Myślokracja, czyli from łeb to web

104. Band of Brothers 22 kwiecień 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Seriale, historia — R-Chee @ 1:14 pm

Witam serdecznie. Poniższa recenzja jest dla mnie wielkim wyzwaniem. Pracowałem nad nią znacznie dłużej niż nad innymi moimi wpisami zamieszczanymi na tym blogu. Traktuję ją bardzo osobiście, gdyż mam przyjemność napisać o serialu, który bezapelacyjnie jest moim numerem jeden spośród wszystkich produkcji telewizyjnych jakie miałem w swoim 24 letnim życiu przyjemność/nieprzyjemność obejrzeć. Zanim jednak napiszę coś o samym serialu, cofnijmy się nieco w przeszłość.

Całkiem niedawno znany i lubiany Hubert S. zamieścił na blogu recenzję serialu wojennego p.t. Das Boot (jak by się szukać nie chciało: LINK). HaeS zauważył wtedy, że twórcy filmów wojennych zbyt często ponoszą się “fantazji” i zbyt upraszczają (a wręcz wypaczają) obraz wojny, w którym są tylko ci dobrzy (każdy aliancki żołnierz) i ci źli (każdy Niemiec) przejaskrawiając, naciągając lub w razie konieczności, przemilczając pewne fakty. Mamy zatem podział na to co białe i to co czarne, zapominając o całej palecie różnych odcieni szarości. Z takim obrazem możemy się spotykać w wielu, zwłaszcza starszych produkcjach. Wiadomo, że takie filmy nie powstawały bez powodu. Heroizacja (często na wyrost) amerykańskich żołnierzy i demonizacja narodów należących do OSI, spełniały swoje funkcję jako propaganda sukcesu, zwiększenie morałów i w końcu odpowiedź na pytanie, dlaczego tylu młodych ludzi musiało oddać życie za wolność Europy i całego świata. Takie przedstawienie sprawy miało oczywiście swoje odbicie w rzeczywistości, bo nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że naziści kierowali się świetniejszymi ideami niż alianci. Całe szczęście wraz z ewolucją człowieka, ewoluował jego światopogląd, czego przejawem był między innymi zmieniający się stosunek do ówczesnej kinematografii. Dziś nie można pokazać wojny tak, jak ukazywana była przez minione 50 lat. Nie można stworzyć swoistego westernu, gdzie kilku gości stojących po dwóch stronach barykady (z wyraźnie istniejącym kontrastem między dobrymi a złymi) próbuje się pozabijać. Z szacunku do widza należało by skupić się raczej na filozofii samej wojny, demonizując ją i pokazując w najgorszym możliwym świetle.
Można powiedzieć, że przełomowym momentem w historii filmów wojennych był Szeregowiec Ryan. Było to zupełnie nowe spojrzenie na wojnę. Nie było w nim miejsca na cukierkowatość, bezkrwawą śmierć, bohaterstwo (choć nie tak do końca) i wzorowy obraz alianckiego żołnierza. Jakkolwiek, dopiero opisany przeze mnie poniżej serial w pełni ukazuje to, co moglibyśmy nazwać prawdziwym obrazem wojny.

Kompania Braci. O tym serialu można by napisać naprawdę wiele. Zacznijmy może od tego, że ów produkcja oparta jest na cenionej książce Stephena E. Ambrosa, ta z kolei – na podstawie prawdziwych wydarzeń, jakie miały miejsce w czasie walk Kompanii E, 101 Amerykańskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej w Europie. Produkcją serialu zajęły się wspólnie Werner Brother, DreamWorks I HBO, a realizację powierzono m.in Tomowi Hanksowi i Stevenowi Spielbergowi, czyli tym samym ludziom, którzy odpowiedzialni byli za sukces wspomnianego już Szeregowca Ryana.
Co do samego serialu, to składa się on z 10 odcinków trwających nieregularnie od 45, do nawet 75 minut. Każdy odcinek jest unikalny i porusza inne problemy natury moralnej, etycznej czy filozoficznej, pośrednio lub bezpośrednio dotyczące wojny. Mamy zatem odcinki nastawione niemal wyłącznie na akcję, ale i takie, które przenoszą środek ciężkości na emocje, odczucia czy psychologię żołnierzy, zarówno w sensie jednostki jak i całości kompani. Pokrótce, w serialu mamy odcinki opowiadające o początkach w obozie szkoleniowym i prowadzącym go sadystycznym kapitanie, o żołnierzu, który z tchórza staje się bohaterem, o wzajemnych relacjach “starych wyjadaczy” z nowicjuszami, o złych i dobrych dowódcach, o walkach w najgorszych możliwych warunkach, o wyjątkowo trudnej pracy wojskowych medyków, o załamaniu, utracie nadziei i chęci przeżycia poszczególnych żołnierzy, o wojnie widzianej oczami artysty, o wyzwalaniu obozu koncentracyjnego oraz o samych Niemcach, którzy ostatecznie okazują się nie być potworami w ludzkiej skórze, lecz w większości takimi samymi żołnierzami jak alianci, próbującymi jedynie robić swoje.

Głównym bohaterem serialu jest porucznik Richard Winters (później major) odgrywany przez Damiana Lewisa (według opinii starych weteranów – odegrany idealnie). Jest to bodajże, obok Nixona, jedyna postać pojawiająca się we wszystkich 10 odcinkach. Po nim mamy grupę kilkunastu świetnie nakreślonych postaci drugoplanowych, oraz żołnierzy stanowiących trzeci plan (równie ważnych dla serialu). Czyli jak zauważył HaeS, nikt nie wychodzi na plan główny, w przeciwieństwie do np. LOST (mój numer 2), gdzie każdy rozbitek jest postacią pierwszoplanowa. Może i takie stwierdzenie jest słuszne, jakkolwiek czy to źle dla BoB? Ja osobiście uważam, że nie. W kompani walczyło tak wielu żołnierzy (do tego każdy miał swój unikalny charakter), że spora ich część zasłużyła na swoje pięć minut. Po za tym, to nie Rambo, lecz obraz prawdziwej wojny, gdzie wszyscy walczyli na równych zasadach i z równym zaangażowaniem. O sile decydowało nie to, ilu było bohaterów pierwszego planu (bo istotnie na wojnie takowych nie było) lecz liczebność i jedność grupy. Nie było żadnych przesłanek by wyróżniać jakichkolwiek żołnierzy na tle swych kompanów (choć jak pokazuje serial do końca i tak nie było by to możliwe).
Wśród aktorów BoB nie znajdziemy gwiazd pierwszego formatu. Mamy tu m.in. Donniego Wahlberga, Neala McDonough, Michaela Cudlitza, Dextera Fletchera, Rona Livingstona, Matthewa Settle czy Ricka Gomeza, a więc aktorów choć popularnych w Stanach, u nas raczej mało znanych (choć co niektórzy mogą ów aktorów kojarzyć z różnych innych produkcji, głównie telewizyjnych). Jakkolwiek, największą popularnością spośród odtwórców głównych ról w serialu cieszyć się może odtwarzający rolę kapitana Sobel’a David Schwimmer (który jednak gra w Band of Brother postać zupełnie inną od bohatera serialu Przyjaciele).

Rozpisałem się, ale nadal nie wspomniałem dlaczego ów serial tak bardzo mi się podoba. A jest tego naprawdę wiele. Zacznę może od sposobu przedstawienia walk. Zupełnie różni się on od tego, co do tej pory mogliśmy oglądać na ekranie w innych tego typu produkcjach. Nie unika się pokazywanie krwi i ohydnych ran. Nie zapomina się przy tym o rannych, jak to często bywało w starszych produkcjach (postrzelony = zabity, co jest oczywistym przekłamaniem, bo o dziwo nie tak łatwo jest zginąć od jednej kuli). Wybuchające czołgi czy samoloty to prawdziwy majstersztyk. Ogólnie efekty specjalne i wizualne robią niesamowite wrażenie. Jednak w czasie walki często panował okropny chaos. Czasem sposób kręcenia walk wyglądał tak, jakbyśmy oglądali jakiś paradokument. Tak jakby operator rzeczywiście biegał między walczącymi żołnierzami i świszczącymi w kołu kulami. Dawało to poczucie osobistego uczestnictwa w walce (aż człowiek łapie się na tym, iż się cieszy, że nie przyszło mu żyć w tych czasach), ale i chaosu. Niektórych taka realizacja skutecznie zniechęciła do oglądania serialu, ale gdyby patrzeć na to racjonalnie, to bitwa, ba nawet cała wojna, to zazwyczaj jeden, wielki chaos, w którym nierzadko dochodziło do sytuacji, w których koledzy nieświadomie atakują kolegów (w filmie ukazane było to co najmniej trzykrotnie).
Nie powiem, operatorzy kamer spisali się na medal, bo poza samymi efektownymi walkami w pamięci nadal tkwi mi kilka wspaniałych scen: przecudownie zrealizowana scena przygotowań do inwazji w D-Day (ostatnie przygotowania przed desantem, inni żołnierze obserwujący w nadziei startujące samoloty i ostatnia scena z Wintersem wyglądającym przez drzwi maszyny), świetnie zrobione sceny desantu w Normandii, życie okopowe w Ardenach, niezapomniana scena z Kościoła (wspaniały pomysł z przedstawieniem sylwetek rannych i zabitych w walce towarzyszy), świetny motyw z niemieckim oficerem przemawiającym do swoich żołnierzy (pokazująca, że żołnierze niemieccy, borykali się z tymi samymi problemami i łączyły ich takie same więzi co żołnierzy alianckich) i w końcu scena wyzwolenia obozu – według mnie najbardziej wzruszająca scena serialu (i to autentyczne zszokowanie żołnierzy oraz łzy mieszane z radością więźniów w chwili wyzwolenia).

Kolejna sprawa to muzyka. Nastrojowa, świetnie zgrana z obrazem, bardzo ważna część serialu. W pamięci najbardziej jednak zapada utwór słyszany w openingu. Swoją drogą openingu bardzo dobrego, choć nieco przydługawego (acz przy tak małej ilości odcinków nie może to w żaden sposób wpłynąć na całościowy odbiór serialu). Wspominając opening nie można zapomnieć o jednym z najważniejszych elementów serialu – wypowiedziach starych weteranów… czyli prawdziwych żołnierzy Kompani E. Po każdym openingu opowiadają nam różne ciekawie historię, czasem autentycznie się przy tym wzruszając. Co ciekawe, nie pokazano ich na początku ostatniego odcinka. Dlaczego? Sami musicie się przekonać.

Kolejny plus to dbałość o szczegóły pod względem ubiorów, wyglądu broni i budowy technicznej pojazdów. Dla laików, którzy nie widzą różnicy między ubiorem nazisty a alianta, czy wyglądem Tygrysa a Shermana (są tacy?) nie będzie to miało jakiegoś fundamentalnego znaczenia. Ale wierzcie mi, że zdecydowanie przyjemniej ogląda się serial, w którym zachowane zostały wszelkie realia charakterystyczne dla tamtych czasów. I chyba najważniejsze – Niemcy mówią po niemiecku, a nie po angielsku z niemieckim akcentem, jak to czasem bywało w filmach.

Jednak to sami żołnierze i ich przeżycia stanowią główną siłę napędową serialu. Wielu zwyczajnych ludzi, którym przyszło żyć w trudnych czasach, z różnych powodów wstępujących do wojska, starających się robić swoje pomimo przeciwności losu. Próbują nie dać się zabić, przy okazji pomagając swoim towarzyszą na ile jest to możliwe, zacieśniając przy tym braterskie więzi (ponoć najsilniejsze, jakie mogą się wytworzyć między ludźmi). Nie są to jednak postacie wyidealizowane. Jak to ludzie, żołnierze także ulegają różnym słabością. Niektórzy starają się z nimi walczyć (o co na wojnie nie łatwo), wielu jednak ulega demoralizacji, dopuszczając się pijaństwa, wandalizmu, kradzieży, szabrownictwa, a nawet morderstw. Wielu żołnierzy ginie przez czyjąś lub własną głupotę. Dlatego te postacie są tak autentyczne i tak łatwo możemy się z nimi utożsamiać. Widz przywiązuje się do bohaterów serialu, dlatego bardzo miło wspominam jedną z ostatnich scen, w której opisane zostały pokrótce dalsze losy najważniejszych postaci BoB.

Serial jest wspaniały pod każdym względem. Gdzieś czytałem wypowiedź gościa, który przekreślił serial po obejrzeniu zaledwie jednego odcinka. Wielokrotnie próbowałem doszukać się w serialu jakiś wad, ale najzwyczajniej w świecie nie mogłem takowych znaleźć. Oczywiście nie przemawiają do mnie argumenty osób szukających w Band of Brother wad na siłę, że film jest zbyt chaotyczny w realizacji (już obalałem wcześniej ten zarzut), że brak w nim jakiś kluczowych bohaterów (o tym też już pisałem), i w końcu, że wyszkolenie wojsk alianckich i ich umiejętności w stosunku do żołnierzy niemieckich były zbyt “zawyżone” (należy jednak pamiętać, że całość Band of Brother oparta jest na opowiadaniach byłych weteranów, którzy byli na miejscu, najlepiej wiedząc co się wokół nich działo, i choć mogli wskutek zatarć w pamięci przejaskrawiać pewne rzeczy, to istnieją przecież tony archiwów dokumentujących wszystkie ukazane w serialu fakty i wydarzenia). Jedyną wadą BoB może być jego długość, bo szczerze mówiąc 10 odcinków nie jest jakąś imponującą sumą. Z drugiej jednak strony mogła by na tym ucierpieć jakość serialu (jak na przykład w przypadku Prison Break) więc może nawet dobrze, że producenci pokierowali się tym razem zdrowym rozsądkiem i nie wymyślali nic na siłę. Jakkolwiek w internecie aż huczy od plotek, jakoby ekipa odpowiedzialna za Kompanie Braci miała w planach realizację kolejnego serialu wojennego, którego akcja miała by tym razem rozgrywać się na Pacyfik. Jestem jak najbardziej za, zwłaszcza że w przypadku klapy, nie ucierpiał by na tym oryginalny Band of Brother.

Podsumowując, BoB to kawał porządnej roboty. Dodając do tego fakt, że produkcja nie ciągnie się tasiemcem przez kilkadziesiąt odcinków, mogę śmiało rzec, że będzie to jedyny serial jaki prawdopodobnie zdecyduje się w przyszłości zakupić w Empiku na DVD! Naprawdę jest tego wart!

 

4 Responses to “104. Band of Brothers”

  1. haes Says:

    Hmmm… Rozważałem swojego czasu opcję napisania recenzji BoB, ale stwierdziłem, że lepiej będzie jeżeli pozostawię to zadanie R-Chee’emu jako że ten jako zawzięty fan serialu aż rwał się do napisania. I w sumie dobrze zrobiłem, to znakomicie ujął on w słowa to, co sam czuję odnośnie tego serialu. Post długi, pisany z pasją i zaangażowaniem. Tak trzymać, Rchee!

    Co do samego serialu: miejscami jest cudowny. Na zawsze w pamieci pozostanie mi swietnie zrealizowana scena z końcówki pierwszego odcinka, kiedy samoloty startują przed wyprawą do Normandii oraz (już w następnym odcinku) scenka lądowania spadochroniarzy. No i cudowne krajobrazy, które mijali wędrując poprzez tamtejsze lasy i pola. W ogóle realizacyjnie BoB to serial klasy zerowej, godzien najwyższego uznania i jeżeli chodzi o scenerie, sposób realizacji poszczególnych scen scenografię, kostiumy, efekty specjalne itp. mało jest seriali, które go przeskakują. Nawet laikowi który nie odróżnia Tigera od Shermana (tak, tak – są tacy) w oczy rzuca się niesamowita dbałość o szczegóły oraz ogrom pieniędzy, które zostały poświęcone na ich odtworzenie.

    Całości dopełnia świetna muzyka, chaotyczne ujęcia kamery jakby ta znajdowała się w środku akcji, obrzydliwy realizm w pokazywaniu okrucieństwa wojny oraz brak jednoznacznego wskazania “dobry/zły”. Koniec z pajacowskimi show, w których złe szkopy giną tabunami, zaś obrzydliwie dobrzy i nieskalitelnie czyści bohaterowie wychodzą zwycięsko z każdej opresji.

    Czyżby dzieło doskonałe? Chyba jednak nie. Rchee mnie zlinczuje i chyba się przeniesie na inny blog (czym mnie już raz straszył), ale rzec muszę z żalem, że BoB bywa miejscami – teraz uwaga, uwaga – NUDNY! W poszczególnych odcinkach można dotrwać do końca co prawda bez trudnu ani zmuszania się, ale jednak patrzy się na zegarek. I to dość często. Bierze się to stąd, że serial jako całość nie ma jednolitej fabuły ani głównych bohaterów. Jedynym czynnkiem zespalającym poszczególne odcinki jest obecność niektórych bohaterów (którzy raz pojawiają się, a raz znikają), a jedyną rzeczą, po której poznajemy, że fabuła idzie do przodu jest data wydarzeń historycznych przestawionych w poszczególnych odcinkach.

    To największy błąd twórców. Mogli pokusić się o coś takiego, jak np. zrobiono w Rome (nota bene też wybitny serial i czeka na recenzję), gdzie mamy dwóch szeregowych żołnierzy armii rzymskiej z własnej perspektywy obserwujących różne wydarzenia historyczne.

    No cóż, twórcy wybrali jednak formułę jaką wybrali, a jak widzimy, ma ona także i swoich zagorzałych zwolenników, takich jak Artur, tudzież miliony innych BoB-maniaków na całym świecie. Dla mnie jednak taka formuła to duży minus dla serialu i coś, co sprawia, że ja niestety mu rekomendacji dać nie mogę. Owszem, jest dobry, a nawet wybitny realizacyjnie, wpakowano kupę kasy i zadbano o różne szczegóły tak, aby widz poczuł się jak najbliżej świata przedstawionego. Niestety, zapomniano o jednolitej fabule, której nie tylko nie ma między poszczególnymi odcinkami, ale czasem nawet i wewnątrz odcinka (albo jest też bardzo chaotyczna albo znów za wolna), która akurat dla mnie osobiście jest rzeczą w serialu najważniejszą i przesądzającą o tym, czy jest wybitny, czy nie.

  2. Rchee, gratuluje… fajna recenzja mojego naj naj serialu.

    Z tobą HaeS też się w kilku miejscach zgadzam, No ale że nudny się nie zgodzę, bo jednak to może ma jakiś sens, bo wojnie to nie zawsze akcja akcja i jeszcze raz akcja, czasem to tygodnie na zapleczu i nuda. A to jest serial o wojnie, a nie o walkach na froncie.

    A o tym braku połączenia fabularnego pomiędzy odcinkami to najlepiej byłoby jako haniebny przykład przytoczyć Wasz ulubiony Lost [fuj] ;].

    BoB jest świetnie nakręcony i całe szczęście że tylko 10 bo więcej odcinków by go zabiło. [w sumie to jest ich 12 chyba, lub 13 jeśli wliczyć Making of...]

    I pytanie Rchee, który to ma odcinek 75 minut, bo ja jakoś nie zauważyłem….

    Ogólnie respect za napisanie tego posta!
    Idę obejrzeć sobie 3 odcinek “Carentan”
    Pozdrawiam

  3. haes Says:

    >> bo wojnie to nie zawsze akcja akcja i jeszcze raz akcja,
    >> czasem to tygodnie na zapleczu i nuda. A to jest serial
    >> o wojnie, a nie o walkach na froncie.

    Hmmm… czyzby w realizmie tworcy posuneli sie az tak daleko? Faktycznie, wojna to nie schemat: przychodzi mlody zolnierz do armii -> dostaje w kosc od kolegow -> zostaje wyslany na front -> dokonuje czegos bohaterskiego -> zyskuje uznanie u kolegow i przestaje byc kocony -> na koncu bohaterskko ginie. Tego typu schematy sa nudne i glupie, a historie takie na wojnie moze i sie zdarzaja, ale sa miliony innych historii, duzo mniej interesujacych. I na takich skupili sie tworcy BoB, pokazujac nam wojne od strony, jakiej nie znamy. Rzecz w tym, ze ta strona, pomimo tego ze cudownie pokazana, jakos nie do konca mnie interesuje i nie do konca do mnie trafia. No, ale rzecz gustu.

    >> A o tym braku połączenia fabularnego pomiędzy odcinkami
    >> to najlepiej byłoby jako haniebny przykład przytoczyć
    >> Wasz ulubiony Lost [fuj] ;].

    Czy mozesz bardziej rozwinac swoja mysl? Bo poki co to w Loscie wszystko gra idealnie badz pojawiaja sie niewielkie zgrzyty, wychwytywane przez miliony zboczencow badajacych najdrobniejsze szczegoliki (np. w 2×22 kiedy kopali dwa groby, kopali lopata i kawalkiem bambusa, bo nie mieli drugiej; w 3×14 juz kopali dwiema lopatami). Jezeli chodzi ci o tego typu niespojnosci to troche ich jest; grubszych raczej nie ma. Owszem, mozna sie w Loscie czepiac tego i owego, ale akurat spojnosc i wiez miedzy poszczegolnymi etapami historii jest doprowadzona do perfekcji.

  4. R-Chee Says:

    Odcinek 2 Maćku. Ja byłem pewny, że to już tu kiedyś napisałem. Ale widać myliłem się. To w takim razie jest informacja dla wszystkich, którzy przeczytali tego posta.

    Pzdr


Leave a Reply