
Mam zaszczyt przedstawić kolejny serial rodem z HBO (w tym miejscu winien nastąpić ciąg zachwytów produkcjami tej stacji; jako jednak że ostatnio dwukrotnie z rzędu zachwyty owe już były, tym razem sobie daruję). Zresztą, w razie jakby ktoś nie zauważył, ostatnio całkiem sporo piszemy z R-Chee’m o serialach właśnie z tej “stajni” – wszak było już o Band of Brothers, Deadwood i Sopranos, a wcześniej aż pięć razy piałem nad wspaniałością Six Feet Under. W kolejce czeka jeszcze Rome, a tym razem omówię Carnivale.
Ulubionym zabiegiem osób odpowiedzialnych za tworzenie seriali w HBO jest umieszczanie akcji w mniej lub bardziej zamierzchłej przeszłości. Tym razem jesteśmy tuż przed II wojną światową gdzieś w zachodnich Stanach, przez które wędruje grupa artystów prowadzących coś jak skrzyżowanie wesołego miasteczka z cyrkiem, którymi dowodzi niskorosły Samson. Właśnie to wesołe miasteczko stanie się główną areną wydarzeń, zaś ludzie go prowadzący – głównymi bohaterami. Akcja zaczyna się w momencie, kiedy dołącza do nich niejaki Ben Hawkins, młody mężczyzna będący na życiowym rozdrożu. Już od początku widzimy, że posiada on moc uzdrawiania. Nie jest to wynik przypadku. Co pokolenie rodzi się człowiek jak on, a także jego przeciwnik, kórzy muszą stoczyć ze sobą walkę, która tak naprawdę jest walką dobra ze złem. Przeciwnikiem tym, uosobieniem zła, jest ksiądz Justin. W kazdym odcinku serialu przeplatają się dwa wątki: w jednym widzimy wesołe miasteczko i Bena, który próbuje zrozumieć swoje powołanie, w drugim – poczynania Justina umiejętnie manipulującego ludźmi, aby tylko zrealizować swoje złowrogie knowania. Wątki te na początku zupełnie od siebie oddzielone, z czasem zaczynają się zazębiać, zaś pod koniec wzajemnie przenikają się tak bardzo, że stają się jednością.

Nie sposób nie wspomnieć o wyśmienitym klimacie serialu, który udało się stworzyć twórcom. Dużo w tym zasługi kostiumologów (?) i scenografów – efekty ich wytężonej i starannej pracy sprawiają, że czujemy się jakbyśmy naprawdę podróżowali wraz z przedwojennym cyrkiem poprzez pustkowia zachodnich Stanów. Klimat tworzony jest też m.in. przez bohaterów – galeria postaci, które poznajemy obserwując losy Bena Hawkinsa jest zaiste imponująca. Wspomiany już karzeł Samson wygląda zupełnie normalne przy człowieku-gadzie (posiadającym ogon i skórę pokrytą łuskami), siostrach syjamskich, człowieku z gumy, upiornej Apolonii, która spraraliżowana w łóżku posługuje się telepatią i telekinezą czy kobiecie z brodą i jej ślepym partnerze posiadającym dar jasnowidzenia. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze tajemniczy “managment” (“kierownictwo”), które nigdy nie wychodzi ze swojego wozu, a rozmawiając z kimkolwiek kryje się za kotarą. W drugim sezonie częśc z tych postaci znika (albo giną, albo zostają tak po prostu zapomniani przez scenarzystów), pojawiają się za to inni – kobieta z rękami kraba i jej mąż-obojniak i kilku innych, równie intrygujących. Na pewno zatem jest na co popatrzeć. Najważniejszą jednak rzeczą, która ów klimat tworzy, a zarazem siłą napędową serialu z pewnością jest wprowadzenie rozlicznych wątków mistycznych. Hawkins potrafi uzdrawiać, Crowe – zmuszać ludzi do wykonywania różnych rzeczy. Wielu pomniejszych bohaterów również posiada niespotykane na codzień talenty, zaś tajemniczości dodają takie momenty, jak np. słój z płodem, widziany w drugim odcinku serialu – kto go widział, ten zapewne to pamięta, bo takich rzeczy się nie zapomina, i świetnie wie o czym mówię.
Największą ozdobą serialu jest ponad wszelką wątpliwość Michael J. Anderson, znany szerzej jako karzeł (w ostatnich czasach nazywany ze względu na polityczną poprawność “człowiekiem z innego miejsca”) z Twin Peaks. Tym razem wystepuje on w roli Samsona, szefa wesołego miasteczka Carnivale. Michalel pokazał, że jest znakomitym, wprost fenomenalym aktorem. W zasadzie do roli Samsona nie był potrzebny osobnik niskiego wzrostu – spokojnie sprawdziłby się “pełnowymiarowy” aktor. Wybrano jednak Michaela i chwała za to twórcom. Jest w swojej roli bardzo wiarygodny i patrząc na niego nie widzimy śmiesznego karzełka, ale człowieka, który prowadzi cyrk (czasem twardą ręką), odpowiada za niego i umie odpowiedzialnie podejmować decyzje. Innym aktorem, którego z pewnością większość z was zna jest Clancy Brown. Jako fan Lost nie mogę nie wspomnieć, że to jest właśnie Kelvin (Joes) Inmann, który siedział przez jakiś czas z Desmondem w bunkrze. Jednak najbardziej znaną rolą Clancy’ego jest Kurgan, główny przeciwnik Connora McLeoda z “Nieśmiertelnego”. Także i w Carnivale nie gra on raczej roli przyjemniaczka – tyle tylko, że w odróżnieniu od Curgana, Justin Crowe całą swoją demoniczność kryje pod maską charyzmatycznego katolickiego kapłana, uwielbianego przez tłumy. Kreacja Browna średnio mi się spodobałą, bo jakoś poza epatowaniem groźnymi minami i pokazywaniem swojej monstrualnej sylwetki, dodatkowo optycznie powiększonej przez sutannę, niewiele dobrej gry pokazał. No i wreszcie trzecią postacią, na widok której widzowie Carnivale mogą doznać uczucia deja vu jest dziennikarz (jak to dziennikarz – upierdliwy i nadgorliwy) o nazwisku Tommy Dolan, odtwarzany przez Roberta Kneppera aliast T-Bag z Prison Breaka. Nie zagrał najgorzej, ale jednak wolę go w roli zdegenerowanego mordecy i pedofila, którą z maestrią godną najwyższych mistrzów raczył nas przez cały znakomity pierwszy i dwa dużo gorsze kolejne sezony Prison Breaka.

Z żalem muszę jednak rzec, że serial idealny nie jest, a nawet do ideału mu dużo brakuje. Carnivale cechuje się świetnym klimatem, świetną grą aktorską i fajnymi pomysłami. Pomimo tego stwierdzić muszę, że w serialu jakiś trybik nie zaskoczył jak należy i produkcja ta miejscami (szczególnie w pierwszym sezonie) nudzi, a rzadko kiedy naprawdę przyciąga do ekranu. Myślę, że sporo w tym winy scenarzystów – jako całość Carnivale daje radę, jednak posczególne odcinki jakoś nie mają w sobie właściwej dramaturgii, tempo akcji nie zawsze jest takie jakie powinno być, a są momenty takie, kiedy ma się tego dość. Dlatego też nietrudno mi zrozumieć niską oglądalność serialu w Stanach – bo to serial nie dla każdego i wielu jest takich, którym nie spododał się w ogóle. Ubito zatem Carnivale po dwóch sezonach i tylko tyle ich mamy zamiast planowanych sześciu. Na pocieszenie rzeknę jednak, że serial przerwano w dobrym momencie – główny wątek został rozwiązany i można rzec, że poza kilkoma mniej lub bardziej ciekawymi, ale zawsze pobocznymi, sprawami, zakończenie jest satysfakcjonujące.
Czy polecić? Raczej tak. Chociaż serial z dotychczas przeze widzianych HBOwskich produkcji jest najsłabszy, to jednak i tak na pewno odpuszczenie sobie Carnivale byłoby dla szanującego się fana seriali sporą stratą.









