Krótko i na na temat: Wobec publikacji straszących koniecznością rejestracji wszystkich publikacji papierowych i internetowych, a więc stron www i blogów, informuję uprzejmie, iż wali mnie to, bloga tego nie rejestrowałem, nie rejestruję i rejestrować nie będę. Amen.
20. 4400 – sezony 1-3 31 sierpień 2007 (piątek)
Uwaga: Recenzja zawiera liczne spoilery!
Serial badzo popularny w Stanach, także i u nas dzięki emisji w TVP zaskarbił sobie całkiem sporą grupkę fanów. Więcej, przeglądając jedno z for poświęconych temu serialowi, zauważyłem niemalże bezgraniczne uwielbienie dla tego serialu, przekonanie o jego nowatorskości, genialności, klimatu i napięcia. I już na początku napiszę wprost: wszystkie peany piane na część tego serialu to gówno prawda.
Najpierw krótko utnę wszelakie dywagacje: do Losta 4400 nawet się nie umywa. Nie ta klasa, nie ten budżet, nie ten rozmach, nie ten pomysł, nie ta głębia. Nie będę dalej się rozwodził na temat różnic między serialami, przepaść jest gigantyczna, na korzyść rzecz jasna Losta.
Krótko o fabule: Serial zaczyna się od wielkiego “bum”. Na niebie pojawia się olbrzymia kula, która zbliża się do jakiegoś jeziora, przy krórym się rozlatuje się i wychodzi z niej 4400 ludzi. Okazuje się, że byli oni sukcesywnie porywani przez ponad 50 lat przez ludzi z przyszłości, a teraz aby zapobiec jakiejś katastrofie (wyjaśnia się to wszystko pod koniec III sezonu), “rzuceni” w 2004 rok. Na dodatek okazuje się, że każdy z “powracających” posiadł jakąś paranormalną zdolność – czytanie w myślach, telekinezę, przewidywanie przyszłości, zakłócanie pracy urządzeń elektrycznych, zabijanie śliną czy słowem i wiele innych. Naiwne? Naciągane? Wtórne? Głupie? Jeśli na co najmniej jedno z powyższych pytań odpowiedziałeś/aś “NIE”, zapisz się na kurs prostowania gustu.
Pierwszy sezon jednak aż tak fatalny nie jest. Może dlatego że ma tylko 5 odcinków i nie zdąży się jeszcze znudzić. Począwszy od drugiego, rozpoczynają się kombinacje i wariacje na temat jednego i tego samego. 4400 zaczynają walczyć między sobą albo wykorzystywać zdolności do różnych celów – dobrych i złych. Kolejne odcinki ogląda się z prawdziwym znudzeniem i bez żadnej przyjemności. Potem jest już tylko gorzej – błyskawiczne dorośnięcie Isabell i jej dalsze wyczyny, czy sposób w jaki uśmiercono Lily to wątki tak żałosne, że lepiej o nich nie wspominać.
Największy zarzut wobec serialu to jednak jego płaskość i pretensjonalność. Po dość długiej przerwie między 2. a 3. sezonem nie umiałem sobie przypomnieć ani jednego ciekawego wątku z serialu i niewiele mogłem powiedzieć o postaciach. Wszystko jest szare i nijakie. Każdego mniej więcej pamiętałem, ale twórcy nie wysilili się zbytnio aby pokazać nam coś więcej niż tylko losy postaci. Nie znamy ich charakterów, zwyczajów, powiedzonek czy przywar. Ot, mamy galerię płaskich i nijakich postaci z których tylko genialny informatyk zakochany w Dianie zapada jakoś w pamięć.
Trochę chaotycznie napisałem, ale generalnie stwierdzić muszę, iż serial niestety słabiutki, zaś kto oglądał i widział końcówkę 3. sezonu wie, że w 4 sezonie będzie najprawdopobniej poczwórna kumulacja głupot i idiotyzmów. Zatem kto nie oglądał, niewiele stracił i niech najlepiej skorzysta z okazji i zajmie się ciekawszymi produkcjami. U mnie serial ma minusa.
19. O nowym “Battlestar Galactica” krytycznie 20 sierpień 2007 (poniedziałek)
Battlestar Galactica szybko stała się w środowisku fanów SF hitem zarówno w Polsce, jak i za oceanem. Chwała TVP, że wyemitowała pilota (niewiarygownie paszatkowanego) i pierwszych 13 odcinków, dzięki czemu miałem szansę zainteresować się tym serialem i obejrzeć wszystkie 3 dotychczas wyemitowane serie. Czy serial jest dobry? I tak i nie. In plus daję oryginalny pomysł, rozwijaną z odcinka na odcinek niebanalną fabułę, psychologiczną głębię, dobrze zarysowane postacie, poruszone (troszkę pokracznie i nieporadnie) kwestie filozoficzne.
Najważniejszym pytaniem jakie stawia przez nami BSG (i jak dla mnie największym stanowiącym o wartości serialu) jest pytanie filozoficzne: czy człowiek w pełni syntetyczny, stworzony sztucznie, a pomimo tego w pełni człowieczy, do tego stopnia, że posiada wszystkie tkanki, jest podatna na te same choroby, może samodzielnie myśleć czy nawet rozmnażać się, nadal jest człowiekiem? Nie, nie będę teraz wnikał w szczegółowe dywagacje na ten temat. Każdy wyrobi sobie swoją opinię na ten temat po obejrzeniu serialu. Mnie denerwowało jednak niesamowicie kiedy większość bohaterów uparcie nazywała “ludzkie” modele Cylonów tosterami, blaszakami bądź innymi pokrewnymi epitetami. O ile można spierać sie na temat ludzkości cylonów, to jednak tego typu nazwy winne być zarezerwowane dla prawdziwych blaszanych modeli Cylonów (bo takie też są).
Zanim przejdę do wad, napiszę tylko, że nie wszystkie wady serialu przemawiają na jego niekorzyść, wręcz przeciwnie. Niektóre stanowią o jego sile. Za serialem przemawia m.in.:
- Brak gigantycznego budżetu przeznaczonego na spektakularne efekty specjalne ku uciesze młodszej części widowni. Dzięki temu widownia jest starsza, dojrzalsza, i pod taką widownię tworzone są wątki.
- Brak instensywnej promocji w mediach (takiej jak ma np. Lost czy Prison Break), co sprawia, że nie ma milionów fanek napalonych na tyłek Lee Adamy. I bardzo dobrze. Dobrze jeśli oglądalność serialu wynika z jego obiektywnych walorów, a nie tego, że kolejne miliony głupawych siks zostają zmanipulowane przez media.
- Brak znanych aktorów. Przynajmniej nikt nie stroi foch, nie walczy o wielomilionowe gaże, nie grozi odejściem z serialu ani nie przyćmiewa swoim blaskiem innych. Można skupić się na serialu i jego treści i to ma być jego największą siłą, a nie to, ze gra w nim kolejna plastikowa gwiazdka.
Wad serialu jest mnóstwo. Największą jest brak jakiejś naukowej refleksji. Pomijam takie bzdury jak dźwięk w próżni, bo to ogólnoserialowy (czy nawet ogólnofilmowy) standard. Pomimo tego, że ludzkość w serialu jest wysoko rozwinięta, to jednak przestarzała jednostka kosmiczna, jaką jest BSG wraz z całą obecną na niej technologią może budzić uśmiech politowania nawet w naszej współczesnej cywilizacji. Medycyna mniej więcej na obecnym poziomie, brak jest znanych z innych tego typu seriali teleportów, replikatorów, a nawet jakichkolwiek komunikatorów (!) i dziesiątek innych gadżetów. Kosmiczne myśliwce bojowe swoją konstrukcją i technologią ustępują nawet dzisiejszym myśliwcom ziemskim. Bohaterowie używają przestarzałych nawet jak na dzisiejsze standardy dyktafonów czy innych sprzętów codziennego użytku. Jedynym wyjaśnieniem tego faktu może być to, że oddając hołd serialowi z lat 70-tych scenarzyści tak mocno się zapędzili, że napisali scenariusze w taki sposób, w jaki zostałyby one napisane w latach 70tych. Jako serial wg standardów z lat 70tych BSG jak najbardziej pasuje. Wszak wtedy wizja przyszłości była zupełnie inna od obecnej.
Nie będę się czepiał, że mówią po angielsku pomimo tego, że żaden z bohaterów nie widział jeszcze na oczy Ziemi na której anglojęzyczne ludy żyją, bo tak być musi – serial jest amerykański, dla amerykanców i nie ma sensu cudować z wymyślaniem nowego języka. Ale to, że mają angielskie, włoskie, hiszpańskie czy nawet polskie (Figurski) imiona i nazwiska zakrawa na kpinę. W ogóle cała kultura Dwunastu Kolonii jest przesiąknięta kulturą euroamerykańską. Bohaterowie emocjonują się walkami bokserskimi, pseudonimy niektórych bohaterów wzięte są z milologii greckiej (jak np. Athena czy Apollo), nazwy Dwunastu Kolonii to nieco przerobione nazwy dwunastu ziemskich znaków zodiaku (Caprica od Capricornusa, Aerlon od Ariusa, Sagitarian od Sagitariusa itd). Nieźle jak na społeczeństwo, które z ziemianami od tysięcy lat nic wspólnego nie ma. Jak jeszcze dorzucę obrzydliwie amerykański patos, chwałę dla wolności słowa i demokracji, a nawet procedury prawne (!), dostaniemy wyjątkowo niesmaczny mix. A może tak ma być? Byc może poszczególne odcinki, wątki, sceny są alegoriami do aktualnych losów ludzkości?
Dalej: niekonsekwencja. I to okrutna. Rzucę dwa przykłady. Pierwszy dotyczy Baltara i jego “wykrywacza Cylonów”. Pomijając drobny szczegół odnośnie tego, że Baltar przebadał (skutecznie) Boomer w kilka minut, a w następnym odcinku dowiadujemy się, że takie badanie trwa 11 godzin, przyczepić się można do samej idei wykrywacza. Wciska nam się cały czas, że ludzie niczym nie różnią się od cylonów, poza jakimiś drobnymi szczegółami na poziomie komórkowymi, a jednocześnie od czasu do czasu widujemy świecące na czerwono kręgosłupy cylonów. No to jak w końcu jest? Czy nie wystarczyłoby dokładnie przyjrzeć się kręgosłupom, aby łatwo i szybko zidentyfikować cylona? Czy pomimo skomplikowanych badań nikt na to nie wpadł? Drugi przykład to sposób, w jaki poprowadzono postać Boomer. Na początku jest OK: dziewczyna nie wie, że jest cylonem, aż któregoś dnia odzywa się w niej cyloński zew i strzela do Adamy. Potem też jest dobrze: zastrzelona na BSG odradza się na cylońskim statku i wciąż nie może uwierzyć i pogodzić się z tym, że jest cylonem. Walczy z cylonami, próbuje wśród nich wywołać duchową rewolucję. Ale to, co zrobiono dalej, woła o pomstę do nieba. Najpierw czynnie uczestniczy w okupacji Nowej Capriki, potem zaś staje się jednym z cylonów, niczym się od nich nie różniąc. What the fuck?
No i na koniec hicior wszechczasów: Strabuck uruchamia cylońskiego raptora. Zatyka dziurę w statku kawałkiem szmaty i wyrusza w podróż poprzez próżnię. No cóż, fantastyka rządzi się swoimi prawami.
Troszkę poznęcałem się na BSG, ale niech was to nie przeraża. Pomimo tego wszystkiego ogląda się naprawdę przyjemnie, aczkolwiek polecam wyłącznie hadrcorowym fanom SF, szukającym czegoś innego niż wartka akcja, szalone pościgi, strzelaniny i efektowne wybuchy.
18. Six Feet Under – sezon 3 16 sierpień 2007 (czwartek)
Six Feet Under – ileż to już “achów” i “ochów” poszło z mojej na temat owego fantatycznego serialu nie sposób zliczyć. Z olbrzymią nadzieją usiadłem przed monitorem, aby śledzić trzeci już ciąg epizodów z życia rodzinki Fisherów.
No i już na dzień dobry dostałem gigantycznego kopa – pierwsze 10 minut rozwala i kładzie na deski. Po 10 minutach jednak, kiedy absolutnie wszystko się zmienia (kto obejrzy, będzie wiedział o co chodzi) zaczyna się serial właściwy i… zawiodłem się. Przede wszystkim: NIE MA BRENDY!! Nie zdawałem sobie sprawy jak ważna dla całokształtu serialu jest ta postać dopóki nie wypadła ona z serialu. Brenda pojawia się (na szczęście!) dopiero w drugiej połowie sezonu, z początku nieśmiało i jest jej raczej niewiele, potem jej udział w serialu stopniowo się zwiększa no i pod koniec mamy już Brendę zarówno w pełnym wymiarze czasowym, jak i w pełnej krasie jej emocjonalnego skomplikowania. Ale do tego czasu ogląda się serial z wrażeniem “to już nie to”.
Za wyjątkiem początkowych słabszych odcinków wciąz nie ma jeszcze efektu przesytu, akcja nadal świetnie się kręci, wątki nie są wtórne, dialogi jak zawsze znakomite, a postacie jakie były takie są (czyli ciekawe!). Może za wyjątkiem Nate’a, którego ugrzeczniono – i to zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie – tak mocno, że zacząłem wątpić, czy aby na pewno gra go ten sam aktor, no i Lisy, która zaczęła mnie po prostu brzydzić i nudzić. Właśnie w Lisie i w związanych z nią wątkami postrzegam przyczynę słabości kilku pierwszych odcinków. Kilka nowych wprowadzonych do serialu postaci (mam na myśli nową miłość Ruth, nowego ucznia zakładu pogrzebowego, nauczyciela Claire i jej chłopaka) to również postacie ciekawe, skomplikowane i głęboko zarysowane.
Jadnakże serial nic nie stracił ze swojego uroku ani klimatu, jedynie wyczerpały się chwilowo pomysły; całe szczęście że koniec końców wrócili do swojej formy. Mam nadzieję, że czwarty sezon nie jest już tak nierówny i trzymał będzie poziom piewszych dwóch i końcówki trzeciego.
17. Polski Program Poprawy Sytuacji Humanitarnej Afryki 15 sierpień 2007 (środa)
Tylko taka króciutka refleksja. Spotykam się z poglądem/przesądem (niepotrzebne skreślić) sugerującym, że wyrzucanie jedzenia jest be. Poglądy są różne, różne są spojrzenia na życie, rózne myśli, rózne opinie – tak różne, jak różni ludzie, zatem zrozumiem każdy pogląd, o ile tylko ktoś potrafi go przekonująco uargumentować.
Argumentacja osób tak twierdzących jest jednak tak dziwaczna, że aż muszę o tym napisać. Argumentacja ta brzmi: nie wyrzucam jedzenia, bo dzieci w Afryce głodują (!). Tak twierdzi naprawdę sporo ludzi, głównie starszych, chociaż i co poniektóre młodsze jednostki przejmują ten pogląd w pakiecie z jego kuriozalną argumentacją i jedzą na umór czestwy chleb, wysychający ser i kończą na śniadanie niedojedzoną wieczorem kiełbasę, byle tylko nic się nie zmarnowało.
Pomimo całego mojego współczucia wobec ludności afrykańskiej, wciąż nie widzą korelacji pomiędzy głodującymi dziećmi w Afryce, a wciskaniem w siebie rzeczy, na które zwyczajnie nie mam ochoty. Gdybym miał pewność, że dzięki takiemu postępowaniu zyska coś Sudan czy Nigeria, może i sam bym zainteresował się niedojedzonymi resztkami dzisiejszego obiadu. Ale myślę, myśle i myślę i jakoś wciąż nie mam pojęcia jak tym biednym dzieciom pomóc opychaniem się ponad siły rzeczami, których jeść po prostu nie chcę.
16. Ludwing Koenemann – SUDOLOG IQ 9 sierpień 2007 (czwartek)
Sudoku, pomimo tego, że rozwiązałem ich kilka, wypracowawszy uprzednio samodzielnie kilka metod rozwiązywania i pomysłów usprawniających, uważam za rozrywkę nudną, pustą i bezwartościową. Nierozwijającą i nudzącą po iluś tam próbach. Po rozgryzieniu sposobu i udowodnieniu samemu sobie, że jest to wyzwanie, któremu umiem podołać, swoją przygodę z sudoku zakończyłem definitywnie. Rozwiążesz jedno sudoku – umiesz rozwiązać wszystkie. Dziwi mnie zatem popularność tej zabawy, ale nie jest to ani jedyna, ani nawet najbardziej szokująca dziwaczna rzecz z tych spotykanych na co dzień, akceptuję zatem tę rozrywkę u innych, patrząc z pobłażaniem nad ich wysiłkami przy rozwiązaniu czterdziestego piątego dzisiaj sudoku.
Szukam jednak cały czas jakichś nowości, coby swoją biedną mózgownicę zaprzęgnąć do pracy. Rózne odmiany, mutacje i gry pokrewne sudoku (jak np. kakuro) też są dobre na krótką metę, dopóki nie stwierdzi się, że rozwiązanie kolejnego zadania to tylko kwestia czasu, a nie twórczej pomysłowości. Wydawało się, że nic nigdy nie zastąpi starych dobrych krzyżówek panoramicznych dopóki…
…dopóki “Gazeta Wyborcza” nie wypuściła czegoś o nazwie Sudolog IQ. Nie wnikając szczegółowo w zasady, wytłumaczę jedynie, że dostajemy zupełnie pusty (!) kwadrat 9×9 (lub nieco mniejszy bądź większy), który wypełniamy samodzielnie. Jak? No cóż, dostajemy zestaw 18 pytań z różnych dziedzin wiedzy, w których mamy uporządkować jakieś dane, przypasować je do siebie itd. Wynikiem tego uporządkowania/przypasowania są pewne liczby, które wpisujemy w sudoku.
Sudoku można wypełnić na dwa sposoby: albo odpowiadając na wszystkie pytania (nierealne), albo też jedynie na ich część, a niewypełnione pola wypełnić zgodnie z zasadami sudoku. Oczywiście, im więcej wiedzy posiadamy, tym łatwiej jest sudoku rozgryźć. Odpowiadająć jedynie częściowo i to na kilka pytań, może okazać się, że mamy za mało liczb, aby rozwiązać sudoku. I leżymy.
Dobry pomysł (a może nawet i GENIALNY!), autor jednak za bardzo się wysilił i pytania dał – jak dla mnie, odhumanizowanego ścisłowca – zdecydowanie za trudne. Już pal licho pytania o dokładne (co do dnia) daty bitew II wojny światowej, jednostki monetarne w krajach kaukaskich czy postacie z mało znanych utworów pozytywistycznych pisarzy – takich rzeczy mam prawo nie wiedzieć, ale część moich znajomych na pewno by sobie z tym poradziła. Ale że w co drugim sudologu jest pytanie “dopasuj tytuły obrazów do nazwisk malarzy” czy “dopasuj do francuskich (zawsze francuskich, nigdy włoskich, niemieckich czy madagarskarkich) części ciała/owoców/czegokolwiek innego nazwy polskie” to już zdecydowana przesada. Większość sudologów udało mi się z mniejszym lub większym trudem rozwiązać, uważam jednak, że poprzeczka zostala postawiona za wysoko jak dla przeciętnego czy nawet nieco-ponad-przeciętnego człeka.
Nie wiem czy jeszcze jest to w sprzedaży, ale jak ktoś lubi trudną, inteligentną i dającą w kości ciemieniowe, potyliczne i inne takie rozrywkę, to polecam. Przygotujcie się jedynie na pytania o długość ogonów u poszczególnych ssaków, parki narodowe w Europie i włoskie rodzaje makaronów. No i oczywiście malarzy niderlandzkich. Bo tego typu pytania mnie sprawiały największy kłopot.
15. Dlaczego liście zą zielone? 7 sierpień 2007 (wtorek)
Jako że ostatnio katuję siebie (i przy okazji was) serialami, postanowiłem – dla rozluźnienia – rzucić coś zupełnie od tematyki ogólnoserialowej oderwanego, a mianowicie pytanie (jedno z moich ulubionych): DLACZEGO LIŚCIE SĄ ZIELONE?
Liście są zielone, bo zawierają zielony chlorofil – to wie każdy średnio zdolny dzieciak opuszczając szkołę podstawową. Odpowiedź na to pytanie jest jednak niepełna. Tak niepełna, że aż można nazwać ją wymijającą .To tak samo jakby powiedzieć, że największe przypływy i odpływy są podczas pełni księżyca, bo wtedy widzimy cały księżyc. Stwierdzenie to jest prawdziwe, ale nie wyczerpuje absolutnie sedna problemu, wytłumaczenie zaś jest zupełnie inne.
Nie będę teraz tłumaczył jak to jest z tym księżycem i przyplywami (ale serio podczas pełni księżyca są największe!), zajmiemy się liśćmi. Są zielone. No i co z tego, że są zielone? Ano, dużo z tego. Popatrzmy na sprawę ekonomicznie: roślina żyje dzięki energii słonecznej. Przetwarza energię promieni słonecznych na potrzebne sobie rodzaje energii. Wchłania światło czerwone i je przetwarza. Wchłania światło niebieskie i je przetwarza. Wchłania żółte, pomarańczowe, różowe, a nawet błękit paryski, szmaragd i miliony innych nierozróżnialnych dla facetów kolorów. ALE KOLOREM ZIELONYM GARDZI! Gdyby wchłaniała i przetwarzała także fale świetlne o częstotliwości odpowiadającej kolorowi zielonemu, liście byłyby czarne, a rośliny wykorzystałyby całe spekrum barw dla swoich potrzeb. No więc – co złego jest w kolorze zielonym, dlaczego nie nadaje on się do fotosyntezy, dlaczego roślina woli być zielona niż skorzystać z dobrodziejstw zielonych pasm widma słonecznego?
Odpowiedź na to pytanie jest skomplikowana i nie wiadomo tego do końca, ale na pewno powyższy “ekonomiczny” tok nie do końca jest poprawny. Mało która roślina przetwarza więcej niż 2% energii, którą mogłaby wykorzystać (!). Zatem spokojnie mogłaby sobie darować nie tylko kolor zielony, ale też i wszystkie inne i być niemal idealnie biała, z lekkim odcienem różu czy błękitu (czyli odbijać niemal wszystkie fale świetlne!) a i tak zdołałaby przeżyć, o ile oczywiście zwiększyłaby znacząco swoją wydajność z 2% do powiedzmy 95%.
Rośliny niekoniecznie musza być zielone – istnieją ozdobne kwiaty mające liście niebieskawe, zaś glony żyjące pod wodą są brunatne bądź szare. Rośliny żyjące “w niewoli” w eksperymentalnych warunkach bez dostępu światła, a żyjące jedynie dzięki sztucznie emitowanym falom niezbędnym im do wzrostu nie są zielone, lecz białawożółte. Ale wystarczy im odrobina słońca, aby natychmiast się zazielenić. Dlaczego?
Nauka wcześniej czy później to zapewne wyjaśni (a może nawet i teraz istnieje jakieś pokrętne naukowe wytłumaczenie), ale mi nawet nie zależy specjalnie na wytłumaczeniu. Bo co to za satysfakcja żyć w świecie odpowiedzi, kiedy pytania są znacznie ciekawsze, emocjonujące i pobudzające dla umysłu?
13. Babylon 5 – sezon 1 6 sierpień 2007 (poniedziałek)
Tytuł kultowy, legendarny, wymawiany z najwyższą czcią przez fanów SF nareszcie wpadł i w moje wiecznie chciwe i spragnione dobrego dzieła łapska. Póki co obejrzałem tylko pierwszy sezon (przyjąłem taktykę oglądania seriali sezonami, aby przeżyć chociaz namiastkę tego fascynującego oczekiwania na ciąg dalszy, wzorem ludzi, którzy czekali miesiącami za ciągiem dalszym ogladając to tak, jak leciało w TV) i jestem nastawiony raczej pozytywnie.
Krótko o samym pomyśle serialu. W kosmosie umieszczono ogromną stację kosmiczną, w której ludzie oraz obcy róznych ras przebywają wspólnie, handlują ze sobą, spotykają się, zatrzymują się na odpoczynek i rozwiązują różne problemy. Oczywiście, jak to przystało na tego typu serial, kosmici wyglądają na ogół bardzo podobnie do ludzi i mówią po angielsku. Czyli mamy powtórkę np. ze Star Treka: Deep Space Nine.
Mający 22 odcinki (plus dwugodzinny pilot “The Gathering”) pierwszy sezon jest, w opinii fanów, najsłabszy ze wszystkich (nawet najwierniejsi fani nie protestują, kiedy ktoś stwierdzi, że jest zwyczajnie kiepski), dlatego też nie przygotowałem się na oglądanie czegoś naprawdę wspaniałego . Okazuje się jednak, że obawy były niesłuszne. Pierwszy sezon jest dobry, chociaż nierówny. Najbardziej emocjonują odcinki które rozpoczynają jakiś nowy wątek, który będzie kiedyś tam kontynuowany, najmniej te, w których cała historia zaczyna i kończy się w ramach jednego odcinka.
Stanisław Lem miał ciekawe kryterium na temat tego, co jest SF, a co nie jest. Otóż jeśli usunie się wszystkie elementy SF z dzieła (np. obcą cywilizację zastąpi się sektą religijną, a stację kosmiczną jakimś hotelem) i to, co pozostanie, nadal jest w miarę sensowne i trzyma się kupy, to już SF nie jest. No i wiele odcinków, szczególnie tych nie związanych z wątkami głównymi serialu, na SF wg tej definicji się już nie łapie. Dlatego też na oko z 15 odcinków pierwszego sezonu można byłoby sobie spokojnie odpuścić, bo albo są słabe, nudne, albo nie mają wiele wspólnego z SF, albo też nie mają wpływu na całokształt akcji (albo wszystko to naraz). Za to pozostałe odcinki – cud, miód i orzeszki! Trzymają w napięciu, dają duzo znaków zapytania i sporo emocji. Każda rasa ma swoje zwyczaje, swoje tajemnice, swoje plany i je na swój sposób realizuje – jednak my, widzowie, otrzymujemy jedynie strzępki informacji, oczywiscie tak dobrane, aby maksymalnie wzbudzic ciekawoswc i zainteresowanie serialem. Co będzie dalej, o co w tym wszystkim chodzi, dlaczego jest tak, a nie inaczej? No cóż, wszystko się z czasem wyjaśni, mam nadzieję.
Opowiem może jeszcze o wadach. Oprócz wspomnianych już odcinków o niczym, razi niesamowicie charakteryzacja (np. jakieś plastikowe cosie na głowach minbarów), efekty specjalne (czyżby robione na Amidze?) oraz czysty i nieskazitelny jak łza, wspaniały bohater, chodzący ideał, komandor Sinclair.
Mimo wszystko zaryzukuję i fanom SF polecam mimo wszystko pierwszy sezon, jednak z pewną dozą ostrożności i dystansu. Ale wiem jedno: jeśli naprawdę ten sezon jest najsłabszy, to na kolejne czekam z wypiekami na twarzy, bo szykuje sie zajebisty serial!
12. Najgłupsze seriale, których (na szczęście) jeszcze nie nakręcono 2 sierpień 2007 (czwartek)
Z filmami jest tak: kręci się pierwszą część, która jest dobra (albo nie), potem na kanwie jej popularności kręci się drugą – zazwyczaj dużo słabszą, potem trzecią, która wyszła już tylko na VHS/DVD albo dla potrzeb telewizji, po czym producenci stwierdzają, że łatwiej i taniej będzie zrobić serial telewizyjny. No i tym tropem poszli producenci np. Supermana (który ma chyba nawet kilka adaptacji serialowych, nie licząc kreskówek) czy Robocopa. Nawet Gwiezdne Wrota mają swój serialowy odpowiednik (i to 10 serii, czyli ponad 200 odcinków!). Co pasjonującego w tych 200 odcinkach było – nie wiem i nawet za bardzo nie spieszy mi się żeby wiedzieć. Tak czy owak, robienie seriali z filmów to zazwyczaj wyciąganie kasy od telewizji, więc pośrednio od ludzi. I nic więcej. Ale żeby producentom nigdy nie zabrakło natchnienia do tworzenia kolejnych wiekopomnych dzieł, rzucę kilka skromnych propozycji:
Serial „Cube” – Już pisałem o tym w tym blogu. Jest tytułowy Cube i jego załoga składająca się z kilku osób. W każdym odcinku do labiryntu wprowadza się nowe mięso armatnie. Załoga patrzy jak sobie radzą więźniowie (oczywiście wszyscy na końcu giną), jednak cały czas pojawiają się perypetie poszczególnych pracowników. Razem z nimi przeżywamy ich radości i smutki, widzimy jak radzą sobie prywatnie i jaki to ma wpływ na ich życie zawodowe.
Serial „Ring” – horror jak się patrzy! Po świecie krąży kaseta, w każdym odcinku jest w innym domu. Ktoś ogląda kasetę, a potem ucieka od przeznaczenia, które i tak go dopada. I w następnym odcinku to samo, i to samo, i to samo, i tak bez końca.
Serial „Nieśmiertelny” – aj, to dopiero byłby serial! Connor w każdym odcinku, których akcja dzieje się na przestrzeni setek lat, spotyka innego nieśmiertelnego. Oboje nawzajem się tropią, prześladują i zwodzą. Na końcu dochodzi konfrontacji, z której zwycięsko wychodzi oczywiście Connor gotowy już do następnego odcinka, w którym będzie dokładnie to samo. Potencjał tak na mniej więcej siedem serii po 25 odcinów, aż oglądalność nie spadnie poniżej jednej dziesiątej promila.
Serial „Matrix” – Rzecz dzieje się na kilka lat przed akcją filmu. Główny bohater, tak jak Neo, zostaje wyrwany ze swojego wyimaginowanego świata i przeniesiony do świata prawdziwego. Od tego momentu staje się tajnym agentem Morfeusza, wędruje między dwoma światami, wykonując dla niego różne niebezpieczne misje i zdobywając cenne informacje. Wszystko oczywiście nafaszerowane do granic absurdu efektami specjalnymi. Że nikt na to jeszcze nie wpadł!
Serial „Terminator” – w tym serialu… ups, przepraszam, na ten głupi pomysł już ktoś wpadł.
Serial „Efekt Motyla” – hicior wszechczasów. Główny bohater odkrywa w sobie zdolności takie, jak bohater filmu. W każdym odcinku na początku cofa się do pewnego okresu w swoim życiu, coś zmienia, a następnie widzimy jak wygląda jego życie. Facet przeżywa w każdym odcinku jakąś ciekawą przygodę, po czym stwierdza, że to jednak nie to, bierze do rąk swój pamiętnik i znów zmienia coś w swoim życiu. I można zaczynać kolejny, równie pasjonujący odcinek.
Seriale „Batman” i „Spiderman” – bez komentarza. Zawsze znajdzie się ktoś, kogo dzielny Batman/Spiderman będzie musiał w danym odcinku uratować. Zresztą, jakieś kreskówki już chyba były.
No i na koniec gigahit, na dodatek polskiej produkcji. Nie wiem jaki nadać tytuł (może Żaby i Anioły?), ale wspaniałe ekranizacje Grocholi pt. „Nigdy w Życiu” i „Ja wam pokażę”, te jakże ciekawe losy Judyty, muszą koniecznie doczekać się kontynuacji, najlepiej w formie telenoweli. Serial taki przebiłby zarówno popularnością, jak i liczbą odcinków nawet „M jak miłość”.
Jak więc widać, serializacja filmów ma przed sobą jeszcze długą drogę. Być może ktoś skorzysta z moich propozycji, ale jak kiedyś odpalicie telewizor i zobaczycie dwudziesty drugi odcinek piątej serii „Efektu Motyla” w którym bohater stwierdza, że gdyby zjadł tamtego dnia hamburgera w MacDonaldzie, a nie Burger Kingu, to poznałby fajną dziewczynę, to proszę mnie nie klnąć. Bo i beze mnie pewnie takie durnoty powstały, powstają i powstawać będą.
11. Lost Soundtrack 2 sierpień 2007 (czwartek)
Po co się wydaje ścieżki dźwiękowe? Zazwyczaj po to, aby osoba zainteresowana filmem/serialem i zauroczona występującymi w nim piosenkami mogła odpalić sobie ulubiony motyw, wysłuchać go w całości, rozkoszując się dobrą jakością i brakiem dialogów zakłócająch odbiór utworu. No i po to, aby organizacja mająca prawa autorskie do soundtracku nieco sobie zarobiła. Mam rację?
Soundtracki mają to do siebie, że zazwyczaj bywają dobre. Zazwyczaj wpisują się w klimat filmu i nawet utwory, które nie znalazły się ostatecznie w filmie, a są na płytce, trzymają klasę i są zbliżone pod względem klimatu. Z ostatnio wysłuchanych przeze mnie wciąż w pamięci pozostaje album Legend zespołu Clannad będący de facto sountrackiem do serialu Robin of Sherwood (NIE MYLIĆ ZE WSPÓŁCZESNYMI ROBINAMI!), ścieżka dźwiękowa do Chicago, Moulin Rouge czy serialu Twin Peaks (ścieżka do filmu Twin Peaks: FWWM niestety ssie). Nawet soundtrack do American Pie: Band Camp ma swój urok, dobrze wpasowuje się w klimat filmu i jak najbardziej da się wysłuchać, jeżeli ktoś oczywiście lubi muzykę, której grupą dolelową są amerykańscy nastolatkowie.
Jednak tak dosłownego potraktowania słowa “soundtrack” jak przy serialu Lost jeszcze nie widziałem. Sam serial jest wybitny. Dźwięk w serialu – róznież. Znakomicie zlewa sie z nim w jedną całość, podkreśla smutek niektórych momentów, wkomponowuje się w soczystą akcję, sprawia, że sceny śmieszne śmieszą jeszcze bardziej, jednak świetnie dobrane są też utwory przy scenach bardziej refleksyjnych. Za dopasowanie ścieżki dźwiękowej do serialu daję piątkę bez wahania.
Jednak pomimo tego, płyta z soundtrackiem to jakieś nieporozumienie, zaś chęć zysku zdecydowanie przeważyła chęć poczęstowania widza czymś wyjątkowo dobrym. Mamy do czynienia z zapodaniem dokładnie tych samych motywów muzycznych, które widzimy np. podczas informowania Shannon o śmierci Boone’a, szalonym wyścigu Hurleya z czasem w nadziei na załapanie się na samolot, śmierci Ethana i wielu innych. Ale motywy muzyczne, bez obrazu, nie budzą już żadnych emocji. Nawet mój ulubiony “Hollywood and Vines”, który pojawia się od czasu do czasu w serialu (uwielbiam momenty, kiedy się pojawia!) traci cały swój urok.
Absolutnie nie da się tego zapuścić w winampie czy na wieży i delektować się muzyką. To nie muzyka, to jakiś shit. Samo w sobie nie ma absolutnie żadnej wartości. Zyskuje dopiero koegzystując z całokształtem serialu Lost, gdzie świeci pełnym blaskiem. Dlatego też osoby zainteresowane sountrackiem z Losta z góry ostrzegam: szkoda czasu i pieniędzy. Soundtrack z Losta najlepiej odsłuchuje się podcas oglądania serialu. Wszystkie inne próby jego odsłuchania są z góry skazane na niepowodzenie.