
Dramat Wojenny
Niemcy 1981
Filmów, których akcja działa sie na łodzi podwodnej powstało już kilka. Znany powszechnie jest film “Polowanie na Czerwony Październik” a popularnością niewiele ustępuje mu “Karmazynowy Przypływ”. Nie będę kłamał ani bajerował: nie oglądałem ani jednego, ani drugiego, bo taka tematyka niezbyt mnie pociągała. Skusiłem się jednak na niemiecki “Das Boot”. Ale to nie piękna łódź podwodna majestatycznie sunąca przezmorze z wynurzoną górną częścią zachęciła mnie do obejrzenia tego filmu. Zachęciło mnie coś zupełnie innego…
Ostatnimi czasy zauważam u siebie delikatny trend polegający na zwiększonym zainteresowaniem tematyką wojenną. Jestem w trakcie oglądania “Kompanii Braci”, który to serial wyjątkowo realistycznie prezentuje wojnę, cały jej bezsens i okrucieństwo. Przy okazji odpaliłem sobie na kompie starego dobrego Commandosa. Oglądając “Kampanię” (i grając w Commandosa) miałem jednak wrażenie, że coś tu nie gra. Dobrzy amerykańscy żołnierze cały czas złych łoją Szkopów, zaś okropni Szkopowie zaś nie pozostają Jankesom dłużni. I wtedy naszła mnie taka myśl, że tam po drugiej stronie też są żołnierze. I oni też są ludźmi. Tak samo jak ich koledzy (czy to dobre słowo?) po drugiej stronie barykady boją się o swoje życie. Mają rodziców, którzy drżą o to, aby synowie powrócili cali i zdrowi do domu. Mają dość wojny, nienawidzą jej. Cierpią, kiedy ich najlepszy przyjaciel ginie od kuli wroga. Nie mogą patrzeć na otaczające ich cierpienie, ale najbardziej boli świadomość, że oni sami są przyczyną takiego samego cierpienia po stronie wroga.
W ogóle raczej nie spotykam się z poglądem, że Niemcy są ofiarami II wojny światowej. Pisząc “Niemcy” nie mam na myśli: “Państwo Niemieckie”, ale: “Obywatele Niemieccy”. A przecież trafili się tam ludzie, którzy stracili na wojnie synów. Ludzie, którzy wskutek jakichś alianckich ataków, stracili życie, zdrowie, kończynę bądź cały majątek. Ludzie, którzy stanęli przed koniecznością zmiany całego swojego życia, których spokojna, sielankowa egzystencja została przerwana przez wybuch wojny. Kiedy kogoś pytam o to, zazwyczaj słyszę “sami sobie winni”. Dlaczego się o tym mówi w ten sposób?
Dlatego też chciałem znaleźć film opowiadający o tym, co działo się “po drugiej stronie”. Film, w którym przedstawiono by losy nie bohaterskich amerykańskich żołnierzy, którzy ginęli za swoją ojczyznę, ale losy równie bohaterskich i równie odważnych, chociaż otoczonych tabu, żołnierzy niemieckich. A że jedynym niemieckim filmem wojennym, jaki miałem pod ręką był “Das Boot”, toteż właśnie “Das Boot” obejrzałem.
Widok przerażający. Zapewne fani “Karmazynowego Przypływu” i “Czerwonego Października” już co nieco o tym wiedzą, ale napiszę – w łodzi podwodnej jest ciasno jak cholera. Kilkudziesięciu ludzi upchniętych na maleńkiej powierzchni – klimat zaiste klaustrofobiczny. Dodatkowo co rusz się coś dzieje. To mamy sztorm i kołysze łodzią na lewo i prawo (swoją drogą – dlaczego nie chowali wtedy łodzi pod wodę?), to pęka jakaś śruba i przecieka woda do środka, to wybucha pożar, to ktoś wysyła w kierunku łodzi torpedę, to się znowu coś innego dzieje… miejscami sytuacja wydaje się beznadziejna i nie do opanowania. Słowem – jeden gigantyczny stres. Tak, jak to na wojnie bywa. Tyle tylko, że o ile można katapultować się z samolotu bądź uciec z okopu, z łodzi podwodnej ucieczki nie ma. Warunki życia koszmarne, ryzyko olbrzymie i w dodatku życie w ciągłym napięciu.
Jako że twórcy “Das Boot” są Niemcami, mogli sobie pozwolić sobie na pewne zagrania, które w amerykańskim filmie by nie przeszły. Kiedy załoga wysyła cztery torpedy w kierunku wrogiego okrętu, za chwilę słychać cztery uderzenia. Piąty huk oznacza pęknięcie kadłubu. Wszyscy stoją w ciszy i nasłuchują. Cisza, konsternacja, jakby smutek i żal. Załoga znakomicie zdaje sobie sprawę, co się tam dzieje. Podobnie jest kiedy załoga “dobija” zniszczony okręt i okazuje się, że na nim są jeszcze ludzie. Płonący wskakują do wody, błagając o pomoc. Jeden z załogantów płacze, a kapitan z wyraźnie ciężkim sercem wycofuje łódź z miejsca zdarzenia. I potem znów cisza wśród załogi. Nikt nie wie co powiedzieć… Jak pisałem, Niemcy mogli sobie na taki film pozwolić. Wyobraźcie sobie gdyby coś takiego było w filmie Amerykańskim. Jaki krzyk, jaki lament. “Dlaczego płaczą po Niemcach?”, “Żałują tych zbrodniarzy?”, “Dobrze im tak!”.
W filmie prawie w ogóle nie ma swastyki. Jedna pojawia się gdzieś tam pod koniec na banderze któregoś okrętu, ale nie powiewa, tylko wisi bezładnie, więc nawet nie widać, że to naprawdę jest swastyka. Szkoda, że reżyser nie poszedł krok dalej i nie zdecydował się na nieco więcej realizmu. Widocznie uznał, że lud nie jest przygotowany do takiego widoku i dla wielu osób byłaby to zniewaga, bądź obraza. W 1981 rany po II Wojnie Światowej wciąż były jeszcze otwarte. Ja sam jestem poglądu, że II Wojna Światowa tak naprawdę zakończyła się w 1989 wraz z upadkiem komunizmu, żelaznej kurtyny i Muru Berlińskiego. Do dzisiaj jeszcze wielu na dźwięk słowa “Niemiec” ma jednoznaczne skojarzenia. Pokazanie prawdy, że żołnierze ze swastykami na rękawach to zwykli ludzie, wśród których nie każdy identyfikuje się z poglądami Hitlera, a jedynie wykonuje rozkazy – nie zawsze z uśmiechem na twarzy, czasem z wątpliwościami, a czasem w wyraźnym wewnętrznym oporem to jednak ryzykowna misja i nawet w niemieckim filmie zdecydowano się tego nie pokazywać. A szkoda.
Słówko o zakończeniu (w tym akapicie spoiler dla tych, co nie oglądali!). Dośc niespodziewane. Smutne, tragiczne, wymowne. Wszystko pada, wszystko umiera, wszystko się kończy. Nagle i niespodziewanie. I mi jest osobiście żal tej łodzi, żal tych ludzi, żal kapitana, który tyle z tą łodzią przeżył… Jeszcze raz człowiek pyta – PO CO TO WSZYSTKO? Dlaczego tylu ludzi musiało w czasie wojny zginąć, tylu cierpieć, tylu zostać okaleczonych, tylu zostały zniszczone perspektywy życiowe… Znakomicie ukazana antywojenna wymowa filmu – Petersen nie wypowiada się tutaj ani przeciwko Hitlerowi, ani przeciwko aliantom. Wypowiada się przeciwko wojnie i pokazuje, że cierpienie i straty nie były tylko udziałem aliantów.
Jeszcze kwestie techniczne. Miałem dość słabą kopię, ale widok łodzi podwodnej wynurzającej się spod wody robi niesamowite wrażenie i można się w nim zakochać równie mocno, jak co poniektórzy kochają dwupłatowce wznoszące się w powietrze bądź czołgi wynurzające się zza wniesienia. Drugą rzeczą, którą uwielbiam w łodziach podwodnych jest piękny, delikatny dźwięk wydawany przez sonar. Podobno są maniacy, którzy nagrali sobie wdech i wydech Lorda Vadera na płytę i słuchają tego przez 70 minut. Mam wrażenie, że ja mógłbym tak słuchać sonaru. No i nie sposób wspomnieć o fenomenalnej muzyce do filmu wraz z głównym utworem – tak tajemniczym i mrocznym, że można nim straszyć dzieci.
Film długi – 208 minut (sic!) i musiałem rozłożyć sobie go na dwie raty – jestem co prawda przyzwyczajony do maratonów, ale serialowych. Film zawsze wymaga większego skupienia. 208 minut to na pewno długo, ale dla tych, którzy kochają takie klimaty Petersen przygotował prawdziwy rarytas – trwającą 293 (czyli 4 godziny i 53 minuty) wersję reżyserską. Nic, tylko oglądać… Ja chyba jednak się za to nie wezmę zbyt szybko.
No i na koniec słówko wyjaśnienia – mam nadzieję, że z samej recenzji wynika to jasno i wyraźnie, jeżeli jednak ktoś ma wątpliwości oznajmiam, że absolutnie nie zgadzam się z poglądami Adolfa Hitlera ani metodami przez niego stosowanymi. Zwracam jedynie uwagę na to, że często zwracamy uwagę na zbiorowość (“ci źli okropni Niemcy, co rozpętali II Wojnę Światową”) zupełnie gubiąc gdzieś w naszym toku myślenia jednostki – ludzi. Takich jak my, którzy mieli nieszczęście urodzić się w I połowie XX wieku w Niemczech. Którzy trafili na epokę rządów Hitlera. Zaraz pewnie usłyszę, że to naród niemiecki wybrał Hitlera. Pomijając kwestię manipulacji narodem, zwróćmy uwagę na to (jak zawsze w polityce) Hitler miał swoich entuzjastów, umiarkowanych zwolenników, sceptyków i przeciwników. W trakcie wojny ucierpieli wszyscy.