiadam po raz kolejny. Jest on cały w produkcji, w znacznej mierze ukończony, sporo jednak jest spraw, które muszę jeszcze przemyśleć, a jeszcze więcej takich, które chciałbym ująć w odpowiednie słowa i cały czas szukam pomysłu jak to najlepiej zrobić. Póki co jednak – rzucam fragmenty z dyskusji na forum.gazeta.pl. Dyskusja jest naprawdę bardzo interesująca. Zaznaczam, że mniej lub bardziej zgadzam się z większością cytowanych fragmentów, zaś spora część wypowiedzi (a szczególnie pytanie inicjujące wątek) brzmi jakbym sam to pisał. Dla zainteresowanych cała dyskusja znajduje się tutaj.

bzdzius
Moi rodzice byli mądrzy i nie zmusili mnie do żadnej religii, kiedy byłem dzieckiem. Teraz jestem dorosły i mogę sam wybrać. Chcę sobie wybrać jakąś religię bo boję się, że bez tego może rzeczywiście pójdę do piekła albo może do czegoś jeszcze gorszego… A nie uśmiecha mi się smażenie się w smole. No ale tu właśnie zaczyna się problem, no bo jaką religię mam wybrać?

Rzymski katolicyzm? A jeśli rzymscy katolicy nie mają racji, tylko np. starokatolicy, ewangelicy augsburscy, prawosławni, zielonoświątkowcy albo jeszcze inni chrześcijanie? A może to chrześcijanie nie mają racji, tylko muzułmanie? A może też i nie oni, tylko buddyści lub hinduiści? Co będzie jeśli uwierzę, że Jezus był Bogiem, a wiara w Buddę i w reinkarnację to grzech, jeśli okaże się po śmierci, że to właśnie reinkarnacja jest prawdziwa, a Jezus nie był Bogiem? Czy mam uwierzyć rzymskim katolikom, że homoseksualizm to grzech, a jego zwalczanie to cnota, czy na odwrót – protestantom, że homoseksualiści nie grzeszą, natomiast grzeszą ci, którzy ich poniżają? Może rację mają buddyści, że zwierzęta mają duszę i nie wolno ich zabijać? Czy przeciwnie mogę np. spokojnie pracować w rzeźni a i tak potem pójść do nieba? Pomóżcie mi wybrać jakąś religię, czuję się kompletnie zagubiony…

grgkh
Wszystkie religie mają wspólny element, chcą przekazać – strachem lub obietnicami nagrody – zasady moralne, jak żyć między ludźmi. Bądź “dobrym” człowiekiem, tak jak to dobro rozumiesz, a religie olej. I to wystarczy.

krytykantka07
Pomogę Ci ;). Wszystkie religie są takie same i jest tylko jeden Bóg jakkolwiek by się nie nazywał. Katolicy nie mają racji prześladując homoseksualistów, bo prześladowania kogokolwiek zabronił Jezus i protestanci to wiedzą. Katolicy o tym wiedzieć nie chcą. Wiara w reinkarnację wskazuje na to, że musisz być dobry dla wszystkich, bo nie wiadomo kto wrócił ;). Czyli jest to miłość bliźniego głoszona przez Jezusa. Co do zabijania zwierząt : oczywiście bezpieczniej jest ich nie zabijać, a jeśli jesteś wegetarianinem to nie masz problemu ;). No i zawsze możesz jeść ryby ;). Czy ryba to zwierzę? ;). No a w rzeźni pracować nie powinieneś, chyba że lubisz patrzeć na cierpienie ;).

astrotaurus
krytykantka07 napisała:
**Pomogę Ci ;). Wszystkie religie są takie same i jest tylko jeden Bóg jakkolwiek by się nie nazywał. **

Gdyby sobie człowiek jaj nie robił to byś mu zaszkodziła. Wszystkie religie są takie same i żadnego głoszonego przez nie boga nie ma. Miał mądrych rodziców, nie popadł w narkotyki, to i w Twoje bajki może nie popadnie. :)

rachela25
Wiesz co? po dłuższym zastanowieniu to chyba powinieneś brać przykład z rodziców. Po co ci religia? wierz w człowieka a nie w jakąś,,istotę,, na istnienie której dowodów nadal nie ma.Ja również nie ochrzciłam swojego dziecka co w tym kraju u większośći wywołało oburzenie.Ale nie przejmuję sie tym , dla mnie to jedna wielka bzdura.

tewie60
Pozostań ateistą i bądź swym własnym bogiem !
W gruncie rzeczy, żadna religia w swych podwalinach nie jest zła, każda nakazuje bycie dobrym człowiekiem. Źli są tylko ludzie głoszący wiarę we własny, pokrętny i interesowny sposób. To kapłani i szamani wymyślili, że pobożność człowieka mierzy się wielkością dóbr materialnych złożonych w ofierze “jedynemu stwórcy”. A że każda religia ma swojego “jedynego” (katolicyzm chce być najlepszy i ubzdurał sobie trójcę), to mało ważne do którego sie modlisz, bo on i tak jest jedyny.
Co weselsze, każdy jest nieograniczenie miłosierny i wszechmocny, oraz sprawiedliwy, a jak cię spotka coś złego to on cię ukarał i przyjmuj to z pokorą. Tylko jak patrzysz, że za to samo twój sąsiad jest przez niego nagradzany, to ci sie nóż w kieszeni otwiera i zaczynasz wątpić, co jest równoznaczne z wypięciem się na bóstwo.

No i na koniec chyba najmądrzejszy post:

kretynofil
Jest tylko jedna religia, ktora zaprowadzi Cie do raju i ktora da Ci wieczne szczescie. Nie tylko na tym padole lez, ale na kazdym innym. Ta religia to PASTAFARIANIZM:

en.wikipedia.org/wiki/Pastafarianism
Jest tez wersja polska, ale ubozsza:

pl.wikipedia.org/wiki/Lataj%C4%85cy_Potw%C3%B3r_Spaghetti

Jesli bedziesz zyl wedlug Wielkich Osmiu “Naprawde Wolalbym Zebys Nie”, to kazdy bog i kazdy Bog rozpozna Cie jako swego. Nie ma zmartwienia :)

 

114. Murzynek Bambo w Elblągu mieszka 14 maj 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: refleksje, społeczeństwo — HaeS @ 10:10 am

Właśnie przeczytałem wstrząsający wywiad z czarnoskórym lekarzem z Elbląga. Wywiad jest tutaj, ja natomiast rzucę w tym miejscu na jego temat drobną refleksję, bo na pewno jest o czym pisać.

Problemu z murzynami, jak to nazywa się czasem czarnoskórą mniejszość społeczną (ja sam nie widzę w tym określeniu nic obraźliwego), ja sam osobiście nigdy nie miałem. Nigdy dla mnie nie istniały żadne bambusy, czarnuchy czy asfalty. Człowiek to człowiek – prawda dla mnie jest oczywista i naturalna i za każdym razem, kiedy czytam taką historię jak powyżej zaprezentowana, aż chcę wydać z siebie okrzyk zdziwienia. Jak trzeba głupim, naiwnym, ciemnym i niedouczonym, aby tej oczywistej prawdy o równości wszystkich ludzi nie widzieć? Dla mnie osobiście kolor skóry u człowieka jest mniej więcej takim samym wyznacznikiem wartości człowieka, jak jego wzrost, kształt oczu czy kolor włosów. Owszem, gdzieś tam kiedyś ktoś udowodnił, że z trzech ras ludzkich to właśnie czarna ma średnio najmniejszy mózg (czytający to rasiści – nie cieszcie się tak, nie cieszcie, bo największy z kolei mają pogardzani przez co poniektórych i nazywani “żółtkami” Azjaci), pytanie tylko – czy to ma aż takie znaczenie? Jednym tchem mogę wymienić z 10 znanych mi osób, które prawdopodobnie mózg mają mniejszy niż u przeciętnego czarnoskórego mieszkańca naszej planety. Zresztą, nawet jeśli przyjmiemy że statystyczny murzyn ma nieco niższe IQ – zaraz powstaje pytanie: I CO Z TEGO? Wielu i tak będzie powyżej polskiej normy, a nawet ci ciut mniej uzdolnieni w wyobraźnię przestrzenną czy myślenie abstrakcyjne, mają wszak wrażliwość i uczucia (czyli to, co czyni z nas ludzi) takie same, jak i my.

Co zresztą będę argumentował. Inteligentny i myślący człowiek sam z siebie wie, że przybysze z dalekiego południa są takimi ludźmi, jak i my – cieszą i smucą ich te same sprawy, czują tak samo jak i my, mają te same potrzeby emocjonalne. Głęboko wierzę w to, że mogą być takimi samymi przyjaciółmi, pracownikami czy partnerami życiowymi jak biali. Owszem, są pewne różnice – sam oryginalny wygląd zwraca uwagę (kto z nas nigdy się nie obejrzał nigdy widząc na ulicy Murzyna?), mają czasem śmieszny akcent czy głupawe (ale nieszkodliwe) zwyczaje. To ostatnie to kwestia kultury, w jakiej dorastali, a równie dziwni mogą z naszego punktu widzenia być Arabowie, Eskimosi czy Indianie z Peru. My z ich punktu widzenia też mamy dziwaczne pomysły. Wszak nasza kultura nie jest jedyną słuszną, a jedynie jedną z wielu, nie robiłbym zatem wielkiego “halo” z diety przybyszy z Mauretanii i Zimbabwe albo z ich sposobów chronienia się przed pechem.

Tu się może nieznacznie narażę, ale ja sam widzę u siebie zachowanie, które może być zinterpretowane przez niektórych jako rasistowskie. Jedyną bowiem mniejszością narodową, która mnie razi, są Cyganie – ale tylko ci nie do końca zasymilowani, którzy zamiast żyć, pracować i zarabiać jak każdy przyzwoity Polak, okradają zwykłych, szarych ludzi, w dodatku pozostając na ogół bezkarnymi. Słyszę zewsząd, że nie każdy Cygan (czy też “Rom” jak każą siebie nazywać) ma w naturze kradzież i oszustwo, jednak jest wśród nich wielu takich, którzy na powszechnie istniejący stereotyp cygana-złodzieja bardzo, ale to bardzo solidnie zapracowało. Ci, którzy to robią, charakteryzują się skrajną bezczelnością, nie przebierają w ofiarach, a do tego pozostają zupełnie bezkarni. Znam przypadki babci, której cyganka ukradła 700 zł świeżo otrzymanej emerytury czy też ludzi, którzy zostali okradzieni przez Cyganki współpracujące ze starą wróżbitką, która swoimi czarami odwracała uwagę delikwenta od bagaży. Zasada jest taka: im latwiejsza ofiara, tym lepsza. I nic mnie bardziej nie denerwuje niż istnienie takich ludzi w naszym społeczeństwie. Dlatego właśnie widząc na dworcu kolejowym grupę ludzi o charakterystycznych rysach twarzy i kolorze skóry, ubranych w typowe cygaskie stroje i idących całą watahą wokół nobliwej seniorki rodu, trzymam kurczowo swoje bagaże bliżej siebie i omijam ich szerokim łukiem, modląc się w duchu o jakieś wydarzenie na świecie, które spowoduje ich masową emigrację z naszego kraju. Chcialbym pokreślić jedną, istotną rzecz: w odróżnieniu od rasistów, którzy nienawidzą murzynów tylko za to, że są czarni, mnie osobisice w cygańskim narodzie denerwują nie ich geny, nie ich język ani kolor skóry, ale ich styl życia i ich normy społeczne, które jawnie kłócą się w wielu miejscach z polską tradycją i polskim prawem, do których to co poniektórzy Romowie szacunku nie mają żadnego, przedkładając swoje dość barbarzyńskie zwyczaje ponad nasz społeczny ład. Chociaż oczywiście bardzo daleko mi do podburzania przeciwko temu narodowi, a tym bardziej opisanych w cytowanym artykule bicia i podpalania.

A w szkolach, powinno sie od najmlodszych lat uczyc o rownosci wszystkich ludzi. Najlepsza lekcja bylaby obecnosc wsrod uczniow czarnoskorych dzieci, ale o takie w Polsce trudno, poza tym – artykul pokazuje jak koncza sie proby asymilacji ciemnej skory z ciemna masą. Szkoda gadać.

 

112. Polecone: Wyspa Delfinów 4 maj 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Książki, O blogu, polecone, refleksje — HaeS @ 5:59 pm

Dziś rozpoczynam na swoim blogu cykl, w którym będę omawiał książki, filmy i inne wytwory kultury, o których dowiedziałem się (bądź zostałem do nich zachęcony) dzięki blogom, na które od czasu do czasu zaglądam. W ten sposób w sposób wirtualny zbliżam się do moich kolegów-blogerów, zacieśniam wirtualne więzi, a jednocześnie pokazuję, jak byt w blogosferze przeplata się z prawdziwym życiem i jaki ma na nie wpływ, na mój rozwój intelektualny, a także – być może w przyszłości – towarzyski. Że człek nie bloguje sam dla siebie, ale po to, aby się z kimś czymś podzielić, dać komuś coś z siebie, ale jednocześnie od innych chłonąć cząstki ich osobowości, żyć tym, czym żyją inni. Pan Spock z kamienną twarzą rzekłby w tym miejscu “fascinating!”.

Na pierwszy rzut idzie zatem “Wyspa Delfinów” (powered by Surion)

Recenzja Suriona (po której kupiłem książkę na allegro): Tutaj.

Arthur C. Clarke najbardziej znany jest z cyklu “Odyseja Kosmiczna”. Powstały w sumie cztery tomy. Pierwsze dwa z nich – których akcja dzieje się w roku 2001 oraz 2010 (moje recenzje tu) zostały zekranizowane. Dwa kolejne, których czas akcji umieszczony jest w 2061 i 3001 ekranizacji póki co się nie doczekały. Szczerze mówiąc, nie czytałem jeszcze żadnego z czterech tomów (chociaż pierwsze dwa mam w planach; dwa kolejne też bym chciał przeczytać tyle, że są trudno dostepne); ba – nie czytałem jeszcze niczego Clarke’a i dlatego też nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać.

W jednej rzeczy w Surionem się zgadzam: Clarke niestety nie błyszczy stylem. Proste i raczej krótkie zdania, brak jakichkolwiek komplikacji stylistycznych czy składniowych, zero ozdobników, słownictwo najprostsze jak się da – miejscami ma się wrażenie, że czyta się książkę dla 10-latków. Owa ułomność stylistyczna autora na początku drażni, na szczęście z czasem człowiek się przyzwyczaja i nie przeszkadza to już tak bardzo. Fabuła sama w sobie też niestety zbyt wyszukana nie jest. Nie będę jej streszczał, bo co będę psuł zabawę czytelnikowi, ale przebieg akcji, ale powiem tylko tyle, że raczej nie dzieje się nic wartego uwagi. Bohaterowie… szkoda gadać. Dziecinny Johnny dręczony przez niedobrą ciotkę i jeszcze bardziej dziecinny jego przyjaciel, do tego dobroduszny profesorek i jego nieco zimniejszy współpracownik + galeria kilku innych równie mało interesujących postaci. A, zapomniałem o delfinach, które też grają ważną rolę.

Książkę zatem mógłbym rnąć do kosza (albo “wyćpnąć na gemylę”, jak to moja babcia mawiała) bez większego żalu. Jednak jest w niej coś, co przyciąga. Clarke w ów żenujący spektaktl pozbawiony jakiejkolwiek ciekawej akcji prowadzony w dodatku przez marnie skrojonych bohaterów, wkleił kilka interesujących pomysłów, które sprawiają, że książka nabiera zupełnie innego wymiaru. Wiadomo powszechnie, że delfiny są istotami wysoce inteligentnymi i w zasadzie jedyną istotą na intelektualnej drabinie postawioną wyżej od nich jest człowiek. Clarke poszedł nieco dalej. Zasugerował, że delfiny posiadają własny język, na tyle podobny do ludzkiego, że człowiek jest w stanie (przy pomocy oczywiście odpowiedniej maszynerii) rozszyfrować delfinią ową mowę, a także i odpowiedzieć delfinom w ich języku. Jak dla mnie, całkiem wiarygodna historia. Co ważne, Clarke ubarwia całą historię o zdawałoby się mało istotne, ale sprawiające że wszystko zyskuje na wiarygodności szczegóły – jak choćby ten, że defliny posługują się systemem dwójkowym. No i napisac muszę, że bohaterowie rozgryzając delfinią mowę, trafiają na tajemniczą legendę, o której Surion wspominał. Także i ja ani słowem nie wspomnę o czym te defliny od wieków rozprawiają, ale legendą nie zawiodłem się ani trochę. Autor wplótł w książkę także i inną, autentyczną i bardzo interesującą legendę – tym razem opowiadaną przez ludzi, – a mianowicie o Mary Watson.

Po świeżej lekturze “Solarisa”, po którym wciąż jeszcze nie ochłonąłem, wnioskuję, że być może ludzkość popełnia błąd szukając inteligencji w kosmosie. Być może inteligentne cywilizacje składające się ze świadomych jednostek (nieco innych niż sobie wyobrażaliśmy, ale jednak) żyją tutaj, na ziemi? Sporo czasu i pieniędzy poświęcono już inteligencji szympansów, która jest dobrze zbadana i opisana, mam wrażenie jednak, że o wiele większy potencjał tkwi w delfinach, słoniach i świniach. Tak mało o nich się mówi, a przecież to niewiarygodnie inteligentne zwierzęta. Kto wie co naprawdę dzieje się w ich głowach…

Wracjąc do mojej ostatniej lektury – plusem “Wyspy Delfinów” może być to, że mnóstwo dowiadujemy się o tych sympatycznych stworzonkach, ich zwyczajach, zabawach, radościach i utrapieniach. Poza tym nie sposób nie wspomnieć o tym, że Clarke porusza delikatnie pewne problemy społeczno-filozoficzne, ustami bohaterów wypowiada się m.in. w sprawie tresowania zwierząt (a w dalsze perspektywie – ludzi) przy pomocy elektrostymulacji mózgu, porusza też kwestię pokoju na świecie, ekologii itd. Podoba mi się też to, że Clarke umieszczając akcję w dość odległej przyszłości, nie fantazjuje zbytnio, nie wymyśla skomplikowanych cacek ani dziwacznego przebiegu historii. W zasadzie z jego skromnych wizji co nieco się sprawdziło, a za kiladziesiąt lat kiedy do mniej lub bardizej powszechnego użytku wejdą poduszkowce, książka nie będzie miała chyba żadnego poważnego zgrzytu między wyobrażeniami Clarke’a, a rzeczywistością.

Książkę polecam, ale bez głębszego przekonania. Zazwyczaj unikam ocen liczbowych, ale wyjątkowo powiem, że jako czytadło oceniłbym to na dwa z dużym minusem, jako książkę, z której możemy wynieść jakąś wiedzę bądź refleksję – na czwórkę. Jeżeli zatem kogoś taka delfinia perspektywa zbytnio nie rusza, może bez żalu sobie “Wyspę Delfinów” odpuścić.

 

111. …a myślałem, że takie rzeczy to tylko w Erze i w bajkach. 3 maj 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Nauka, Z życia — HaeS @ 2:05 pm
Tags:

Dziś spacerując wraz z moim piesem po trawniku, spojrzałem pod nogi. I nie wiem jak, ale w gąszczu co najmniej kilkudziesięciu identycznych na pierwszy rzut oka koniczynek, a w dodatku tak gęsto rosnących, że nawet z bliska ciężko odróżnić jedną od drugiej, od razu rzuciła mi się w oczy ONA. Nachyliłem się i stwierdziłem, że moja początkowa diagnoza była słuszna: oto znalazłem czterolistną koniczynę! Natychmiast nastąpiłem do aktu dewastacji środowiska naturalnego i zarekwirowałem matce naturze mutanta. Dowód znaleziska przedstawiam poniżej.

Przekonany dotychczas byłem, że takowe okazy istnieją tylko w bajkach i przesądach. Jak się okazuje, byłem w błędzie. Niezastąpiona w takich sytuacjach wikipedia twierdzi, że na 10 000 “normalnych” konicznynek przypada jedna czterolistna. Nieporównywalnie rzadziej zdarzają się okazy pięcio czy sześciolistne (mój kumpel znany z bogatej wyobraźni twierdzi, że znalazł właśnie taki pięciolistny okaz), zaś rekordzistka miała aż 18 liści. Przyczyny powstawania takich koniczynek nie są do końca znane, być może to jakaś przypadkowa mutacja, a może gen recesywny.

Niedługo cieszyłem się jednak swoim odkryciem Kilka godzin później koniczynka już zwiędla i trzeba było ją wyrzucić. Czyżby szczęście, które rzekomo takie koniczynki mają przynosić, było aż tak ulotne?

 

110. Trzy spojrzenia na “Solaris” 1 maj 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Film, Książki, Nauka, filozofia, refleksje — HaeS @ 4:40 pm

Często zastanawiam się czy istnieje życie w kosmosie. To jeden z moich ulubionych tematów w ostatnim czasie. Naukowcy, posługując się rachunkiem prawdopodobieństwa, bez wahania odpowiadają, że jest rzeczą statystycznie pewną, że nasza galaktyka, o reszcie wszechświata nie wspominając, niemal roi się od różnych form życia. Jednocześnie jednak bardzo często przytacza sie paradoks Fermiego, który zazwyczaj streszcza się trzema, jakże wymownymi słowami: “Gdzie oni są?”. Zaiste dziwne, że wszechświat, który powinien kipić od życia, jest pusty i niemy. Radioteleskopy nie odbierają żadnych sygnałów radiowych nadawanych przez obce cywilizacje, nie udowodniono wizyty żadnego obcego na naszej planecie, zaś fabrykowane masowo przez Danikena i pokrewnych mu grafomanów książki przestawiające “dowody” na kontakty z obcą cywilizacją w odległej przeszłości wywołują u bardziej refleksyjnych czytelników poczucie zażenowania.

Ponieważ nie znamy żadnej alternatywnej (w stosunku do ziemskiej) formy życia w Kosmosie, wszystkie nasze wyobrażenia opieramy na tym, co już znamy, czyli na nas. Właśnie dlatego w filmach SF tak wiele jest istot humanoidalnych. Wychowani na Star Treku i Babylonie, wyobrażamy sobie, że kosmici wyglądają jak ludzie, mówią po angielsku, a od nas różnią się w najgorszym wypadku ilością plamek i wystających kości na głowie. Klingonowie z pierwszego Star Treka czy Sabaceni z Farscape’a nie różnią się nawet tym – na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie jak ludzie. Przyczyną takiego stanu rzeczy (oprócz wyobraźni autorów pozostającej w stanie szczątkowym) jest aspekt techniczny – łatwiej bowiem jest domalować aktorowi kilka plamek na czole niż stworzyć kosmitę z prawdziwego zdarzenia. Co nie zmienia faktu, że tzw. humanoidy to z naukowego punktu widzenia bzdura totalna, a jeśli dołożymy do tego jeszcze powszechną w filmach i serialach możliwość krzyżowania ludzi z odpowiadającymi im gatunkami z obcych planet, pozostaje jedynie chwila ciszy, refleksji i żalu nad zagubioną gdzieś przed laty inteligencją ludzi tworzących takie banialuki. Nie wspominam już o tępym plebsie, który łyka ten chłam bez zmrużenia oka.

Ci z nas, którzy umieją odrzucić od siebie stereotyp kosmity wyglądającego niemal identycznie, jak człowiek, nadal jakoś nie umieją wyjść ponad pewne ramy myślowe. Na takich właśnie utartych schematach oparto istoty pozornie zupełnie obce, ale tak naprawdę wzorowane na zwierzętach z naszej planety – np. obcego z filmu “Alien” czy brainsuckera z serialu Babylon 5. Kształty owych stworzeń, ich dziwaczne narządy i zwyczaje (jak np. kwas zamiast krwi czy żywienie się falami mózgowymi) faktycznie sprawiają, że istota wygląda na obcą. Ale czy na pewno? Do mnie akurat nie do końca to przemawia i niezależnie od liczby odnóży, kształtu szczęk i koloru krwi widzę cały czas głęboką inspirację ziemskimi formami życia. W odróżnieniu jednak od mojej dezaprobaty dla efektów pracy twórczej osób odpowiedzialnych za pojawienie się w uniwersach SF humanoidów, nie potępiałbym twórców istot takich jak Obcy. Starają się jak mogą, aby ich stworzenia wyglądały tak obco jak to tylko możliwe, uatrakcyjniając je o coraz bardziej wymyślne cechy. To o wiele ambitniejsze zadanie aniżeli danie aktorowi pary fioletowych szkieł kontaktowych i plastikowej nasadki na głowę.

O kroczek dalej idą ci scenarzyści filmowi i pisarze, którzy nie bawią się w naśladowanie dużych zwierząt, ale mikrobów. Jednak i tu istoty obce są za mało obce. Mało, że po dokładnym oglądzie okazuje się, że posiadają DNA, to jeszcze na ogół wchodzą w reakcję z ludzkim organizmem – zupełnie tak, jak infekty ziemskie. Na jakiej zatem podstawie bohaterowie filmu czy serialu twierdza, że owe zarazki są pozaziemskie?

Jak widzimy, autorzy SF nie do końca radzą sobie z tworzeniem obcych tak, aby było to z jednej strony interesujące, z drugiej wiarygodne. Jak dotychczas ledwie kilkukrotnie natknąłem się na stricte naukowe idee przedstawiające pozaziemskie istoty – jedna z nich, dotyczy krzemowych kryształów, rosnących na powierzchni planety i przypominających nieco krzaki, druga zaś – istot żyjących w koronach gwiazd. Obie przedstawiają coś, czego na ziemi nie ma i tak obce, że aż trudne do wyobrażenia. I to jest właśnie fascynujące.

SPOJRZENIE PIERWSZE: KSIĄŻKA STANISŁAWA LEMA

Przekonanie o obcości obcych oraz odraza do idei humanoidalnych kosmitów – to dwie cechy które łączą mnie z genialnym polskim pisarzem Stanisławem Lemem. Uchybieniem dla inteligencji czytelnika byłoby tłumaczenie w tym miejscu kim był Stanisław Lem, bo to człowiek zewsząd znany, ikona polskiego (i nie tylko polskiego) fantastycznonaukowego pisarstwa. No właśnie – fantastycznonaukowego. W odróżnieniu od tysięcy innych pisarzy czy scenarzystów, bujających w obłokach absurdu, Lem jak najbardziej poważnie podszedł do terminu “fantastyczno-NAUKOWY” (nacisk na drugi człon celowy) i unikał radosnej twórczości pozbawionej naukowej refleksji.

Dlatego też z przyjemnością przeczytałem jego “Solaris”. Po raz pierwszy w filmie czy literaturze spotkałem istotę naprawdę obcą. Istotę, której istnienie jestem w stanie zaakceptować, przy której poznawaniu nie prychnąłem z pogardą dla małej wyobraźni autora ani nie kiwałem z niedowierzaniem głową jak to zwykłem robić po tym, kiedy twórca przedstawia coś głupszego aniżeli sięga moje wyobrażenie głupoty. Formę życia tak odstającą od naszych wyobrażeń o istotach pozaziemskich, że większośc z nas odrzuci ją bez wahania. Istotą tą bowiem jest… cała planeta – tytułowa Solaris. A w zasadzie nie tyle planeta, co pokrywający ją cytoplazmatyczny ocean. Ocean zdaje się żyć własnym życiem, jest w ciągłym ruchu, a na jego powierzchni co rusz pojawiają się i znikają fascynujące twory – długonie, mimoidy, symetriady, asymetriady oraz kilka innych, których nazw nie pomnę. Nie są one tworzone przez proste zjawiska fizyczne, ale zdają się być jakimiś przejawami aktywności tej planety. Powstają celowo i każda z nich ma do spełnienia jakieś zadanie…

Nawiązanie kontaktu z takim wielkim planetarnym mózgiem jest bardzo trudne, żeby nie rzec – niemożliwe. Wszak Solaris jest sama i samotna, istnieje dla siebie. Nie posiadając żadnych towarzyszy swojego żywota, od samego swojego powstania będąc jedyną znaną sobie istotą, nie zdołała w sobie wytworzyć żadnych zdolności społecznych, żadnej potrzeby kontaktu z kimkolwiek. To jeszcze bardziej przeraża, ale jednocześnie pokazuje, jak obcą nam istotą jest Solaris. Trudno wyobrazić sobie jeszcze bardziej odstającą od naszego wyobrażenia formę życia – chwała za to Lemowi!

Oprócz rozległego wątku dotyczącego historii eksploracji i badań nad tą niezwykłą żyjącą planetą, Lem wprowadził także wątek traktujący o tym, co dzieje się z trójką astronautów mieszkających w orbitującej nad nią stacji kosmicznej. Zaczynają oni bowiem widywać dziwne rzeczy, ludzi, którzy przebywających gdzieś zupełnie daleko, a nawet nieżyjących. Jedną z nich jest Harey, zmarła przed laty żona głównego bohatera. Wydaje się, że właśnie tym wątkiem Lem ukręcił sam na siebie bicz, który zabił obie ekranizacje powieści.

Solaris doczekał się bowiem dwóch ekranizacji. Co ciekawe i ważne, budujące i druzgoczące zarazem, żadna z tych ekranizacji nie jest polska. Budujące – bo to jawny dowód na to, że Stanisław Lem zdobył uznanie za granicą, włączony został do kanonu wielkich pisarzy SF i szanowanych postaci z tego środowiska. Druzgoczące – bo świadczy to o poziomie polskiej kinematografii, która potrafi po raz milionowy wałkować jeden i ten sam wątek w kolejnych hitach będących ekranizacjami powieści Grocholi, ale nie umie wziąć się za ekranizacje wielkiego dzieła największego polskiego pisarza SF. W ogóle polskie kino SF leży i kwiczy. Jeżeli odrzucimy “Pana Kleksa w Kosmosie”, który to film SF żadną miarą kwalifikować się nie może, okazuje się, że od czasu świetnej swoją drogą “Seksmisji” nie nakręciliśmy ani jednego filmu SF. Tak więc musimy zadowolić się wspomnianym Panem Kleksem, tudzież “Reksiem w Kosmosie”. Szkoda, że polscy twórcy filmowi nie dostrzegają ogromnego potencjału w powieściach Lema, z drugiej jednak strony – po wszelakich “Wiedźminach”, “Quo Vadisach” i wysokobudżetowych polskich filmach widzimy, że superprodukcje w naszym rodzimym wydaniu spotykają się z ostrą krytyką widowni, dodajmy jeszcze, że nierzadko uzasadnioną. Pozostańmy zatem może przy kolejnych powieściach Grocholi. Kilka jeszcze zostało do zekranizowania. Niechaj plebs się cieszy i raduje obserwując amory Judyty z kimśtam, a elita… no, elita zasiądzie przed radzieckim i amerykańskim Solarisem.

SPOJRZENIE DRUGIE: FILM ANDRIEJA TARKOWSKIEGO

Pierwszym reżyserem, który podjął się realizacji trudnego jak się wydaje w ekranizacji Solarisa był rosyjski reżyser Andriej Arseniewicz Tarkowski. Tu drobna dygresja. Przypomina mi się bowiem jak na studiach w trakcie wykładu z fizyki profesor uświadamiał nas, że Nikola Tesla był Chorwatem. I pokreślał z całą stanowczością – CHORWATEM. A nie żadnym Jugosłowianinem. Toteż przestrzegam przed robieniem z Tarkowskiego reżysera radzieckiego.

A film… no cóż. Wszystkich, którzy chcieliby obejrzeć jego Solarisa z 1972 muszę ostrzec. Tarkowski to nie był rosyjski Spielberg. Bliżej mu raczej do Kieślowskiego czy Bergmana. Możemy zatem spodziewać się charakterystycznych dla tego typu kina zabiegów reżyserskich; przygotować trzeba się na dłużyzny, sceny w których nic się nie dzieje, momenty, kiedy patrzymy minutę na twarz bohatera kiedy ten zastanawia się co powiedzieć itd. Charakterystyczną cechą tego typu filmów jest też i to, że cała akcję można streścić w formie trzyminutowej wypowiedzi. Nie jestem fanem takiego kina, chociaż od czasu do czasu tego typu film sobie obejrzę ponieważ uważam, że obrazy takie niosą ze sobą pewną dawkę ekspesji, wyciszają i uwrażliwiają. No, ale jak rzekłem – od czasu do czasu i to raczej długiego czasu.

Tarkowski w swoim “Solarisie” wyraźnie spłaszczył i okroił wątek, który mnie akurat najbardziej interesował i który zajmował nieco ponad połowę książki – wątek badań prowadzonych na Solarisie, tudzież rozlicznych teorii na temat tej planety oraz jej zachowań. Od czasu do czasu oczywiście następuje nawiązanie do fragmentów powieści traktujących na ten temat (a nawet nawiązań tych jest dość dużo), jednak najwięcej ekranowego czasu zajmuje pokazywanie relacji między Chrisem, a Harey, tudzież nasączone filozofią rozmowy między bohaterami. W pamięć zapada dialog, w którym Snaut mówi: “My nie szukamy kosmosu – chcemy jedynie poszerzyć ziemię”, nawiązując do strachu przed nieznanym, niechęci do jakichkolwiek odkryć (takich jak choćby te na Solarisie) oraz predyspozycji ludzkości do duszenia się we własnym sosie i zamykania na wszystko to, co obce i nieznane.

Szczerze mówiąc, nie leży mi zbytnio ten film. Długi, nudny i taki właśnie bergmanowski. Ale to rzecz gustu. Wielu jest takich, którzy uważają ekranizację Tarkowskiego za intrygujące i inspirujące arcydzieło, perełkę sowieckiego kina. Rzecz gustu. Nadmienię jeszcze, że Lem również był delikatnie rzecz ujmując średnio zadowolony.

SPOJRZENIE TRZECIE: FILM STEVENA SODERBERGHA

Jeśli chodzi o film Soderbergha z 2002 (zwany powszechnie “Solarisem z Clooneyem”)… no cóż, powiem tak: ten to dopiero poszalał! O ile Tarkowski przeniósł wyraźnie punkt ciężkości z zagadkowości i tajemniczości planety na relacje psychologiczne między głównym bohaterem, a jego żoną, to twórca amerykańskiej wersji poszedł na całość, wywalając z książki wszystko to, co ma bezpośredni związek z badaniami i naturą planety, zostawiając jedynie znaną z powieści czwórkę bohaterów, zmieniając jednak ich nazwiska, a nawet płeć – np. z Santoriusa zrobiono nam czarnoskórą dr Gordon. Praktycznie cały film oparto na skomplikowanej (i dodajmy od razu – nudnej) analizie stosunków między Chrisem i Harey… e, to znaczy chciałem rzec: Chrisem, a Rheą, bo tak Soderbergh ochrzcił żonę głównego bohatera. Pobawił się przy tym w kilka nowych szczegółów – sporo filmowego czasu zajmuje pokazanie (w formie retrospekcji) życia na Ziemi Chrisa i Rhei, dowiadujemy się m.in. jak się poznali, o powodach rozstania itd. Wszystko sprowadza się ogólnie do tego, że Chrisa trapią wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności za śmierć Harey i boi się teraz ją stracić drugi raz. O samej jednak planecie Solaris, której opis zajął – przypominam jeszcze raz – ponad pół książki, w filmie nie ma ani słowa. Jedynie od czasu do czasu pokazano jej tajemniczą powierzchnię sugerując jakby, że to ona jest przyczyną wszystkich zwidów na stacji. Dużo kontrowersji wywołać też może zakończenie. Abstrahując już od faktu, że ostatnich kilkanaście minut nijak nie ma się do tego, co mogliśmy przeczytać w książce, przyznać trzeba, że końcówka jest zawiła, zakręcona i dająca wiele możliwości interpretacji. Mnie osobiście nie do końca to przekonuje i wydaje mi się naciągane i śmierdzące boską interwencją. Reżyser ma prawo do własnej interpretacji książki, wydaje się jednak, że tym razem przesadził.

Nie mogę jednak powiedzieć, że z Solarisa Soderbergh zrobił komercyjną, ckliwą miłosną kaszanę… Wręcz przeciwnie – mamy film wysmakowany, przemyślany, nowatorski i daleki od klasycznej holywoodzkiej tandety. Co nie zmienia faktu, że nudny i niewiele mający wspólnego z książkowym oryginałem. Sam Lem nigdy nie go obejrzał, zaś na podstawie prasowych recenzji stwierdził, że film niegodzien jest nosić tytuł Solaris i winien raczej być nazwany “Love in the outer space”. To mówi samo za siebie…

Podsumowując: Książka “Solaris” to rewelacja. Już kombinuję własny egzemplarz i polecam wszystkim szukającym w SF czegoś ponad utarte schematy. Jeżeli chodzi o filmy… nie sądzę, abym w przeciągu najbliższych kilku(nastu) lat do któregokolwiek z nich wrócił. Nie uwzględniają one bowiem akurat tego, co mnie w “Solarisie” zafascynowało najbardziej – daremnej próby kontaktu z istotą, która być może jest równie inteligentna jak my, ale jednocześnie jest od nas bardzo różna pod każdym względem. To, co stanowiło siłę książki, zostało z filmów wydarte. A szkoda.