Myślokracja, czyli from łeb to web

35. Nowa twarz LPR 16 wrzesień 2007 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Polityka — HaeS @ 1:11 pm

Od pewnego czasu śledzę działania polityczne Janusza Korwina-Mikkego. Wizerunek tego pana ten jawiącego się jako szanowny elegant z nieodłączną muchą nie do końca wyczerpuje cała głebię psychologiczną tej postaci. Poczytajcie sobie jego blog , przeszukajcie przepastne archiwa YouTube bądź wpiszcie jego nazwisko w google a znajdziecie wiele fascynujących faktów na temat tej postaci. Swoisty fan-club JKM znajduje się też na moim ulubionym forum www.gamelog.pl, gdzie mniej więcecj co druga osoba mniej lub bardziej utożsamia się z poglądami JKM. Nie tylko zresztą tam – we wszystkich sondażach internetowych jego partia UPR uzyskuje dużo wyższy wynik niż w sondażach tradycyjnych, a w niektórych nawet wyraźnie wygrywa. Być może wynika to z tego, że przekrojowo w internecie więcej jest osób młodych, dobrze usytuowanych i wykształconych, a taki elektorat najchętniej zgadza się z poglądami UPR.

Osobowość barwna , dodatkowo kontrowersyjna. Jego poglądy na niektóre sprawy (zlikwidować przymus ubezpieczeń, także społecznych, przywrócić karę śmierci, prywatyzować szkoły i szpitale) tak bardzo odstają od całokształtu polskiej polityki, że przyrównując pozostałe partie do UPR trzeba wrzucić wszystkie je do jednego worka, bo nawet najbardziej dramatyczne różnice poglądów w polskim sejmie wydają się być niewiele znaczącymi szczególikami przy rewolucyjnych wymysłach Janusza Korwina-Mikkego. Mikke ma też oryginalne poglądy na nie do końca związane z gospodarką sprawy – np. jako jedyny polityk ma całkowicie gdzieś politczną poprawność i otwarcie twierdzi, że kobiety nie powinny pracować zawodowo. Czyni to jednak z tak wielką ogładą i urokiem osobistym, że nawet panie nie zrażają się jego poglądami.

Pomimo tego wszystkiego od lat jednak jakoś nie może przebić się do czołówki polskiej polityki. Sam wini za to sondaże (sugerując niejednokrotnie, że nie do końca są one rzetelne) i efekt strachu przed utratą głosu. Ludzie widzą, że w sondażach UPR ma 2-3% głosów i nie przebije się – po co więc na nich głosować? A szkoda. Dopuścić się do bezpośredniej władzy takich ultraliberałów bym się bał, ale jako istotny głos w sejmie na pewno taka partia jak UPR by się przydała.

Tym razem zdesperowany już JKM chwycił się chyba ostateczności – zawiązując sojusz z Ligą Polskich Rodzin i Prawicą Rzeczypospolitej liczy, że tym razem uda mu się dostać do sejmu. Czyżby? O ile rozważałem oddanie głosu na UPR, ta decyzja ostatecznie mnie od tego pomysłu odwiodła. Jak tu oddać głos na Korwina mając świadomość, że ten głos może wspomóc partię Giertycha (już pal licho Jurka, bo to uczciwy, sumienny i porządny chłop, chociaz troszkę ultrakatolicki)? No powiedzcie mi – jak?

 

34. Prison Break – przed premierą 3. sezonu 15 wrzesień 2007 (sobota)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 8:19 am

Nie miałem jeszcze okazji wypowiedzieć sie na tych łamach na temat jednego z najbardziej kultowych seriali ostatnich czasów, będącego aktualnie w ścisłym topie seriali budzącego spore emocje “Prison Breaka”.

Preludium
Na “Prison Breaka” napaliłem się już dawno temu, jeszcze za czasów jak w TV leciała druga seria Lost. Wyczytałem gdzieś w necie, że to jest zajebisty serial, lepszy nawet od Lostów, równie tajemniczy, równie klimatyczy, ale o wiele bardziej emocjonujący i “napakowany” akcją no i bez zdarzających się “Zagubionych” odcinków o niczym. Emocje te podsyciła jedna z moich znajomych która była w trakcie oglądania i potwierdziła te rewelacje. Także sam opis wyglądał zachęcająco: jeden z braci trafia niesłusznie do więzienia, drugi będący geniuszem tatuuje sobie całe ciało planami budynku i dostaje się do tej samej placówki aby wydostać siebie i brata. Podsumowując: jedno wielkie WOW!

Sezon 1
Uzbrojony w tę wiedzę, postanowiłem zaopatrzyć się w płytki z serialem coby obejrzeć to wybitne dzieło. Zadanie było wówczas jeszcze ponad moje siły (dzisiaj nie miałbym z tym problemu), ale zdarzyło się, że zaczął lecieć “PB” na Polsacie pod zmienionym z bliżej nieokreślonych powodów tytułem. Obejrzałem pierwszych kilka odcinków i byłem zafascynowany. Widać że w serial wpompowali sporo kasy, napisali fajny i przemyślany scenariusz, zbudowali mroczny klimat, a każdy odcinek był niesamowicie emocjonujący. Serial w dechę! Pierwszy sezon w ogóle na pewno słaby nie jest. Dużo emocji, świetne cliffhangery no i zagadki – co znowu knuje Michael, co tym razem wymyśli?

Nie każdy wie, że PB miał pierwotnie mieć ledwie 13 odcinków. I to jest coś, co widać. Pierwszych kikanaście odcinków zasługuje na najwyższą cześć i uznanie, znakomicie przemyślane scenariusze, jeszcze lepiej zrealizowane. Potem jednak coś pęka. Druga połowa pierwszego sezonu jakby mniej przemyślana, więcej jest niekonsekwencji i bezsensów, chociaż – przyznaję – nadal trzyma w napięciu, a takie motywy, jak np. cliffhanger w którym Bellick odkrywa dziurę w podłodze czy sama scena ucieczki nie pozwalają powiedzieć, że druga część pierwszego sezonu jest słaba. Po prostu nie jest juz bardzo dobra, jest po prostu dobra.

Ogólnie sezon 1. jest sezonem opowiadającym o geniuszu mającym znakomity pomysł i konkretny plan jak ten pomysł zrealizować. My, widzowie, jedynie krok po kroku, z odrobiną niedopowiedzenia, plan ten poznajemy i to niekoniecznie w sposób łopatologiczny – dużo trzeba się domyślać, wiele zagadek rozwiązywanych jest długo po ich pojawieniu się. Emocjonuje, fascynuje i daje dużo satysfakcji. Dobry, inteligentny serial, chociaż jednak – co warto powiedzieć – bez rewelacji.

Sezon 2

Hę? Że co? – sezon drugi pokazuje swoje prawdziwe oblicze już w pierwszych sekundach. Bohaterowie uciekli nocą, prawda? Uciekł im samolot, a za plecami mieli hordy policjantów z psami. Póki co wszystko się zgadza. Ale że 2. sezon zaczyna się od sceny pościgu odbywającej się wtedy kiedy jest już całkiem jasno (!) można stwierdzić, że coś jest nie tak. Nie wspominałbym o tym, gdyby to był jednorazowy błąd, ale tak naprawdę ten burak jest idealnym preludium do 2. sezonu.

Jaki jest ten 2 sezon? Nudny. Naciągany. Przesadzony. Na siłę urozmaicany. Schematyczny. Przez 22 odcinki widzimy tylko uciekających bohaterów i depczących im po piętach policjantów. O ile w 1. sezonie widzieliśmy cały czas Michaela kombinującego jak uciec z więzienia, to jednak wiedzieliśmy, że działania te mają jakiś cel i zmierzają w konkretnym kierunku: w kierunku ucieczki. W 2. sezonie konkretnego kierunku nie było. Bohaterowie zwiewają, policjanci prawie ich mają na muszce, ci znowu się wymigują i tak w kółko. Można by tak ciągnąć to z 10 sezonów.

Bezczelne udawanie scenarzystów, że Michael ma znowu PLAN za bardzo nie wychodzi. Nie wychodzi w ogóle. Nie będę znęcał się nad żałosnymi pomysłami i naciąganymi motywami, ale całą tajemniczość pierwszej serii i znakomity klimat więzienia diabli wzięli. Dostaliśmy po prostu serial sensacyjny klasy C, za to w ładnym opakowaniu. Bellick i ten drugi strażnik, Mahone, Kellerman i C-Not zawierają tajemnicze sojusze, zdradzają się nawzajem, niemal jak w modzie na sukces – każdy z każdym. Kto zresztą oglądał, ten wie.

Jest jednak jedna rzecz, która wynagrodziła mi wszystkie cierpienia związane z oglądaniem tego sezonu. Nie, nie chodzi mi o żonę Michaela w różowym stroju (chociaż przyznaję – jest śliczna!). Chodzi o końcówkę, Sonę. Znakomite zakończenie fatalnego sezonu. Co będzie dalej? Nie mam pojęcia, ale będzie ciekawie. I trzeciego sezonu, mimo wszystko, nie odpuszczę.

Epilog
Jeszcze kilka rzeczy, o których nie wspomniałem. Gra aktorska – generalnie słaba, ale postać T-Baga znakomicie zagrana. Czarny charakter z prawdziwego zdarzenia, tak obrzydliwy, że rzygać się chce na sam jego widok. A jak się później dowiadujemy – jednocześnie mający także zdolność do przeżywania prawdziwych uczuć. Złożona, ciekawa postać, znakomicie odtworzona przez Kneppera. Kellerman prowadzony głupio i niekonsekwentnie, beznadzieja. Jak to się stało, że ze złego stał się nagle dobrym nie mogę pojąć. Mahone – zapowiada się ciekawe, im dalej tym większego psychola z niego robi. Świrus – moja ulubiona postać z 2. sezonu. Szkoda, że tak szybko skończyli jego udział w serialu. No i Abruzzi, którego słusznie uśmiercili. Świetny w 1. sezonie, w 2. sezonie nie miałby już IMHO okazji zaprezentować tak ciekawie jak w więzieniu.

Moja prognoza na 3. sezon – Michael jest w więzieniu, ponieważ tak poprowadził go przez swoich ludzi tajemniczy Łysol. Prawdopodobnie w Sonie jest ktoś ważny dla niego, kogo trzeba koniecznie wydostać. I to jest zadanie dla Michaela.

 

33. Analiza sytuacji w grupie A po remisie z Finlandią. 14 wrzesień 2007 (piątek)

Zaszufladkowany do: Sport — HaeS @ 2:50 pm

Wszystkie trzy spotkania w naszej grupie zakończyły się remisami, jedno (Armenii z Azerbejdżanem) nie odbyło się. Status quo grupy został zachowany. Oto tabela:

1. Polska 21 punktów, 11 meczy
2. Finlandia 19 punktów, 11 meczy
3. Portugalia 17 punktów, 10 meczy
4. Serbia 16 punktów, 10 meczy
5. Belgia 11 punktów, 10 meczy
6. Armenia 8 punktów, 8 meczy
7. Kazachstan 7 punktów, 10 meczy
8. Azerbejdżan 5 punktów, 8 meczy

Lista meczów do rozegania:

13.09.2007
Polska-Kazachstan
Armenia-Serbia
Belgia-Finlandia
Azerbejdżan-Portugalia

17.10.2007
Kazachstan-Portugalia
Azerbejdżan-Serbia
Belgia-Armenia

17.11.2007
Polska-Belgia
Serbia-Kazachstan
Finlandia-Azerbejdżan
Portugalia-Armenia

21.11.2007
Serbia-Polska
Portugalia-Finlandia
Armenia-Kazachstan
Azerbejdżan-Belgia

Analiza:
Aby ułatwić analizę, ponownie dopisuję drużynom Serbii i Portugalii po trzy punkty a’konto spotkań z outsiderami. Wciąż mamy mocną, równą czołówkę, oto ona:

1. Polska 21 punktów
2 Portugalia 20 punktów
3. Finlandia 19 punktów
4. Serbia 19 punktów

Jak grają Polacy: Kazachstan (D), Belgia (D), Serbia (W)
Jak grają Finowie: Belgia (W), Azerbejdżan (D), Portugalia (W)
Jak grają Portugalczycy: Azerbejdżan (W), Kazachstan (W), Armenia (D), Finlandia (D)
Jak grają Serbowie: Armenia (W), Azerbejdżan (W), Kazachstan (D), Polska (D)

Widać, jak bardzo wyrównana jest to czołówka i jak ciężko jest wskazać faworyta szczególnie, że w najbliższej kolejce każda z drużyn gra z drużyną z drugiej, “gorszej” czwórki – może być tak, że każda ekipa zgarnie po trzy punkty i tabela będzie równie płaska, jak widać powyżej. A meczy do rozegrania coraz mniej i mniej. Rozkład gier wygląda dla nas dość korzystnie – tylko trzy mecze, w tym dwa najbliższe u siebie. Ale jedno potknięcie może nas kosztować awans, bo zaraz za naszymi plecami czyhają żądni awansu Serbowie czy Finowie, którzy mają do nas tylko 2 punkty straty.

Scenariusz 1: Wygrywamy z Kazachstanem
Nie ma co się czarować – nikt nawet nie dopuszcza innego scenariusza. 3 punkty u siebie z Kazachstanem to obywatelski obowiązek reprezentantów i każdy inny wynik będzie uważany za niewykorzystaną szansę. Jeśli wygramy, w najgorszym wypadku status quo grupy zostanie zachowane. Jeśli jednak przy naszej wygranej któryś z rywali potknie się o Belgię, Azerbejdżan bądź Armenię, odskakujemy takiej drużynie odpowiednio:
- 3 punkty przerwagi mamy nad Portugalią jeśli ta zremisuje
- 4 punkty przewagi nad Portugalią w przypadku jej porażki, nad Serbią lub Finlandią w przypadku remisów
- 5 punktów przewagi przy porażce Serbii bądź Finlandii.

Scenariusze 2&3: Tracimy punkty z Kazachstanem
Scenariusz mało prawdopodobny, ale jeśli tak się zdarzy – leżymy na całej linii. Mamy 21 lub 22 punkty. Portugalia wygrywa i ma 23 punkty. Serbia wygrywa, ma punktów 22. Finlnadia wygrywa i też 22. Może zdarzyć się co prawda, że potknie się któryś z rywali, ale niewiele nam to pomaga – awans wciąż jest poważnie zagrożony. Całe szczęście, że w ostatniej kolejce my gramy z Serbami (więc możemy ich wyprzedzić), a Portugalia z Finlandią (więc ktoś potraci punkty). No, ale po co się stresować? Z Kazachstanem wygramy. Musimy!

Warto zauważyć jeszcze, że w następnej kolejce jesteśmy w najbardziej korzystnej sytuacji – gramy u siebie z rywalem bardzo mało wymagającym. Wszystkie pozostałe drużyny grają na wyjeździe, dodatkowo Finlandia zmierzy się z niewygodną Belgią, zaś Serbia – z mało gościnną Armenią. Jedynie w meczu Portugalii z Azerbejdżanem można założyć z dużym prawdopodobieństwem, że to podopieczni Scolarriego wyjdą z tego zwycięsko.`

Czekamy z utęsknieniem na nastepną kolejkę licząć, że awans będzie nieco bliżej. Kolejna analiza po meczach z 17.10. My będziemy kolejkę do przodu, nasi rywale – o dwie. Nie trzeba będize dopisywać nikomu punktów, zaś sytuacja będzie już duzo bardziej klarowna. W końcu dwie kolejki przed koncem wiele moze sie juz wyjasnic. Albo i nie. Byc moze zdarzy sie tak, ze do samego konca 4 druzyny beda walczyly o awans i dopiero ostatnia,

jakze emocjonujaca kolejka ostatecznie wszystko wyjasni.

 

32. Ogłoszenia duszpasterskie 13 wrzesień 2007 (czwartek)

Zaszufladkowany do: O blogu — HaeS @ 8:13 pm

Analizy pomeczowej dzisiaj i jutro raczej nie bedzie – mam problem zwiazany z brakiem samochodu w wyniku wypadku poprzedniego bolidu i obecnie poszukuje kolejnej maszyny do zamęczenia, co jest czasochłonne, ale pilne.

Z ciekawostek: po wczorajszym meczu Finlandia-Polska ilość ludzi wchodząca na moj blog po wpisaniu jakiejsc frazy zwiazanej z meczem byla porazajaca. Rekord dlugo, dlugo nie do pobicia:

I na koniec apel o komentowanie – LUDZIE, KOMENTUJCIE!! To wazne i mobilizujace dla czleka takiego, jak ja, aby inni pisali co o danym zagadnieniu mysla i na ile zgadzaja sie/nie zgadzaja z moim pogladem.

No i na razie to by bylo na tyle.

 

31. Alien vs Predator, czyli Koń Wszechpolski vs Bulterier Kaczyńskich 12 wrzesień 2007 (środa)

Zaszufladkowany do: Polityka — HaeS @ 5:20 am

Nie jestem, nie byłem i pewnie nigdy nie będę w fan-clubie imć Romana Giertycha, co nie oznacza, że zupełnie neguję potrzebę istnienia takiej postaci na polskiej scenie politycznej. Jest postacią ciekawą, ubarwniającą naszą scenę polityczną i wnoszącą do rzeczonej sceny wiele humoru i ożywienia. Tacy ludzie jak właśnie Miller, Giertych, Lepper, Marcinkiewicz, Rokita, Wałęsa czy Korwin-Mikke jak najbardziej potrzebni są na polskiej scenie politycznej o ile pozostają oni (a przynajmniej większość z nich) gdzieś a obrzeżach polskiej Polityki, bez realnego wpływu na losy państwa.

Na potwierdzenie tych słów rzucam filmik. Trwa aż 9 minut, ale naprawdę warto go obejrzeć. Co się w nim dzieje? Giertych prowadzi z sejmowej mównicy monolog adresowany w posła Kurskiego. Ośmiesza go totalnie, zawstydza i robi z niego durnia i kłamcę. Warto posłuchać, zobaczyć żywą reakcję sejmu no i minę Kurskiego. Jazda totalna!

Uwielbiam takie filmiki – pokazujące, że obrady sejmu nie zawsze są nudne i statyczne, wręcz przeciwnie – dzieje się w nich wiele, tylko trzeba wyłowić perełki w ogromie nudy.Deklaruję się od czasu do czasu coś takiego właśnie rzucić.

 

30. Moda na Sukces po raz drugi. 11 wrzesień 2007 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 5:34 pm

Poniewaz sporo ruchu na moim blogu jest generowane przez wyszukiwarke Google, a wiekszosc z tego poprzez wpisanie w rzeczona wyszukiwarke “Moda na Sukces”, zas najpopularniejsza rzecza zwiazana z MnS jest pierwszy odcinek (nie ma dnia zeby ktos nie trafil na moj blog wpisujac “Moda na sukces odcinek 1″, ku uciesze owej niezliczonej rzeszy internatutów bedacych fanami MnS zamieszczam pierwszy odcinek. Co prawda po wlosku i podzielony na dwie czesci, ale i tak jest co ogladac.

Serial oczywiscie mam gdzies, ale sam dla smiechu obejrzalem (a co!) – warto, aby miec wiekszy oglad na ten serial.

Tak wiec, panie i panowie, MODA NA SUKCES ODCINEK PIERWSZY (w tym miejscu fanfary):

Część pierwsza
Część druga

 

28. Analiza sytuacji w grupie A po remisie z Portugalią. 9 wrzesień 2007 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Sport — HaeS @ 12:08 pm

Wieszczenie, że Polacy po remisie z drużyną Portugalii (gratulacje, chłopaki!) są już jedną nogą w Euro2008 jest mocno przesadzone. Polską reprezentację czeka jeszcze duuuuuuuużo wytężonej pracy, chociaz przy odrobinie szczęścia możemy awansować do Euro. Wygląda na to, że brakuje nam obecnie dokładnie 11 punktów, czyli jeśli nie chcemy liczyć na niczyje potknięcie, musimy wszystko do końca wygrać. Ale to nie do końca prawda. Drużyny z czołówki grają ze sobą, co oznacza, że potracą nieco punktów i nie trzeba wygrać wszystkiego, aby awansować. Dużo wyjaśni następna kolejka, w której zagramy z Finlandią, zaś Portugalia z Serbią. Ale po kolei:

Dane do analizy:

1. Polska 20 punktów, 10 meczy
2. Finlandia 18 punktów, 10 meczy
3. Portugalia 16 punktów, 9 meczy
4. Serbia 15 punktów, 9 meczy
5. Belgia 10 punktów, 9 meczy
6. Armenia 8 punktów, 8 meczy
7. Kazachstan 6 punktów, 9 meczy
8. Azerbejdżan 5 punktów, 8 meczy

12.09.2007:
Finlandia-Polska
Kazachstan-Belgia
Portugalia-Serbia
Armenia-Azerbejdżan

13.09.2007
Polska-Kazachstan
Armenia-Serbia
Belgia-Finlandia
Azerbejdżan-Portugalia

17.10.2007
Kazachstan-Portugalia
Azerbejdżan-Serbia
Belgia-Armenia

17.11.2007
Polska-Belgia
Serbia-Kazachstan
Finlandia-Azerbejdżan
Portugalia-Armenia

21.11.2007
Serbia-Polska
Portugalia-Finlandia
Armenia-Kazachstan
Azerbejdżan-Belgia

Analiza:
Azerowie, Belgowie, Ormianie oraz Kazachowie już się nie liczą. Każda z tych drużyn ma jeszcze teoretycznie szansę zdobyć pierwsze lub drugie miejsce w grupie, ale jest niemal pewne, że rozgrywka odbędzie się między drużynami Polski, Finlandii, Portugalii i Serbii. Aby ułatwić analizę dopisuję Serbom i Porgualczykom po 3 punkty a’konto meczów z Kazachstanem bądź Azerbejdżanem (bardzo prawdopodobne, że przynajmniej jeden z tych meczów wygrają) – po to, aby wszystkie drużyny miały po tyle samo rozegranych meczy (szalenie ułatwia to ogląd sytuacji). Czołówka tabeli wygląda następująco:

1. Polska 20 punktów
2 Portugalia 19 punktów
3. Finlandia 18 punktów
4. Serbia 18 punktów

Jak grają Polacy: Finlandia (W), Kazachstan (D), Belgia (D), Serbia (W)
Jak grają Finowie: Polska (D), Belgia (W), Azerbejdżan (D), Portugalia (W)
Jak grają Portugalczycy: Serbia (D), Azerbejdżan (W), Kazachstan (W), Armenia (D), Finlandia (D)
Jak grają Serbowie: Portugalia (W), Armenia (W), Azerbejdżan (W), Kazachstan (D), Polska (D)

Pierwsze dwa mecze to mecze Polski z Finlandią oraz Serbii z Portugalią.

Scenariusz 1: Polska wygrywa z Finlandią.
Mamy 23 punkty, uciekamy Finom o 5 punktów. Mało prawdopodobne, aby zdołali to odrobić w trzech meczach.
1a: Tymczasem Serbia pokonuje Portugalię – Mamy 4 punkty przewagi nad Portugalią i 2 nad Serbią.
1b: Serbia remisuje z Portugalią – Serbia za nami o 4 punkty, Portugalia o 3
1c: Portugalia wygrywa – Mamy tylko 1 punkt przewagi nad Portugalią, za to aż 5 nad Serbią i to jest właśnie najkorzystniejszy rezultat.

Do rozegrania jeszcze trzy mecze. W scenariuszu 1a brakuje i 1b do awansu potrzebujemy pięciu punktów, w 1c – ledwie czterech. Można je zdobyć np. wygrywając z Kazachstanem, Belgią bądź Serbią lub liczyć na porażki rywali. Wystaczy, że my wygramy mecz z Kazachstanem, Finlandia przegra jeden dowolny mecz (np. z Portugalią), zaś Serbowie (w scenariuszu 1b i 1c) lub Portugalczycy (1a) przegrają jeden dowolny mecz i jesteśmy w Euro

Scenariusz 2: Polska-Finlandia 0:0 (albo 1:1, 2:2, 3:3 lub 13:13)
Tu już nie jest różowo. Finowie są za nami nadal ledwie punkty do tyłu.
2a: Serbia pokonuje Portugalię – Serbowie nas przeganiają o punkt, Portugalczycy nadal są punkt za nami
2b: Serbia remisuje z Portugalia – Status quo czołówki zostaje zachowany, mamy tę samą pozycję do ataku, a jeden mecz do rozegrania mniej
2c: Portugalia wygrywa – Mamy do niej dwa punkty straty i dwa punkty przewagi nad Serbią

Wszystkie powyższe ewentualności komplikują nieco naszą sytuację, ale nie aż tak bardzo. Nadal mamy 2. miejsce w grupie (W scenariuszu 2b nawet pierwsze) i wszystko zależy od nas, od nas i tylko od nas.

Scenariusz 3: Polska przegrywa z Finlandią
I na to trzeba być przygotowanym. Finowie mają już nad nami punkt przewagi i jest niewesoło.
2a: Wygrana Serbii sprawia, że i Serbowie nas przeganiają o punkt, a Portugalia jest tylko punkt za nami
2b: Remis w meczu Serbów i Portugalczyków sprawia, że Portugalia ma tyle punktów, co i my, a Serbia traci do nas tylko punkt
2c: Kombinacja przegrana Polski + wygrana Portugalii to najgorszy scenariusz. Jednak nawet dwa punkty za Portugalczykami, punkt za Finami i dwa punkty przed Serbami nie stawia nas jeszcze w jakiejś super-fatalnej sytuacji, szczególnie, że Portugalia gra z Finladią w ostatniej kolejce, zatem na pewno ktoś potraci punkty. A to wciaz oznacza, ze wszystko zależy od nas!

Po meczach Finlandia-Polska i Portugalia-Serbia pozwolę sobie zrobić kolejną taką analizę. Im bliżej końca, tym klarowniejsza sytuacja. Mam nadzieję, że będziemy już rozpatrywać sytuację po scenariuszu (1c).

 

27. Highlander czyli Nieśmiertelny 8 wrzesień 2007 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film — HaeS @ 7:47 pm

Lata 80te uważane są (słusznie) za epokę wielkiego kiczu. Charakterystyczna kultura tych lat to mało wyrafinowana muzyka, młodzież w śmiesznych z dzisiejszego punktu widzenia strojach i fryzurach czy tez filmy z jednym wątkiem w rodzaju “Rambo” czy “Rocky”. Mnie osobiście ten kicz raz fascynuje, raz razi, w zależności od aktualnego humoru. Ma swój urok. Wszystko w tych latach było kolorowe i proste (albo też mroczne i proste – jak w horrorach z tamtego okresu), a oglądając wszystko to, co pochodzi z tego etapu, człowieka ogarnia taka nostalgia.

Pierwszy “Highlander”, którego sobie właśnie odświeżyłem przed obejrzeniem kolejnych części, na pozór wyłamuje się z tego schematu. Film mroczny, ale daleki od tandety. Retrospektywne sceny z późnośredniowiecznej Szkocji mają unikalny jak na lata 80-te klimat, całość narracji zaś jest sprytnie poprowadzona tak, aby było możliwie jak najmniej nawiązan do kultury tamtego okresu, chociaz miejscami wciąż jeszcze gdzieś tam ówczesne tredny przemysłu filmowego przebłyskują przez czyjąś wypowiedź albo czyn.

Chociaz trudno w to uwierzyć człowiekowi przyzwyczajonemu do polskiego tytulu, oryginalny tytuł filmu – Highlander czyli “Człowiek z Gór” (proponowany gdzieniegdzie Góral brzmi dla mnie wieśniacko), lepiej oddaje sens dzieła aniżeli polski “Nieśmierelny”. MacLeod cały czas pozostaje człowiekiem z gór. Pomimo czterystu lat na karku, życia w nowojorskiej dżungli, jego serce jest tam, w dalekiej Szkocji, tam przeżył pierwszych kilkadziesiąt lat swojego życia wraz z Heather, tam też i ona umarła. To jest jego miejsce i on cały czas pozostaje człowiekiem z gór niezlaeżnie od tego, co w jego życiu się zmienia. I to jest chyba sens tego filmu, wazna czesc i wazny element fabuly. Polski tytul zupelnie zbija z tropu widza.

W pamięci pozostaje kilka świetnych scen, jak choćby uratowanie małej Rachel albo śmierć ukochanej głównego bohatera. Dobra rola Lamberta, ale prawdziwą gwiazdą jest świetny jak zawsze Sean Connery – co prawda nie ma go tam za dużo (wszystkiego z Seanem może jest pół godzinki, a może jeszcze mniej), ale aktor ten nie schodzi poniżej swojego wyśmienitego poziomu także i w tym filmie. Całość uzupełnia znakomicie komponująca się z filmem muzyka Queen, zaś psują efekty specjalne, wyraźnie odstające od dzisiejszych standardów oraz kiczowacie napisana i jeszcze gorzej zagrana postać głównego przeciwnika MacLeoda (bodajże Kurgana).

Ale nie wymagajmy zbyt wiele, w końcu to była połowa lat 80-tych. Oceniany z dzieisjzego punktu widzenia film nieco traci, nadal jednak pozostaje w ścisłej czołówce najwybitniejszych i najciekawszych produkcji filmowych. Jestem ciekaw czy kolejne części (w które się już zaopatrzyłem) będą trzymały ten sam poziom.

 

26. Koryto zostaje to samo, świnie się zmieniają. 8 wrzesień 2007 (sobota)

Zaszufladkowany do: Polityka — HaeS @ 8:30 am

Że się sejm rozwiązał, każdy interesujący się chociaż odrobinę sytuacją polityczna w Kraju już wie. W kwestii tego, czy to dobrze czy źle, opinie są raczej jednoznaczne i tylko maniakalni fani partii Giertycha i Leppera kręcą nosami, bo wszystko wskazuje na to, że ta dwójka traci z każdym dniem jakiekolwiek szanse, że kiedykolwiek pojawią się jeszcze w sejmowych ławach.

Zawsze mówię wszystkim, że Giertych dziesięciokroć bardziej zasługuje na szacunek od Leppera. Giertych ma swoją ideę, swój program i go konsekwentnie realizuje. Że nie umie – inny problem. Że ja się w większości kwestii z nim nie zgadzam – też inny problem. Ale chociaż ma jakąś ideę, wizję, myśl przewodnią. Lepper na jego tle wygląda zupełnie inaczej. W moich oczach jaki się jako prymitywny warchoł, znakomicie wygładzony przez specjalistów od PR, którego jedynym celem jest dorwanie się do koryta i eksploatowanie go granic możliwości. Zawarł by sojusz z każdym byle tylko mieć swój udział we władzy, a swój ogólnikowy program przypasowałby w zależności od potrzeb do programu dowolnego ewentualnego koalicjanta, od Polskiej Partii Komunistycznej aż do Unii Polityki Realnej.

Jak dla mnie największym błędem politycznym PiSu była właśnie “koalicja wstydu”. Za czasów wczesnych rządów PiS, w epoce paktu stabilizacyjnego, mieliśmy kryzys władzy i wielu było przekonanych, że wybory będą już teraz, zaraz, za chwilę. Tak się jednak nie stało, Jarosław Kaczyńśki ustami swojego brata Lecha stwierdził, że jeszcze nie czas na wybory. Z jednej strony szkoda straconego ponad 1,5 roku, z drugiej – i tak, jak za chwilę wykażę, niewiele by to zmieniło.

Załóżmy, że wybory teraz wygra PO. Zajmie ok. 40% miejsc w parlamencie, srebrny medal przypadnie PiSowi, brązowy LiDowi, a szanse na dostanie się do parlamentu ma jeszcze PSL, Samoobrona i – raczej iluzoryczne – LPR czy UPR. Tak naprawdę jednak PiS, LPR i Samoobrona mogą dostać dużo więcej głosów niż wskazują na to sondaże – to skutek dość częstego zjawiska kiedy ankietowani wstydzą się przyznać do swoich preferencji politycznych, szczególnie w epoce powszechnej nagonki prasowej na w/w partie.

Platforma stanie w dokładnie takim samym impasie jak dwa lata temu PiS i gorszym od tego, w jakim sześć lat temu stanął SLD. Sama rządzić nie może, a koalicji nie ma z kim założyć. No bo z kim? Z PiSem skłócona, z populistami z LPR/Samoobroną nikt rzadzić nie chce, SLD to komuniści, a PSL czy UPR nawet jeśli dostaną się do sejmu, to z tak małą ilością posłów, że mogą stanowić do najwyżej języczek u wagi, a nie uzupełnienie do większości. No i Platforma leży na całej linii. Co zrobić? Albo wiązać się z “faszystami” z PiS, albo z “komunistami” z LiD, na co dumny, praworządny i nieskazitelny jak dziewica orleańska Tusk pewnie nie pozwoli, rządzić mniejszościowo albo rozpisać nowe wybory, które dadzą podobny rozkład sił. Co zrobić?

Pierwsze, co trzeba zmienić, to zmienić ordynację. Nie może być tak, że partia dostająca się do władzy tej władzy nie ma. Nie może być tak, że rządzi dwóch, każdy chce czego innego i nie mogą się dogadać. Nie może być tak, że zamiast koncentrować się na gospodarce, premier zastanawia się jak rozwiązać daną sprawę, tak aby imć pan przewodniczący partii koalicyjnej się nie wkurzył. Nie może być tak, że pół programu informacyjnego w TV dwójka panów kłóci się który ma rację zamiast konstruktywnie rządzić. Jak dla mnie najlepsze rozwiązanie to takie, w którym zwycięzca wyborów dostaje większość głosów w parlamencie. Czy to będzie PO, LiD czy nawet PiS – to już jest mniej ważne (chociaż w tej trójce są propozycje mniej i bardziej mile przeze mnie widziane). Byle mógł tylko spokojnie rządzić. Wyborcy i tak go z tego rozliczą.

System większościowy, jednomandatowe okręgi wyborcze – to rozwiązanie łatwe do zaakceptowania, przejrzyste (bo ludzie wiedzą dokładnie na kogo głosują i mogą go z tego rozliczać), szybkie, przyjemne i skuteczne. Większość miejsc zgarnie jedna partia – no i dobrze. Koncentracja władzy, którą wielu tak demonizuje, to tak naprawdę olbrzymi skarb.

21 paździenika wybory, już rusza teraz kampania wyborcza i wojna na sondaże. Nie zmieniają się jednak zasady gry. Polska nadal nie wie w jakim kierunku zmierza, będzie dryfować między chęciami jednej partii, a możliwościami akceptacji u drugiej. A kto nie wie w jakim kierunku zmierza, nigdzie nigdy nie dotrze.

 

25. Zjawiska tak sprzeczne, że aż zgodne, czyli rzecz o kolorach. 6 wrzesień 2007 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Nauka — HaeS @ 8:32 pm

Przyznaję się bez bicia: lubię czasem myśleć o różnych rzeczach, o których żadna przeciętna osoba nie myśli. Analizuję nasz świat, zastanawiam się jaka jest jego natura i dlaczego coś jest urządzone tak, jak jest. I nie zawsze wszystko mi się zgadza. Czasem spotykam dwa wzajemnie sprzeczne zjawiska, które trzeba ze sobą pogodzić. Tak jest i tym razem. OSTRZEGAM – BĘDZIE HARDKOR. Kto jest humanistą i nie wyznaje się na fizyce co namniej na poziomie podstawowym, niech sobie daruje tekst, bo albo go znudzi, albo nic z niego nie zrozumie.

Ostatni mój problem brzmi następująco:

Mamy widmo elektromagnetyczne, a konkretnie jego część składającą się z fal świetlnych. Największe fale to te czerwone, najmniejsze – fioletowe. Dlaczego w takim razie kolor fioletowy odbieramy jako tak bliski czerwonemu, skoro leżą na przeciwległych krańcach widma świetlnego?

Inaczej: jeśli stworzymy koło barwne, w którym umieścimy wszystkie kolory w taki sposób, że płynnie przechodzą z jednego do drugiego (patrz rysunek), to czerwień przechodzi w fiolet w bardzo ładny, płynny sposób, równie zgrabnie jak np. zieleń przechodzi w żółć.

Dlaczego? Wszak kolor czerwony i fioletowy są teoretycznie skrajnie od siebie różne.

Oto wytłumaczenia, jakie udało mi się znaleźć w internecie i na grupach dyskusyjnych (dziękuję kolegom z pl.sci.fizyka za pomoc w rozgryzieniu problemu):

Hipoteza 1: Podwójny grzbiet
Fala czerwona ma dlugość ok. 0,38um, fioletowa – ok. 0,77um, czyli dwa razy dłuższą. Ludzki mózg widząc światło fioletowe, przetwarza wybiórczo co drugi grzbiet fali i dlatego światło czerwone tak bardzo wydaje sie być podobne do fioletowego.

Zonk: Wytłumaczenie bardzo ładne, ale byłoby do przyjęcia tylko wtedy, gdyby oczy działały tak, jak uszy. Niestety, w odróżnieniu od fal dźwiękowych, oczy (ani mózg) nie rejestrują i nie analizują długości fali. Fale określonej długości pobudzają określone receptory w oczach i sygnał o tym, które receptory zostały pobudzone idzie do mózgu. Mózg nie wie która fala jest krótsza, która dluższa, a jedynie które receptory aktualnie są pobudzone.

Hipoteza 2: Zdolny receptor
Receptory w oczach podzielić możemy na trzy grupy: L (odpowiedzialne za widzenie koloru czerwonego), M (widzące kolor zielony) i S (kolor niebieski). Odbierają one fale o konkretnej długości; jeśli do oka wpadnie światło innego koloru, wówczas kombinacja liniowa natężenia poszczególnych kolorów z tych trzech receptorów idzie do mózgu, gdzie mózg przetwarza tę informację na stosowny kolor – np światło pomarańczowe pobudza receptory czerwone i żółte jednocześnie; dopiero w mózgu informacja ta zostaje przekształcona na “TO JEST KOLOR POMARAŃCZOWY”. Hipoteza druga mówi, że receptory L są skonstruowane w taki sposób, że oprócz tego, że odbierają fale najdłuższe, mogą odbierać też i fale najkrótsze – czyli fioletowe. Ponieważ zarówno kolor czerwony, jak i fioletowy drażni ten sam receptor, mózg odbiera je jako kolory zbliżone.

Zonk: Teoria świetna i jak dla mnie doskonale tłumacząca problem. Zonk jest tylko jeden – nigdzie nie udało mi się znaleźć tekstu potwierdzającego, że receptory L naprawdę reagują na kolor fioletowy.

Hipoteza 3: Fiolet to… fiolet
Wracamy do receptorów (patrz hipoteza druga). Mamy trzy receptory – L (czerwony), M (zielony) i S(niebieski). Światło fioletowe możemy otrzymać nie tylko jako najkrótszą falę widma elektromagnetycznego, ale też jako mieszankę koloru czerwonego z niebieskim. Zatem fioletowe fale pobudzają zarówno receptory L, jak i receptory S, a mieszankę powstałą w wyniku tego pomieszania mózg odbiera jako kolor pośredni między czerwonym, a niebieskim, zatem fioletowy. Voila!

Zonk: Masło maślane. Hipoteza nie tłumaczy nic. Matematycy mawiają, że dwa najdebilniejsze dowody to przez założenie tezy i zaprzeczenie założenia. Tu mamy do czynienia z tym pierwszym. Zakładamy bowiem z góry, że kolor fioletowy jest to kolor między czerwienią, a niebieskim, a potem tłumaczymy dlaczego mózg odbiera fiolet jako fiolet. Nadal nie ma jednak odpowiedzi dlaczego fiolet jest w kole barw przed czerwienią i co on tam robi.

Hipoteza 4: Zamknięty cykl
Najśmielsza hipoteza (i chyba najlepsza) mówi, że ta cała afera z kolorami to po prostu zwykłe złudzenie, jakim mami naszą świadomość mózg. Jak wspomniałem przy okazji hipotezy 2., w oku następuje jedynie “odczyt” siły, z jaką promień światła działa na receptory L, M i S, a następnie w mózgu następuje analiza materiału. Mózg nie wie, że receptory L odbierają fale o najdłuższej długości, a receptory S – fale najkrótsze. Po prostu ma trzy kolory do dyspozycji i z ich różnych kombinacji tworzy pozostałe barwy w zależności od informacji otrzymanych w oku. Natura lubi symetrię. Mózg analizuje informacje i wie, że jest kolor pośredni między kolorami zielonym, a niebieskim oraz między kolorami czerwonym i zielonym. Ponieważ – podkreślam jeszcze raz – mózg nie wie, że kolor czerwony zaczyna, a fioletowy kończy pasmo światła widzialnego, przyjmuje, że między nimi też występuje jakieś płynne przejście i sprawia, że kolory te wydają nam się podobne – skrajny kolor czerwony (czyli ten o najdłuższej fali) i skrajny kolor fioletowy (ten o najkrótszej fali) zlewają się w jedno. W ten właśnie sposób wszystkie kolory tworzą zgrabny, zamknięty cykl. I właśnie to wytłumaczenie mi się wydaje najwiarygodniejsze.

 

24. Zodiak, horoskopy i inne pierdoły. 3 wrzesień 2007 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Nauka — HaeS @ 6:35 pm

Zabobon zwany horoskopami trwa w historii ludzkości od dobrych kilku tysięcy lat. Skąd się wziął – wie chyba każdy. Dwanaście gwiazdozbiorów, tzw. zodiakalnych, tworzy na niebie krąg. Księżyc, słońce oraz wszystkie planety poruszając sie po niebie nigdy nie znajdują się w innym gwiazdozbiorze niż jednym z dwunastu gwiazdozbiorów zodiakalnych. Komuś kiedyś w czasach zabobonów uroiło się, że to, gdzie które ciało niebieskie akurat się znajduje, ma jakiś wpływ na nasze życie. No i ten pogląd jakoś nie wiedzieć czemu trwa po dziś dzień w umysłach milionów ludzi.

Horoskopy pisane są w sposób bełkotliwy i ogólnikowy tak, że zawsze można gdzieś coś tam przypasować. Znana jest anegdotka o profesorze, który poprosił studentów o listę dat urodzin i nastepnego dnia dostarczył im szczegółowe horoskopy mówiące o ich charakterze. Kiedy zapytał, komu się zgadza opis, w górę podniósł się las rąk. Wówczas profesor poprosił, aby studenci wymienili się kartkami i sprawdzili, czy ich zdaniem horoskop sąsiada jest trafny. Studenci zrobili co kazał i nagle zaczęli się śmiać. Dlaczego? Bo okazało się, że profesor dał wszystkim takie same opisy.

Argumentów przeciw tej bezsensowanej wierze padło mnóstwo, z wieloma zapewne się spotkaliście, ale nie każdy wie o koronnym argumencie przeciwko wierze w horoskopy. Odpalcie sobie dowolny program służący do wyświetlania zawartości nieboskłonu, wpiszcie w niego swoją datę urodzenia i zobaczcie gdzie w momencie waszego urodzenia znajdowało się Słońce. Jako że ja się urodziłem pod znakiem ryb, powinno znajdować się w gwiazdozbiorze Pisces (ryby). No, ale czeka nas spora niespodzianka. Bo kiedy ja się urodziłem, słońce znajdowało się w gwiazdozbiorze Aquarius (wodnik). I tego typu zonki będą pojawiały się chyba przy każdej dacie urodzenia. Osoba zupełnie nieprzygotowana astronomicznie, taka jak np. ja, może przeżyć spory szok. I takowy przeżyłem. Stwierdziłem w koncu, że widocznie coś źle wpisuję albo program jest trefny i dałem sobie spokój na kilka miesięcy, zapominając o sprawie.

Czytając jednak pewną książeczkę popularnonaukową traktującą o gwiazdozbiorach, natrafiłem na informację o zjawisku precesji. Ziemska kula wykonuje wiele ruchów: obraca się wokół własnej osi, krąży wokół Słońca i wreszcie wraz ze Słońcem wykonuje ruch po galaktyce. Ale to nie wszystko. Oś obrotu Ziemi wciąż się waha i przesuwa, niczym oś obrotu dziecięcego bąka (swoją drogą, po dziś dzień jedna z moich ulubionych zabawek). Ruch taki jest bardzo powolny, pełne “wahanie” trwa 26 000 lat. Zjawisko takie nazywamy precesją i jest dobrze znane astronomom.

Co to ma do rzeczy? Ano, dużo. Znaki zodiaku wymyślili i nazwali Grecy mniej więcej 2000 lat temu. Właśnie oni podzielili niebo na 12 części po 30 stopni. W ciągu tych 2000 lat wskutek precesji znaki zodiaku uległy przesunięciu mniej więcej o 30 stopni, czyli o jeden znak. Ale astrologowie uparcie liczą wszystko według stanu nieba sprzed 2000 lat. Dlaczego? Tylko oni wiedzą. Nawet jeśli naprawdę gwiazdy mają wpływ na nasze życie (w co szczerze wątpię), to astrologowie posługują się nieaktualnymi danymi. Wszak ja urodziłem się pod znakiem wodnika. Ważny jest aktualny stan nieba, a nie taki, jaki byłby 2000 lat temu tego samego dnia, prawda?

No i w ten sposób mamy kolejny argument, którym można zgasić maniakalnego fana horoskopów i innych pokrewnych zabobonów. Chociaz z doświadczenia już wiem – takich nic nie przekona.

 

23. Babylon 5 – sezon drugi 2 wrzesień 2007 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 8:50 pm

Drugi sezon – nieznacznie, ale zauważalnie lepszy od pierwszego. Nadal sporo odcinków “o niczym”, chociaż procentowo jest ich mniej, a jakościowo są lepsze – dla przykładu, rozbawił mnie okrutnie odcinek o wojnie fioletowych i zielonych Drazi. Odcinki posuwające akcję do przodu wyjaśniają niektóre zagadki, popychają niektóre sprawy do przodu. Może jeszcze rzucę spoilera (stosunkowo niewielkiego, bo i tak wychodzi to na początku pierwszego odcinka): na stacji zmienia się kapitan. Sheridan jakoś mniej do mnie przemawia od Sinclaira, ale to kwestia gustu.

Brakuje mi jakoś mi w tym sezonie tej ogromnej różnorodności kosmitów. No, niby jacyś tam są, ale gdzie mój ulubiony muchopodobny obcy, u którego można było kupić i załatwić wszystko? Ale zostanie nam to wynagrodzone i to z nawiązką, bowiem (uwaga, uwaga) ZOBACZYMY VORLONA, a na dodatek dowiemy się nieco o pochodzeniu tej rasy! Trochę trzeba na to wszystkop poczekać, ale na pewno warto. Ale nie powiem ani słowa więcej. Wszak siłą serialu jest jego tajemniczość, a Vorloni to największa zagadka pierwszych dwóch serii Babylon 5. Poza tym – komplikują się znacząco relacje między Centaruami, a Narnami i jest to bardzo ważny wątek II sezonu. O ile w pierwszym sezonie ich konflikt miał wymiar humorystyczny, w drugim – juz tragiczny, a serial wiele dzięki temu zyskuje.

No i rzecz o której muszę wspomnieć. Niektórych to może odstraszyć, mi też to nie do końca leży – efekty specjalne. Serial kryje się przy współczesnych produkcjach, a niektóre triki wywołują jedynie uśmiech politowania. No cóż takie były czasy, taki był też bużet, że lepiej zrobić się tego nie dało. A szkoda. Dobrze, że siłą serialu jest jego fabuła, a nie fajerwerki – jest nadzieja, że jeszcze kilka(naście) roczników będzie się fascynowało losami Sheridana, Delenn, Landa i innych bohaterów.

W drugim sezonie serial rusza ostro do przodu, pod koniec zaś mamy już naprawdę przyzwoite tempo akcji. Jeśli serial utrzyma to tempo, trzeci sezon będzie już naprawdę dobry. I na to liczę!