Myślokracja, czyli from łeb to web

106. Deadwood sezon 1 23 kwiecień 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 8:00 am

Nigdy nie lubiłem westernów. Nie to, żeby mnie w nich coś wkurzało. Po prostu jakoś mnie do tego typu filmów nie ciągnęło. Opowiastki o kowbojach tłukących się między sobą podczas przerwy w bojach z Indianami nie są dla mnie rzeczą, która by mnie przykleiła do ekranu. Przykro mi to mówić, ale obejrzałem w życiu może z 5 takich filmów (ostatnio jakiś względnie nowy z Sharon Stone) i w gruncie rzeczy nie wiem, kto to był Whyat Earp, w jakim filmie grał Jonn Wayne, a Clint Eastwood kojarzy mi się tylko z Brudnym Harrym. Wstyd się przyznać… a, przyznam się, co mi tam: w zasadzie mój główny kontakt filmowo-serialowy z dzikim zachodem to serial dr Quinn, obejrzany w czasach, kiedy leciał w niedziele o 18. na jedynce (czyli tak mniej więcej 10-15 lat temu).

Dlatego też sceptycznie podszedłem do tematu serialu Deadwood. Jak tylko usłyszałem “dziki zachód”, natychmiast pojawił się jęk zawodu i chęć odpuszczenia sobie tej produkcji. I zapewne bym ją sobie odpuścił, ale była jedna rzecz, która mnie do niego przekonała: logo Home Box Office. Już samo to logo grarantuje, że oto na mnie czeka dobry serial (pisałem zresztą o tym w poprzednim poście). Tak więc zaufałem sprawdzonej marce, zaopatrzyłem się we wszystko, co niezbędne aby obejrzeć serial, odpaliłem pierwsze 12 odcinków (bo tyle liczy pierwszy sezon) i…

…i jestem zauroczony. Scenerią serialu jest tytułowa osada Deadwood, umiejscowiona gdzieś na dzikim zachodzie nieopodal żyły złota w II połowie XIX wieku. Deadwood jest miejscem wyjątkowym dlatego, że nie podlega jeszcze jurysdykcji Stanów Zjednoczonych. Przeciwnicy Jarosława Kaczyńskiego byliby wręcz zakochani w tym miejscu: nie ma tu bowiem ani prawa, ani sprawiedliwości. Miasteczko nie posiada szeryfa ani żadnej policji, nie interesują się nim sądy, a karty rozdają miejscowi bossowie, z których najważeniejszym wydaje się Al Sworrenger – właściciel miejscowego baru i burdelu, który jest uwikłany w mnóstwo ciemnych spraw. Nie ma się co dziwić, że zjeżdżają się tu wszystkie szumowiny, które mają coś na sumieniu. No i też nic dziwnego w tym, że Deadwood jest miejscem brutalnym, pełnym przemocy i okrucieństwa, gdzie szanuje się jedynie tych ludzi, których się boi. Pozostali stoją na z góry straconej pozycji.

Serial, jak na HBOwską produkcję przystało, posiada swój własny, jakże odstający od standardowego, sposób narracji – powolny i nieśpieszny, jakby scenarzyści i reżyserzy chcieli na zaserwować najlepsze danie tak, abyśmy mogli delektować się nim jak najdłużej. To samo zresztą było w “Sopranos” czy “Band of Brothers”, więc mam nadzieję wiecie mniej więcej o co mi chodzi. Postacie są różne – od zakłamanych sukinsynów a’la Sworrenger, po całkiem sympatycznego Bullocka, który za zasłoną niedostępnego gbura kryje szlachetne serce. Mało kto jednak jest kryształowo czysty. Postacie zagrane zostały przez aktorów raczej mało znanych – może ten czy ów przewinął się gdzieś przez jakiś inny serial, ale raczej nie ma gwiazd. Niemniej jednak postacie dobrano idealnie do ról – a może to aktorzy są na tyle dobrzy, że wtopili się idealnie w grane postacie? Tego nie wiem. Ale w każdym razie ogląda się ich znakomicie. Twórcy nie boją się odważnych zagrań. Dla przykładu, bardzo szybko, jeszcze w piewszej połowie sezonu, ginie bohater, który wydawał się z początku jeśli nie głównym, to jednym z najważniejszych bohaterów całej historii.

No i jak w każdym serialu rodem z HBO mamy też i dogłębny realizm. Dziki Zachód był okrutny i taki jest też serial. Bohaterowie bez skrupułów wynajmują zabójców do pozbycia się przeciwnika, okradają się, oszukują i robią sobie nawzajem wiele innych świństw. A jak myślicie, co się dzieje z ciałem człowieka zabitego w strzelaninie? Otóż taki osobnik na ogół (o ile nikt się po ciało nie zgłosił) zostaje wrzucony do zagrody ze świniami. Po kilku godzinach z pewnej uroczej panny, która chciała wykiwać właściciela jednego z barów, pozostaje tylko niestrawny i za twardy dla świń kapelusik. No i nie muszę mówić, że słuchamy dużo wyrażeń ogólnie uznanych za nieprzyzwoite. Całe szczęście, że posługuję się nieoficjalnym tłumaczeniem, dzięki czemu mogę docenić w pełni zasobność słownika bohaterów, bo zapewne w TVP skończyłoby się na wyrażeniach w stylu “wal się” i “spadaj”.


W serialu denerwuje mnie jedynie oprawa dźwiękowa, oparta na (a jakże by inaczej!) muzyce country. Bierze się to jedynie z subiektywnej niechęci do tego stylu muzycznego, bo na pewno nic bardziej niż country nie pasuje do serialu o dzikim zachodzie. Poza tym – cud, miód i orzeszki. HaeS rekomenduje ten serial do obejrzenia wszystkim tym, którzy lubią dziki zachód, wszystkim tym, którzy spróbowali już jak smakuje produkcja rodem z HBO i wciąż nie mają dosyć, no i wreszcie wszystkim tym, którzy chcą miło spędzić czas przy dobrym serialu.

 

2 Responses to “106. Deadwood sezon 1”

  1. R-Chee Says:

    To mnie pan panie HaeS zaskoczył. Nie słyszałem nic o tym serialu. Zapowiada się ciekawie.

    Swoją drogą plakat z filmu przypomina mi bardzo Desperados – swego czasu świetną grę na PC, przypominającą kultowego już Commandosa, ale utrzymaną w konwencji dzikiego zachodu.

    Pzdr.

  2. Zdzichon Says:

    Świetny serial. W Polce obecnie można zobaczyć go na AXN. A jak chcesz więcej dobrego westernu to obejrzyj sobie. Bez przebaczenia z Brudnym Harrym właśnie.

    Pozdrawiam


Leave a Reply