Recenzja ta jest teoretycznie recenzją drugiego sezonu, ale w praktyce – drugą częścią recenzji całego serialu. Drugi sezon jakościowo nie wnosi bowiem do serialu nic – jest równie doskonały jak pierwszy i każde zdanie wypowiedziane o pierwszym sezonie można odnieść do drugiego i vice versa.
Pisząc o pierwszym sezonie, wychwalałem początki odcinków, kiedy ktoś umiera. Zazwyczaj czeka nas poważna niespodzianka. I już w 2×01 mamy tego najlepszy dowód. Znakomita, pełna zaskoczenia, scena z początku odcinka to doskonały sposób na rozpoczęcie sezonu.
6FU różni się znacząco od innych seriali obyczajowych. Czynnikiem wciągającym nie jest bowiem akcja, wydarzenia, losy bohaterów, ale ten refleksyjny klimat, pełen słodko-gorzkich akcentów. Z przyjemnością podziwia się świetne dialogi, znakomite zdjęcia, grę aktorską, głęboko przedstawione postacie.
Scenarzyści mocno się wysilili, aby pokazać nam ciekawych bohaterów i sytuacje jakby żywcem wyjęte z życia, jakże różnych od sztampowych i szablonowych postaci, do jakich przyzwyczaiły nas różnorakie obyczajowe tasiemce. Jako przykład mogę dać niewiarygodnie skomplikowana postać Brendy (i w ogóle całej jej rodziny), zaczątek ewolucji postaci Claire z pyskatej gówniary w pewną siebie kobietę o artystycznej duszy, wzloty i upadki związku Dave’a z Keithem…
Do drugiej serii mam jedynie dwa zarzuty. Pierwszy dotyczy tylko drugiej serii, a mianowicie tego, że pod koniec zabrakło pomysłów na początki odcinka i zaczęli umierać starzy ludzie – nagle, niespodziewanie, u fryzjera czy na ulicy. Daleko im do maestrii scenek z pierwszej serii czy początkowych odcinków drugiej. Drugi zarzut dotyczy obu serii, ale w drugiej stał się bardziej widoczny i bolesny. Frances Conroy jako Ruth jest, jak dla mnie fatalna. Ja wiem, że za tę rolę dostała Emmy, ale nadal uważam, że taka nowoczesna, postępowa i wyzwolona seniorka rodu nie powinna być grana przez kobietę, która ze swoją aparycją nadaje się do grania co najwyżej kury domowej. Kontrast jest bardzo widoczny, zaś cały znakomity kunszt aktorski Frances (którego nie neguję ani troszkę) ledwie, ledwie go przykrywa.
Niemniej jednak, oglądając serial, cały czas myślałem – ile to jeszcze spotkań z rodziną Fisherów, ile pięknych odcinków mnie jeszze czeka, ile jeszcze przede mną! I cieszę się, że mam jeszcze aż trzy sezony do obejrzenia. Bo chce się, aby to trwało, trwało i trwało. Jak najdłużej.
Hmm, moje wrażenia dokładnie odwrotne:) Druga seria była najlepsza – chyba, bo po obejrzeniu wszystkich cały czas czuję się, jakby mi kto serdecznie przywalił obuchem w głowę.
W każdym razie.
Ciagłe obcowanie z najróżniejszymi dziwnymi i finezyjnymi przypadkami zejścia zaczęło mnie powoli wprowadzać w stan znieczulicy – i właśnie pomysł pokazywania śmierci naturalnej był w 100% trafiony.
Jeśli idzie o Ruth. Właśnie ten uderzający kontrast; zahukana mama w jakichś zjechanych łachach z pokorą wypisaną na niepomalowanej twarzy i kwaśnym dowcipem (o ile w ogóle się taki taki się jej przytrafiał) nieudolnie próbująca zmienić się w “postępową” – dla mnie bomba! Bez niej i bez Brendy w ogóle serial by dla mnie nie istniał.
Witam Talito – cieszę się, że trafiłaś na mój blog i mam nadzieję, że zostaniesz tutaj stałym bywalcem.
Jeśli chodzi o 6fu – cóż, każdy ma prawo do własnego spojrzenia. Znakomicie opisałaś jak wygląda Ruth w moich oczach – “zahukana mama w jakichś zjechanych łachach z pokorą wypisaną na niepomalowanej twarzy i kwaśnym dowcipem (o ile w ogóle się taki taki się jej przytrafiał) nieudolnie próbująca zmienić się w “postępową””. Tyle tylko, że to, co Ciebie fascynuje, mi akurat zupełnie nie pasuje. Aczkolwiek teraz dopiero uświadomiłaś mi, że takie przedstawienie Ruth było celowym zabiegiem twórców serialu.
Co do Brendy – pełna zgoda. Błyszczy i świeci najjaśniej, ale nikogo nie przyćmiewa, bo każda postać ma tu swoje 5 minut, każda postać ma w sobie coś fascynującego i ciekawego. To jest właśnie magia tego serialu.
Odwzajemniam przywitanie:)!