Myślokracja, czyli from łeb to web

86. Back to the future (recenzja, tym razem bez refleksji) 29 luty 2008 (piątek)

Zaszufladkowany do: Film — HaeS @ 5:25 pm

Specjalnie dla tych, którzy jeszcze tego nie widzieli (są tacy?) czas aby napisać o przeuroczej opowiastce o Martym McFly’u, który wraz z szalonym Emmetem Brownem podróżuje w czasie za pomocą nieco przerobionego samochodu, zmierzając się z różnymi przeciwnościami losu, z rozlicznymi paradoksami czasowymi oraz rzeczywistościami równoległymi. Brzmi tak skomplikowanie, że może odpychać. Nie, nie przerażajcie się. BttF jest lekki, przyjemny i lekkostrawny, a obejrzeć go może bez straty wątku i sześcioklasista.

Jedna, ważna rzecz – cała trylogia to tak naprawdę jeden długi film. Nie warto zatem rozpoczynać oglądania jeśli ma się do dyspozycji akurat tylko jeden film, a już na pewno zupełnie nierozsądnym zachowaniem jest oglądanie filmu w innej kolejności aniżeli jedynie słuszna opcja pt. 123.

Film, jak przystało na kino lat 80-tych może głupawy i troszkę naiwny, ale zarazem tą swoją głupawością i naiwnością rozkochujący w sobie widzów. Głównym bohaterem jest nieco zakręcony amerykański nastolatek zaprzyjaźniony z nieco szalonym doktorkiem, który wynalazł sposób na podróżowanie w czasie. Już podczas pierwszej wycieczki w przeszłość Marty popełnia karygodny błąd, który sprawia, że chłopak nigdy nie powinien się urodzić… Nie, nie będę więcej zdradzał fabuły. Powiem tylko tyle, że jest z jednej strony strasznie zakręcona (wszak temat podróży w czasie do lekkich nie należy), z drugiej jednak – bardzo łatwa do śledzenia. Poszczególne wątki filmu w różnych miejscach czasoprzestrzeni zazębiają się ze sobą w mistrzowski wręcz sposób.

Fabuła jest ciekawa, zakręcona i wciągająca. Postacie pomimo tego, że płaskie i pretensjonalnie zbudowane są w taki sposób, że nie sposób ich nie lubić (no, może poza Biffem), a poza tym nie nudzą się ani nie odpychają. Wszystko dodatkowo okraszone solidną dawką humoru. Nawet efekty specjalne były (jak na tamte czasy) wyśmienite. Do wszystkiego dochodzi jeszcze wpadająca w ucho muzyka. Czegóż chcieć więcej?

Film ma też walor edukacyjny. Stanowi świetne wprowadzenie w temat podróży w czasie. Jeżeli ktoś nie rozumie o co chodzi z paradoksem dziadka czy równoległymi wszechświatami, po obejrzeniu filmu zapamięta raz na zawsze podstawowe trudności na jakie zazwyczaj natrafiają podróżnicy w czasie. Być może po obejrzeniu filmu kogoś temat tak mocno wciągnie, że doczekamy się drugiego Eisteina…

Back to the future, produkt znakomity, wyśmienity i tylko nieznacznie nadgryziony przez ząb czasu. Jeżeli ktoś ma wolny jeden długi wieczór (albo trzy nieco krótsze, najlepiej dzień po dniu) i chce czegoś lekkiego i fajnego, ale nie debilnego i wtórnego, śmiało może po BttF sięgnąć. Nie rozczaruje się na pewno.

Aaaaaaa! Jeszcze coś. Przebąkiwało się swojego czasu o czwartej części filmu, która miała powstać 2-3 lata temu. Nie wiem i nie chcę wiedzieć czy powstała. Dla mnie już sam pomysł chęci zarobienia na tak znakomicie domkniętej trylogii śmierdzi profanacją.

marty1.jpg                            marty2.jpg
 

85. Kosovo je Srbija!!! 27 luty 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Polityka, refleksje — HaeS @ 5:45 pm

Dość rzadko (a ostatnio w ogole nie) wypowiadam sie na tematy polityczne; polityka miedzynarodowa stanowi dla mnie totalna abstrakcje, zas kiedy Donaldo objal urzad prezesa rady ministrow, stracilem momentalnie zainteresowanie polityka, bo po cyrku jaki zaoferowal nam Kaczynski z przystawkami, powrocilismy z hukiem na stare smiecie – bo Tusk pod wzgledem intencji politycznych (nie mylic z opcjami politycznymi) nie rozni sie niczym od Suchockiej, Pawlaka, Cimoszewicza, Oleksego, Krzaklewskiego (wiem, premierem był Buzek, ale czy aby na pewno?) czy Millera. Czyli grupka kolesi na stołkach nic nie robi, a jeżeli coś robi to po to, aby jakoś wspomóc swoich kasiastych kolegów.  Nuuuuuuudy. I mnie to zupelnie nie interesuje. Juz lepiej sie czytalo (pisalo) o grupce nieudolnych ideowcow z poprzedniej koalicji. Ci przynajmniej mieli jaka WIZJE.

Ale akurat jest dosc zywy temat, ktory moge poruszyc. Co prawda nie jest zupelnie nowy, ale jednak caly czas jeszcze swiezy. Chcialbym dodac cos od siebie, uciekajac od sloganów gloszonych przez roznych ludzi, unikajac tego, aby powtorzenia juz wypowiedzianych opinii staly sie glowna czescia mojej wypowiedzi i wreszcie rzucic nowe spojrzenie na te sprawe. Spojrzenie, ktore jest zupelnie pomijane w mediach. A moze nikt na to nie wpadl? Nie, chyba az tak ginialny to nie jestem.

Za kazdym razem kiedy w Europie malenkie panstewko (no, Serbia az tak malenka nie jest, ale patrzac tylko w skali Europejskiej) dzieli sie na jeszcze mniejsze panstewka, zawsze wychodzi ze mnie okrzyk zdumienia. Kosowo odziela sie od Serbii. Jakies tam ruchy niepodleglosciowe sa w Bosni, tez nie bedacej jakims gigantem. Od malenkiej Mołdawii chce sie uniezaleznic jeszcze bardziej malenkie Naddniestrze. Pragnienie bycia niezależnym u kolejnych narodzików staje się coraz silniejsze, z drugiej jednak strony – państw w Europie jest już tak dużo, a nasz kontynent ma największy stosunek długości granic państw do powierzchni kontynentu, najmniejszą średnią wielkośc państwa i najmniejszą średnią ludność państwa. Ale państewka dzielą się i dzielą dzielić pewnie się będą, osłabiając swoją pozycję. Bo kto w międzynarodowej polityce liczy się z małymi państwekami?

Swoją drogą, poczekajmy na ucywilizowanie się Afryki. Kiedy prawa mniejszości narodowych i językowych, świadomość narodowa oraz ogólny poziom spaprania i staczania się sfer politycznych i dyplomatycznych zrówna się z Europą, dopiero zacznie się szał. Tysiące plemion, każde mające własną historię, własny język i własne wierzenia zacznie nagle dostrzegać swoją jedność narodową i będzie chciało własnego państwa. No, ale tu już nie za mojej kadencji takie rzeczy.

Ktoś rzeknie – co ja pierdolę, wszak naród kosowski ma prawo do samostanowienia! Może i ma, podobnie jak każdy naród prawo do samostanowienia, ale… zaraz zaraz, jaki naród kosowski? Tożto najprawdziwsi w świecie Albańczycy, którzy rozpanoszyli się na rdzennie serbskich ziemiach jak u siebie! Tak swoją drogą drogą, nie popieram czystek etnicznych, ale Serbowie dobrze wiedzieli co robią w 1998, rozpoczynając taką właśnie akcję zakończoną NATOwskimi nalotami.

To, co teraz napisze, zabrzmi strasznie niepatriotycznie, ale myslę, że obywatele nowego tworu nie będą tak naprawdę wolni. Wolność nie jest wolnością, kiedy człowiek jest nie człowiekiem, ale częścią, obywatelem państwa. Dopoki wladze nad nim maja ludzie, ustalajacy prawa, powolujacy sie na historie panstwa, bioracy od niego podatki. Czlowiek wolny to czlowiek, ktory jest od pastwa niezalezny. Nie podoba sie Albanczykom, ze rzadza nimi Serbowie? OK, zrozumiale. Ale mysle, ze to wlasnie dlatego, ze Serbowie tam RZADZA, rządząc gopodarką, Serbowie ustalają tamtejsze prawa, Serbowie to, Serbowie tamto… I nie chodzi mi o Serbów jako o naród, ale o kilkunastu Serbów w rządzie i troszkę więcej w parlamencie.

Mam nadzieje, ze z czasem panstwa Europy zaczna powoli dawac swoim obywatelom coraz wiecej swobody. Powszechna prywatyzacja wszystkiego, co sie da. Ograniczenie systemu prawnego do niezbednego minimum. Zniesienie wiekszosci podatkow – niech obywatele sami placa za wszystko, nie potrzebuja do tego panstwa. W momencie, w ktorym system prawno-gospodarczy w calej Europie ustabilizuje sie wlasnie w taki sposob, przestanie bolec Albanczykow, ze rzadza nimi Serbowie. Każdy człowiek rządził będzie sobą. Moze wtedy staniemy sie jedna wielka europejska rodzina. Nie przez podboj, nie przez narzucanie (jak to bywalo w przeszlosci), nie przez ujednolicanie norm prawnych (jak to robi Unia), ale przez rezycnacje z narzucania komukolwiek norm. Bo bunt i chec uwolnienia sie od pantwa powstaje na ogol wlasnie wtedy, kiedy panstwo za duzo od nas chce. Najlepszym przykladem sa trzy zabory polskie. O ile w pruskim i rosyjskim co rusz wybuchalo jakies powstanie, to w austriackim byl wzgledny spokoj. Bo tam ludziom pozwolono byc soba i dzieki temu mieli wzgledny spokoj ani powodow aby sie buntowac(oczywiscie, jak na tamte czasy). Gdyby ludzie byli wolni, mogący mówić własnym językiem, wyznający religię jaką chcą, nieograniczeni ze wszystkich stron prawem o stopniu skomplikowania zbliżonemu do pisma chińskiego, mogący po prostu swobodnie żyć i cieszyć się życiem, nikt nie chcialby sie wyrwac, bo i po co? Tak naprawde niewazne przeciez w jakim kraju zyje – wazne, aby byly przestrzegane moje prawa jako jednostki.

Współczuję braciom Serbom wszak stracili swoja macierz, swoje Gniezno, Poznan, Giecz i Lednice i mam jedynie nadzieję, że sytuacja taka nie będzie wygodnym precedensem dla kolejnych grup ludzi żądających powstawania mini-państewek, bo mapa Europy zacznie przypominać zbiór setek kropeczek, z których każda reprezentuje jakieś państwo. Tylko czekac na jakieś ruchy niepodległościowe w Liechtensteinie i Andorze.

 

84. Witamy na HaeS :D 25 luty 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: rozrywka, społeczeństwo — R-Chee @ 1:11 am

Zajrzałem dziś do statystyk bloga. Niby nic ciekawego, ale…
Sprawdziłem chyba po raz pierwszy co ludzie wpisują w googlach i innych przeglądarkach, by w końcu dostać się przypadkiem tu, na HaeSa. No i się naśmiałem nieźle.
Przypomniałem sobie wtedy, jak to pewien bloger wyszukiwał takich tekstów w sieci. Ów blogerem był Mierzwiak znany także jako GNIOT. Nie muszę dodawać, że byliśmy z Hubertem swego czasu jego wielkimi fanami (Mierzwiak wróć!!!). Okazuje się, że nie trzeba daleko szukać, bo takie zabawne tekściki można znaleźć pod samym nosem.
Zebrałem więc najciekawsze frazy wpisywane z wyszukiwarek i wzbogaciłem je o własne komentarze, jak to robił swego czasu GNIOT. Jeśli się wam spodoba i Hubert nie będzie narzekał, to można to co jakiś czas powtórzyć. A teraz miłej zabawy:

Wszystkie teksty zostały spisane w oryginale i pochodzą z ostatniego tygodnia. W żaden sposób nie ingerowałem w ich treść.

recenzja z serialu na wspolnej
- LITOŚCI!

człowiek z opisanymi drganiami
- Dryg Dryg Dryg…

penis konia
- Tego to u nas nie znajdziecie. Chyba, że HaeS coś przede mną ukrywa :D

aforyzmy uszkodzenie mózgu
- Nie słyszałem, że potrafią być aż tak niebezpieczne.

litery do 4 serii lost
- L O S T

magicy zdradzają muszki magiczne
- Muszki zdradzane? Z kim? Z krawatami?

nic na marsie nie ma
Jak to nie? Skały, piach, a nawet atmosfera.

o dupie
- Mamy gdzieś o tym? Muszę przejrzeć bloga.

najlepszym kaznodzieja jest zelazny pret
- Niby nic śmiesznego, ale po co ktoś to wpisywał w google?

niea dzwieku przy uruchamianiu systemu
- Houston, mamy problem.

czy można na kompie ogladac tvp2
- Pewnie tak. Ale pytanie po co? Mało ci telewizji publicznej w telewizorze?

ile odcinków 3 sezonu prison break jets
- Pewen jets ich z odcinków 13.

projekt monstre angielska nazwa
- Monstre? To chyba po hiszpańsku…

leon xiii słyszał szatana
- A Kaczyński widział układ.

jaki znak zodiaku ma edyta herbuś
- Sprawdź na Naszej Klasie.

najgłupsze
- Hmmm. Może i nie jesteśmy jakimiś guru intelektualnymi, ale chyba nasze teksty nie zasłużyły sobie na takie miano.

Hubert. Co złego to nie ja. Nie musisz rzucać we mnie rzodkiewkami.

 

83. Apocalypto, film jakich mało… 24 luty 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film — R-Chee @ 4:35 pm

Różni są ludzie i różne są gusta filmowe. To co podoba się jednym, inni uznają za totalny chłam i vice versa. Ja tam nie potępiam ludzi za to, że lubią takie czy inne filmy/seriale. Jak ktoś lubi M jak Miłość, to dla mnie może oglądać ów serial ile dusza zapragnie. To jest jego wolny czas, który pożytkuje wedle własnego uznania. Ale wiem czego mniej więcej mogę się spodziewać po polecanym przez tę osobę filmie. Mimo to bywam zaskakiwany, bo ów osoby mogą czasem polecić naprawdę bardzo dobry film, swoistą perełkę. W taki właśnie sposób trafiłem na Apocalypto.

Przed seansem na Canal+ (w którym uczestniczyło pół mojej rodzinki) niewiele słyszałem o filmie. Wiedziałem jedynie, że za projekt odpowiada sam Mel Gibson aka Mad Max aka William Wallace aka Martin Riggs i że sam film opowiada jakąś historię z czasów, gdy w Ameryce Południowej nikt jeszcze nie słyszał o białych demonach zza oceanu. Czyli tak szczerze mówią to nie wiedziałem nic. Nie miałem pojęcia czego się po filmie spodziewać i może właśnie ten aspekt w wydatny sposób wpłynął na moją ocenę. A nie powiem, ów widowisku bardzo przypadło mi do gustu.

Czym zatem urzekł mnie film? Przede wszystkim scenografiami. Wspaniałe ujęcia mrocznego, pełnego tajemnic i dzikości, dziewiczego lasu wraz z zamieszkującymi go przeróżnymi istoty, od trujących żab, węzy, jaguarów po skupionych w niewielkich osadach ludzi. Ale Apocalypto to nie tylko dzika natura. To także spojrzenie na schyłek cywilizacyjnej potęgi Majów (o tym później). Majestatyczne piramidy, których wizerunek znamy jedynie z programów edukacyjnych na Discovery I National Geografic w filmie ożywają. Co więcej, życiem tętni całe miasto, pełne podzielonych na kasty obywateli. Są władcy, kapłani, obywatele biedni i obywatele bogaci, a także ciężko pracujący niewolnicy. Ludzie zmagający się z trudami dnia codziennego, którym jednak nie obce są chwile radości. I pomimo iż tworzą tak rozwiniętą jak na owe czasy cywilizację, nadal rządzą nimi pierwotne instynkty. Pod tym względem film bardzo przypomina serial Rome (produkcja HBO). Po dłuższym zastanowieniu, można nawet pokusić się o stwierdzenie, że nasza ówczesna cywilizacja nie różni się zbytnio od tej przedstawionej w filmie, co ułatwia nam utożsamienie się z bohaterami.

Będąc przy temacie ludzi, nie sposób nie wspomnieć o kolejnym bardzo ważnym aspekcie filmu. O charakteryzacji. A ta stoi na najwyższym poziomie. Ubiory, broń czy zdobiące wojowników zdobycze wojenne wyglądają imponująco. Ale Mel Gibson posunął się jeszcze dalej. W celu zwiększenia realizmu, podobnie jak miało to miejsce w przypadku Pasji, tu także bohaterowie porozumiewają się za pomocą wymarłego już języka. Wszyscy występujący w filmie aktorzy, to (UWAGA!) rdzenna ludność Meksyku mówiąca w zapomnianym dialekcie Majów. Dla mnie była to wyjątkowo ciekawa informacja, bo jak na zupełnych amatorów, aktorzy całkiem dobrze poradzili sobie ze swoimi rolami.

Wszystko to razem buduje wspaniały klimat. Zastanawialiśmy się nawet z bratem do jakiego innego filmu moglibyśmy przyrównać film Gibsona. I szczerze mówiąc nie znaleźliśmy odpowiedzi na to pytanie. Pod względem klimatu, to z przymrużeniem oka film można przyrównać do “Ostatniego Mohikanina” (mam nadzieję, że miłośnicy filmu z Danielem Day-Lewisem nie będą mnie chcieli zlinczować). Apocalypto nie jest może filmem tak głębokim i tak ambitnym jak dzieło Michaela Manna, lecz z całą pewnością można się doszukać w obu przypadku pewnych cech wspólnych.

A o czym był sam film? Na różnych portalach pojawiały się i nadal pojawiają opisy, które z fabułą filmu nie mają za wiele wspólnego. Pokrótce, by zbytnio nie spoilerować, fabuła skupia się na historii młodego Indianina Łapie Jaguara, który wbrew wszelkim przeciwnością losu próbuje ocalić przed śmiercią swego syna i ciężarną żonę. Jak się zorientowałem, wiele osób zawiodło się na filmie głównie dlatego, że Gibson wbrew wcześniejszym zapowiedzią zmarginalizował do granic możliwości wątek upadku cywilizacji Majów, robiąc z filmu teoretycznie historycznego, zwyczajny film akcji. Ja się z tymi zarzutami do końca nie zgadzam. Owszem. Akcja nie skupiła się bezpośrednio na samych Majach i ich upadku. Jakkolwiek, czytając między wierszami i analizując nieco głębiej wątek rozgrywający się w samym mieście łatwo można wywnioskować, że istotnie był to schyłek ich potęgi. Pomijając już fakt składania ofiar w celu (jak twierdzili kapłani) zażegnania kryzysu (trudno w ten sposób zażegnywać jakiekolwiek kryzysy, chyba że jedyny cel takich praktyk to w istocie zwiększenie zadowolenia wśród obywateli na zasadzie “dajmy im chleba i igrzysk”), mnie najbardziej zaniepokoiła postać tego małego, śmiejącego się grubaska, co to się wydawał nie do końca normalny. Jeśli tacy władcy mieli w przyszłości rządzić królestwem Majów, to ja marnie widzę ich los w starciu z hiszpańskimi konkwistadorami.

Oczywiście jak to w każdym filmie bywa nie obeszło się bez kilku bubli. Nie będę o nich pisał, jednak przed lub po seansie spróbujcie odpowiedzieć sobie na poniższe pytania:
1) Jakie jest prawdopodobieństwo, że pełne zaćmienie słońca nastąpi właśnie wtedy, gdy tego akurat będziesz potrzebował i czy jesteś w stanie zobaczyć gołym okiem jego początek (gdy zostanie przesłonięta np. dopiero połowa tarczy)?
2) Jak długo i jak szybko potrafił byś biec z ciężką raną na plecach?
3) Czy znajdując się w basenie w miejscu gdzie woda jest głęboka, jesteś w stanie się utopić jeśli trzymasz się mocno krawędzi basenu, nawet jeśli nie potrafisz pływać?
4) Jak długi i jak ciężki jest poród, zwłaszcza w czasie dużego stresu (pytanie adresowane do pań)?

Podsumowując, jestem bardzo zadowolony, że dałem się skusić na ów film. Zdaje sobie sprawę, że nie każdego przyciągają takie klimaty. Acz nie da się zaprzeczyć, że świat wykreowany przez Gibsona przyciąga swoją wyjątkowością. I choćby dlatego warto zobaczyć Apocalypto.

Pzdr

 

82. Prison Break – sezon trzeci 19 luty 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 8:27 pm

Tak więc prisonbreakowa odyseja (nareszcie) zakończyła swój kolejny rozdział. Rozdział trzeci i, być może, ostatni. Rozdział stworzony w mękach i bólach, rozdział brutalnie ucięty niemal w połowie z powodu strajku scenarzystów. Rozdział, w którym widać było, że wszyscy się męczą. Męczyli się aktorzy, męczyli się scenarzyści, męczyła się reszta ekipy. Ale najbardziej to się chyba męczyli widzowie. Żartem dopowiem, że miejscami miałem wrażenie, że strajk scenarzystów sprawił, że za pisanie scenariusza wzięli się charakteryzatorzy (zapewne dlatego właśnie nie mieli czasu na odtwarzanie tatuaża Michaela i biedactwo musiało w koszulce z gługim rękawkiem chodzić).

Chociaz z drugiej strony… 3. Sezon sam w sobie nie był  chyba aż taki zły. Co prawda nawet w połowie nie był tak mroczny jak wydawało się po 2×22, ale i tak nie było wcale tak źle. Chyba nawet lepiej niż przez większość 2. sezonu. O ile drugi sezon był niekończącą się serią głupawych pościgów za zbiegami, w 3. sezonie wracamy do więziennego klimatu. Więzienie jest ponad wszelką możliwość najlepszym elementem składowym fabuły Prisona. Kiedy go zabrakło (cały 2. sezon i pod koniec trzeciego) serial szlag trafia. Michael myślący, Michael kombinujący, Michael opracowujący genialny plan – to właśnie jest siła Prisona. I pomimo tego, że trzeci sezon jest ledwie cieniem całkiem przyzwoitego pierwszego, to jednak jest też miłym oddechem po żenująco nudnym drugim.

Boli za to co innego. Bolą przegięcia. Bohaterowie niejednokrotnie postępują wbrew zasadom zdrowego rozsądku, przedmioty zachowują się niezgodnie z prawami fizyki, a zbiegi okoliczności zdarzają się dużo częściej niżby to wychodziło z czysto statystycznego rachunku. Przegięcia w III sezonie można liczyć w dziesiątkach. Jak na trzynaście odcinków, imponujące osiągnięcie. Michael chodzący w 30-stopniowym upale w koszulce z długim rękawem to najbardziej rażący przykład. Ale może być tego więcej. Michael odkręcający wielką, pordzewiałą śrubę gołymi rękami. Skrępowana Gretchen pokonująca w pojedynkę dwójkę uzbrojonych strażników. 30 sekund przeznaczone na ucieczkę, które jakimś cudem zamieniło się w sekund co najmniej 45. I tak dalej i tak dalej. Nie chce mi się wyliczać kolejnych bzdur, w każdym razie na każdy odcinek przypadały minimum dwie.

Co dalej z PB? Nie wiem, czy będzie 4. sezon. Istnieją pewne przesłanki które wskazują na to, że scenki z ostatniego odcinka to ostatnie motywy z Prisona, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Przesłanką taką może być to, że skrócono 3. sezon do trzynastu odcinków nie czekając na koniec strajku scenarzystów. Przełanką może być też to, że wycięto wszystkie scenki z pewną kobiecą postacią, która miała w przyszłości stać się główną bohaterką spin-offa serialu, “Żeńskiego Prisona”. Czyżby amerykańska widownia miała dosyć serialu? Zwłaszcza, że oglądalność też imponująca nie była. No i wreszcie to, że – jak wspomniałem – wszyscy aktorzy sprawiali wrażenie, jakby mieli tego dość i chcieli jak najszybciej skończyć.

Nie lubię wątku z Firmą. Jestem, przyznaję się, za głupi na wszystkie wątki w firmach/serialach, które tyczą się polityki lub biznesu. Gubię się we wzajemnych koneksjach, jakichś finansowych zawiłościach, kto z kim, dlaczego i za ile. Po jakimś czasie wystarcza mi, że ograniczę się do dojścia do tego, kto jest dobry, a kto zły, a reszta mnie przestaje interesować. I tak też jest i tutaj. Whistler kombinuje coś z Gretchen, do teraz nie wiem co, ale pewnie coś przeciwko Michaelowi. I to mi wystarcza.

Pewnie właśnie na tym oparty byłby czwarty sezon i – między innymi – szczerze mówiąc, wolałbym, aby ten nigdy nie powstał. Zamiast tego przydałby się taki 2-godzinny film telewizyjny, który zamknąłby wszystkie wątki i raz na zawsze skończył z PB. Nie męczmy już tego serialu. Wyczerpał swój potencjał, a wszystkie sensowne pomysły są już wyeksplowatowane do granic możliwości. Czwarty sezon z Michealem polującym na Gretchen i z Firmą polującą na Micheala byłby koszmarną kupką. Ja w każdym razie absolutnie nie byłbym zachwycony pomysłem dalszego ciągnięcia tej historii.

 

81. 14 lutego czyli dzień… 14 luty 2008 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Z życia, refleksje, społeczeństwo — R-Chee @ 10:51 pm

Tak się z Hubertem zastanawialiśmy czy by jakieś notki dotyczącej Walentynek nie zamieścić. Dodam, że myśleliśmy o tym niezależnie, ale nikt nie wpadł na pomysł o czym by tu napisać. Że komercjalizacja, że amerykanizacja? Jak stwierdził HaeS to banały powtarzane wszędzie od lat. I ja się z tym stwierdzeniem zgadzam. Coś o Nocy Kupały? Już lepiej, ale nadal zbyt mało oryginalnie. Na szczęście w takich sytuacjach z pomocą przychodzi niezastąpiony bash.

<Baska_15> 14 luty – nasze święto misiaczkuu :*
<Kacz> Chyba Twoje
<Baska_15> Jak to?
<Kacz> 14 luty – Dzień Chorego na Padaczkę
<Baska_15> dupek
<Kacz> wikipedia rulez :P

To jest jeden z tekstów jaki znalazłem dziś na www.bash.org.pl. Z początku myślałem, że ktoś sobie jaja robi (o co nie trudno na bashu, w końcu po to powstała ów stronka), ale jak powęszyłem nieco po necie (za sugestią jednego z uczestników rozmowy na wikipedii) to się okazało, że istotnie dziś tj. 14 lutego jest Dzień Chorych na Padaczkę. Co więcej, jak się okazuje św. Walenty jest także ich patronem. A teraz zagadka. Ilu z was zdawało sobie z tego sprawę? Założę się że mniej jak 5%. Ja sam zresztą byłem zaskoczony (brata jutro wkręcę).

Dla zainteresowanych tematem, sami zobaczcie ile ważnych dni mają niepełnosprawni:
LINK

A do samych Walentynek to mam nadzieję, że się wam udały. Prawdą jest, że najbardziej na ten dzień narzekają ci, którzy nie mają go z kim spędzić. Wiem, bo sam wiele razy narzekałem. Acz w tym roku nastąpiła miła odmiana i spędziłem ów dzień w towarzystwie przesympatycznej znajomej, którą serdecznie pozdrawiam.

No więc jednak jakiś wpis na Walentynki jest.

Pzdr

 

80. O MacDonaldyzacji Kościoła, Latającym Potworze Spaghetti, rażących zadniedbaniach przy przygotowaniach do Euro oraz na co idą pieniądze, które iść winny na zbieranie psich kup. 12 luty 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Kościół, refleksje — HaeS @ 8:11 pm

Euro 2012 zbliża się wielkimi krokami. Przygotowania (przynajmniej na papierze) idą pełną parą. Wciąż powstają projekty stadionów dla kibiców, hoteli w których kibice będą spali, autostrad i torów, którymi kibice będą podróżowali. Co niektórzy zastanawiają się czy jest wystarczająco dużo barów, zdolnych kibiców przyjąć, ale jakoś nikt nie mysli o ich potrzebach duchowych. No bo czy jest wystarczająco dużo świątyń w Polsce, w których kibice z Holandii, Angli, Niemiec czy Grecji będą mogli się pomodlić? Czy kościoły na czas Euro nie będą przetłoczone? A nawet jeśli nie, to przecież wiadomo, że nasze kościoły odstają swoją estetyką od kościołów zachodnich, wskutek czego kibice mogą odczuwać dyskomfort. Należy sporo zainwestować w ten pomijany dotychczas aspekt.

Ale polski Kościół nie śpi. Co rusz powstają nowe świątynie, a stare są remontowane, na co idą ogromne pieniądze. Najlepszym przykładem takiej, jakże potrzebnej Polsce, inwestycji z której na pewno skorzystają spragnieni modlitwy po emocjach kolejnego spotkania kibice podczas podróży z Poznania do Warszawy czy Gdańska, jest bazylika w Licheniu.

Nie byłem jeszcze w Licheniu pomimo tego, że to ode mnie aż tak koszmarnie daleko nie jest (pewnie ze 100 km, może troszkę mniej). Nie byłem, bo po pierwsze nigdy nie zapuszczam się w tamte okolice (nie mam tam po co jeździć), po drugie zaś – od pewnego czasu pozostaję na bakier z Kościołem i tylko lenistwo, tudzież konformizm czy strach przed reakcją mojego proboszcza powstrzymuje mnie od przejścia się do biura parafialnego i odcięcia się od tej organizacji raz na zawsze.

Póki jeszcze pozostawałem blisko Kościoła (a taki okres w moim zyciorysie był), zawsze byłem przekonany, że najważniejszy w religii jest Bóg oraz jego relacja z człowiekiem. To Bóg człowieka zmienia, Bóg człowieka umacnia, Bóg pozwala człowiekowi powstać nawet z najgorszego upadku. Wiara jest rzeczą bardzo osobistą, opiera sie na więzi Człowieka z Bogiem. Celem życia człowieka jest zbawienie, a osiągnąć jest można przez możliwie jak najbliższe zbliżenie do Boga.Pośrednikiem miedzy Człowiekiem, a Bogiem jest Chrystus, a jego reprezentantem – Kościół. Zaraz, zaraz… a gdzie w tej całej gadaninie jest miejsce na “budynek kościola musi być jak najwiekszy, jak najwspanialszy, jak najbardziej odpasiony i zbudowany mozliwie jak najwiekszym nakladem finansowym”? Nie ma? Ha! To ciekawe.

Jako człowiek małej wiary, ale jednocześnie osoba, która ceni sobie pragmatyczne podejście do życia, nie mogę pojąć fenomenu przeznaczenia gigantycznej kasy na tak przyziemny cel. Stoi sobie budynek. OK, super. Jest duży. I ze wszystkich stron oblepiony złotem. I jest zajefajny, fajnie wygląda, fajnie się prezentuje. I jest jeden z największych w Europie. Aż chce się krzyknąć: WOW! Ale zaraz potem przychodzi pytanie: I co z tego?

Nie wiadomo ile ta inwestycja kosztowała. Liczyć to w dziesiątkach czy setkach milionów złotych? Cała pociecha w tym, że mnie nie kosztowała ani złamanego grosza, nawet takiego sprzed denominacji. Jednak zatrważające jest to, jak wielu jest ludzi, którzy swoje pieniądze przeznaczają na tak mało produktywne rzeczy. Przeraża to równie mocno, jak fakt, że stare babcie przeznaczają tyle pieniędzy na prywatne zachcianki Rydzyka.

No i sprawa ma jeszcze jeden wydźwięk. W Warszawie powstaje kolejne tego rodzaju cudo. W końcu w Warszawie odbędzie się mecz otwarcia, więc na pewno tabuny kibiców będą chciały skorzystać z tego bożego przybytku. Może już nie aż TAK imponującego, ale jednak. I tym razem zbudowanego za moje ciężko zapracowane pieniądze. Tyle tylko, że nikt mnie nie pytał o zdanie. Widziałbym te pieniądze prędzej jako pieniądze przeznaczone na opłacenie ekipy od zbierania psich odchodów w miastach, dokarmiania dzieci z patologicznych rodzin albo na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Bylby przynamniej jakis pozytek. Ale przecież świątynia, która będzie po prostu stała i żadnego z niej pożytku nie będzie, jest ważniejsza. Prawda?

Przypomina mi się zaraz Latający Potwór Spaghetti. NIe chce mi się teraz pisać kim on jest (zainteresowanych odsyłam do niezastąpionej wikipedii), ale jednym z przykazań Latającego Potwora Spaghetti było:
Naprawdę Wolałbym, Żebyś Nie Budował Za Miliony Dolarów Kościołów/Świątyń/Meczetów/Kaplic Dla Mojej Makaronowej Doskonałości, Podczas Gdy Pieniądze Lepiej Wydać Na (Wybierz Sam):
Skończenie Z Biedą
Wyleczenie Choroby..
Życie W Pokoju, Kochanie Namiętnie I Obniżenie Kosztów Kablówki

Zabawne, ze religia stworzona dla jaj jest mi blizsza od tej, ktora na powaznie traktuje sie od 2000 lat.. Ale może kiedyś, kiedy będę miał ku temu stosowną okazję, przejadę się do Lichenia. Po co? Zobaczyć jak to wygląda. Zapewne imponująco. Zrobić parę fotek. Wejść na taras widokowy tak wysoki, że widać panoramę na odległość 30 km. Ale mszę już sobie daruję. Nie potrzebuję, jak inni, pretekstu do zwiedzania tego miejsca pod postacią mszy. No bo nie czarujmy się, jak któś chce iść na mszę, to pójdzie do pobliskiej rozwalającej się kapliczki. A TAM się jeździ po to, aby zobaczyć Religijny Disleyland, Święty Multipleks, MacDonald Pana Boga, a nie po to, aby w jakikolwiek sposób pogłębić swoje życie duchowe czy kontakt z Bogiem.

 

79. The Outer Limits 12 luty 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Seriale — R-Chee @ 3:56 pm

Muszę przyznać, że trudno mi będzie pisać o serialu, który oglądałem tak dawno temu. Po za tym nie mogę się pochwalić tym, że seriale oglądam tak jak HaeS – każdy sezon w całości (w tym wypadku jest ich siedem). Cały komentarz opierać się będzie o moje wspomnienia z przed kilku lat. Całe szczęście serial był naprawdę dobry i spora część odcinków, które miałem przyjemność obejrzeć zapadła mi głęboko w pamięci.

“Nie reguluj obrazu. Twój telewizor działa prawidłowo”. Dla fana serialu znanego u nas pod tytułem Po tamtej stronie, słowa te są tym co dla fana Star Wars (do których i ja się zaliczam) zdaniem “Dawno, dawno temu w odległej galaktyce”. Ten kanadyjsko amerykański serial mający swoją premierę w marcu 1995 roku, do Polski dotarł z dwuipółletnim poślizgiem. Nie najgorzej jak na ówczesne standardy. Serial w sumie składa się z 154 odcinków. Oczywiście nie liczę tu sezonów, które powstały w latach sześćdziesiątych (serial z lat dziewięćdziesiątych jest jakby kontynuacją tego z przed trzydziestu lat, choć nie do końca wiem na jakiej działa to zasadzie, bo nigdy z tą starszą wersją nie miałem do czynienia). Wracając do serialu z lat ‘90 widziałem może ze 30-40 odcinków. Nie jest to jednak żadna przeszkoda w kwestii oceny serialu bo… każdy z nich opowiadał zupełnie inną historię.

Pamiętam jak za czasów podstawówki, a potem technikum siedziałem do późna w nocy by obejrzeć dwa kolejne odcinki TOL. Mówiąc “późna pora” mam na myśli nie godzinę 23:00, ale przedział między godziną 1:00 a 2:30. Zgadza się. TOL puszczany był o takich godzinach. Każdy kto serial oglądał wie, na jakie katusze skazywała nas nasza kochana telewizja publiczna (czasem niestety zasypiałem w połowie odcinka, a brat w ogóle odpuścił sobie jego oglądanie; widea wtedy niestety nie posiadaliśmy). Nie dziwi zatem fakt, że TOL jest w Polsce mało popularny (zajrzyjcie na FilmWeb jak mało się o serialu pisze). Ale prawdziwi fani siedzieli i czekali na to czym w tę piątkową noc (a raczej już sobotnią) tym razem zaskoczą nas twórcy. A nie powiem, wielokrotnie odcinek kończył się w taki sposób, że szczęki musiałem szukać na dywanie. Nieprzewidywalność to jeden z najważniejszych atutów serialu. A jest ich o wiele więcej.

The Outer Limits opowiada o zwykłych ludziach, którym przytrafiają się niezwykłe rzeczy. Czasem smutne, czasem niesamowite, a czasem przerażające. Tak najkrócej można opisać ów serial. Tematyka jest jednak bardzo urozmaicona. Mamy odcinki o kosmitach (moim zdaniem najciekawsze), robotach, duchach, podróżach w czasie, genialnych wynalazkach, eksperymentach genetycznych czy tajemnicach ludzkiego umysłu. Ale historię rzadko bywały banalne. Wręcz przeciwnie, każda historia zahaczała o ważne zagadnienia w kwestii etycznej i moralnej, o czym przypominał nam Narrator. Nie bez powodu Narrator napisałem z dużej litery. Wśród miłośników TOL jest to postać kultowa; jedyne ogniwo łączące ze sobą wszystkie odcinki serialu. Charakterystyczny głos słyszany także w openingu w niemalże hipnotyczny sposób wprowadza widza w każdy odcinek. Narrator pojawia się także na końcu i podsumowuje to co mieliśmy przyjemność przed chwilą zobaczyć.

Poza różnorodnością, klimatem i nieprzewidywalnością o atrakcyjności serialu decydowały także inne czynniki. Nierzadko mogliśmy się cieszyć gościnnymi występami ciekawych aktorów. Kogo my tu nie mieliśmy? Ron Perlman, Michael Ironside, Malcolm McDowell, Lou Diamond Philips, Robert Patrick, Amanda Tapping, Clancy Brown, John Amos, Steven Webber, Kristen Dunst, Casper van Dien, Mark Hamill, Annette O’Toole, Tom Arnold, Josh Brolin czy znany z roli Spocka Leonard Nimoy to tylko wierzchołek góry lodowej. Nie można też narzekać na serial pod względem realizacji. Scenografie (nawet najbardziej dziwacznych miejsc) i efekty specjalne trzymają poziom.

Oczywiście nie ma rzeczy doskonałych i to stwierdzenie pasuje również do TOL. Serial jest nierówny. Raz na jakiś czas trafi się odcinek słabszy, albo nawet wręcz dziadowski. Prawdopodobieństwo wystąpienia takiego odcinka rośnie wraz z ilością obejrzanych sezonów. Powiem więcej, po sezonie 4 poziom leci w dół, a ostatni sezon to już porażka na całej linii (z odcinków 7 sezonu które widziałem, chyba tylko jeden był niezły).

Nie będę opowiadał o konkretnych odcinkach, bo wtedy to bym musiał założyć nowego bloga. To po prostu trzeba zobaczyć. A niestety TOL nie doczekał się wielkiej popularności. Wątpię by TVP powtórzyła kiedykolwiek emisję serialu. Kiedyś liczyłem po cichu, że serial będący własnością wytwórni MGM kiedyś trafi na antenę TCM. Złudne nadzieje. Nam internautom nie pozostaje zatem nic innego jak poszperać w sieci. Niestety nawet tu trudno znaleźć jakieś konkretne informacje o TOL. Dla osób którym bardzo zależy na obejrzeniu serialu pozostaje załatwienie dobrego łącza, dużej ilości miejsca na dysku twardym i nieco kasy na opłacenie Torrentów czy Rapidów.

Pozycja obowiązkowa dla fanów filmów i seriali z gatunku s-f. Jeśli zatem masz możliwość zapoznania się z serialem, powinieneś to zrobić. Zachęcam.

Pzdr

 

78. Cloverfield czyli o braku szacunku dla polskiego widza. 10 luty 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film, refleksje — R-Chee @ 9:50 pm

Przybyłem, zobaczyłem i się ucieszyłem, że pomimo iż ceny biletów w weekend idą sporo w górę, nie żałowałem wydanych pieniędzy. Film niesamowicie mi się podobał. Brat zawiedziony też nie był. Właśnie takiego kinowego widowiska oczekiwałem od twórcy LOSTa. Jednak nie o samym filmie chciałem tu napisać, a o rzeczach które mnie irytują w kwestii dystrybucji i wyświetlania filmów w polskich kinach.

Pierwsza rzecz dotyczy tłumaczeń tytułów zagranicznych filmów. Wiele razy polscy dystrybutorzy dawali popis swoich nieprzeciętnych umiejętności w tej kwestii. Nie będę tu wymieniał konkretnych tytułów, bo zapewne każdy z nas już miał nieprzyjemność zetknięcia się z tym problemem. Przyznaje się bez bicia, że mnie osobiście aż tak bardzo to nie raziło. Ale do jasnej cholery kto wpadł na pomysł, by zmienić angielski tytuł na zupełnie inny… angielski tytuł. Bo i może słowo “monster” jest ogólnie przez polaków rozumianym ( w końcu co piąty Ziemianin to Chińczyk, a co trzeci Anglik to Polak), ale nadal jest to nazwa czysto angielska. Skoro nasi mądrzy tłumacze chcieli spolszczyć tytuł tego filmu, to czemu nie nazwali go Projekt: Potwór? Oczywiście uważam, że tytuły będące nazwami własnymi powinny trafiać do polskich kin w oryginale, tak jak w przypadku Shrecka czy Spidermana (wyobrażacie sobie tytuły filmów: “Ogr” czy “Człowiek-pająk”?). Jeżeli z kolei scenarzyści bali się, że nic nie mówiący tytuł nie przyciągnie widzów do kin, to można było zastosować na przykład nazwę Projekt: Cloverfield. Na miejscu Abramsa, po takim numerze, to bym chyba zaskarżył polskich dystrybutorów.

Druga sprawa natomiast dotyczy “pokazów przedseansowych”. No ja wiem, że marketing. Wiem, że kina utrzymują się w dużej mierze dzięki temu. Ale nie potrafię zdzierżyć, że płacąc niemal 20zł za film trwający niespełna 90min muszę przez 10-15 min oglądać durne reklamy, których w telewizji mogę się naoglądać ile dusza zapragnie i to za darmo (no w cenie abonamentu, ale idąc z całą rodziną na jakiś seans filmowy zapłacę więcej niż za miesiąc kablówki z HBO i Canal + włącznie). Oczywiście nie jestem żadnym fanem telewizyjnych reklam (poza małymi wyjątkami). Chodzi mi o to, że za te niemałe pieniądze oczekiwał bym szacunku ze strony osób odpowiedzialnych za wyświetlanie filmów w kinie i oszczędzenie nam chociaż tam konieczności oglądania reklam sklepów z ubraniami, sieci telefonii komórkowych czy barów szybkiej obsługi. Zwiastuny 2-3 filmów i tyle. Właściwy seans.
Z drugiej jednak strony nie jest jeszcze tak źle. Można się nawet ucieszyć, że jeszcze nikt nie wpadł na “genialny” pomysł, by przerywać film w kinie reklamami puszczanymi co 25 minut jak to ma się w przypadku telewizji. Obym nie wyprorokował, bo wtedy to już chyba nikt do kina nie będzie chciał chodzić.

Pzdr

 

77. Mój pierwszy blog… 10 luty 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Film, Internet, O blogu — HaeS @ 9:37 am

mini-portalik.jpg

Po długich poszukiwaniach dorwałem wreszcie swój stary blog. Nie zaglądałem tam tak dawno, że nie pamiętałem adresu, a loginie i haśle nie wspominając. Blog furory nie zrobił, ale sporo też w tym mojej winy – zwyczajnie go zaniedbałem z lenistwa, ale i też z powodu kiepskiego pomysłu. To były czasy, kiedy jeszcze nie miałem swojej wizji jak powinien wyglądać blog (wizję tę uzyskałem dopiero po regularnej lekturze bloga Mierzwiaka, ale to temat na inną opowieść), nie wiedziałem czego tak naprawdę chcę. Więc zacząłem go pisać i z czasem sam pogubiłem się w narzuconej samemu sobie formule. Blog o filmach i tylko o filmach. I to na (fuuuuuj!) onecie. Z fatalnym designem (czemu wstawiłem te arbuzy?). To była porażka. Z moim aktualnym blogiem czuję się dużo lepiej – piszę co chcę, o czym chcę i jak chcę. No i jest na o niebo lepszej platformie.Mojego pierwszego bloga powinienem się właściwie wstydzić, ale… po pierwsze aż tak fatalny to on nie jest, po drugie – każdy bloger kiedyś zaczynał blogowanie i ma prawo popelnić coś takiego.

A co mi tam, macie, poczytajcie sobie. Zamieszczę linka, żeby moje wypociny nie zginęły na zawsze w sieciowej czarnej dziurze.

http://haes-film.blog.onet.pl/

Edit (3.05.2008):

Niestety, moje czarnowidztwo okazało sie byc w pelni uzasadnione - bloga juz niestety. nie ma… Widocznie mądre głowy z Onetu stwierdzily, ze blog nieaktualizowany przez dluzszy czas = blog nie zasługujący na egzystencję. No cóż, mówi się trudno i żyje się dalej!

 

76. Das Boot 9 luty 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film, historia, refleksje, społeczeństwo — HaeS @ 7:21 pm

das_boot_ver1.jpg

Dramat Wojenny 

Niemcy 1981 

Filmów, których akcja działa sie na łodzi podwodnej powstało już kilka. Znany powszechnie jest film “Polowanie na Czerwony Październik” a popularnością niewiele ustępuje mu “Karmazynowy Przypływ”. Nie będę kłamał ani bajerował: nie oglądałem ani jednego, ani drugiego, bo taka tematyka niezbyt mnie pociągała. Skusiłem się jednak na niemiecki “Das Boot”. Ale to nie piękna łódź podwodna majestatycznie sunąca przezmorze z wynurzoną górną częścią zachęciła mnie do obejrzenia tego filmu. Zachęciło mnie coś zupełnie innego…

Ostatnimi czasy zauważam u siebie delikatny trend polegający na zwiększonym zainteresowaniem tematyką wojenną. Jestem w trakcie oglądania “Kompanii Braci”, który to serial wyjątkowo realistycznie prezentuje wojnę, cały jej bezsens i okrucieństwo. Przy okazji odpaliłem sobie na kompie starego dobrego Commandosa. Oglądając “Kampanię” (i grając w Commandosa) miałem jednak wrażenie, że coś tu nie gra. Dobrzy amerykańscy żołnierze cały czas złych łoją Szkopów, zaś okropni Szkopowie zaś nie pozostają Jankesom dłużni. I wtedy naszła mnie taka myśl, że tam po drugiej stronie też są żołnierze. I oni też są ludźmi. Tak samo jak ich koledzy (czy to dobre słowo?) po drugiej stronie barykady boją się o swoje życie. Mają rodziców, którzy drżą o to, aby synowie powrócili cali i zdrowi do domu. Mają dość wojny, nienawidzą jej. Cierpią, kiedy ich najlepszy przyjaciel ginie od kuli wroga. Nie mogą patrzeć na otaczające ich cierpienie, ale najbardziej boli świadomość, że oni sami są przyczyną takiego samego cierpienia po stronie wroga.

W ogóle raczej nie spotykam się z poglądem, że Niemcy są ofiarami II wojny światowej. Pisząc “Niemcy” nie mam na myśli: “Państwo Niemieckie”, ale: “Obywatele Niemieccy”. A przecież trafili się tam ludzie, którzy stracili na wojnie synów. Ludzie, którzy wskutek jakichś alianckich ataków, stracili życie, zdrowie, kończynę bądź cały majątek. Ludzie, którzy stanęli przed koniecznością zmiany całego swojego życia, których spokojna, sielankowa egzystencja została przerwana przez wybuch wojny. Kiedy kogoś pytam o to, zazwyczaj słyszę “sami sobie winni”. Dlaczego się o tym mówi w ten sposób?

Dlatego też chciałem znaleźć film opowiadający o tym, co działo się “po drugiej stronie”. Film, w którym przedstawiono by losy nie bohaterskich amerykańskich żołnierzy, którzy ginęli za swoją ojczyznę, ale losy równie bohaterskich i równie odważnych, chociaż otoczonych tabu, żołnierzy niemieckich. A że jedynym niemieckim filmem wojennym, jaki miałem pod ręką był “Das Boot”, toteż właśnie “Das Boot” obejrzałem.

Widok przerażający. Zapewne fani “Karmazynowego Przypływu” i “Czerwonego Października” już co nieco o tym wiedzą, ale napiszę – w łodzi podwodnej jest ciasno jak cholera. Kilkudziesięciu ludzi upchniętych na maleńkiej powierzchni – klimat zaiste klaustrofobiczny. Dodatkowo co rusz się coś dzieje. To mamy sztorm i kołysze łodzią na lewo i prawo (swoją drogą – dlaczego nie chowali wtedy łodzi pod wodę?), to pęka jakaś śruba i przecieka woda do środka, to wybucha pożar, to ktoś wysyła w kierunku łodzi torpedę, to się znowu coś innego dzieje… miejscami sytuacja wydaje się beznadziejna i nie do opanowania. Słowem – jeden gigantyczny stres. Tak, jak to na wojnie bywa. Tyle tylko, że o ile można katapultować się z samolotu bądź uciec z okopu, z łodzi podwodnej ucieczki nie ma. Warunki życia koszmarne, ryzyko olbrzymie i w dodatku życie w ciągłym napięciu.

Jako że twórcy “Das Boot” są Niemcami, mogli sobie pozwolić sobie na pewne zagrania, które w amerykańskim filmie by nie przeszły. Kiedy załoga wysyła cztery torpedy w kierunku wrogiego okrętu, za chwilę słychać cztery uderzenia. Piąty huk oznacza pęknięcie kadłubu. Wszyscy stoją w ciszy i nasłuchują. Cisza, konsternacja, jakby smutek i żal. Załoga znakomicie zdaje sobie sprawę, co się tam dzieje. Podobnie jest kiedy załoga “dobija” zniszczony okręt i okazuje się, że na nim są jeszcze ludzie. Płonący wskakują do wody, błagając o pomoc. Jeden z załogantów płacze, a kapitan z wyraźnie ciężkim sercem wycofuje łódź z miejsca zdarzenia. I potem znów cisza wśród załogi. Nikt nie wie co powiedzieć… Jak pisałem, Niemcy mogli sobie na taki film pozwolić. Wyobraźcie sobie gdyby coś takiego było w filmie Amerykańskim. Jaki krzyk, jaki lament. “Dlaczego płaczą po Niemcach?”, “Żałują tych zbrodniarzy?”, “Dobrze im tak!”.

W filmie prawie w ogóle nie ma swastyki. Jedna pojawia się gdzieś tam pod koniec na banderze któregoś okrętu, ale nie powiewa, tylko wisi bezładnie, więc nawet nie widać, że to naprawdę jest swastyka. Szkoda, że reżyser nie poszedł krok dalej i nie zdecydował się na nieco więcej realizmu. Widocznie uznał, że lud nie jest przygotowany do takiego widoku i dla wielu osób byłaby to zniewaga, bądź obraza. W 1981 rany po II Wojnie Światowej wciąż były jeszcze otwarte. Ja sam jestem poglądu, że II Wojna Światowa tak naprawdę zakończyła się w 1989 wraz z upadkiem komunizmu, żelaznej kurtyny i Muru Berlińskiego. Do dzisiaj jeszcze wielu na dźwięk słowa “Niemiec” ma jednoznaczne skojarzenia. Pokazanie prawdy, że żołnierze ze swastykami na rękawach to zwykli ludzie, wśród których nie każdy identyfikuje się z poglądami Hitlera, a jedynie wykonuje rozkazy – nie zawsze z uśmiechem na twarzy, czasem z wątpliwościami, a czasem w wyraźnym wewnętrznym oporem to jednak ryzykowna misja i nawet w niemieckim filmie zdecydowano się tego nie pokazywać. A szkoda.

Słówko o zakończeniu (w tym akapicie spoiler dla tych, co nie oglądali!). Dośc niespodziewane. Smutne, tragiczne, wymowne. Wszystko pada, wszystko umiera, wszystko się kończy. Nagle i niespodziewanie. I mi jest osobiście żal tej łodzi, żal tych ludzi, żal kapitana, który tyle z tą łodzią przeżył… Jeszcze raz człowiek pyta – PO CO TO WSZYSTKO? Dlaczego tylu ludzi musiało w czasie wojny zginąć, tylu cierpieć, tylu zostać okaleczonych, tylu zostały zniszczone perspektywy życiowe… Znakomicie ukazana antywojenna wymowa filmu – Petersen nie wypowiada się tutaj ani przeciwko Hitlerowi, ani przeciwko aliantom. Wypowiada się przeciwko wojnie i pokazuje, że cierpienie i straty nie były tylko udziałem aliantów.

Jeszcze kwestie techniczne. Miałem dość słabą kopię, ale widok łodzi podwodnej wynurzającej się spod wody robi niesamowite wrażenie i można się w nim zakochać równie mocno, jak co poniektórzy kochają dwupłatowce wznoszące się w powietrze bądź czołgi wynurzające się zza wniesienia. Drugą rzeczą, którą uwielbiam w łodziach podwodnych jest piękny, delikatny dźwięk wydawany przez sonar. Podobno są maniacy, którzy nagrali sobie wdech i wydech Lorda Vadera na płytę i słuchają tego przez 70 minut. Mam wrażenie, że ja mógłbym tak słuchać sonaru. No i nie sposób wspomnieć o fenomenalnej muzyce do filmu wraz z głównym utworem – tak tajemniczym i mrocznym, że można nim straszyć dzieci.

Film długi – 208 minut (sic!) i musiałem rozłożyć sobie go na dwie raty – jestem co prawda przyzwyczajony do maratonów, ale serialowych. Film zawsze wymaga większego skupienia. 208 minut to na pewno długo, ale dla tych, którzy kochają takie klimaty Petersen przygotował prawdziwy rarytas – trwającą 293 (czyli 4 godziny i 53 minuty) wersję reżyserską. Nic, tylko oglądać… Ja chyba jednak się za to nie wezmę zbyt szybko.

No i na koniec słówko wyjaśnienia – mam nadzieję, że z samej recenzji wynika to jasno i wyraźnie, jeżeli jednak ktoś ma wątpliwości oznajmiam, że absolutnie nie zgadzam się z poglądami Adolfa Hitlera ani metodami przez niego stosowanymi. Zwracam jedynie uwagę na to, że często zwracamy uwagę na zbiorowość (“ci źli okropni Niemcy, co rozpętali II Wojnę Światową”) zupełnie gubiąc gdzieś w naszym toku myślenia jednostki – ludzi. Takich jak my, którzy mieli nieszczęście urodzić się w I połowie XX wieku w Niemczech. Którzy trafili na epokę rządów Hitlera. Zaraz pewnie usłyszę, że to naród niemiecki wybrał Hitlera. Pomijając kwestię manipulacji narodem, zwróćmy uwagę na to (jak zawsze w polityce) Hitler miał swoich entuzjastów, umiarkowanych zwolenników, sceptyków i przeciwników. W trakcie wojny ucierpieli wszyscy.

 

75. 1001 mądrości ludowych na każdą okazję 9 luty 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: filozofia, refleksje — HaeS @ 2:29 pm

W niniejszym poście przedstawiam moją kolekcję dotychczas zebranych aforyzmów i mysli róznych osób. Zebrane są one z najróżniejszych źródeł – filmów, książek, gazet, sygnaturek na forach róznych osób, opiśów gg itd. Są wśród nich także i moje myśli, ale ponieważ wrzucam wszystko do jednego worka, już od kilku lat, trudno rzec co się skąd w tym worku wzięło. Oczywiście aż 1001 tych mądrości tutaj nie ma, ale za to wszystkie są ciekawe, a niektóre – wręcz genialne. No to jedziemy:

- Ludzie tęknią za cakowitą odmianą, a jednoczenie pragną, by wszystko pozostało takie jak dawniej.
- Nic samo w sobie nie jest dobre, ani złe. Dopiero myślenie takim je czyni.
- Lepiej jest żalowac czegos, co sie zrobiło, niz tego czego sie nie zrobiło.
- Nie widzimy rzeczy takimi, jakimi są. Widzimy je takimi, jakimi my jesteśmy.
- Jak w życiu się coś wali, to trzeba z tego skorzystać. Zwykle wychodzi z tego co ciekawszego.
- Nic tak nie pomaga zajrzeć w głąb swojej duszy jak cierpienie.
- Ludzie w więszości nie są sobą. Są sumą cudzych myli i przyzwyczajeń. Ludzie są kukiełkami sterowanymi przez społeczeństwo. Pocignij za sznurek, a uzyskasz daną reakcję.
- Nie można uczynic niewolnikiem czowieka wolnego, gdyż czowiek wolny pozostaje wolny nawet w więieniu – Platon
- Żal, że sie coś zrobio, przemija z czasem. Ale żal, że się czegoś nie zrobio, nie przemija nigdy.
- Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.
- Obce Cywilizacje? Albo są, albo ich nie ma. Obie możliwości przerażają mnie jednakowo (prawd. Carl Sagan)
- Seks jest potrzeb ciała, miłość jest potrzebą duszy.
- Sztuka jest piękna tylko wtedy, kiedy odnajdujemy w niej coś z siebie.
- Kto jest szczęśliwy w sercu, nie musi szukać szczęścia gdzieś na zewnątrz.
- Gdyby ludzki mózg by tak prosty, że moglibymy go zrozumieć, wówczas i tak bylibymy tak głupi, że nie zrozumielibyśmy go i tak(z książki “Świat Zofii”)
- Są tylko dwie nieskończone rzeczy: wszechświat i ludzka głupota, przy czym wcale nie jestem pewien co do wszechświata (A.Einstein)
- Wczoraj jest historią, jutro – tajemnicą, a dziś – darem
- Każdy więzień, każdy samotnik, zajęty dzień i noc tylko własnym losem, gotów jest przypuszczać, że również inni, będący na wolności, zajmują sie nim wyłącznie.
- Wszyscy chcą naszego dobra, nie dajmy go sobie zabrać!
- Ludzie są dobrzy, tylko czasem im się coś myli.
- Zawsze pamiętaj, że tylko zdechłe ryby płyną z prądem.
- W ciężkich sytuacjach życiowych lepiej walczyć i być pokonanym niż poddać się i żyć żalem do samego siebie, że nie podjęło się wyzwania.
- Przeszłoci nie ma, żyj teraniejszością i myśl o przyszłości
- Niekiedy robiąc krok w tył możesz nabrać większego rozpędu i przeskoczyć kałużę.
- Prawdziwy mężczyzna nie umartwia się nad sobą i nie żali się nad swym losem. Prawdziwy mężczyzna prze do przodu.
- Chcesz kogoś pokochać, najpierw pokochaj siebie.
- Zazwyczaj jestemy pochonięci myślami, myślimy o przyszości, rozmylamy o przeszości, to co nam sie wydarzyło, zwłaszcza złego, prawie nigdy natomiast, nie odczuwamy chwili teraźniejszej.
- Zycie nie powie Ci: poużalaj sie nad sobą, a ja stanę obok i poczekam.
- Kto poda za innymi, nigdy nikogo nie wyprzedzi (Michelangelo Buonaroti)
- Błędem ludzkości nie jest to, że odchodzi od religii; błedem ludzkości jest to, że odchodzi od religii, nie szukając niczego w zamian.
- Nic na świecie nie zostało tak sprawiedliwie rozdzielone jak rozum: każdy uważa, że otrzymał dostateczną porcję (Jacques Tati).
- Przeszłość jest wspomnieniem, przyszłość – tajemnicą. Pozostaje nam dzień dzisiejszy.
- “Dobro narzucone wbrew woli obdarowanego przestaje być dobrem”
- Głupiec narzeka na ciemność, mędrzec zapala świecę.
- Dużo ludzi nie wie, co z czasem robić. Czas nie ma z ludźmi tego kłopotu .
- Oczekuj niczego od innych, wszystkiego od siebie. Rozczarujesz się tylko sobą.
- Ludzie wielcy rozmawiają o ideach; ludzie średni rozmawiają o wydarzeniach; ludzie mali rozmawiają o bliźnich.
- Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty Twojego życia.
- Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy.

 

74. Witam serdecznie. 8 luty 2008 (piątek)

Zaszufladkowany do: O blogu — R-Chee @ 7:22 pm

Pewnego pięknego dnia roku pańskiego 2008 doszło do komunikacji na linii HaeS – R-Chee. Ten pierwszy prowadzi HaeS BloG, ten drugi z kolei, także bloger, był ów bloga stałym czytelnikiem. Kilkukrotnie wcześniej do ciekawych konwersacji między nimi dochodziło, ale dopiero wtedy zrodziła się idea, by dla obustronnej korzyści, połączyć siły w prowadzeniu tegoż bloga. Co z tego wyniknie, pokarze przyszłość.

Myślę, myślę i wymyślić nie mogę w jaki sposób się przedstawić. Ale od czegoś trza by było zacząć. No więc nazywam się Artur Pawłowski, jednak w cyberprzestrzeni bardziej znany jestem jako R-Chee i podobnie jak Hubert również prowadzę swój autorski blog (Mroczna strona wyobraźni. OPOWIADANIA ONLINE), który znajdziecie pod adresem www.rchee.bloog.pl do którego odwiedzania gorąco zachęcam (ach ta kryptoreklama).

Postanowiłem zaproponować Hubertowi współpracę w kwestii prowadzenia bloga, na co on zareagował (ku memu lekkiemu zaskoczeniu) natychmiastowym zatwierdzeniem mojej osoby jako współautora blogu. HaeS obdarzył mnie zaufaniem, dlatego czuje się zobowiązany do wytężenia sił, by nasza wzajemna współpraca układała się jak najlepiej, a sam blog rósł w siłę (i nowych userów).

Przez jakiś czas będę zamieszczał na blogu HaeSa zredagowane przez się teksty, które będą pokrywały się z jego ogólną tematyką, czyli recenzje filmów, seriali, programów telewizyjnych, a także przemyślenia na temat życia (podobnie jak autor bloga także lubię sobie czasem pofilozofować ). Jeśli HaeS będzie zadowolony, to nasza współpraca potrwa dłużej. Ale jak już mówiłem, co z tego wyniknie, pokaże przyszłość.

A więc jeszcze raz dzięki Hubert. I na tym skończymy czułe powitania. Wkrótce pierwszy poważny wpis, a teraz lecę na piwo bo brat czeka w barze i się pewnie niecierpliwić zaczyna…

Pzdr

 

73. Rewolucja! 8 luty 2008 (piątek)

Zaszufladkowany do: O blogu — HaeS @ 6:39 pm

Bardzo miło mi poinformować, że od dnia dzisiejszego blog ma dwóch redaktorów. Od czasu do czasu oprócz moich wypocin będziecie mieli okazję poczytać posty niejakiego R-Chee’ego. Ci, którzy uważnie klikali na przyciski na moim blogrollu zapewne już natknęli się na jego blog z opowiadaniami fantastycznymi. Teraz Rchee, oprócz prowadzenia własnego bloga, będzie zamieszczał notki także i tutaj.

Oczywiście, zasadnicza tematyka serwisu nie ulegnie zmianie – wciaz bedzie troszkę o filmach, troszkę o serialach, sporo róznych przemyśleń i ciekawostkek, niemniej jednak na pewno będzie ciekawiej. Wszak co dwie głowy to nie jedna. Taki powiew świeżości na pewno się przyda.

Mam nadzieje, ze zmiana ta wpłynie korzystanie na poziom blogu i sprawi, że blog będzie jeszcze ciekawszy, bedzie miał jeszcze więcej czytelników, którzy będą jeszcze bardziej zadowoleni z jeszcze większej ilości postów niz dotychczas. Czego wam, R-Chee’mu i sobie życzę.

 

72. Jak ułatwic sobie życie? 6 luty 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Matematyka — HaeS @ 1:30 pm

Mnozenie pisemne jest działaniem, jakby nie było, upierdliwym. Jest działaniem czasochłonnym, a spora ilość wykonywanych operacji sprawia, że łatwo się rypnąć. Dlatego też bardzo dziwi mnie, że w szkole wciąż uczy się dzieci starej techniki mnożenia w słupkach. Mi udało znaleźć się metodę inną – szybszą i bezpieczniejszą. Wciąż co prawda można się rypnąć, ale na pewno idzie szybciej, a okazji do pomyłki jest dużo mniej. Mam nadzieję, że poniższy filmik wszystko wyjaśni. Dodatkowo informuję, że metoda ta działa dla dowolnie dużych liczb – np. pomnożymy w ten sposób liczbę 5-cyfrową przez 4-cyfrową. Odrobinka treningu i zrozumiecie, że tak naprawdę jest duuuuuuuuuużo wygodniej.

 

71. Dlaczego nie oglądam telewizji? 6 luty 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: TV, społeczeństwo — HaeS @ 10:07 am

Telewizji nie oglądam. Prawie w ogóle. Niektórzy reagują z jawnym zdziwieniem, inni wykonują wirtualny (tzn. niewidoczny dla mnie) gest polegający na puknięciu się w czoło, inni zaczynają powoli robić to, co i ja. Wszystkich wkurza to samo:

1. Czekanie
Aby dostać kolejny odcinek ulubionego serialu, muszę czekać aż TV go kupi. Czekać oczywiście mogę miesiącami (albo i latami) od amerykańskiej premiery.

2. Dostępność
Ulubiony serial/film muszę obejrzeć w dokładnie określonym dniu o dokładnie określonej porze. Jezeli danego dnia o danej porze idę do pracy/zapomnę obejrzeć/jestem zmęczony/mam inną ważną sprawę, to jestem udupiony. Szczególnie jak film leci w nocy ze środy na czwartek około północy.

3. Reklamy
Jak są – niedobrze. Wkurzają, trzeba czekać, film dwugodzinny trwa co najmniej trzy godziny i jeszcze oglądać mózgojebną papkę. Jak nie ma – hmmm… jak tu iść zrobić sobie herbatę albo się wykupkać i jednocześnie nie stracić ważnego wątku filmu/serialu? Nie ma to jak zrobić sobie na kompie/DVD pauzę i zrobić co trzeba

4. Ciągłość
Jak wiemy, film leci sobie i leci i leci w TV aż się nie skończy. Nie ma możliwości przerwania go i dokończenia później. A co jeśli np. w trakcie ulubionego serialu na głowę zwalą się niezapowiedziani goście (to w ogóle bardzo niekulturalne zachowanie, ale to już temat na inny art), przyjdzie listonosz albo pies pilnie sygnalizuje potrzebę wyjścia na dwór, szantażując zasraniem dywanu?

5. Lektor
Już się na ten temat wypowiadałem. Dno i żenada.

6. Sekwencyjność
Czasem tak mam – zamyślę się, zagapię albo też z innego powodu w stanie pół-koncentracji obejrzę jakiś fragment w który, jak się wydaje, było coś ważnego. Oglądając na kompie/dvd tylko sobie przewijam minutę do tyłu i już wszystko wiem. W TV – muszę niestety sam ułożyć sobie jakieś kawałki w całość.

7. Repertuar
Lecą dziesięć razy te same filmy, dziwnym trafem akurat te, które mnie najmniej interesują. Zanim przestawiłem się na tryb życia bez telewizji, latami modliłem się aby puścili w końcu w TV “Star Warsy” (w końcu puścili chyba na Polsacie), “Twin Peaks” (też puścili – w sobotę o 1:35) oraz Odyseje Kosmiczne (tych to już od dawien dawna nie było). Teraz – sram na was. Nie jestem od nikogo zależny.

8. Polityczna mózgojebność
Od czasu kiedy przestałem oglądać TV, przestałem zupełnie przejmować się tym, co mówią politycy i zacząłem najpierw myśleć sam, a potem porównywać swoje poglądy z myślami polityków. Wyszły dwa fascynujące fakty – po pierwsze, moje PRAWDZIWE poglądy są zbieżne z poglądami innych polityków niż tych, których dotychczas darzyłem sympatią. Po drugie – nawet jeśli polityk mądrze gada, to po dojściu do władzy nadal mądrze gada. I nic więcej.

9. Fenomen “Gwiazd”.
Hmmm… Coraz częściej z przerażeniem odkrywam, że w Polsce są GWIAZDY. Gwiazdą jest Gosia Andrzejewicz, gwiazdą jest Edyta Herbuś, gwiazdą jest Frytka. Jest tylko jeden zonk z tym związany. Najpierw dowiaduję się, że ktoś jest gwiazdą. Potem dowiaduję się, jak wielu fanów ma ta gwiazda. Następnie dowiaduję się, dlaczego ta gwiazda jest sławna (np. jest piosenkarką). Na sam koniec, poznaję osiągnięcia tej gwiazdy. I wtedy opadają ręce i nogi nad poziomem tego, co widzę. Zerwanie kontaktu z telewizją jest dla mnie znakomitą okazją do tego, aby jak najmniej takich “gwiazd” poznawać.

10. Programy informacyjne
Wejdźcie na dowolny internetowy serwis informacyjny. Bezpośrednio (na portalu) bądź pośrednio (na której z jego podstron) każdego dnia macie dostęp do setek informacji. Sami sobie wybieracie co was interesuje, a co nie. Wkurza was gadanie o Jakubie T.? To po prostu nie klikamy na infomacje z nim związne. Interesuje was tylko noga, a nie koszykówka czy inne podrzędne dziadostwo? No to w dziale sport klikamy na “piłka nożna” i już mamy przefiltrowane informacje. Czytamy co chcemy i ile chcemy, a dodatkowo dzięki komentarzom wiemy co sądzi o tym szary lud, a nie pan redaktor naczelny “Wiadomości”, który truje nam 5 minut dupę Jakubem T, potem 5 minut tragedią w Mirosławcu, następnie 5 minut laptopem Ziobry, a na koniec mamy 5 minut fascynującej relacji o tym, że prezydent n-ty raz obraził się na premiera. Ja każdą z tych spraw śledzę dość pobieżnie – wystarczy mi wiedzieć, że coś takiego się zdarzyło (albo nawet i taka wiedza, jak w przypadku laptopa Ziobry jest za duża) i finito.

Słowem – telewizja mówi nam:
a) CO mamy oglądać
b) KIEDY mamy oglądać
c) JAK mamy oglądać

Zero swobody. Tak więc – podziękowałem. Ograniczam się tylko do wydarzeń sportowych – meczy piłkarskich, tudzież siatkarskich (z rzadka do skoków narciarskich) i raz na ruski rok do pewnych relacji na żywo – np. to, co się działo po ataku na WTC albo też wieczory wyborcze. Telewizor brzydzi mnie tak bardzo, że aż czasem przegapiam jakieś naprawdę ciekawe rzeczy – np. 1 z 10 czy jakiś film dokumentalny/przyrodniczy. Trudno.

Dopóki nie doczekamy się medium telewizjopodobnego, za to w pełni spersonalizowanego i dostosowanego pod wymagania konkretnych widzów (w takim kierunku zmierza internet), tak długo ja telewizji mówię NIE.

 

70. Krótka Historia Czasu 6 luty 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Książki, Nauka, filozofia — HaeS @ 9:03 am
83-7150-308-3.jpg

Z ksiązką tą zetknąłem się już ponad rok temu i wówczas mnie zafascynowała. Jako że nareszcie stałem się posiadaczem własnego egzemplarza, przeczytałem po raz drugi, przekonując się, że rozumiem więcej niż poprzednio, ale wciąż jeszcze nie wszystko.

O co w tym wszystkim chodzi? Stephena Hawkinga zna przerażająca większość z nas. Nawet jeśli komuś to nazwisko jest zupełnie obce, to zgodnie z hipotezą twierdzącą, że jeden obraz mówi więcej niż tysiąc słów, zamieszczam jego zdjęcie.

images.jpeg

I co, wygląda znajomo? Z Hawkingiem związane są moje dwie refleksje. Pierwsza jest taka, że powiedzmy 200 lat temu nic by w życiu nie osiągnął. Może za młodu sformułowałby kilka genialnych teorii, potem jednak popadł w chorobę (przypominam – cierpi na stwardnienie zanikowe boczne) i cokolwiek utworzyłoby się w jego wybitnym umyśle, zostałoby tam do jego śmierci, która nastąpiłaby zapewne dość rychło. Hawking to fascynujący przykład odnośnie tego, jakiego postępu dokonała medycyna. Druga myśl jest taka, że bohatera podobnego do Hawkinga – absolutnego geniusza uwięzionego w kalekim ciele widziałbym w głównej roli w jakimś filmie/powieści. Mrocznym, tajemniczym i sugerującym istnienie wyższych sił, które widząc że stworzyły człowieka gotowego wyrwać ich tajemnice, postanowiły doprowadzić jego ciało do takiego stanu, aby mu to maksymalnie utrudnić. No, ale do rzeczy, bo wszak o książce mam pisać, a nie o Hawkingu.

Książka składa się z 11 rozdziałów (nie licząc ciekawego, chociaż ni w dupę ni w oko pasującego do reszty dodatku składającego się z ciekawostek z życia Einsteina, Galileusza i Newtona). Hawking omawia w niej historię poznawania wszechświata – od tego, jak Grecy odkryli że Ziemia jest okrągła oraz ówczesnych kontrowersji na temat ptomeleuszowskiej wizji świata, poprzez Kopernika, Galileusza, Newtona, Einsteina, Bohra i Rutheforda, a później przez odkrycie promieniowania tła i kwazarów, aż po zupełnie nowoczesne i pokręcone teorie o czarnych dziurach, superstrunach i wszechświecie bez brzegów. Rzeczy trudne i abstrakcyjne, wykraczające niejednokrotnie poza obszar zainteresowań przeciętnego człowieka, a już na pewno poza obszar zastosowań praktycznych. No bo po cóż mi wiedzieć, że czarna dziura może stać się supertanią i ultrawydajną elektrownią skoro sporym problemem byłoby sprowadzenie takowej w pobliże Ziemi (nie wspominając już o bezpieczeństwie układu słonecznego).

Hawking ma jednak bardzo ciekawy styl pisania. Jak sam podkreślił we wstępie ma świadomość, że każde zawarte w książce równanie odstarszy połowę potencjalnych czytelników. Dlatego stara się pisać prosto i zrozumiale. I przyznaję, udaje mu się to. Co prawda, przyznaję się bez bicia, nie wszystko zrozumiałem (o co kurcze chodzi z tą sumą po historiach?), jednak wiele zagadnień dzięki “Krótkiej historii czasu” stało mi się albo bliższymi, albo też w ogóle znajomymi. Znakomicie zdaję sobie sprawę, że o niektórych rzeczach po prostu nie można pisać prosto, a zagadnienia związane z budową wszechświata z całą pewnością do nich należą.

Mimo wszystko, uważam, że dla każdego kto ukończył liceum (a może nawet dla co zdolniejszych uczniów), a tym bardziej szkołę wyższą (najlepiej na kierunku ścisłym; wszystko jedno jakim) książka będzie dość zrozumiała, przynajmniej w najważniejszych kwestiach – tak, aby sobie ramowo, bez wchodzenia w szczegóły, wyrobić pogląd na to, o co temu Hawkigowi tutaj chodzi.

Za najbardziej fascynujący wniosek z “KHCz” uznaję fakt, że aby wytłumaczyć wydarzenia wielkoskalowe (Wielki Wybuch, oddziaływania grawitacyjne między galaktykami, czarne dziury) należy dogłębnie zbadać i zrozumieć pewne rzeczy w małej skali – jak na przykład budowę atomu, wiązania między kwarkami czy też co się dzieje kiedy elektron przeskakuje z jednej powłoki na drugą. I że dzięki temu paradoksowi wszystkie siły w fizyce idzie zapisać jednym zgrabnym równaniem. Tyle tylko, że nikt jeszcze takowego nie podał.

No cóż, książka pomimo tego, że dość trudna, to jednak jak najbardziej przyswajalna. Bardzo polecam i nie mogę się doczekać aż w moje wiecznie chwiwe łapska wpadnie inna książka Hawkinga “Wszechświat w Skorupce Orzecha”. Mam wrażenie, że będzie równie ciekawie.