Tym razem napiszę o kolejnym serialu. Krótkim, bo serial ma ledwie 6 odcinków (pogrupowanych w 3 prawie 90-minutowe bloki). O czym jest “The lost Room”… hmmm… pamiętacie taki serial (notabene polski) pt. “Magiczne drzewo”? Serial był dla dzieci, a motyw był mniej więcej taki, że gdzieś tam rosło magiczne drzewo, które następnie ścięto i przerobiono na różne przedmioty. Jak się potem okazało, każdy z tych przedmiotów miał jakąś magiczną moc. Tu jest tak samo tyle tylko, że rolę drzewa przejął tajemniczy pokój motelowy, leżący gdzieś poza czasem i przestrzenią. Z pokoju tego została wzięta około setka przedmiotów, z których każdy ma jakąś magiczną moc. W całych Stanach rozsiani są ludzie, którzy pozabijali by się nawzajem, aby tylko zebrać całą ich kolekcję. I nie ma się co dziwić jeżeli weźmie się pod uwagę to, że co jakiś czas pojawia się motyw tego, że przedmioty tego są być może cząstką Boga, zaś ich zgromadzenie może zapewnić boską moc…
Tak piszę o tej fabule i mam wrażenie, że źle robię. Wszak gdybym ja sam przed obejrzeniem przeczytał takie streszczenie, zniechęciłoby ono mnie i odepchnęło od serialu raz na zawsze. Naciąganych bajek wszak nigdy nie lubiłem, ale… no właśnie, jest ale. W czasie oglądania “The Lost Room” wróciło do mnie na chwilę niemiłe wspomnienie serialu “4400″ (pewne wątki mogą takie skojarzenie wywołać) i od razu naszła mnie pewna myśl. “Lost Room” jest przykładem na to, że nawet najdebilniejszy pomysł (bo ten, powiedzmy sobie szczerze, do inteligentnych nie należy ) może być kanwą do filmu/serialu, który nie będzie odrzucał infantylnością, naiwnością ani gigantycznym natężeniem głupot na centymetr taśmy filmowej. Wszystko zależy od sposobu realizacji, reżysera, zaangażowania aktorów i całej reszty ekipy filmowej. Od szczegółów, w których tkwi diabeł. Twórcom “4400″ z ich żałosnego pomysłu nie udało się sklecić niczego innego aniżeli żałosnego serialu. Twórcy “The Lost Room” sprzedali żałosny pomysł w takiej oprawie, że aż chce się oglądać i w trakcie ogladania zapomina się o całej jego nicości, bezwartościowości i debilności, a zamiast tego wtapia się w cudowny świat.
Oczywiście, serial posiada swoje wady, wpisane jednak jest to w jego konwencje. Głównemu bohaterowi zawsze wszystko się udaje, spośród milionów możliwych pomysłów, na które może wpaść, on od ręki wpada na ten właściwy, a cudowne zbiegi okoliczności to norma. Pojawia się też typowa amerykańska megalomania. Wszystkie przedmioty oczywiscie rozsiane sa po Stanach - nie ma zbieraczy z Europy czy Azji. Ale to takie drobnostki i raczej mało wkurzające.
Najbardziej rozczarowuje jednak zakończenie. Ostatni odcinek jest dość chaotyczny, zaś sama końcówka wzbudza poważne poczucie niedostytu. Na końcu filmu/seriau ja nie oczekuję happy endu ani łopatologicznego wyjaśnienia co, jak, gdzie, kiedy, po co, dlaczego i za ile. Wymagam jednak albo domknięcia wszystkich wątków, albo też inteligentnego niedomówienia. Tu nie mamy ani jednego, ani drugiego. Nie chcąc spoilerować, mogę rzec, że po zakończeniu serialu możemy zadać sobie co najmniej 5 fundamentalnych pytań co do losu bohaterów, na które nie mamy niestety odpowiedzi. I to jest jak dla mnie jakoś tak bez sensu, bo jako zakończenie nie zdaje to egzaminu w ogóle. Prawdopodobnie była to jakaś furtka do kontynuacji, która niestety nie nadeszła.
Pomimo wszystko - fascynująca, wciągająca historia, zapadająca w pamięć. Ogląda się miło i fajnie, jedna z ciekawszych ostatnio przeze mnie obejrzanych rzeczy. No i szczerze polecam.
nie wspomniałeś nic o genialnym serialu ”Weeds”(Trawka)m.in producenci ”Dextera”.pozdrawiam
Dzięki za info. O serialu faktycznie jeszcze nie slyszalem, ale powiem szczerze, ze na seriale nie mam czasu, bo… oglądam seriale.
Moja kolejka “to watch” jest juz naprawde dluuuuuuuuuga, ale zainteresuje sie tym tytulem, poczytam recenzje w necie i jezeli okaza sie zachecajace, to przemysle sprawe, moze obejrze i za jakis czas rzuce recenzje.