Myślokracja, czyli from łeb to web

95. Twin Peaks – alternatywne zakończenie 30 marzec 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film, Seriale — HaeS @ 9:56 am

Twin Peaks, swego czasu wychwalany przeze mnie w niebogłosy (a obecnie nie wychwalany tylko dlatego, że po siedmiu obejrzeniach nieco spowszechniał… ale kurewsko zazdroszczę tym, którzy wciąż są PRZED), był kręcony, jak kazdy przyzwoity (i nieprzyzwoity zresztą też) serial w formule charakterystycznej dla produkcji telewizyjnych – najpierw kręci się pilota, którego ogląda jakaś tam komisja (czasem rolę komisji pełni widownia telewizyjna) i dopiero na podstawie pilota decyduje się czy kręcić serial dalej czy dać sobie spokój. Pilot do Twin Peaks, tytułowany czasem “Northwest passage” (wersja przeze mnie preferowana), a czasem jedynie per “Pilot” był odcinkiem niezwykle wkręcającym w serial, znakomicie pokazującym co się będzie działo i jaki będzie klimat produkcji. No i jak wszyscy wiemy, pilot został zaaprobowany przez komisję , a oczekiwania jakie widzowie mogli mieć po obejrzeniu pilota zostały w 100%, a może nawet i wiecej, spełnione. Serial okazał się spektakularnym sukcesem i szybko wskoczył do kanonu produkcji kultowych.

Jednak Lynch, jako stara wyga filmowego świata, przekazując pilota stacji ABC, znakomicie wiedział, że serial może zostać odrzucony i na tę możliwość się przygotował. Nakręcone zostało ok. 20-minutowe zakończenie pilota w taki sposób, aby pilot wraz z tym zakończeniem tworzył jeden zamknięty ciąg wydarzeń (o ile można mówić o zamkniętym ciągu wydarzeń u Lyncha). W ten właśnie sposób powstał film “Twin Peaks”, który wydany został w Europie (także w Polsce). Oczywiście pomysł po zaaprobowaniu pilota okazał się być jedynie efektem nadgorliwości Lyncha, ale jednak wciąż jakieś tam kopie zostały i “Twin Peaks” pojawia się od czasu do czasu na Allegro i na ogół końcowa cena na aukcji jest dość wysoka. W oryginalnych wydaniach DVD też jest opcja obejrzenia alternatywnego zakończenia pilota.

Jeżeli ktoś pamięta mniej więcej co działo się w pilocie, to zapewne wie, że już prawie na samym końcu jest scena, w której szeryf wraz z Josie wychodzą przed dom i Josie mówi “to musiało się stać o tej porze. 24 godziny temu”. Po tej właśnie scenie rozpoczyna się alternatywne zakokończenie. Zakończenie to zupełnie nie przystaje do tego, co mieliśmy w serialu. Jest z nim jawnie sprzeczne i w żaden sposób się nie uzupełniają. Nie powinienem spoilerować, ale powiem jedynie, że BOB okazuje się być żywym, prawdziwym człowiekiem, o dość specyficznej osobowości jakich to sporo spotkaliśmy u Lyncha – przypomina maniakalnego szaleńca, zaś Mike to też świr tyle, że innego kalibru. Tak w ogóle to zakończenie zostało przemontowane i pod koniec odcinka 1×02 (“Zen, or the Skill to Catch a Killer”) wykorzystane w śnie Coopera. Tyle tylko, że to, co było w śnie, tutaj dzieje się naprawdę.

“Northwest Passage” wraz z omawianym zakończeniem tworzy film, który, niestety, nie powala na kolana. Jak to u Lyncha, popada z czasem w absurd i bezsens, niezrozumiałą papkę i miks motywów, które ciężko ze sobą połączyć i zrozumieć o co w tym chodzi. Gdyby powstał tylko film “Twin Peaks”, prawdopodobnie odszedłby w zapomnienie jako nieudany film Lyncha bądź produkcja, która mogła byc czymś więcej, a skończyła jak skończyła. Całe szczęście jednak, że szychy z ABC zadecydowały, że warto tę historię ciągnąć i dzięki temu powstał jeden z najlepszych seriali wszechczasów. Ale i tak warto na pewno obejrzeć tę alterantywną końcówkę.

Przez chwilę czułem się jeszcze raz jakby oglądał serial po raz piewrszy. Nie musiałem już oglądać po raz n-ty tych samych scen, ale coś nowego, coś nieznanego. Nowe dialogi, nowe wydarzenia, nowe scenki. Najbardziej rozwaliła mnie Lucy rozmawiająca przez telefon podczas gdy Andy przeszkadza jej grać na trąbce. I wtedy jeszcze raz poczułem i zrozumiałem, co czują ludzie, który TP oglądają po raz pierwszy. Cieszę się, że dane było mi przeżyć jeszcze raz choćby namiastkę tego uczucia.

 

94. The Thing Johna Carpentera 29 marzec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film — R-Chee @ 9:39 pm

Antarktyda. Dookoła tylko śnieg i lód. W środku tego pustkowia znajduje się niewielka baza badawcza, w której pracuje dwunastu nieco zdziwaczałych facetów. Z powodu złych warunków atmosferycznych nie potrafią skontaktować się ze światem zewnętrznym. Mimo to, badacze starają się w miarę możliwości życ normalnie z dnia na dzień. Niespodziewanie w bazie pojawia się zabójca rodem z najgłębszych otchłani piekieł. Co gorsza, nikt tak na prawdę nie może być pewny, czy ów zabójca nie kryje się wśród nich. Jak zatem przetrwać, skoro nie możesz zaufać nikomu prócz sobie?

The Thing, znany u nas pod tytułem “Coś”, to kultowy już horror science-fiction, będący w istocie pierwszym filmem Johna Carpentera stworzonym dla dużej wytwórni filmowej. Co więcej, nakręcony w 1982 roku film jest przez wielu fanów uważany za najlepszy obraz tego reżysera, a także jeden z najlepszych horrorów w historii kina. I ja również podzielam to zdanie.
Jak wierzyć nieoficjalnym źródłom, The Thing jest pierwszym filmem z trylogii Carpentera, którą reżyser nazywa Apokaliptyczną trylogią. Pozostałe filmy to Książę Ciemności z 1987 roku i powstały rok później: Oni żyją. Pierwszego nie widziałem, drugi z kolei był filmem średnim, acz miał w sobie pewien niepokojący przekaz. Daleko mu jednak było do historii przedstawionej w The Thing.

Otóż fabuła The Thing skupia się na historii załogi amerykańskiej stacji badawczej (Stacja 31) gdzieś na śnieżnych pustkowiach Antarktydy. Pewnego, jak się okazuje feralnego dnia, dochodzi do niecodziennej sytuacji. W okolicach bazy pojawiają się uzbrojeni po zęby szwedzcy “badacze” z sąsiedztwa, polujący na uciekającego przed nimi psa. Dochodzi do konfliktu w skutek którego Europejczycy tracą życie. Jak się później okazuje, uciekające zwierzę nie było zwyczajnym psem, lecz pozaziemską formą życia potrafiąca niemal idealnie przybierać kształty zasymilowanych ludzi i zwierząt, a którą ów Szwedzi wykopali z zamarzniętego przed wiekami statku kosmicznego. Kolejni badacze padają ofiarą potwora. Co gorsza nikt nie ma stu procentowej pewności kto jest jeszcze normalnym człowiekiem, a kto został już zasymilowany przez obcego.

Jednym z najważniejszych atutów filmu jest bez wątpienia jego klimat – klaustrofobiczna atmosfera, brak zaufania do współtowarzyszy i nieznane zło czające się w ciemnościach i czyhające na nasze życie. Śmiało można rzec, że ów klimat przypomina ten z jakim mieliśmy do czynienia w serii filmów z Obcym w roli głównej. Do tego dochodzi nastrojowa, idealnie wpasowana w akcję ścieżka dźwiękowa, doskonałe jak na tamte czasy efekty specjalne, oraz całkiem niezłe aktorstwo, pomimo iż po za odtwarzającym główną rolę Kurtem Russelem, nie uświadczymy w filmie gwiazd pierwszego formatu.

Jak wierzyć anonimowym użytkownikom internetu, powstało alternatywne zakończenia filmu. Jednak nie mam żadnych pewności czy ów rzeczywiście istnieje. Wśród spamu, idiotyzmów i fan-fiction, najsensowniejsza wydaje się wersja, w której pokazana jest spalona na drugi dzień baza (kinowa wersja kończy się w chwili, gdy ów baza płonie), a chwilę później biegnący pies, który zatrzymuje się na chwilę, spoglądając za siebie na zgliszcza. Tym którzy film widzieli, nie muszę chyba tłumaczyć co ów scena sugeruje.

Film Johna Carpentera to w istocie remake filmu “The Thing from Another World” z 1951r. Ten z kolei jest pierwszą ekranizacją opowiadania Johna W. Campbella Jr. pt.: “Who Goes There?”. Ponoć istnieje polskie wydanie ów książki, ale jest bardzo trudno dostępne. Powstała także nowelizacja napisana przez Alana Deana Fostera, która jednak nie zyskała zbyt pochlebnych recenzji.

Co ciekawe, coraz częściej można poczytać z nieoficjalnych źródeł, jakoby przymierzano się do nakręcenia kolejnej wersji filmu. Już w 2002 roku pojawiły się plany realizacji serialu na podstawie książki Campbella. Pomysł upadł, acz niedawno, bo w 2006 roku studio Universal przedstawiło swoje plany co do realizacji remake’u filmu Carpentera (a właściwie remake remake’u). Ponoć za scenariusz miałby odpowiadać związany z “Battlestar Galactica” Ronald D.Moore. Serial może nie byłby zły, ale pomysł stworzenia nowego filmu już nie napawa mnie zbytnim optymizmem.

Opisując uniwersum The Thing nie można nie wspomnieć o wydanej w 2002 roku grze na PC. Akcja gry rozpoczyna się w momencie, w którym skończył się film. Do bazy na Antarktydzie wyrusza oddział marines dowodzony przez kapitana Blake’a. Ekspedycja musi poznać prawdę o wydarzeniach, jakie miały miejsce w Stacji 31. Szczerze mówiąc nie grałem nigdy w tę grę (choć gdybym miał okazję, chętnie bym się zagłębił w jej świat). Widziałem jednak trailer ów produktu i muszę przyznać, że wyglądał całkiem nieźle (czuje się klimat filmu).

Niech się zatem chowają wszystkie współczesne pseudo-horrory, bo uczciwie mówiąc The Thing to jeden z najlepszych horrorów w historii kina, który widziałem już co najmniej 4-krotnie (ostatnio całkiem niedawno w TV). I aż dziw, że nigdy nie doczekał się kontynuacji (choć może to i dobrze). GORĄCO POLECAM!!!

 

93. Przystanek Alaska w kolekcji DVD! 29 marzec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 7:57 pm

 Informuje wszem i wobec, ze na rynku pojawila sie mozliwosc zakupu kolekcji DVD z serialem “Northern Exposure” (“Przystanek Alaska”). Kolekcja obejmowala bedzie 55 plyt, wydawanych co dwa tygodnie na kazdej po dwa odcinki, w cenie 9,95 zl za plyte. Łatwo wyliczyc, ze cala emisja trwala bedzie ok. 2 lata. Poki co, w kioskach jest pierwszy numer w specjalnej cenie 4,95. Wydanie jest bardzo ładne, oprocz plyty otrzymujemy bardzo starannie wydana ksiazeczke z opisem aktualnych odcinkow i ciekawostkami o serialu. Ksiazeczka jest w twardej oprawie, a wszystkie ksiazeczki utworza w rezultacie cos takiego:

nx1.jpg

Nie moge sie doczekac az stanie to na mojej półce. Pomysł na wydanie serialu bardzo dobry. Mógbym śmiało ściągnąć sobie NX z internetu (zreszta nawet przymierzalem sie do tego), ale chetnie wydam te 542,25 zł (oczywiscie rozlozone na dwa lata) w zamian za takie wydanie. Byc moze z czasem i inne ciekawe seriale pojawia sie w tej formie.No i niesmialo jeszcze zauwazam, ze mam nadzieje, ze wydawnictwo nie zrobi mnie w ch… i nie zawiesi edycji po, powiedzmy, trzydziestu numerach.

 

92. Nip/Tuck sezon 3 i 4 29 marzec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 4:33 pm

Mało ostatnio piszę (podobnie zresztą jak R-Chee), ale jednak jakoś nie mam na to czasu. Mam nadzieję , że w najbliższym czasie coś ruszy w kwestii bloga i notki pojawiały się będą dużo częściej. Szczególnie, że z przerażeniem obserwuję statystyki i widzę, że między częstotliwością zamieszczania notek, a oglądalnością zachodzi korelacja polegająca na znaczącym spadku odwiedzin po długim okresie bez nowego posta (co chyba specjalnie nie dziwi).

W ciągu ostatnich kilku miesięcy obejrzałem 3. i 4 sezon serialu Nip/Tuck (po polsku: “Bez Skazy”). Przypomnę, że fabuła serialu kręci się wokół kliniki chirurgii plastycznej prowadzonej przez dwójkę przyjaciół – Chrisa i Seana. Chris to typ macho, ma za sobą setki epizodów seksualnych, kobiety za nim szaleją, on zaś sam oprócz jednonocnych przygód uwielbia pławienie się w luksusie i napawanie własną wspaniałością. Sean wydaje się być jakby jego przeciwieństwem – jest odpowiedzialny, stara się żyć normalnie – ma żonę, dzieci, nie zawsze podoba mu się styl życia Christiana. Z czasem jednak okazuje się, że przyjaciele mają na siebie wpływ – Sean od czasu do czasu pobuja się gdzieś na boku, Christian z kolei zaczyna rozumieć co to jest rodzina i odpowiedzialność za nią.

Trzeci sezon w stosunku do drugiego jest nieco słabszy (co nie znaczy, że kiepski), za to czwarty – rewelacja, najlepszy z dotychczasowych. Scenarzyści znakomicie i z wyczuciem połączyli wątki z poprzednich sezonów z nowymi pomysłami. Jeżeli ktoś stęsknił się za starymi znajomymi oznajmiam, że oprócz podstawowej ekipy (Sean, Chris, Liz, Matt, Julia, Kimber i kilku pobocznych) powróci stara znajoma pani Grubman, zobaczymy znów Escobara, Ginę i Bobolita. W 4. sezonie swoją rólkę dostaną Alanis Morisette oraz Brooke Shieds.

W jednym z odcinków do czynienia mamy z futurospekcją – posuwamy się 20 lat do przodu i widzimy co się dzieje z naszymi bohaterami. Troszkę szkoda, bo psuje to sporo z przyjemności oglądania serialu – po co wszak oglądać Nip/Tucka skoro się wie, że… Zresztą, nieważne. Sami dojdziecie wcześniej czy później do tego odcinka.

Scenarzyści wyraźnie wyhamowali z przegięciami z pierwszego i (szczególnie) drugiego sezonu – co prawda Troy nadal rucha na lewo i prawo, Matt co rusz wyskakuje z niemiłą niespodzianką, a to, co wymyślają pacjenci woła o pomstę do niebios, jednak śmiało można rzec, że mózgojebność serialu w dwóch omawianych seriach spadła do w miarę normalnego poziomu. Albo też i ja się przyzwyczaiłem. W każdym razie mnie osobiście już zbytnio nie razi w oczy ani nachalne sugerowanie homoseksualnej relacji Christiana do Seana, ani rzeźnik wycinający ludziom uśmiechy na twarzach, ani gang kradnący ludziom nerki, ani nawet zamężna kobieta z trójką dzieci zdradzająca męża z karłem, ani wiele innych rzeczy, o których nie chcę spoilerować. Wszak to Nip/Tuck i wszystko może się zdarzyć. Jedyne co mogę jeszcze dodać to tyle, że scenarzyści przestali się w końcu kręcić wokół seksu i pobliskich seksowi tematów, a zaczęli zauważać także inne rzeczy i wątki, których w poprzednich sezonach było jakby mniej i starają się teraz zamiast kolejnych ekscesów i orgii zaszokować morderstwami, okaleczeniami, nietypowymi zachowaniami w rodzinie i innymi patologiami. W sumie przypomina to troszkę Modę na Sukces – każdy z każdym juz był, a Kimber to taki odpowiednik Brooke Logan. Jeżeli jednak chcemy porównywąc serial z “Modą”, to dodajmy od razu, że nie ma 8000 odcinków, ale dużo mniej (za to przemyslanych), jest nieporównywalnie lepiej zrealizowany i o wiele bardziej wciągający.

Pomimo tego, że przeciętnego słuchacza wiadomego radia serial odstarszyłby po 30 sekundach, jak dla mnie Nip/Tuck to serial, który ogląda się znakomicie. Łyka się odcinek za odcinkiem i tylko czeka na następny i na następny i na następny. Pomysły są wciąż świeże, oryginalne i nie wywołują efektu znużenia, a widać, że scenarzyści wciąż mają pomysły na ciąg dalszy. Końcówka czwartego sezonu wyraźnie wkazuje na to, że w piątym sezonie formuła ulegnie zmianie, bo i sporo zmieniło się w życiu bohaterów. No, ale więcej nie powiem ani słowa. Napiszę jedynie że wierzę w to, że nadal będzie ciekawie.

 

91. Harry Potter i Kamień filozoficzny (książka, film & gra komputerowa) 22 marzec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film, Gry, Książki — HaeS @ 10:01 am

Nie znać Harry’ego Pottera w dzisiejszym świecie, gdzie otacza nas ze wszystkich stron, parodiowany jest w filmach i programach telewizyjnych, nawiązuje się do niego tu i ówdzie, mówi się o nim, to po prostu wstyd – z takiego założenia wyszedłem wychodząc z bilbioteki z “Harrym Potterem i Kamieniem Filozoficznym” pod pachą. Tak, tak – HaeS postanowił zapoznać się z tą książką, dowiedzieć się o co jest tyle szumu i dlaczego ma to tylu fanów. Fabuły streszczać nie muszę – wszak wszyscy wiedzą, że do czynienia mamy z młodocianym czarodziejem, który dopiero poznaje tajniki magii w szkole w Hogwarcie. Czytając książkę, jednocześnie ssałem film i grę komputerową o Harrym. Dobrze wszak mieć pełny ogląd sytuacji.

I po przeczytaniu z żalem stwierdziłem, że książka na pewno nie zachwyca. Ot, takie czytadło. Dziecinne, ale nie na tyle, żeby odpychało. Można poczytać, troszkę się dzieje, ale trudno mówić o wyciąganiu z tej książki jakiejś swojej filozofii życiowej, prowokowaniu do przemyśleń i refleksji czy o zmianie światopoglądu. Rzekłbym, że to taki klasyczny przypadek kiedy produkt raczej przeciętny i nie wyróżniający się z szeregu innych staje się znany, popularny, aż w końcu kultowy tylko i wyłącznie dzięki zręcznemu marketingowi a także w pewnym stopniu – co warto podkreślić – umiejętnej akcji promocyjnej którą zasponsorowanej przez Kościół. Wszak na tym samym patencie stasus bestsellera zdobył “Kod Leonarda da Vinci”, która to książka w życiu nie wypłynęłaby na tak szerokie wody mainstreamu, gdyby tylko Karol W. wraz z Josephem R. siedzieli cicho. Wszak każdy myślący człowiek załapie że “Kod” śmierdzi na kilometr bujną wyobraźnią autora i fikcją literacką. Ach, zapomniałem – ludzie Kościoła nie powinni myśleć. Wszak myśli za nich ktoś inny, kto wie lepiej.

Stosunek Kościoła do cyklu o mlodym czarodzieju tez nie do końca jest dla mnie zrozumiały, ale nie wnikam w to – być może po zakończeniu wszystkich tomów (co chyba jednak zrobię) poczytam sobie jeszcze jakąś książkę z serii “Harry Potter – dobry czy zły?”, bo takowych się troszkę nakładem powiązanych z Kościołem wydawnictw ukazało i wtedy się dopiero ustosunkuję do argumentów. Gdybym miał mówić teraz, rzekłbym, że argumenty Kościoła przeciwko HP są śmieszne, żeby nie rzec żałosne. Wszak satanizmu w HP nie ma w ogóle, a takie rzeczy jak czary, smoki, potwory i bestie jakby żywcem z piekła wzięte pojawiają się bardzo często w literaturze dziecięcej i czepianie się akurat Harry’ego jest jakby nie na miejscu. No, ale dokłanie wypowiem się po przeczytaniu takiej książki (o ile w ogóle przeczytam); jakby co, można liczyć na moją relację z lektury na blogu.

Za kolejne książki się raczej zabiorę, ale mój pierwotny pomysł posiadania własnej kolekcji ksiażek o Harrym chyba jednak nie końca jest pomysłem trafionym. Skorzystam raczej z usług okolicznej biblioteki.

Jeżeli chodzi o film, pomimo pewnych widocznych dla osoby świeżo po lekturze książki uproszczeń i przemilczeń, można nazwać wierną adaptacją książki. Cieszę się, że film powstał, bo dzięki temu wiem jak wyglądać mógł Ron, Hermiona, profesorowie i w ogóle wszystkie postacie, tudzież magiczne miejsca i przedmioty. Poza tym jednak – film jest nuuuuuuuuuudny, szczególnie jak ktoś czytał książkę. Po co oglądać film, jak wie się, co się stanie za 10 minut? O ile książka to takie czytadło, to film – oglądadło, a na dodatek dziecinada do bólu. Ale nie ma co się dziwić. Wszak film jest dla dzieci i o dzieciach. Jedyną rzeczą dla której film ogląda się miło jest Emma Watson jako Hermiona… e, nic nie piszę o więcej Hermionie bo gotowi jeszcze jesteście powiedzieć, że pedofil jestem.

Wyraźnie najsłabiej na tle tego wszystkiego wychodzi gra komputerowa. Jak ona wyglada? Wyobrazcie sobie Tomb Raidera, w ktorym zamiast Lary stoi Harry. I na tym koncza sie podobienstwa. Gra jest wyraźnie nakierowana na dzieci – nie ma w sobie, trudnej zagadki ani łamigłówki, do bólu liniową fabułę, dostep tylko do tych lokacji, które akurat są potrzebne, w dodatku zwiedzanych w scisle okreslonej kolejnosci – to wszystko zniecheca. Sterowanie jest z jednej strony intuicyjne, z drugiej – maksymalnie uproszczone. Dla przykladu powiem, ze nie ma przycisku sluzacego do wspinania sie np. na skalne półki – wystarczy biec w kierunku takiej półki, a Harry sam na się na nią wespnie (wspinie? wspnie? – polski język jest jak dla mnie zbyt skomplikowany). Co tu dużo gadać, trza rzec wprost: gra jest dziecinna i infantylna. Dograłem mniej więcej do połowy (tuż po wykluciu smoka) i skończyłem kiedy za nic w świecie nie mogłem złapać znicza w quiddichu. Muzyka w grze tworzy fajny klimacik, głosy bohaterów ani nie grzeją ani nie ziębią, grafika zaś – no cóż, gra ma swoje lata, chociaż jak dla mnie (jestem mało wymagającym graczem) spokojnie wystarczy. Ale fabularnie gra wypada slabiutenko.

No cóż, książkę raczej polecam jako czytadło i wypełniacz czasu, film można sobie odpuścić, w najlepszym wypadku obejrzeć fragmentami żeby mieć wyobrażenie jak mogliby wygladać poszczególni bohaterowie, gra zaś zdecydowanie ssie i nie warto nawet jej tykać. Jak rzekłem, książkom dam szansę, filmy oglądał będę o ile da się je obejrzeć, a swoją przygodę z Harry’owymi grami zakończę na “Kamieniu Filozoficznym”.

 

90. Gandahar 15 marzec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film — HaeS @ 10:35 am

Gandahar pierwszy raz widziałem w wieku ok. 10 lat, czyli tak dawno temu, że nawet ja sam tego nie pamiętam. Po tych wszystkich latach w głowie pozostały mi jedynie pewne szczegóły (a konkretnie – ferroidy), pamietałem jak bardzo się tego filmu ale jednak sam przebieg akcji i tytuł filmu zostały gdzieś w mrocznym zakamarku mojej mózgowiny i dopiero pomoc internautów, którzy z kilku luźno rzuconych haseł skojarzyli o jakich film mi chodzi i podali tytuł sprawiła, że po kilkulastu latach mogłem powrócić do Gandaharu. I nie żałuję ani troszkę. Po tych latach stwierdzam jedną rzecz – film pomimo tego, że animowany, absolutnie nie jest dla dzieci. Jest zbyt przerażający jak na dziecięcą psychikę, panienki latają z gołymi cycami, a nawet mamy do czynienia ze sceną erotyczną.

Trudno dokładnie rzec, gdzie i kiedy dzieje się cała akcja. Mamy do czynienia z tajemniczą planetą, na której nic nie jest takie, jak na Ziemi. Na niebie trzy księżyce, a różnorodność stworzeń, które przez 80 minut pojawiają się na ekranie zapiera dech w piersiach i od razu zmusza do zapytania o to, jak wielka musiała być fantazja twórców, aby coś takiego stworzyć. Większość istot jest insektopodobna, tylko dużo większa. Jabłka rosną na czymś przypominającym skały, łodzie zamiast żagli mają ogromne liście, a ptaki mają tylko jedno oko. Tylko ludzie przypominą ludzi… ale czy na pewno? Wszak mają niebieskawy odcień skóry, poza tym nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem sugestię z początku filmu, ale wiele też wskazuje na to, że rodzą się jako larwy. A to wszystko i tak jeszcze nic w porównaniu z żyjącymi pod ziemią mutantami. Ktokolwiek ich wymyślił, musiał nietęgo wysilić głowę, aby stworzyć takie potwory.

Głównym bohaterem jest niejaki Sil, młody Gandaharianin, który wysłany został przez swoich ludzi, aby zidentyfikować i znaleźć sposób na pokonanie tajemniczego wroga, który od pewnego czasu nęka tamtejszą społeczność. W momencie rozpoczęcia wyprawy Sil jeszcze nie wie, jak przerażające i silne jest zło, któremu ma stawić czoła. Armia Ferroidów – przerażających, bezlitosnych metalowych stworzeń, pozbawionych własnego umysłu, ale sluchających… no właśnie, kogo? Więcej już nie zdradzę.

185315106_1c79f14e6e.jpg

Gandahar to wciąż film znakomity, świetnie się trzymający po ponad 20 latach od jego stworzenia. Największymi jego atutami są niebanalny świat przedstawiony, wartka i dość skomplikowana akcja oraz klimat, jakiego trudno szukać gdziekolwiek indziej.Jak dla mnie to absolutna klasyka SF i jedyne, co mnie dziwi, to jego znikoma popularość tego tytułu w Polsce. A jeszcze bardziej dziwi uwzględniając fakt, że swojego czasu (na przełomie lat 80-tych i 90-tych) wydany został w Polsce na VHSie, w pełni zdubbingowany, co wówczas było jeszcze większą rzadkością niż dzisiaj.

A dziś? Gandaharu nie uświadczymy w żadnym sklepie, w żadnej telewizji, w żadnej wypożyczalni DVD. Gandaharu po prostu jakby nie było. Zapomniany, pokryty grubą warstwą kurzu, czeka aż ktoś go odkryje na nowo i pokaże światu, aby ten znów zachwycił się Gandaharem i zakochał w tym filmie. Bo jest się czym zachwycać, jest w czym zakochiwać…

 

89. Cowabunga! 8 marzec 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film — HaeS @ 4:57 pm

HaeS napisał:

A tak troszkę sobie dzisiaj powspominam. Teenage Mutant Ninja Turtles to jedna z moich ulubionych bajek z dzieciństwa. Kiedy przestałem się kochać w Smerfach, Gumisiach i Muminkach, moimi następnymi idolami była właśnie czwórka niesfornych zmutowanych gadów, uwielbiających ponad życie dwie rzeczy: pizzę i rozpierduchę. No i przypominam jeszcze główny czarny charakter – Schredera, jego dwójkę przygłupawych sługusów oraz jego szefa, Cranga (zawsze mnie fascynowało dlaczego składa on się z samego gadającego mózgu – chyba nigdy już się tego nie dowiem). I jeszcze śliczna April, może nie tak śliczna jak Judy Jetson, ale i tak zaprzątneła sobą mój młodociany umysł.

turtle2.jpeg

Nie jestem żadnym ekspetem od Żółwi. Oglądałem tylko kilkadziesiąt odcinków kreskówki w TV, nie znam całej chronologii, mitologii, postaci pobocznych, gier komputerowych (a były takie, były – na C64) ani nawet filmów pełnometrażowych, komiksów czy innych spinoffów. Dzisiaj jednak w łapy wpadła mi nowa wersja filmu – trójwymiarowa, robiona mniej więcej taką samą metodą jak wszelakie Shrecki, Epoki Lodowcowe i Gdzie jest Nemo i na ich pokłosiu ich popularności powstała. Nie będę zdradzał fabuły, powiem jedynie, ze jest ciekawie, dzieje się dużo, a klimat… w pełni żółwiowy. Jest Cowabunga, jest Pizza, głupkowaty Michaelangelo, konfliktowy Rafaello, przemądrzały Donatello oraz nie bardzo radzący sobie z ogarnięciem tego wszystkiego Leonardo – no, ale od czego jest Splinter, który wszystkich sprowadza do pionu. Brakuje jedynie starych wrogów (akcja rozgrywa się po pokonaniu Shredera) – ale nowi też dają radę.

turtle1.jpeg

W ogóle cały film daje radę i raczej nie skuszę się na stwierdzenie, że twórcy sprofanowali arcydzieło, skaszanili legendę i popsuli dobre wspomnienia. Wręcz przeciwnie – dołożyli nowy rozdział do całkiem ciekawej opowieści o czwórce gigantycznych gadających żółwi. Dla wszystkich pamiętających Żółwie i lubujących się w nich zdecydowanie polecam. Ostrzegam jedynie z góry, że pozycja czysto rozrywkowa i miejscami infantylna, ale co tam. Przecież o to chodzi, żeby wtopić się w świat wspomnień z dzieciństwa. Mam nawet wrażenie, że film bardziej adresowany jest właśnie dla starych fanów Żółwi aniżeli dla współczesnej dzieciarni, która ma już swoich własnych idoli. Ja tylko czekam aż ktoś teraz zrobi trójwymiarową wersję Denvera – Ostatniego Dinozaura, bo to też jedna z moich ulubionych bajek z dzieciństwa

 

R-Chee napisał:

No to mnie Hubert zaskoczył.
Tak się składa, że widziałem ten film równo tydzień temu i też powoli przymierzałem się do recenzji. Jak widać HaeS mnie uprzedził.

Jakkolwiek obaj stwierdziliśmy, że wpis HaeSa dotyczy raczej jego emocjonalnego podejścia do motywu TMNT, a nie samego filmu. I tu za zgodą Huberta podłączam się ja.

Co do fabuły, to zacznijmy może od tego, że jak zauważył już HaeS, w filmie nie pojawia się Shredder (choć mamy do niego wiele nawiązań). Historia skupia się na wydarzeniach będących następstwem pokonania szefa gangu Stopy. Żółwie nie potrafią się ze sobą dogadać. Leonardo wyjeżdża na szkolenia, by zwiększać swoje umiejętności, a pozostali bracia nie do końca potrafią się po jego wyjeździe odnaleźć. Don i Mikey imają się różnych, bardzo ludzkich zajęć, a Raf kontynuuje swoją krucjatę przeciwko złoczyńcom, tym razem jednak solo. No i kto wie, jakby skończyło się to wszystko, gdyby nie nowy wróg, który pojawił się w mieście. By go pokonać, żółwie znowu muszą się zjednoczyć, co jak się okazuje, wcale nie jest takie proste.

Film nieco różni się od typowej i znanej do tej pory wszystkim żółwiej przygody. Film przedstawia głównych bohaterów z nieco innej perspektywy. Na plan główny wysuwają się ich rosterki i problemy emocjonalne. Uwydatniony jest tu zwłaszcza konflikt Leonarda z Rafealem, co skutkuje chyba pierwszą w historii serii, poważną… nie, nie będę wam psuł zabawy. W każdym bądź razie, motyw ponownego scalania grupy jest bardzo mocną stroną filmu.

Oczywiście (o czym też już Hubert wspominał), nadal mamy tu do czynienia ze starymi, dobrymi, zielonymi wojownikami ninja. W filmie nie brakuje humoru, głównie za sprawą Micheangelo i jego absurdalnych pomysłów (motyw z maską żółwia) i charakterystycznych dla żółwi haseł czy okrzyków. Nie brakuje też walk, które charakteryzują się niesamowitą dynamiką (choć czasem się można nieco pogubić w tej całej dynamice ruchów). W tym miejscu bardzo bym chciał pochwalić ludzi odpowiedzialnych za pracę kamery, ale… no właśnie… wszystkie efekty wizualne są zasługą programistów. Cieszy także to, że nie zapomniano o innych, ważnych dla uniwersum postaciach. Jest stary, dobry Splinter, który jednak potrafi przywołać swoich synów do porządku. Są też Casey i April, którzy w końcu tworzą wyraźny związek uczuciowy (April zaskoczy nas czymś jeszcze).

Na koniec chciałbym napisać jeszcze słów parę o polskim dubbingu. I muszę przyznać, że nie do końca jestem usatysfakcjonowany. Głosy żółwi, Splintera czy Caseya są ok, choć można było zrezygnować z Szyca czy Małaszyńskiego, na rzecz mniej charakterystycznych głosów, znanych chociażby z Jetix (za to występy TEDE i Brodki pozytywnie mnie zaskoczyły). Nie podobał mi się z kolei głos April. Nie żeby był brzydki, albo irytujący, ale nie pasował zbytnio do tej postaci (zresztą design April też nie wyszedł idealnie). Ale pomijając brzmienie samych głosów, które były strawne, nie podobały mi się pewne wtrącenia, które bardzo psuły oglądanie filmu. Mam tu na myśli zdania nawiązujące do “M jak Miłość”, “Radia Maryja” czy “IV Rzeczpospolitej”. Może i były zabawne, ale nijak nie pasowały do filmu. No i niezbyt przypadła mi do gustu końcówka, zwłaszcza rozwiązanie motywu utraty nieśmiertelności przez Wintersa. Zajechało wtedy straszną tandetą.

Film polecam, nie tylko tym najmłodszym.

Ps. Don nie był przemądrzały. Był inteligentny, ale zarazem spokojny i bezkonfliktowy.

 

88. “Dlaczego nie zdążymy na EURO 2012, a Polska nie będzie drugim Imperium Brytyjskim” czyli refleksje poirytowanego czytelnika. 3 marzec 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: refleksje, społeczeństwo — R-Chee @ 11:42 pm

Witajcie parafianie.

Całkiem niedawno w me ręcę wpadł ciekawy tekst, napisany przez jednego z moich znajomych. Ów referacik jest wyrazem sfrustrowania, będącego wynikiem opieszałości ludzi odpowiedzialnych za przygotowania do EURO 2012. Tekst był ciekawy, miejscami zabawny, ale przede wszystkim dający do myślenia. Dlatego za zgodą autora i mojego bossa Huberta S. postanowiłem zamieścić go na blogu.

Życzę miłej lekturki.

“Temat Euro 2012 jest ostatnio bardzo ważny i szeroko podejmowany w naszym kraju. Można powiedzieć, że jest wręcz modny. Na początku była wielka radość: udało nam się, mamy upragnione mistrzostwa, to wielka szansa etc. Muszę przyznać, że bardzo się z tego powodu cieszyłem (z natury jestem optymistą). Uznałem więc, że faktycznie coś może się zmienić, że wybudujemy autostrady, będziemy mieć stadiony przypominające stadiony, a nie baraki czy ruiny greckich amfiteatrów. Wierzyłem, że nasz kraj otworzy się na świat, zmienimy stereotyp i Polska nie będzie już znana z tego, że poluje się tu na mamuty i jeździ rydwanami z przyklejonym logiem Volkswagena, zapewne zdobytym podczas wyprawy wojennej jednego z naszych dzikich plemion. Mówiąc prościej i bez żartów: wierzyłem, że będzie jakiś postęp, coś się zacznie dziać. Po jakimś czasie euforia opadła. Okazało się, że słowo „autostrada” nie jest słowem używanym przez kierowców i polityków nader często i z serdecznym, pełnym satysfakcji uśmiechem. Okazało się też, że nasze „stadiony” bardziej przypadłyby do gustu rzymskim gladiatorom niż profesjonalnym piłkarzom. Najlepszym podsumowaniem tego, co się okazało są słowa: „Houston, mamy problem”. Problem był, bo przecież nasz kraj zapalił się do pomysłu mistrzostw, nie mogliśmy okazać się gorsi np. od jakiś Włochów (kim oni w ogóle są, co oni sobie myślą, lepsi od nas? bzdura). Należało coś przedsięwziąć. Łatwo mówić, trudniej wykonać. Był jeden rząd, ale potem były wybory i kolejna euforia, nowy rząd i tego typu historie. Warto więc było wykorzystać ją póki trwała i z zapałem wymyślić plan działania.

I wymyślono. Zaczęto znów mówić o autostradach, stadionach przypominających kolejne cudy świata i standardach, których nie powstydziłoby się nawet Monaco. No może troszkę przesadzam, ale myślę, że łatwo wyczuć o co mi chodzi. Czy coś się zmieniło?

Nie. Nie śledzę z zapałem każdej budowy związanej z Euro 2012, ale śledzę wiadomości i nie słyszę jakoś informacji w stylu: „Mamy już 3 miliardy kilometrów autostrad” lub „Szwajcaria prosi nas o pomoc w rozbudowie swojej infrastruktury” czy „Stadion narodowy ukończony, wszystko zapięte na ostatni guzik”. Nie słyszę nic! Może ogłuchłem? Nie, nie sądzę. Odpowiedź jest prosta: mało się dzieje.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Nie jestem przecież zapalonym kibicem, temat nie jest najbliższy mojemu sercu. Piszę, ponieważ obserwując pewne zdarzenie, doznałem natchnienia, by opisać część swoich przemyśleń.

Rzecz zdarzyła się w Sosnowcu, kilka dni temu. Czekałem sobie na autobus do Katowic, na przystanku przy ulicy Orlej. Każdy student (i nie tylko student) filologii wie, że niedaleko tego przystanku jest coś bardzo ważnego i coś, z czym każdy wiąże duże nadzieje. A mianowicie (fanfary) nowy gmach wydziału filologicznego. Cudo, na które każdy czeka już bardzo długo. Sama inicjatywa budowy znana jest już od dawna, ale dopiero niedawno Rada Plemienna Sosnowca (czy ktokolwiek tam urzęduje) zadecydowała, że „w sumie” ta budowla mogłaby powstać. I powstaje, w tempie całkiem interesującym, aż miło popatrzeć. Ale może mogłoby być szybciej? Czy może ja jestem niewdzięcznym studencikiem, który by tylko narzekał? Powód jest inny. Stojąc na przystanku widziałem, że co jakiś czas od strony owej budowy szło spokojnie kilku robotników, pojedynczo lub parami. Szli kupić sobie śniadanie. Rozumiem to świetnie, ale zastanawia mnie, po co ta dezorganizacja? Przecież i tak każda drużyna robotników musi dziennie wypalić 150 papierosów, zapewniając w ten sposób 40 % całościowego dochodu British American Tobacco. Czy nie można wysłać jednego człowieka, który by zaopatrzył swoich pracowników w potrzebne rzeczy (jedzenie, napoje itp.)? Czy nie można zorganizować tego sprawniej? W ten sposób na budowie praca przebiegałaby harmonijnie, wszyscy mieliby przerwę w jednym czasie, a nie jakiś indywidualny tok pracy, zależny od upodobań, poważania na budowie czy ciśnienia atmosferycznego w Burkina Faso. Właśnie w tym sęk. W tej dysharmonii i braku organizacji. To mnie zdziwiło i natchnęło. Jak możemy wybudować autostrady i stadiony, skoro nie mamy potrzebnej organizacji, a każdy chce robić coś po swojemu? W ten sposób całą logistykę szlag trafia, czego skutkiem jest chaos i bałagan. Wszystko po kawałeczku, zamiast raz, a dobrze. Czy Imperium Brytyjskie byłoby Imperium Brytyjskim, gdyby wysyłano co 2 dni statek, który dostarczałby jeden listek herbaty z Indii? Czy wieża Eiffela powstałaby szybko jakby przyjęto plan, że co tydzień jeden mieszkaniec Paryża odda zardzewiały widelec, by można było go przetopić na element do wieży? Nic by nie powstało, ani Imperium ani symbol Paryża. Dlaczego? Bo takie działanie, które opisałem powyżej jest BEZSENSU. Dlatego właśnie zacząłem wątpić w to, że zdążymy na Euro 2012. Jeśli dalej będzie nam brakowało organizacji, to będzie wielka klapa. Najgorsze jest to, że mimo tego, że każdy widzi jak jest, nikt nie przyzna, że możemy nie zdążyć. Dlaczego? Bo kieruje nami buta, jakaś irracjonalna duma narodowa, która każe nam udawać krezusów i trzymać „fason”. Niestety prawda bywa okrutna, ale jej nikt nie chce wyjawić, bo to by oznaczało zaprzeczenie samemu sobie, a tego nie moglibyśmy sobie wybaczyć, nieprawdaż? Cóż, pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że to ulegnie w końcu zmianie i będziemy mieć standardy europejskie. Że nabierzemy do siebie dystansu i zaczniemy działać, z rozsądkiem. Tego chciałbym życzyć wszystkim.”

Tekst: Klusek

Edycja: R-Chee

 

Jestem ciekaw, czy zgadzacie się z tą pesymistyczną wizją.

Pozdrawiam