Myślokracja, czyli from łeb to web

46. Lost Mobisodes po polsku 29 listopad 2007 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 6:10 pm

W czasie hiatusa mojego ukochanego serialu dostajemy od pewnego czasu mobisody. Mozna jesje obejrzec (fatalnej jakosci) na YouTube. Oto polskie tlumaczenie poszczegolnych mobisodow, mojego autorstwa (moze nie idealne, ale lepsze to nic nic).

Mobisode1:  ”The Watch” (zegarek)

CHRISTIAN: Co robisz, dzieciaku?
JACK: Rzucam kamienie.
CHRISTIAN: Dobrze! Dobrze. Wyszalej się zanim się ożenisz.
JACK: Cóż, miałem to wyboru to albo siedzenie w środku z Sarą i ustalanie gdzie który kwiat ustawić.
CHRISTIAN: Mądry wybór! Słuchaj, zanim się to wszystko zacznie… . Chciałem dać ci coś. Należał do mojego ojca i pomyślałem, że będzie pasowało…
JACK: Nie widziałem tego nigdy wcześnie,
CHRISTIAN: No bo nigdy ci go nie pokazałem. Twój dziadek, niezbyt lubił Twoją matkę. Kiedy się żeniłem, był przekonany, że robię błąd. Powiedział mi to w twarz w dniu ślubu. A potem dał mi zegarek. I dlatego nigdy go nie nosiłem.
JACK: Tato chcesz mi coś powiedzieć?
CHRISTIAN: Nie, myślę że ty dokonałeś jak najbardziej właściwego wyboru.
JACK: Dziękuję.
CHRISTIAN: Proszę, jest Twój.
JACK: Rozumiem, że to się dzieje naprawdę?
CHRISTIAN: Tak, jak tylko poustawiają kwiaty i jak skończą ci się kamienie do rzucania.
JACK : Tu jest wiele kamieni.
CHRISTIAN: Zrobisz mi przysługę? Jeśli będziecie mieli z Sarą dziecko, traktujcie je lepiej niż ja potraktowałem was.
JACK: Be stresu, tak?
CHRISTIAN: Zobaczymy się w środku, dzieciaku.
JACK: Yeah.
CHRISTIAN: Okej?
JACK: Yeah.

Mobisode 2: “Hurley and Frogurt” (“Hurley i Frogurt”)

FROGURT: Witaj Hurley.
HURLEY: Frogurt.
FROGURT: Jestem Neil.
HURLEY: Neil.
FROGURT: Co robisz w namiocie Rose i Bernarda, Hurley?
HURLEY: Nic
FROGURT: Nic, co? Wygląda na to, że podwędziłeś nieco z dostawy Dharmy (?)
HURLEY: Bernard powiedział, że mogę ją pożyczyć.
FROGURT: Spokojnie, bracie. Nie jestem tu, aby robić ci wyrzuty; jeśli chcesz coś zakosić Berniemu, to zakaszaj. Mam inne pytanie do ciebie. Co iskrzy między tobą, a Libby?
HURLEY: Co masz na myśli?
FROGURT: Myślę, czy zorbisz jakiś ruch czy nie?
HURLEY: To chyba nie twoja sprawa, koleś.
FROGURT: Wiesz, pulpeciku. Piłeczka jest po twojej stronie, ale ty i ja dobrze wiemy że nie umiesz wyjść poza etap wspólnego prania. Więc może czas się wycofać i zrobić miejsce dla prawdziwego faceta?
HURLEY: Naprawdę?
FROGURT: Naprawdę.
HURLEY: Wiesz… tak się składa, że jesteśmy już po etapie prania. Ta prawda. W rzeczy samej, idziemy z Libby na za chwilę na randkę. Idziemy na piknik.
FROGURT: Umówisz się z nią?
HURLEY: Tak, ja przyniosę wino, ona przyniesie koce.
FROGURT: Dobrze zakombinowane Hurley, dobrze zakombinowane. Ale to nie koniec. Jeśli nie umiesz zbliżyć się do słodziutkiej Libby, nadchodzi czas Neila. Teraz i na zawsze.

Mobisode 3: “King of the castle” (“Król na zamku”)

BEN: Więc to musi być dziwne dla Ciebie.
JACK: Niezupełnie. Mój ojciec nauczył mnie grać w szachy jak byłem dzieckiem.
BEN: Miałem na myśli bycie tutaj, z niami.
JACK: Dostałem co chciałem.
BEN: Minęła sporo czasu od kiedy ostatnio miałem pod ręką kogoś, kto umie grać. Nie sądzę, aby było tu cokolwiek, co mogłoby przekonać cię do zostania. Spokojnie Jack, to tylko taka podpucha. mamy umowę i zamierzam jej dotrzymać.
JACK: Zamierzasz dotrzymać czy dotrzymasz?
BEN: To nie do końca ode mnie zależy. Jeśli wyspa nie chce żebyć ją opuścił, to jej nie opuścisz.
JACK: Co, wyspa moze zatopić łódź?
BEN: Nie, obiecuję ci, nie zrobię niczego, co mogłoby przeszkodzić ci w dostaniu się do domu. Ale jeśli opuścisz to miejsce, może nadejść dzień, kiedy będziesz chciał tu powrócić.
JACK: Nigdy
BEN: Nauczyłem się nigdy nie mówić nigdy. Ale jeśli ten dzień nadejdzie, mam nadzieję, że wspomnisz tę rozmowę. Było miło spróbować pomyśleć (?).

Mobisode 4: “The Deal” (“Umowa”)

JULIET: Witaj Michael, jestem Juliet.
MICHAEL: Czego chcesz?
JULIET: Ta łódź o którą prosiłeś… powiedzieli, że jest Twoja.
MICHAEL: Dobrze.
JULIET: Beatrice powiedziała mi że widziałeś swojego syna. Spędziłam z nim trochę czasu, z Waltem. To bardzo interesujące dziecko. On jest bardzo… bardzo inteligentny. Jest wyjąkowy.
MICHAEL: Co masz na myśli mówiąc “wyjątkowy”?
JULIET: On nie jest zwykłym chłopcem, dlatego martwię się o niego. Cieszę się że zgodziłeś się to dla nas zrobić, że zabierzesz go stąd.
MICHAEL: Myślisz że uwierzę w ten kit, który wciskasz mi o moim synu?
JULIET: Uwierz lub nie, Michael, nie jestem Twoim wrogiem.
MICHAEL: Nie jesteś?
JULIET: Nie, nie jestem. Jestem po Twoijej stronie. Człowiek, którego masz uwolnić, ma na imię Ben. Jest bardzo ważny.
MICHAEL: Czy on jest tym, który wydostanie mnie z tej wyspy?
JULIET: Tak.
MICHAEL: Zrobi to?
JULIET: Tak, zrobi.
MICHAEL: I myślisz, że ja w to wszystko uwierzę, co?
JULIET: Myślę, że tak.
JULIET: Ja też z nim zawarłam układ.
MICHAEL: Więc czemu wciąż tu jesteś?
JULIET: Bo on ocalił życie mojej siostry.
MICHAEL: I gdzie ona jest?
JULIET: W Miami.
MICHAEL: Ale ty musiałaś zostać. Jaki jest sens ratowania jej życia, skoro nie możesz z nią być?
JULIET: A ty nie zrobiłbyś wszystkiego, żeby tylko uratować Walta? Masz swoją listę. Powodzenia.

 

45. O Star Treku po raz drugi, a przy okazji o postępie techonologicznym i moim poglądzie na kosmitów. 20 listopad 2007 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Nauka, Seriale, refleksje — HaeS @ 5:33 pm

Oglądam od jakiegos czasu “Star Treka”. Przypominam, że nie mówię tu o Voyagerze, Enterprisie, Deep Space czy też tych odcinach z tym łysym kapitanem Pickardem, tylko o tym Star Treku z lat 60-tych, od którego wszystko się zaczęło. Poprzednio pisałem z umiarkowanym entuzjazmem i moje odczucia generalnie się nie zmieniły, jednak tym razem chciałem zwrócić uwagę na kilka szczegółów i niuansów, jakie wynikają ze zderzenia mnie, osoby wychowanej na przełomie wieków z tym wiekowym (no i wiekopomnym również) dziełem.

Po pierwsze – wizja przyszłości zaprezentowana w “Star Treku” nieco odbiega od dzisiejszej wizji. Nikt widocznie nie przewidział w jakim kierunku postąpi rozwój technologii. Co prawda bohaterowie korzystają z teleportów, phaeserów, gadających inteligentnych komputerów i napędów warp (i nie jest powiedziane, że tych rzeczy ludzkość wcześniej czy później nie wytworzy), a nawet mają przy sobie prymitywne komunikatory, podobne nieco w funkcji (a nawet z grubsza w wyglądzie) do telefonów komórkowych. Wówczas wizja posiadania osobistego komunikatora przy sobie była tak nieziemska i cudowna, że widzowie zapewne patrzyli z zachwytem na to cudo, wyobrażając sobie, że dopiero za kilkaset lat będziemy mieli dostęp do takiej technologii. Dzisiejsi widzowie patrząc na komunikatory, wzdychają jedynie z politowaniem, kwitujac “co za cegła!”. Podobnie ma się sprawa z innymi urządzeniami pełne one są wielgachnych diód, gałek i pokręteł, przypominając nieco radia żywcem wyjęte z PRL-u. Żadnych wyświetlaczy LCD, paneli dotykowych, żadnego pędu do miniaturyzacji – wszystko jest wielgachne i niezbyt estetyczne. Komputery pomimo tego, że gadają pełnymi zdaniami ludzkim głosem i rozumieją nawet najbardziej abstrakcyjne polecenia, wyposażone są w prymitywne wyświetlacze o jakości grafiki zbliżonej do komputerów ośmiobitowych. Widać więc, że wizja technologii scenarzystów nie do końca się sprawdziła – niektóre rzeczy poszły do przodu dużo szybciej, niż ci się spodziewali, innych jednak (jak np. teleportacja czy napęd warp) zapewne nie doczekamy sie nawet i w XXIII czy XXIV wieku. No cóż, jak ktoś za 50 lat będzie oglądał jakiś dzisiejszy serial, zapewne będzie miał dokładnie te same zastrzeżenia.

Po drugie – kosmici. Tutaj mamy wolną amerykankę i zupełny brak realizmu. Nie jest to jednak bolączka tylko “Star Treka”. To samo przecież było w Farscapie czy Babylon5. Założenie twórców jest mniej więcej takie: kosmici to humanoidalne dwunożne istoty o anatomii bardzo zbliżonej do ludzi. Są podobnej wielkości, przystosowani do podobnej grawitacji i temperatury, odżywiają się tym samym, co ludzie, a oddychają atmosferą tlenowo-azotową. Co więcej, zbieżnośc ta jest tak olbrzymia, że mają skórę tego samego koloru (chociaz zdarzają się u nich także rasy czarne – kosmicznych azjatów jeszcze nie zauważyłem, ale zapewne wszystko przede mną), podobny układ włosów, zębów, palców itd, a róznią się zazwyczaj mało istotnymi szczegółami (uszy u Spocka to najlepszy przykład). Dokłada się do tego potem jakąś ciekawostkę anatomiczną, której nie widać – zieloną krew, trzy wątroby albo zdolności psioniczne no i mamy kosmitę gotowego. Aha, jeszcze bardzo ważne, żeby mówił po angielsku (aby nie przesadzać, twórcy dokładają do tego jakąś filozofię z elektronicznymi translatorami, ale niesmak i tak pozostaje). Oczywiście, różnie oni szanują wolność, demokrację, hierarchię służbową, patriotyzm, prawo i miliony innych bzdur, które wymyśliła sobie ludzkość.

Bezczelność scenarzystów jednak sięga jeszcze dalej: otóż oni sobie po prostu krzyżują gatunki z różnych planet. Wszak Spock jest synem Ziemianki i Volcana. Jak to możliwe – nie mam pojęcia, ale zapewniam was o jednym: jeśli kiedykolwiek w kosmosie znajdziemy humanoidalną istotę, to łatwiej będzie zrobić krzyżówkę człowieka z marchewką niż z tym kosmitą, który składa się z zupełnie innych substacji. Inteligencji kosmici (o ile istnieją), wyglądają zapewne zupełnie inaczej. Oparci na węglu bądź krzemie, mogą być znacznie mniejsi bądź więksi. Różnić mogą się nie tylko kolorem zewnętrznej powłoki (niekoniecznie skóry – może być np. łuska bądź twarda skorupa) czy owłosieniem (o ile takowe mają). Mogą oddychać inną atmosferą (np. dwutlenkiem węgla, metanem czy parą wodną), być przystosowanymi do innej grawitacji. Składają się zapewne z komórek, ale białka, aminokwasy, tłuszcze i inne substancje organiczne zupełnie różnią się od naszych. Ich DNA (chociaż też nie jest powiedziane, że posiadają taką informację w swoich komórkach) jest zupełnie różne od ludzkiego. Nie musza być stałocieplni.Mogą mieć po sześć odnóży – na czterech chodzą, dwóch kolejnych używają jak ręce. Mogą nie mieć otworu gębowego – mogą wsysać pokarm całym ciałem. Mogą nie mieć oczu – na całym ich ciele znajdować się mogą komórki światłoczułe, zaś niektóre rejony byłyby szczególnie wrażliwe na światło. Ich uszy mogą znajdować się na stopach – w ten sposób odbieraliby drgania gruntu. Może być tak, że żyją tylko w tempetaturze kilkuset stopni. Albo też i na odwrót, być może do życia potrzebują ciekłego metanu tak, jak i my potrzebujemy ciekłej wody – wtedy żyją w ekstremalnie niskich temperaturach. Różnice między ich językiem, a naszym zapewne są gigantyczne – pomijając to, że większości ich głosek zapewne byśmy nie usłyszeli (ultra i infradźwięki). Nawet założenie o dwóch płciach niekoniecznie jest słuszne.

Różnice pomiędzy różnymi gatunkami na Ziemi w zależności od środowiska, w którym żyją, są tak olbrzymie, że powinno to dać do myślenia scenarzystom i pisarzom SF. Co bowiem jeśli organizm żywy rozwija się głęboko pod powierzchnią planety, bez dostępu światła, w esktremalnie niskiej/wysokiej temperaturze? Co jeśli przyszłoby im rozwijać się w atmosferze metanowej, czysto azotowej, chlorowej albo jeszcze innej? Co jeśli grawitacja jest dwanaście razy większa od naszej? No i co jeśli stworzenia te powstały w warunkiach, w których grawitacja jest praktycznie żadna? Czy muszą być porównywalnej wielkości z Ziemianiami, jeśli wychowali się na większej i cięższej planecie? Takie pytania można zadawać w nieskończoność i jedno wiem: na pewno żaden kosmit nie różni się od ziemian tylko spiczastymi uszami i zieloną krwią.

No i jeszcze różnice kulturowe – dla przykładu, Roddenbery za bardzo przejął się Romulanami (żyjącymi w okolicach gwiad Remus i Remulus) i potraktował temat dosłownie. Noszą oni zbroje i hełmy, pozdrawiają się jak Rzymianie, a dowodzą nimi pretorzy i centaurowie. Śmiech na sali. Brakuje tylko “Ave Cezar” w kierunku człowieka z wieńcem laurowym na głowie. Różnice w budowach mózgu sprawiły, że różnice kulutowe między Kalifornią, a Mozambikiem to pikuś przy różnicach kulturowych pomiędzy Ziemianami, a mieszkańcami drugiego końca galaktyki. Ale zanim to dotrze do twórców SF, sporo jeszcze czasu minie.

Póki co, oglądam ST (a także Farscape czy B5) dla rozrywki, bardziej traktując to jako “fiction” aniżeli “science”. A rozrywka jest, nie powiem, całkiem przyzwoita.

 

44. Jeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeest! 20 listopad 2007 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Sport — HaeS @ 5:30 pm

Z analizami koniec – wiemy już wszystko. Polacy w finałach ME 2008, Polacy w finałach ME 2012. Awans pierwszy wywalczony własnymi siłami, głową Leo, rękami Boruca i nogami Smolarka. Awans drugi – zsynchronizowanym wysiłkiem polskich i ukraińskich działaczy.

Cały czas pytam siebie – co my byśmy bez tego Smolarka zrobili? Uratował nam tyłek w meczach z Portugalią, z Kazachstanem, z Belgią… Duma narodowa, szczęście nasze i nadzieja na lepszą przyszłość. Wyobrażam sobie Smolarka w 2012 na ME w Polsce – dojrzałego piłkarza blisko schyłka kariery, dla którego właśnie te mistrzostwa będą okazją do efektownego pożegnania z reprezentacją. Ale do tego czasu jeszcze będą ME w Krajach Alpejskich i MŚ w RPA. Może on jeszcze wiele, wiele dla reprezentacji zrobić. ME w 2012 mogą być też ostatnią imprezą w karierze dla Leo, który też już swoje lata ma i już teraz mógłby odejść na emeryturę – no, ale mam nadzieję, że do tej imprezy dotrwa z naszymi piłkarzami.

Wynik meczu z Serbią nie jest zbyt istotny. Wciąż w pamięci mam mecz z Białorusią z 2001 – po sobotnim wielkim meczu na Stadionie Śląskim w Chorzowie i wygranej 3:0 nasi piłkarze, szczęśliwi po awansie, troszkę sobie pobalowali i skończyło się wynikiem 1:4. Bez niczego wybaczyłbym naszym chłopcom podobny wynik z Serbią – zasłużyli na odrobinkę szaleństwa bez konsekwencji.

Jeszcze jedna uwaga odnośnie ME2008 – prognozowany podział na koszyki jest dość kuriozalny. Koszyki 2,3 i 4 są dość wyrównane, ale koszyk 1 – śmiech na sali. Gospodarze (Austria i Szwajcaria), do tego aktualny mistrz (Grecja) i na dokładkę Chorwacja – dość silna reprezentacja, ale wolałbym spotkać się z Chorwacją niż, powiedzmy z Francją, Włochami czy Anglią. Tak słabego 1. koszyka dawno nie widziałem i unikałbym jak tylko się da dostania się do niego – no bo tacy Chorwaci (o ile utrzymają się w 1. koszyku) na pewno nie zagrają ani z Grecją, ani z Austrią, ani ze Szwajcarią. A właśnie to są właśnie trzy najmniej groźnie brzmiący rywale na tej imprezie.

 

43. Analiza sytuacji w grupie A po 7 meczach październikowych. 4 listopad 2007 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Sport — HaeS @ 7:18 am

Analiza spozniona, ale za to pisana na chlodno, w samym srodku przerwy miedzy meczami z Kazachstanem i Belgia, kiedy opadly juz emocje po pierwszym i nie narosly przed drugim spotkaniem i dzieki temu nie pisana pod wplywem emocji, ale chlodnej kalkulacji.

Można rzec oficjalnie: w grupie liczą się już tylko cztery drużyny – Polska, Portugalia, Serbia i Finlandia. Pozostałe drużyny, które jeszcze przed ostatnimi dwiema kolejkami mogły łudzić się teoretycznymi szansami, teraz łudzić się nie muszą – teraz już wiedzą, że następny awans (o ile będzie) to będzie awans na MŚ w RPA lub na ME w Polsce i Ukrainie. Krótko mówiąc: straciły jakiekolwiek szanse, realne bądź gdybalne na awans.

Do awansu brakują nam trzy punkty – jeśli tyle zdobędziemy, będziemy mieli ich 27 i wtedy ani Serbowie, ani Finowie nie będą w stanie nas przegonić. Już na tej podstawie możemy wyłonić 5 scenariuszy, które na na 100% zapewnią nam awans:

1a) Wygrana z Belgią, wygrana z Serbią

1b) Wygrana z Belgią, remis z Serbią

1c) Wygrana z Belgią, przegrana z Serbią

2a) Remis z Beglia, przegrana z Serbią

3a) Przegrana z Belgią, wygrana z Serbią.

Do tych 5 scenariuszy dorzucam jeszcze jeden, już wcale nie tak oczywisty:

2b) Remis z Beglią, remis z Serbią

Będziemy mieli 26 punktów – Serbia już nas na pewno nie dogoni. Pozostają jeszcze Portugalczycy i Finowie. Najprawdopodobniej taki układ da nam awas bez większych kombinacji, może jednak zdarzyć się pewien szczególny układ: Portugalia wygrywa z Armenią, Finlandia z Azerbejdżanem, a na koniec w pojedynku Finów z Portugalczykami obronną ręką wychodzą ci pierwsi. Wtedy wszystkie trzy drużyny mają 26 punktów i decyduje tzw. mała tabela. W powyżej przestawionym ukłądzie, 1 miejsce w takiej tabeli mają Finowie, drugie Polacy, Portualczycy odchodzą z kwitkiem. Zatem tak czy owak przy dwóch remisach jesteśmy na Euro.

Wystarczy zatem w 2 meczach z dość silnymi, ale przecież nie koszmarnymi rywalami, zdobyć 2 punkty – powinno się udać, ale wcale nie musi… Na szczęśćie, jesteśmy na 1. miejscu w grupie i nie musimy liczyć tylko na siebie, ale także mieć nadzieję na potknięcia rywali. Rozważmy kolejne scenariusze:

2c) Remis z Belgią, przegrana z Serbią

Prawie najgorszy scenariusz. Liczyć możemy tylko na ambicję drużyn z dolnej części tabeli. Serbia nie może wygrać z Kazachstanem, bo nas przegoni. Portugalia będzie przed nami, jeśli wygra Armenią lub z Finlandią. Finlandia aby nas przegonić musi wygrac i z Azerbejdżanem i Portugalią. Fatalnie? Nie aż tak. Jedna drużyna może nas przegonić. Jeśli przegonią nas dwie albo trzy – leżymy na całej linii. Cały czas pozostaje więc nadzieja.

3b) Przegrana z Belgią, remis z Serbią

Jednym zgrabnym remisem wyeliminowaliśmy Serbię i na placu boju pozostaje jedynie Finlandia i Portugalia. Portugalczykom aby nas przegonić wystarczy wygrana z Armenią bądź Finlandią, ale Finowie stoją przed bardzo trudnym zadaniem – musieliby pokonać i Azerbejdżan i Portugualię (na wyjeździe!). Zatem w scenariuszu 3b) do awansu potrzebujemy tego, aby Finlandia nie wygrała z Portugalią – co jest całkiem prawdopodobne. Lepiej jednak na to nie liczyć – wciąż w pamięci mam koszmarny mecz Szwecja-Łotwa z eliminacji Euro 2004, kiedy skazana na pożarcie Łotwa pokonała Szwedów, eliminując tym samym Polaków z walki o Euro. Krąży plota, że ci odpuścili sobie mecz po to tylko, aby zrobić na złość Polakom – a nuż Portugalczycy będą chcieli się zemścić za 4 stracone z nami punkty?

3c) Przegrana z Belgią, przegrana z Serbią

Scenariusz absolutnie nie napawający optymizmem, bardzo podobny do 2c). Portugalczykom brakuje dwóch punktów, które mogą zdobyć z Armenią lub Finlandią, Serbom – tylko jednego (mają z nami korzystniejszy bilans!) – jesli Kazachstan ich nie pokona, będzie kiepściuchno. W najgorszej sytuacji jak zwykle Finowie – oni muszą wygrać z Azerbejdżanem i nie przegrać z Portugalią. Tak czy owak, szanse na awans przy tym scenariuszu są minimalne.

I to na tyle. Mam nadzieję, że pisanie kolejnej analizy będzie rzeczą absolutnie zbędną, bo awans będzie pewny, ale jakby co – możecie na mnie liczyć.

 

42. Święto Wszystkich Świętych Męczenników, co wytrzymali 1,5 godziny na cmentarzu. 1 listopad 2007 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Kościół, Z życia, społeczeństwo — HaeS @ 7:48 pm

Popełniłem dzisiaj coś strasznego. Ewakuowałem się dzisiaj z cmentarza podczas uroczystości z okazji Wszystkich Świętych. Nigdy mi się wcześniej nie przydarzyło, ale tym razem sytuacja była absolutnie wyjątkowa, a winny wszystkiemu jest nasz nowy proboszcz.

Uroił sobie bowiem ten człowiek, że zamiast robić – jak to przystoi normalnemu księdzu – półgodzinną uroczystość, zrobi on 20-minutową uroczystość, potem odwali msze (taką full-wypas – z dwoma czytaniami, kazaniem no i oczywiście komunią na grubo ponad 1000 osób), a ostatnie 10 minut poświęci na dokończenie uroczystości, czyli litanię. Brzmi zachęcająco? Nie, a szczególnie dla mnie, który na msze chodzi tylko wtedy, kiedy musi (czyli na śluby i pogrzeby, ewentualnie od wielkiego dzwonu na chrzciny czy komunię kogoś z rodziny). Mimo wszystko, chciałem dla dobra sprawy (i żeby nie wkurzać rodziny) przeżyć to jakoś do końca. Jednak jako że było zimno, wytrzymałem tylko do komunii i kiedy zrobił się tłok i zamieszanie, skorzystałem z okazji i ewakuowałem się jak najprędzej. Zresztą nie tylko ja taką taktykę przyjąłem. To było normalne barbarzyństwo! Nigdy jeszcze nie spotkałem się z tak ewidentnym przypadkiem nadgorliwości duszpasterskiej.

No i to byłoby na tyle w tej kwestii. Wyżyłem się nareszcie. Za rok na wszystkich świętych chyba zachoruję, albo skończę ze średniowiecznymi zabobonami i powiem wszystkim że na żadne rytualne stanie nad grobami chodził NIE BĘDĘ. Bo drugiej takiej mszy nie zdzierżę na pewno.

 

41. Star Trek The Original Series – pierwsze wrażenie 1 listopad 2007 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 7:36 pm

Postanowiłem zaszaleć i dać sobie nieco hardcoru (a co!). Kto oglądał chociaż jeden odcinek Star Trek: TOS, wie o czym mówię. Obejrzałem dzisiaj (na próbę) pierwszy odcinek tego serialu.

Dla niekumatych: TOS powstał w latach 60-tych i jest to pierwszy serial o Star Treku. Wszystkie “Voyagery”, “Deep Space’y”, “Enterpreise’y” oraz jakieś Star Treki z takim łysym kapitanem (ten kapitan nazywa się Pickard jakby ktoś nie łapał) to dopiero pokłosie popularności TOS.

Oglądałem zupełnie pierwszy odcinek Star Treka w historii – pilota serialu pt. “Cage”, na dodatek wersję oryginalną (czyli nie remasterowaną, bo takowa też wyszła). No i co? Charakteryzacja fatalna, scenografia jeszcze gorsza, fryzury nie pytaj, kostiumy – dno, efekty specjalne – kupa śmiechu (mniej więcej na poziomie filmu “O dwóch takich, co okradli księżyc”) nawet gra aktorska z taką denerwującą manierą w głosie charakterystyczną dla lat 50-tych i 60-tych. Ale serial ten ma coś, co go broni – znakomitą fabułę. A to jest najważniejsze. Pierwszy odcinek jak najbardziej daje radę i sukcesywnie będę brał się za kolejne.

Ostrzegam jednak: tylko dla maniaków. Jeśli spodobały ci się “Transformersy” (fajne efekty + żałosna fabuła), od TOS trzymaj się z dala – ten serial leży dokładnie na przeciwnym biegunie!

 

40. Farscape sezon I 1 listopad 2007 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 7:26 pm

Farscape jest, nawet jak na standardy SF (który to gatunek ma w swoich ramach wyjąkowy rozrzut stylistyczny), serialem absolutnie wyjątkowym i niepowtarzalnym. Być może dlatego, że producenci, idąc wzorem George’a Lucasa i jego StarWarsów, zamiast tworzyć klasyczne science fiction, stworzyli coś, co ja nazwałbym “space fantasy”. Innymi słowy – punkt ciężkości serialu został przeniesiony z technologii i aspektów filozoficznych, tak charakterystycznych przecież dla SF, na pełnokrwistą akcję z solidną dawkę humoru.

Krótko o tym, co czeka przyszłego widza Farscape’a – astronauta John Crichton zostaje ni stąd ni z owąd przeniesiony do nieznanej części kosmosu i od razu trafia w sam środek jakiegoś konfliktu. Początkowo zdany sam na siebie, znajduje towarzyszy niedoli – zbiegów z sabaceńskiego (to jedna z tamtejszych ras) więzienia i wraz z nimi rusza w podróż w nieznane przez kosmos. Towarzysze zazwyczaj oryginalni: Zhaan – łysa, niebieska kapłanka, której gatunek okazuje się pochodzić od roślin, D’argo przypominający nieco przerośnietego krasnoluda z Tolkiena i niewielki wzrostem, aczkolwiek przesympatyczny (aczkolwiek wprawiający nieraz w zakłopotanie swoich towarzyszy) Rygel XVI, niegdysiejszy władca 600 miliardów istot. Z czasem dołączają do nich dwie towarzyszki – pierwsza już w pierwszym odcinku, druga – w połowie sezonu.

Serial sprawia wrażenie troszkę na siłę wciśniętego w konwencję SF – równie dobrze Crichton mógłby być naukowcem, który wskutek bliżej nieokreślonego biegu wydarzeń przeniesiony zostaje do krainy fantasy, pełnej magii i spotyka tam elfkę Zhaan, krasnoluda D’argo i gnoma Rygela – i wtedy większość historii z serialu można byłoby przenieść swobodnie w konwencję fantasy, zaś odcinki nie byłyby ani troskzę mniej ciekawe. Wybór kosmosu zamiast krainy czarów jest więc średnio trafiony, ale mimo wszystko daje radę.

Na początku sezonu każdy odcinek (a jest ich 22) opowiada inną historię, jednak mniej więcej od połowy serii odcinki zaczynają się lekko związywać (chociażby przez wspomnienie jakiegoś wydarzenia z poprzedniego odcinka), zaś 4 ostatnie odcinki to już jedna ciągłość akcji. Na początku serial słaby (a niektóre odcinki wręcz żałosne), z czasem rozkręca się tak, że nie sposób przerwać oglądania. No i tak ma być! Z nadzieją oczekuję drugiego sezonu.