Myślokracja, czyli from łeb to web

57. Twin Peaks: Fire Walk With Me. 31 grudzień 2007 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Film — HaeS @ 3:55 pm

„Twin Peaks: Fire Walk With Me” (w skrócie FWWM) to mój ulubiony film Davida Lyncha i jeden z ulubionych w ogóle. Mroczny, tajemniczy, ale też i urzekający piękną muzyką, świetnymi dialogami odegranymi w świetny sposób przez znanych nam już z serialu „Twin Peaks” aktorów.

FWWM jest prequelem serialu, opowiadającym o tym, co działo się zanim Laura Palmer została zamordowana i zanim Dale Cooper przybył do Twin Peaks. Pomimo tego, że opowiada o wcześniejszych wydarzeniach niż serial, zdecydowanie rekomendowane jest aby obejrzeć najpierw serial, a potem film. Powody są dwa – po pierwsze, z filmu nic a nic nie zrozumiecie (inna sprawa, że niewiele więcej rozumie się po obejrzeniu serialu). Po drugie – i ważniejsze – film zdradza kto jest mordercą Laury Palmer. Serial po obejrzeniu filmu nie ma już takiej tajemniczości, jako rozwiązanie najważniejszej zagadki jest już znane. A zespoilerować sobie taki serial to istna zbrodnia – bo naprawdę warto go obejrzeć!

FWWM podzielony jest wyraźnie na dwie części. Pierwsza z nich opowiada o śledztwie prowadzonym przez FBI w sprawie morderstwa Teresy Banks, która – jak pamiętamy z serialu – była pierwszą ofiarą mordercy Laury. W charakterystyczny dla siebie sposób Lynch prowadzi nas po różnych miejscach, w których spotykamy jakże nietypowych i nietuzinkowych bohaterów otoczonych mgiełką tajemnicy i niedomówienia. Druga część rozpoczyna się na siedem dni przed morderstwem Laury. Po raz pierwszy widzimy Laurę żywą, chodzącą i rozmawiającą z innymi – w TP pojawiała się wszak tylko jako trup w prosektorium, ewentualnie jako zwid. I przekonujemy się, jakie było z niej ziółko. Jeśli ktokolwiek jeszcze łudził się, że Laura Palmer była słodziutką, grzeczną licealistką, po obejrzeniu filmu może ostatecznie rozstać się z tym wizerunkiem Laury.

Troszkę o wadach. Najczęściej wytykaną wadą filmu jest znikomy udział agenta Coopera w produkcji. Argument jak najbardziej nietrafiony. Coopera teoretycznie w filmie nie powinno być w ogóle i chwała Lynchowi za to, że udało tak się poprowadzić akcję, że dla Dale’a w ogóle znalazło się miejsce w filmie. Drugim argumentem świadczącym przeciw tej produkcji jest zupełny brak twinpeaksowego humoru – no, faktycznie, za dużo go tam nie ma. FWWM niewiele ma z czarnej komedii, jakim był serial TP – jak już mówiłem, jest mroczny i ponury, przypominając swoim posępnym klimatem nieco takie produkcje jak „Zagubiona Autostrada”, „Mulholland Drive” czy „Blue Velvet”. No ale czy to wada? Mnie akurat klimat FWWM jak najbardziej odpowiada.

Bolą mnie za to inne rzeczy związane z filmem – mianowicie zmiany. Zmiana scenografii sprawia, że np. inaczej wygląda dom Laury, a już zupełnie inaczej wygląda wnętrze domu Harolda. Ale jeszcze gorsze jest to, że Larę Flynn Boyle w roli Donny zastąpiła niejaka Moira Kelly. Pomimo tego, że Moira na pewno się starała, to jednak nie jest Larą i zmiana wyszła taka ni w gruszkę, ni w pietruszkę. Po prostu nietrafiona. No i trzecia rzecz – długość filmu. Z filmu wycięto prawie połowę scen, które – teraz uwaga – ZOSTAŁY JUŻ NAKRĘCONE. Poza Audrey Horne i kilkoma innymi pomniejszymi postaciami, każda postać z serialu TP miała swój choćby niewielki udział w filmie. Szkoda, że nie zanosi się na to, abyśmy kiedykolwiek ujrzeli „nowe” sceny z udziałem szeryfa Trumana czy Benjamina Horne’a.

Film jak dla mnie jest bardzo, bardzo dobry i grzechem byłoby go nie obejrzeć, przypominam jednak – PO SERIALU! Co prawda można zakochać się w tym filmie bez oglądania „TP”, ale wtedy traci się jedyną szansę na zakochanie się w serialu. A po co to sobie robić, skoro można wielbić jedno i drugie?

 

56. Dexter – sezon 1 i 2 31 grudzień 2007 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 3:26 pm

Przeglądam bloga w lewo i prawo, w górę i dół, w przód i tył, czytam wszystkie wpisy po trzy razy i własnym oczom nie wierzę. Ale to jednak prawda. A może jednak nie? Poczekajcie chwilę (chwila). OK., już jestem z powrotem. Sprawdziłem jeszcze raz, na wszelki wypadek i widzę, że jednak sprawdziły się moje obawy. Jak to możliwe, że jeszcze nic nie pisałem o serialu „Dexter”? No, już nadrabiam zaległość.

Pomysł na fabułę serialu zupełnie niebanalny – tytułowym Dexterem jest bowiem seryjny morderca – postać zbudowana jednak w taki sposób, że ma w nas budzić nie tyle wstręt czy nienawiść, ale sympatię. Niemożliwe? Zapewniam, że jak najbardziej możliwe. Przeżywając wraz z Dexterem kolejne przygody i perypetie związane z jego „hobby”, coraz mocniej zaciskamy kciuki w nadziei, że nasz bohater wyjdzie cało z opresji i uda mu się zrobić to, co ma zrobić.

Serial fenomenalnie zrealizowany, świetnie przemyślany pod względem fabuły. Ma w sobie jakąś taką magię – nie ma tu szalonych pościgów, niesamowitych zagadek, a chyba żaden z odcinków nie kończy się jakimś mocnym cliffhangerem. Niektóre postacie są tak płaskie, że aż odrzucają (vide Rita).A mimo to – wciąga!

Bardzo ładna jest też techniczna strona serialu – początkowo miał mieć on 12 odcinków, stworzono zatem 12 scenariuszy opowiadających jedną długą i ciekawą historię, zamkniętą i mogącą teoretycznie być zakończeniem serialu. Potem stworzono drugą – ciut lepszą, również 12-odcinkową, opartą do pewnego stopnia na pierwszej i również zamkniętej w 12 odcinku (z maleńką odrobinką niedopowiedzenia, które może, chociaż nie musi, być furtką do tworzenia dalszych sezonów). No i będzie trzecia seria, miejmy nadzieję – równie dobra. Jaka to miła odmiana w stosunku do seriali z wymyślaną bieżąco wymyślaną fabułą, pokazywaną w zylionie odcinków!

No i jeszcze jedna rzecz o której nie wspomniałem – główną rolę gra Michael C. Hall, znany z roli Dave’a z serialu Six Feet Under. Oba te seriale dowodzą geniuszu tego aktora – mało że wygląda w obu serialach zupełnie inaczej (w „Dexterze” jakby przytył), to jeszcze gra zupełnie inaczej. W obu produkcjach ogląda się go naprawdę przyjemnie! Tak więc podsumowując: Dextera jak najbardziej wypada, a nawet trzeba obejrzeć – to jedna z najciekawszych i najlepszych produkcji ostatnich lat. Jak najbardziej polecam!

 

55. Nip/Tuck – po drugim sezonie 31 grudzień 2007 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 8:40 am

Obejrzałem drugi sezon w błyskawicznym tempie do końca. Serial, jak już pisałem, bardzo kontrowersyjny, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest to szukanie kontrowersji na siłę. Do opisanych w poprzednim poście przypadków dochodzi kilka nowych, jeszcze mocniejszych. Scenarzyści mocno się nagłowili w temacie „czym zaskoczyć widza”. Nie zdradzę już nic więcej (miejcie do cholery chociaż troszkę niespodzianek!), ale wątki związane z Avą zaskakują, zaś sposób, jaki Christian, Sean i Julia wynaleźli aby się jej pozbyć z jednej strony szokuje, z drugiej jednak – jak się pomyśli nad dotychczasowymi wydarzeniami – był planowany przez scenarzystów niemal od samego początku kiedy Ava się pojawiła.
Serial szokuje, ale także zaskakuje i wciąga. Dobra realizacja, świetne aktorstwo powoduje, że nawet te wymyślane na siłę sensację nie rażą. Serial bardzo dobry, ale tylko dla osób, które nie rozważały nigdy zapisania się do LPRu i które nie słuchają Radia Maryja częściej niż 10 minut na pół roku dla śmiechu (tak jak ja). Serial ze wszystkich stron jest przesiąknięty seksem i to perwersyjnym – co rusz pojawiają się różne odchyły (i to duże) od standardowego „on i ona po małżeńsku”. To tylko tak, żeby nie było że nie ostrzegałem.

 

54. Pożegnanie z “4400″. 29 grudzień 2007 (sobota)

Zaszufladkowany do: Seriale, TV — HaeS @ 9:01 am

Stało się to jakiś czas temu, piszę dopiero teraz – serial 4400 (o którym już raz pisałem) po wyemitowaniu czterech serii dostał cancela. Mówiąc inaczej – nie będzie kolejnych odcinków. Nie wiem jakie było zakończenie sezonu czwartego, wiem jedynie, że nie było ono definitywne – a kontynuacji już nie będzie

Z jednej strony nie mogę ukryć satysfakcji – pisałem już wszak, że serial ten nie zachwyca zbytnio i cieszę się, że wyszło na moje. Tandecie i produkcjom klasy C mówię zdecydowane NIE, a następny w kolejce winien być „Prison Break”. Z drugiej jednak – serial miał swoich fanów. I kiedy pomyślę, że ten sam los mógłby spotkać mojego ukochanego „Losta” (który też ma swoich przeciwników), to mnie krew zalewa. I jak sobie przypomnę, że taki „Farscape” czy „Twin Peaks” miały mieć kontynuację, a nie miały – to normalnie mnie kurwica bierze.

Co to jest za polityka? Telewizja rzuca widzom serial, który ci oglądają, emocjonują się losami bohaterów, czekają przez cztery lata tydzień w tydzień (no, z przerwami między sezonami) na ciąg dalszy, rozmawiają o nim, myślą o nim, szukają informacji w necie, oglądają czasem po kilka razy dany odcinek szukając smaczków, a tu nagle BUM – sorry, nie będziemy już kręcić tego serialu, jak chcesz to oglądaj naszą nową super-hiper-zajebistą produkcję, ale też nie gwarantujemy ci, że będzie miała zakończenie i czy za 3 lata nie przerwiemy jej.

Z bieżących produkcji aktualnie czekam na dalsze odcinki Prison Breaka, Jericho (co do tych dwóch – nie będę płakał jeśli ktoś da cancela) „Battlestar Galactica” i „Lost”. Ponieważ dwie ostatnie mnie wciągnęły, będę oglądał, ale od tego momentu ŻADNYCH NOWYCH SERIALI. Strach cokolwiek zaczynać. Lepiej chyba jednak skupić się na produkcjach ciut starszych, za to zakończonych. Przynajmniej wie się, że obejrzy się całą historię do końca, a nie będzie się zrobionym w balona przez producentów, dla których jakieś tam słupki są ważniejsze od zadowolenia widza.

A jeśli taka tendencja do ucinania seriali po kilku latach emisji się utrzyma – to można spodziewać się rychłego zakończenia ogólnoświatowego trendu popularności amerykańskich seriali. A szkoda by było, bo pośród kupy shitu a’la „Beverly Hills 90210” czy „Mody na Sukces”, zdarzają się także naprawdę ciekawe produkcje.

 

53. Twin Peaks (serial) 29 grudzień 2007 (sobota)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 8:30 am

Serial ten długo okupował pierwszą pozycję na mojej liście seriali, tym samym pozostając serialem wszechczasów (dopóki nie wygryzł go Lost). Piszę o nim dopiero teraz, a to dlatego, że jeszcze o nim nie pisałem, a stwierdziłem, że by wypadało.

Zanim cokolwiek zacznę pisać – ostrzeżenie. Jeśli spotkacie gdziekolwiek film: „Twin Peaks: Fire Walk With Me” (“Twin Peaks: Ogniu krocz za mną”), POD ŻADNYM POZOREM NIE OGLĄDAJCIE GO PRZED OBEJRZENIEM SERIALU! Film jest świetny, ale po jego obejrzeniu diabli biorą całą tajemniczość „Twin Peaks” i dlatego należy go zdecydowanie obejrzeć PO serialu. Nie inaczej!

Krótko strzeszczę zarys fabuły – w prowincjonalnym miasteczku Twin Peaks znalezione zostały zwłoki licealistki. Na miejsce zbrodni natychmiast przyjeżdża FBI w postaci charyzmatycznego agenta Dale’a Coopera i rozpoczyna śledztwo. Brzmi mało zachęcająco? Brzmi jakbyście takich historii oglądali dziesiątki?

No cóż, opis nie wszystko mówi. Tak samo, jakby o Lostach napisać: „Serial opowiada o przygodach rozbitków, którzy znaleźli na tajemniczej wyspie po katastrofie samolotu”. Brzmi równie zniechęcająco i wierzcie lub nie, długo mnie to zniechęcało do obejrzenia „Lost”.

Cała tajemnica sukcesu serialu polega bowiem nie na oryginalnym pomyśle, ale na sposobie, w jaki ten pomysł został zrealizowany. I zarówno twórcy „Lost”, jak i „Twin Peaks” poprowadzili swoje historie w sposób absolutnie wyjątkowy, genialny i jedyny w swoim rodzaju.

Oprócz wspomnianego już głównego wątku, jednocześnie toczy się wiele innych. Bohaterów jest kilkudziesięciu, ale każdy ma swoje charakterystyczne cechy, każdy zapada w pamięć i każdy ma sobie poświęcony jakiś (chociaż drobny) wątek. Co rusz odkrywamy, że nasz kryształowo czysty bohater ma coś na sumieniu, a ktoś zupełnie niepozorny knuje coś na boku. Zdrada, oszustwa, kłamstwa – to spotykamy na każdym kroku. W serialu dzieje się naprawdę wiele. Tak dużo, że po opuszczeniu jednego odcinka nie wiemy już kto, co i jak. Pomimo tego jednak, oglądając serial po kolei, nie idzie się pogubić, za to wciąga jak mało który.

Dodatkowym atutem jest „lynchowość” serialu – mamy do czynienia z tajemniczymi wydarzeniami, z pogranicza zjawisk paranormalnych, traktować je jednak można i po „lynchowsku” – jako alegorie. Sny agenta Coopera, jego wizje stanowią istotną część serialu i często popychają akcję serialu, jednocześnie przyczyniają się zaś do tego, że jest on bardziej tajemniczy, a nawet miejscami straszny.

No jeszcze kwestia zakończenia – serial ma dwie serie, miał mieć trzecią, ale nie wyszło (wyobraźcie sobie, dostał cancela!). Kończy się więc kupą cliffhangerów, jednak zakończenie głównego wątku (Dale Cooper vs tajemnicza czarnej chaty) to zakończenie co prawda niezamierzone, ale za to genialne. Po jego obejrzeniu nie mogłem uwierzyć, że tak zaskakujące, ale jednocześnie genialne zakończenie mogło mieć miejsce. Tylko jeden Lynch mógł na coś takiego wpaść. Jest cudowne. Gdyby ode mnie to zależało, zamknąłbym jakoś wszystkie inne wątki, zaś wątek Dale’em zostawiłbym tak, jak był w serialu.

Hmmm… Tyle się napisałem, a wszystko, co napisałem to szczera prawda. Wciąż jednak mam wrażenie, że wciąż niewystarczająco zareklamowałem ten serial, że nie przekonałem do jego obejrzenia. A jest tego wart.

 

52. Babylon 5 – sezony 3-4 + “Thirdspace”, “In the Beginning” 28 grudzień 2007 (piątek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 10:43 pm

a początek – dlaczego recenzjonuję dwa sezony od razu? Bo tak oglądałem. Trzeci sezon i zaraz po nim czwarty. Inaczej nie da się tego oglądać. Po piewrsze – wciąga jak cholera, więc chce się więcej, więcej i więcej. Po drugie – cliffhanger na końcu trzeciego sezonu jest na tyle ostry, że nie da się tego przerwać ot, tak. I jeszcze drugie pytanie – co z sezonem 5? Kto zna świat B5, wie zapewne, że sezon 5 dokręcony jest “na dokładkę” i rózni się znacząco od pierwszych czterech. Bardziej właściwie jest spin-offem serialu “Babylon 5″ aniżeli jego właściwym sezonem. Ale spokojnie, dojdziemy do tego, a na tym blogu opiszę i ten sezon.

Tak więc – Obejrzałem. Nie powiem, z przyjemnością. Wiele jest motywów, które na długo wchodzą w pamięc. B5 w ogóle ma wiele cech, które najbardziej lubię w serialach:

1) Jest przemyślany od początku do końca. Od pilota “Gathering” intrygowało mnie Minbari nagle przerwali wojnę i w ogóle o co chodzi w tym słynnym zdaniu “There’s a hole in your mind” – wszystko wyjaśnia się to dopiero w filmie “In the Beginning”. Jeszcze w “Gathering” poruszony jest temat stacji Babylon4, a w pierwszym sezonie – cały odcinek jej poświęcony z niesamowicie intrygującym zakończeniem. W trzecim sezonie wszystko się wyjaśnia, zaś powracający Sinclair ostro nas zaskoczy. Przykładów takich jest dużo więcej.

2) Serial jest wielowątkowy – wojna z Cieniami, cała ta afera z prezydentem Clarkiem, napięcia na linii załoga-telepaci, tajemnica Vorlonów, wojna Centraujczyków z Narnami, wydarzenia na Minbarze, Babylon 4, Wielka Maszyna na Espilon 3, a nawet wątki miłosne – to główne części składowe fabuły (nie jestem pewien czy niczego ważnego nie pominąłem), a wiele z nich dodatkowo rozszczepia się na pod-wątki. W każdym razie, równolegle rozgrywa się wiele spraw, co wywołuje wrażenie, że świat Babylon 5 żyje własnym życiem.

3) Poszczególne wątki przewijają się przez cały serial, dodatkowo jeszcze ewoluują wraz z postaciami. Stosunki między G’Karem i Londo (a zarazem między Narnami, a Centauryjczykami) to najlepszy przykład – bohaterowie przechodzą szereg przemian wewnętrznych, zmieniają ich różne wydarzenia, zaś oni sami zmieniają bieg wydarzeń. Jest to żywa historia, która tworzy się na naszych oczach, podobnie jak szlifują i przemieniają się charaktery naszych bohaterów. Ciekawy jest też powrót postaci zdawałoby się zapomnianych i porzuconych przez Straczynskiego – Lyty Alexander oraz Jeffreya Sinclaira. Odegrają oni ważną rolę, ale… nie, ani słowa więcej! Nic więcej nie powiem! Nic!

4) Ciągłość akcji. Co prawda w pierwszym i drugim sezonie sporo jest odcinków zupełnie oderwanych od siebie, a zdarzają się takie nawet w 3. sezonie, to jednak większość tworzy sensowną całość – system naczyń połączonych, w którym każdy odcinek mniej lub bardziej popycha akcję do przodu, tworzy nowe wątki, i kontynuuje bądź zamyka stare. O wiele bardziej mi to odpowiada niż startrekowska formuła “Jeden odcinek – jedna zamknięta historia”.

Zakończenie – poświęcono na zakończenie (zdradzę od razu, że mamy tu do czynienia z futurospekcją) cały odcinek. Szczerze przyznam, że takie sobie. Nie ruszyło mnie zbytnio, właściwie to nawet bardziej znudziło niż zainteresowało. No, ale zaskakuje, nie powiem. Niemniej jednak – psuje efekt całego serialu, który jesty więcej niż przyzwoity.

I jeszcze o kolejności oglądania. Ja to oglądałem tak:
- “Gathering”
- Sezon 1
- Sezon 2
- Sezon 3
- Sezon 4, odc. 1-7
- “Thirdspace”
- Sezon 4, odc. 8-9
- “In the Beginning”
- Sezon 4 – odc. 10-22.

No i właśnie taką kolejność wszystkim “oglądaczom” polecam, aczkolwiek film “Thirdspace” można wyrzucić zupełnie z harmonogramu (nie polecam tego robic – film jest naprawde fajny!), a “In the Beginning” obejrzeć później (ale NIE WCZEŚNIEJ) – jednak wyżej podany schemat jest, jak dla mnie, optymalny.

Serial oczywiście jak najbardziej polecam, jest świetny, ale… zachwyty na temat B5 są jednak nieco przesadzone. Serial jest BARDZO dobry, BARDZO emocjonujący i BARDZO przemyślany. OK. Ale nie jest wybitny. Jednych tchem wymienię ze trzy lepsze (chcecie? proszę bardzo: Lost, Six Feet Under, Twin Peaks). Mimo wszystko – grzechem jest nie znać B5. No, chyba że kogoś rażą efekty specjalne i miejscami kiepska charakteryzacja – wszystko faktycznie zalatuje nieco sztucznością, ale przecież dużo ważniejsza jest fabuła – a ten element akurat w B5 jest więcej niż przyzwoity. Tak więc – Baaczność! Pilooot w Dłoń! Odtwarzacz DVD Włąąąąąącz! Do oglądania MARSZ!

 

51. Nip/Tuck – wpis pierwszy (będą kolejne!) 28 grudzień 2007 (piątek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 9:52 pm

Nip/Tuck (polski tytuł: “Bez skazy”) to serial powstały na fali popularności innej produkcji o dość podobnej tematyce, a mianowicie Six Feet Under. Głównymi bohaterami 6fu była rodzina prowadząca zakład pogrzebowy. Wszędzie dookoła była śmierć, ale jednocześnie – tendencja do jej negowania. Nip/Tuck to z kolei opowieść o ucieczce nie tyle przed śmiercią, co przed życiem. Ludzie boją się żyć, boją się swojego ciała, jego wad i jego przemijania, udają się więc do kliniki plastycznej, prowadzonej przez Seana i Chrisa – dwójki przyjaciół, którzy oprócz kliniki mają swoje własne, jakże skomplikowane życie.

Obejrzałem dotychczas cały pierwszy sezon i kilka odcinków drugiego i miejsami miałem wrażenie, jakby twórcy za dużo się naoglądali “Six Feet Under”, chcieli stworzyć coś podobnego w duchu i przedobrzyli. Zupełnie jakby scenarzyści rzekli: “W Six Feet Under jest para gejowska? A, to my damy lesbijkę. I jeszcze gratis dorzucimy transseksualistę, który z tą lesbijką w jednym z odcinków współżyje. W 6fu ludzie dążą do tego, aby za wszelką cenę być pięknymi po śmierci? A, to my damy tych, co są owładnięci manią bycia pięknymi za życia. Tak ze trzech na odcinek. Pokazywali w 6fu jak się maluje trupy? No to my pokażemy jak się odsysa tłuszcz. Ze szczegółami. Nacięcie na skórze, odsysanie i wylanie paskudnej cieczy do pojemnika – niech ludzie patrzą i rzygają! Brenda w 6fu miała jakieś drobne problemy związane ze zbyt dużą ilością partnerów? No to my zrobimy z głównego bohatera nałogowego seksoholika i damy mu seksoholiczną partnerkę. No i dołożymy coś jeszcze. Co by jeszcze tu dołożyć, żeby było ostro i kontrowersyjnie? Hmmm… miesiączkującą ośmiolatkę? Damy to, ale słabe. Coś lepszego? No to może nastolatka próbującego dokonać samoobrzezania? Faceta, któremu wstrzyknięto botoks do penisa? Operację plastyczną na psie? Dopiszmy do listy, ale to wszystko słabizna. Coś mocniejszego. No to może przemycanie heroiny w implantach piersi? No, może być. To piszemy scenariusz, kręcimy i dajemy do TV.”

Tak to niestety wygląda, ale nie zniechęcajcie się tym nieco paszkwilowatym tonem recenzji. W gruncie rzeczy ogląda się przyjemnie, twórcy odwalili kawał dobrej roboty, umiejętnie zbudowali napięcie i stworzyli ciekawe relacje między postaciami – i nawet wspomniany już przesadystyczny naturalizm aż tak bardzo mnie nie razi. Z przyjemnością obejrzę dalsze losy bohaterów!

 

50. Six Feet Under – sezon 5 (i podsumowanie) 16 grudzień 2007 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 9:52 am

Ponieważ o sezonie 4. nie chciało mi się pisać (chociaż też i nie było zbytnio o czym), rozpiszę się tym razem.

Obejrzałem już cały serial “Six Feet Under” – pięć sezonów, 63 odcinki i myślę, że mam pełne prawo wypowiedzieć się o nim. Serial jest dość nierówny jeżeli chodzi o poziom – po bardzo dobrym sezonie pierwszym nadchodzi jeszcze lepszy drugi, potem nieznaczne obniżenie lotów w trzecim, następnie już wyraźny spadek poziomu w czwartym, aby w piątym sezonie “Six Feet Under” powrócił z wielkim hukiem i przytupem. Piąty sezon jest najlepszy ze wszystkich!

Pomimo tego, że cały piąty sezon jest wyśmienity, dwa odcinki zasługują na szczególną uwagę – “All Alone” (5×10) oraz “Everyone’s Waiting” (5×12). Pierwszy z nich jest bardzo smutny i przygnębiający nie bałbym się nawet użyć słowa “dołujący”. Uczucia bohaterów bardzo umiejętnie są przenoszone na widza, sam się bardzo utożsamiałem z ich smutkiem i żalem i tak jak oni, martwiłem się i zastanawiałem co będzie teraz dalej. Drugi finałowy odcinek zamyka wszystkie ważniejsze wątki, tworząc jednocześnie nowe. Powstaje mnóstwo niewiadomych, nie wiemy, co będzie dalej działo się z Claire, jak poradzi sobie Rico, ile jeszcze problemów z Durellem i Anthonym przeżyją Dave i Keith itd. Niemniej jednak – zamknięcie akcji jest satysfakcjonujące, zaś końcówka ostatniego odcinka – to absolutne arcydzieło i perełka. Najlepsze zakończenie czegokolwiek, jakie kiedykolwiek widziałem. Przebija wszystko, co dotychczas widziałem, z zakończeniem Twin Peaks (swoją drogą, genialne zakończenie genialnego serialu) włącznie. Co się działo w tym odcinku – nie zdradzę powiem tylko, że jest mocny, wzruszający, skłaniający do refleksji nad życiem i przemijaniem. A ostatnie 6 minut (a w zasadzie to nawet 10) niemal zabija swoją siłą przekazu.

No cóż, pani Łepkowska wraz z kilkoma innymi koleżankami po fachu (kolegami zresztą też) powinny zasiąć przed telewizorami, odtworzyć sobie “Six Feet Under” (koniecznie od pierwszego odcinka do ostatniego!) i zobaczyć, jak tworzy się seriale obyczajowe. Polscy scenarzyści powinni przeknać się, że nie wono ciągnąć seriali w nieskończoność, bo stają się one cieniami samych siebie sprzed kilku lat. Że można ruszyć trudne tematy takie, jak śmierć (która w 6fu jest wszechobecna), palenie marihuany (chyba każdy z głównych bohaterów zajarał sobie od czasu do czasu i żyje), homoseksualizm (mówi się, że serial ten zrobił więcej dla społecznej akceptacji gejów niż zrobiłoby 100 Biedroniów) , życie seksualne ludzi po 60-tce, a nawet przyciąganie erotyczne między rodzeństwem (!) i w sumie nic takiego strasznego się nie dzieje – serial zyskuje po prostu na autentyczności. Że można postacie zarysować dużo bardziej szczegółowo i wyraziście niż Lucka Ciepłe Kluchy z “M jak Miłość”. No i wreszcie że także w serialu można stosować środki stylistyczne. Dwa z nich (duchy bliskich zmarłych, z którymi bohaterowie rozmawiają jak z żywymi ludźmi oraz sytuacja, w której dzieje się coś bardzo mocnego – np. ktoś na kogoś krzyczy i rzuca mu w oczy najgorsza prawdę, a za chwilę okazuje się, że to tylko to, co bohater chciałby zrobić, ale nie robi) zostały doprowadzone do perfekcji w piątym sezonie i wykorzystane najlepiej, jak się dało.

Czy “6fu” jest serialem wszechczasów? I tak, i nie. Na pewno nie ma absolutnej konkurencji w dziedzinie seriali obyczajowych – wszystkie tasiemce (brazylijskie, amerykańskie i polskie) odpadają w przedbiegach, zaś z seriali rozsądniej kręconych (czytaj: krótszych i bardziej przemyślanych pod względem koncepcji) jeden tylko “Nip/Tuck” może stanowić dla Six Feet Under jakieś tam zagrożenie, chociaz i tak duża przepaść dzieli obie produkcje. Ogólnie jednak, chociaż przebija znakomite “Twin Peaks” (biedactwo, mój niedawny serial wszechczasów jest już moim nr3), wciąż nie przekonuje mnie do siebie bardziej od “Lost”, którego tajemniczość, złożoność, wielowątkowość oraz wyjątkowo pokręcona chronologia sprawiają, że “Six Feet Under” na mojej prywatnej liście zajmuje dopiero drugą pozycję. Ale i tak na pewno warto oglądać. Absolutna perełka,

 

48. Piractwo… 1 grudzień 2007 (sobota)

Zaszufladkowany do: Internet, społeczeństwo — HaeS @ 12:36 pm

O piractwie wiele zostało powiedziane, wiele jeszcze pewnie się powie. Nie będę w tej chwili znęcał się nad ZAiKSem i ZASPem, Pawłem Kukizem i Kazikiem Staszewskim za te wszystkie ewidentne bzdury, które tak namiętnie plotą o ściąganiu MP3 z internetu i napisach do filmów (chociaż można byłoby sporo napisać, oj sporo), zajmę się czymś zupełnie innym, a mianowicie faktem płacenia ZAiKSowi a to, że słucha się utworu w radiu np. w taksówce bądź u fryzjera.

Tworzy bowiem się pewien paradoks: radio płaci już stosownym organizacjom za możliwość odtwarzania utworów i pieniądze z tego idą do artystów; dlaczego więc osoby słuchające tego radia mają płacić po raz drugi za to samo? Zrozumiałe (chociaż wciąż jeszcze kontrowersyjne) byłoby jeszcze gdyby z faktu puszczania muzyki z radia dana organizacja czerpała bezpośrednie zyski, ale tak naprawdę to nikt nie wchodzi do fryzjera, baru mlecznego czy taksówki po to, aby słuchać muzyki. Nawet jeśli wiem, że znajomy fryzjer słucha wciąż takiego np. RMI (które wkurwia mnie niemiłosiernie), ale zadowolony jestem z poziomu jego usług, to idę niego ze świadomością, że przez najbliższe piętnaście minut będę musiał słuchać walizłomów notorycznie w tym radiu puszczanych. Fakt że muzyka jest (bądź jej nie ma) i ewentualnie jaka jest w danym miejscu jest dla mnie kwestią trzydziestopięciorzędną przy wyborze tego, a nie innego miejsca. Dlaczego więc wspomniany już fryzjer, dentysta, właściciel sklepu monopolowego ma płacić za puszczanie muzyki z radia (jak wspomniałem, JUŻ OPŁACONEGO TYM ZŁODZIEJOM!), skoro nikt tej muzyki (poza nim samym) nie słucha i wszyscy mają generalnie to w dupie?

I jeszcze jedna uwaga dotycząca piractwa: jesli wierzyć doniesieniom prasowym o łapaniu kolejnych piratów ściągających różne rzeczy z internetu (być może to tylko propaganda), to policja jest lata świetlne za piratami. Cały czas ścigają emularzy i torrentowców, ostatnio zaś odkryli nowy super sposób ściągania różnych rzeczy z neta poprzez P2M i nawet zaczynają powoli ścigać ludzi którzy się w bawią. Co za postęp! Zanim zrozumieją że istnieje coś takiego jak całe środowisko warezowe, które jest najwydajniejszym, najwygodniejszym, najszybszym i najpewniejszym sposobem wymiany plików przez internet, minie sporo czasu. A nawet jak się za to wezmą – to jeszcze są ruskie fora warezowe.

Póki co więc bracia i siostry, śpijmy spokojnie i ssijmy z rapida do oporu!

 

47. Bandyci w mundurach czy bohaterowie? 1 grudzień 2007 (sobota)

Zaszufladkowany do: refleksje, społeczeństwo — HaeS @ 6:35 am

Kilka dni temu we Francji podniósł się wielki bunt społeczny przeciwko policji. Dlaczego? No bo policjanci gonili jakiegoś pacana, który jechał na motorze z nieprzyzwoicie wysoką prędkością i bez kasku. A ten uciekając przed policją z jeszcze bardziej nieprzyzwoitą prędkością, gdzieś tam w końcu rąbnął doznając poważnych obrazeń ciała. Jak okazało się później przekroczenie prędkości i brak kasku nie były jedynymi występkami młodzieńca: dwoma kolejnymi był brak prawa jazdy oraz spora ilość alkoholu we krwi. Dlaczego o tym piszę? Bo o dziwo, społeczeństwo przyznaje w takiej sytuacji rację temu idiocie, uważając, że ciężkie obrażenia ciała oraz prawdopodobne kalectwo są winą policjantów.

To nie pierwszy taki przypadek we Francji. Nie tak dawno temu dwójka imbecyli uciekając przed policją ukryła się w stacji transformatorowej, gdzie usmażyli się pod działaniem prądu. A w Polsce trzy lata temu dwóch debili jechało sportowym samochodem i nie zatrzymali się na wezwanie policji. Mieli pecha, gdyż jechali identycznym samochodem jak poszukiwani przestępcy. Oczywiście wszczęto pościg, potem wywiązała się strzelanina – jeden z owych mądrych inaczej młodzieńców zmarł na miejscu, durgi po dziś dzień jest sparaliżowany i wożony na swojej nowej bryce po sądach, żeby wyludzić od policji odszkodowanie.

Pytanie – kto tu tak naprawdę jest winien? Wszystkie trzy opisane przypadki to przypadki ludzi, którzy UCIEKALI PRZED POLICJĄ. Sorry, nie mam najmniejszych wątpliwości, że w takiej sytuacji winni są ci, którzy uciekali, a nie ci, którzy wykonywali swoje obowiązki. Wszak policja stoi na straży prawa, zaś jakakolwiek próba uniknięcia policji dowodzi chęci uniknięcia odpowiedzialności za coś. W takich sytuacjach nie ma żartów.

Jak dla mnie – osoby poszkodowane w tego typu sytuacjach nie powinny dostać żadnego odszkodowania (a może nawet i trzeba by wlepić im porządną karę z pierdlem włącznie za stworzenie kolejnego zagrożenia porządku publicznego), zaś policjanci za odwagę i determinację w ściganiu debili powinni dostać premię i awans. No, ale to nie w tym wszechświecie – może gdzieś w jakimś równoległym…