Myślokracja, czyli from łeb to web

108. Star Trek: Classic Movies (I-VI) 24 kwiecień 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Film — HaeS @ 7:14 pm

Uniwersum Star Treka zaczyna mnie wciągać coraz bardziej. Po obejrzeniu całego serialu “Star Trek: The Original Series”, nadszedł czas na kolejny etap w mojej karierze startrekowego oglądacza. Obejrzałem bowiem startrekowe filmy. Jest jest sześć (tak naprawdę jest ich dziesięć, ale ja skupię się jedynie na pierwszych sześciu, które obejrzałem i w których do czynienia mamy ze starą, dobrą załogą). Nie będę omawiał każdego z nich z osobna, omówię zatem je jako pewną całość. We wszystkich sześciu częściach udało się zebrać wszystkich najważniejszych bohaterów – Kirka, Spocka, McCoya, Scotty’ego, Sulu, Uhurę i Chekova. Dodatkowo w części filmów widzimy siostrę Chapel (która z czasem awansuje na dr Chapel), a nawet Yanice Rand, która wyparowała nam gdzieś po 1. sezonie TOSa. Niestety, wraz z wiekiem straciła cały swój urok. Warto także napisać, że wpisania scenariusza niektórych części, a także do ich reżyserowania podjęli się Kirk i Spock… eee, to znaczy chciałem powiedzieć: William Shattner i Leonard Nimoy.

Urok filmów z serii Star Trek polega przede wszystkim na tym, że kręcono je w sumie przez 12 lat. Aktorzy (a wraz z nimi bohaterowie) starzeją się zatem z każdą częścią. Najbardziej widać do po Scottym, który już w pierwszej części wygląda dużo starzej niż w serialu, natomiast w ostatnich filmach, w których grający mojego ulubionego bohatera z TOSa James Doohan jest siwy, wyraźnie przytył i nosi wąsa, ciężko w nim rozpoznać starego, dobrego Scotty’ego i tylko charakterystyczny głos i akcent go zdradza. Czas odciska zresztą swoje piętno na każdym z akorów (i tym samym bohaterów), ale nie ma się co dziwić – wszak filmy były kręcone w latach 1979-1991, czyli 11-23 lat po zakończeniu emisji serialu. W ostatnim filmie DeForest Kelley (czyli McCoy) ma już 71 lat! Ma to też i swoje dobre strony. Widzimy co się dzieje z załogą Star Treka, śledzimy karierę każdej postaci i nie powiem, jest to ciekawe doświadczenie dla widza, a dzięki temu, że aktorzy się starzeją (a nie np. są charakteryzowani na bycie starszymi niż są) całość zyskuje na autentyczności. Żałuję jedynie, że nie doszliśmy do momentu, w którym bohaterowie (chociaż kilku) zaczynają ginąć bądź umierać. Poza tym, że seria zyskałaby na dramatyczności, znakomicie domknęłoby to historię.

Co jeszcze się zmieniło? Bohaterowie nie noszą już obcisłych, pedalskich sweterków, tylko pełnowartościowe mundury, godne oficerów gwiezdnej floty. Klingonowie nareszcie wyglądają jak Klingonowie, a nie jak ludzie rasy zakaukaskiej. Zmieniła się muzyka (motyw muzyczny z piewrszego filmu wykorzystany został później jako główny motyw serialu “The Next Generation”). Zmienił się też sposób realizacji – nareszcie Star Trek jest bardziej “filmowy” aniżeli “serialowy”. Widać to we wszystkim: dynamice scenariusza, zaangażowaniu aktorów, ujęciach kamery, a nawet kolorach taśmy.

Z żalem rzec jednak muszę, iż oglądając filmy, ma się wrażenie że na każdy kolejny obraz wydano o połowę mniej kasy aniżeli na poprzedni. Pierwszy film, “The Motion Picture” przenosi nas w zupełnie inną jakość realizacji. Oglądamy cudowne krajobrazy, a niektóre ujęcia szokują swoim sposobem realizacji. Największe wrażenie robi scena (dość długa), w której Kirk i Scotty za pomocą kapsuły poruszają się wzdłuż statku Enterprise. Wielkiego i majestatycznego. Scenka doprawdy cudowna i strasznie zazdroszczę tym, którzy oglądali to w kinie. Mnie z racji wieku oraz kraju zamieszkania nie było to dane. Zresztą, sami looknijcie:

W pierwszej części czepiać można się jedynie komputerowych efektów specjalnych: wchodzenia w prędkość warp oraz teleportacji. Na szczęście, w kolejnych zostało to poprawione i wygląda dużo lepiej. Niestety, im większy film ma numerek przy nazwie, tym mniej takich momentów, na widok których serce mocniej bije, a oddech zostaje wstrzymany z zachwytu. Oszczędza się na takich imponujących scenkach jak ta z powyższego filmiku, a także na wielu innych rzeczach, przez co to szlag trafia całą filmowość Treka, tak bardzo widoczną w pierwszej części. W zasadzie trzy ostatnie filmy przypominają już swoim sposobem realizacji raczej nieco dłuższe odcinki, a w najlepszym wypadku filmy telewizyjne, absolutnie nie nadające się do puszczania w kinach.

Ale i tak jest fajnie. Star Trek Movies to jakby sześć odcinków kolejnego sezonu Star Treka. Odcinków długich, bo trwających 100-130 minut, odcinków dobrych (chociaż nie rewelacyjnych), nieporównywalnie lepiej zrealizowanych aniżeli serial i wreszcie odcinków pokazujących nam, że nic nie jest wieczne. Nawet załoga Star Treka. Filmy to świetne zwienczenie serialu.

Ale to już przeszłość. Teraz czas zabrać się za TNG…

 

Leave a Reply