Myślokracja, czyli from łeb to web

10. Co Einstein powiedział swojemu fryzjerowi? 30 lipiec 2007 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Książki, Nauka — HaeS @ 6:12 pm

Robert L. Wolke
Co Einstein powiedział swojemu fryzjerowi

Zielona niepozorna książeczka o durnym tytule – tak można w skrócie opisać moje pierwsze spotkanie z książką. Kiedy jednak zacząłem wertować jej zawartość tak się zauroczyłem, że postanowiłem dokończyć lekturę w domu (a co!) i w ten sposób stałem się jej właścicielem. I nie żałuję ani troszkę wydanych pieniędzy.

Książka jest książką popularnonaukową, sformułowaną w modnym ostatnimi czasy formacie pytań i odpowiedzi. Przygniatająca większość zagadnień dotyczy fizyki, od czasu do czasu autor zahacza jednak delikatnie o chemię, rzadziej o matematykę. W wyjątkowo przystępny sposób Wolke tłumaczy różne zagadnienia. Wyjaśnia m.in. dlaczego Farenheit przyjął taką, a nie inną skalę, dlaczego księżyc jest zwrócony tą samą stroną do Ziemi, dlaczego szkło jest przezroczyste i na dziesiątki innych pytań, nawet tak głupich jak to, czy strzelec wystrzeliwujący salwę w górę może oberwać z kuli, która wróci na ziemię siłą grawitacji i jakie mogą być tego konsekwencje. Każde wytłumaczenie jest primo wyczerpujące, secundo – proste, tertio – dowcipne. Przy okazji autor obala kilka mitów (m.in. o ciekłości szkła, przekraczaniu bariery dźwięku i różnym kierunku wirowania wody wypływającej ze zlewu w zależności od półkuli, na której się przebywa), oczywiście dokładnie i analitycznie (sprowadzając wszystko do zachowania atomów i cząsteczek) tłumaczy jak jest naprawdę. Znakomita pozycja dla osób ciekawych świata, chcących poznać mechanizmy nim rządzące, zrozumieć to, co jeszcze niezrozumiałe oraz odkryć, że to, co wydawało się oczywiste, wcale aż takie proste i oczywiste nie jest. Poza tym niesamowicie pobudza ciekawość i wywołuje apetyt na większą porcję wiedzy, czyli daje taki intelektualny kop w dupę (w pozytywnym tego słowa znaczeniu).

Bardzo dobra książka, jedna z najlepszych spotkanych przeze mnie w ostatnich latach. Polecam gorąco mając nadzieję, że i inne dzieła Wolke’a zostaną wydane w Polsce.

 

9. Chicago O.S.T. 27 lipiec 2007 (piątek)

Zaszufladkowany do: Muzyka — HaeS @ 4:06 pm

Nie jestem ekspertem od muzyki, więc nie za bardzo znam też jazz. Zawsze mi się kojarzył z takim trio w którym jeden pan gra na fortepianie, drugi na trąbce, trzeci na czymś jeszcze (albo śpiewa takie bibabibobibabobobibabum), grają powoli, smętnie i strasznie nudzą swoją grą. No i dlatego jazzu unikam jak ognia, nie rozumięjąc fascynacji tą muzyką milionów ludzi na całym świecie.

Ale jazz dopadł mnie podstępie i od tyłu. Obejrzałem film Chicago i od razu stwierdziłem, że najsilniejszą jego stroną jest ścieżka dźwiękowa. Przesłuchałem ją wielokrotnie zanim zaczęło do mnie docierać, że to jest właśnie prawdziwy jazz. Jaz, który jest piękny i wcale nie nudny. Kompozycje są zlozone, żywe i ciekawe. Muzyka barwna i skomplikowana, stosująca wiele pomysłów i patentów, grana na wielu instrumentach, a nie tylko na trąbce i fortepianie. Łatwo wpadające w ucho melodie, świetne wokale, znakomite aranżacje. Cuuuuuuuuuudowna!! Takiego jazzu nie boję się ani troszkę.

 

8. Jeremiah 27 lipiec 2007 (piątek)

Zaszufladkowany do: Seriale, TV — HaeS @ 10:11 am

Jeremiah – serial w Polsce praktycznie w ogóle nie znany, nie emitowany w zadnej polskiej TV. Poza garstką fanów SF, którzy gdzieś tam ściągnęli to z internetu, niewielu o nim słyszało, jeszcze mniej oglądało. Często porównywany z Jericho, jednak jest między tymi dwiema produkcjami sporó różnic. No i dla mnie Jeremiah jest lepszy.

Jeremiah jest luźno oparty na belgijskim komiksie, jednak zwiazek jest ten tylko symboliczny. Producentem serialu jest Joe Michael Straczynski, znany głównie z “Babylonu 5″. Nie oglądałem jeszcze tego serialu (chociaż przymierzam się, bo recenzje ma więcej niż dobre). Plany odnośnie Jeremiaha były nieco ambitniejsze niż dwie serie, ale mając świadomość, że w każdej chwili serial może dostać cancela, Straczynski zdecydował zamknąć wszystko w dwóch seriach. Może troszkę szkoda, bo Babylon z tego co wiem, powoli się rozkręcał i na początku też nie był rewelacyjny. Kto wie, jak wyglądałby Jeremiah po czterech seriach?

Wszystkie (poza nielicznymi wyjątkami) odcinki pierwszego sezonu (20 odc.) to tzw. stand alone’y – każdy odcinek opowiada inną historię, w każdym zostaje zawiązana akcja i w każdym zostają zamknięte wszystkie wątki. Ogólnie jestem przeciwnikiem takiego rozwiązania w serialach (wolę jedną długą historię pociętą na kawałki), ale aż tak mnie to nie drażni. Pod względem konwencji pierwszy sezon można porównać np. do Slidersów. Dwójka głównych bohaterów przemierza pustkowia nowego świata, przeżywa różne przygody, spotyka rózne dziwaczne sytuacje, udaje się w dziwne miejsca, gdzie zawsze wpadają w jakieś tarapaty i oczywiście zawsze jakoś z nich wyjdą. Pomimo wyraźnych oszczędności w scenografii, naciąganych i przewidywalnych niektórych scenariuszy i niezbyt udanej obsady aktorskiej (np. aktorka odgrywająca Theo to artystycznie dno totalne, estetycznie za to OK) pierwszy sezon oceniam pozytywnie. Postać Ezekhele wprowadza w serial troszkę nim tajemniczości, sporo jest klimatu przypominającego nieco Fallouta czy Mad Maxa no i niektóre (nie wszystkie, niestety) odcinki są naprawdę dobre pod względem akcji, napięcia i zaskoczenia.

Drugi sezon to (15 odc.) już zupełnie inna bajka. ZUPEŁNIE. Jakbym oglądał inny serial. Nawet czołówka jest inna (IMO lepsza). Raczej nie ma już stand alone’ów. Każdy odcinek posuwa mocno akcję do przodu, wciąż tworzą się i rozwijają nowe wątki, zaś całość nieubłaganie pędzi w niezłym tempie ku finałowi, w którym wszystkie ważniejsze wątki zostają rozwiązane. Tego właśnie mi brakowało w pierwszej serii – jakiegoś całokształtu. Niestety, druga seria ma też wiele buraków. Niemal wszystkie odcinki są zwyczajnie nudne, poza tym nie ma już klimatu. Nikt nie przemierza kolejnych miast w poszukiwaniu różnych cudów i dziwactw, sporo jest odcinków które niemal w całości rozgrywają się w Górze Grzmotów lub pobliskim miasteczku Millhaven. Tematem przewodnim jest wojna, wokół niej wszystko się kręci. Twórcy, niestety, pogubili się i chcąc pociągnąć serial dalej, poszli chyba w nie tym kierunku co trzeba. Można było rozwinąć wątek skinów, pokazać nowe miasta, żyjących w nim ludzi, ich słabości, ich problemy, ale i ich nadzieję i chęć do zmiany świata. Zamiast tego dostaliśmy taką sobie papkę. Serial tak przypomina serial wojenny, że momentami zapominałem że oglądam serial SF. Babole te zauważyli też amerykańscy widzowie. Drugi sezon zdjęto po wyemitowaniu ledwie 7 odcinków. Szybko jednak doemitowano go w Kanadzie, zaś w USA dopiero po ponad roku widzowie mieli szansę obejrzeć 8 ostatnich odcinków. I chyba jednak warto, bo pod koniec serial nieco przyspiesza i ciekawi.

Ostatni podwójny odcinek jest bardzo dobry, jednak końcówka, mimo że zamyka wszystkie wątki, pozostawia pewien niedosyt. Można było spokojnie pociągnąć z tego 3. sezon. Nie byłaby to pewnie żadna rewelacja, zwłaszcza że i pierwsze dwa nie powalały na kolana, ale większość produkcji SF prezentuje tak mierny poziom, że Jeremiah i tak wypływa ponad ten poziom. Czy polecić? No cóż, jest to typowy przeciętniak, ale osoby lubiących takie klimaty mogą z obejrzeć i zapewne im się nawet sposoba. Ale raczej nie zafascynuje.

 

7. Jak tłumaczy się filmy nad Wisłą? 25 lipiec 2007 (środa)

Zaszufladkowany do: TV — HaeS @ 4:10 pm

Zainspirowany dyskusją na portalu gazeta.pl, postanowiłem wypowiedziec sie na temat formy tłumaczenia filmów w polskiej TV. Od niepamiętnych czasów (w zasadzie od zawsze) robi to specjalny pan zwany lektorem. TVP tłumaczy się, że pomysł ten wziął się z czasów, kiedy TV w większości kraju śnieżyła i napisy w filmach były nieczytelne. Zatem dano lektora i tak już, niestety, zostało. Chory nawyk przejęły potem stacje prywatne i zostaliśmy udupieni na kilka kolejnych dziesięcioleci z tą formą tłumaczenia.

Że zagłusza głosy aktorów, a nawet resztę ścieżki dźwiękowej, mówić nie muszę. Że beznamiętnym głosem mówi “Kocham cię”, a potem sam sobie odpowiada “Ja też cię kocham” też nie wymaga komenatarza. Że utrudnia młodym ludziom kontakt z językiem obcym też wiadomo. Mnie osobiście wkurza, denerwuje i normalnie drażni. Wstyd mnie było jak cholera, jak dostałem kiedyś orignalną płytę z filmem Ocean’s Eleven. Przejrzałem ścieżki dźwiękowe i była oryginalna wersja oraz dubbing niemiecki, czeski, węgierski no i oczywiście polska wersja językowa, oczywiście z lektorem. Dziadostwo, jakie funduje nam się od lat w postaci lektora nie ma swojego odpowiednika w całej cywilizowanej Europie. Nigdzie, pokreślam NIGDZIE w rozwiniętych krajach czegoś takiego się nie stosuje. Nawet Ruscy wycofali się z tego i dubbingują filmy. A nad Wisłą jak lektor psuł filmy, tak też i psuje.

Jestem w zdecydowanej opozycji jeśli chodzi o dubbing. Mianowicie jestem jak najbardziej ZA, chociaż oczywiście należy zachować umiar i wiedzieć co wypada, a czego nie wypada w ten sposób tłumaczyć (Niemcy tego umiaru zdecydowanie nie mają). Wstrzymałbym się w szczególności w przypadku wysokobudżetowych produkcji z aktorami z pierwszej ligi, ale w filmach gorszej klasy czy też w większości seriali spokojnie można byłoby podłożyć polskie głosy bez obawy o utratę spójności artystycznej dzieła. Oczywiście, dubbing należy zrobić porządnie. Jednym z najczęstszych argumentów przeciwników dubbingu jest bowiem to, że ‘głosy są byle jak podłożone, totalny brak synchronizacji głosu z obrazem itd’. Niekoniecznie musi tak być. A że się da zrobić dobrze, przytoczę przykład bardzo udanego dubbingu dla serialu “Ja, Klaudiusz” (co prawda nie widziałem, ale nie spotkalem się jeszcze w necie z negatywną opinią) czy znakomicie przetłumaczone pierwsze cztery sezony “Star Trek: Voyager” na nieocenionym Canal +. Do tego dorzucić jeszcze trzeba “Przygody Młodego Indiany Jonesa” puszczane swojego czasu na TVP z dubbingiem (o dziwo, kilka lat później puszczali to samo z lektorem – dziadoskie przyzwyczjanie zwyciężyło).

Podsumowując: filmy i seriale klasy A – napisy, cała reszta (w tym bajki wszelakie) – dubbing, lektor tylko w programach informacyjnych i filmach dokumentalnych, w ostateczności – w głupawych filmach sensacyjnych z lat 80tych, bo tworzy swoisty klimat i przypomina czasy kiedy panowały wszędzie VHSy.

No i jeszcze na koniec ciekawostka. Nie kazdy wie, że lektor (jako forma tłumaczenia) ma kilka wersji. W TVP eksperymentowano z rozwiazaniem popularnym w swoim czasie w Sawiejstkim Sajuzie – dwóch lektorów w jednym filmie – mężczyzna i kobieta – tłumaczą dialogi dla postaci swojej płci. Na swoje potrzeby ten typ tłumaczenia nazywam to ruskim lektorem, dla odróżnienia od ruskiego dubbingu, w którym każda postać ma swojego lektora (do Polski to chyba nigdy nie dotarło). Podczas gdy lektorzy mniej lub bardziej nieudolnie tłumaczą dialogi, pod spodem słychać oczywiście oryginalny tekst. Brzmi to jeszcze gorzej od klasycznego lektora.

 

6. Giertych i Lepper w jednym stali domu 18 lipiec 2007 (środa)

Zaszufladkowany do: Polityka — HaeS @ 3:06 pm

Zazwyczaj dystansuję się od polityki. Przyznaję się bez bicia: nie znam się zbytnio na tym. Śledzę z grubsza na bieżąco to, co się dzieje, ale ilość afer i przewijających się przez nie nazwisk dawno mnie przytłoczyła i cała moja wiedza ogranicza się do tego, że taka a taka sprawa BYŁA.

Tutaj mamy jednak do czynienia z wydarzeniem, którego pominąć nie sposób. Andrzeja Leppera i Romana Giertycha znamy wszyscy. Pierwszy zaczynał swoją karierę od wyrzucania gnoju i jazdy ciągnikiem, od czasu do czasu blokując drogi i wysypując zboże. W tym samym czasie Giertych, opromieniony chwałą swoich rozlicznych przodków, zapewne kończył studia, wkraczając w dorosłe życie pod opieką taty, sławnego obecnie na całą Europę profesora dendrologii, znanego raczej z innych rzeczy niż z osiągnięć w swojej dziedzinie nauki.

Z czasem jednak obaj panowie odnaleźli swoją drogę na szczyt. Liga Polskich Rodzin i Samoobrona dostały się do sejmu, a nawet zawiązały z PiSem koalicję. Andrzej Lepper mógł nareszczie pokazać na co go stać i z dumą patrzeć, jak wykształceni przez niego rolnicy robią blokady na drogach. “Dobrze ich nauczyłem!” – powtarzał sobie w duchu, zapominając jednak o tym, przeciwko komu i dlaczego robione są blokady. Jeszcze więcej powodów do dumy ma Giertych. Dzięki otrzymaniu teki MEN, otrzymał klucz do przyszłosci narodu. Moze urabiac przyszle pokolenia wedle wlasnej woli, robic z nimi co mu sie zywnie podoba, manipulowac mlodymi umyslami poprzez dobor bardziej patriotycznych lektur no i walczyc z ogolnoswiatowym trendem bezpodstawnie propagujacym bezpodstawna bzdure, jaka jest teoria ewolucji.

I kiedy wydawalo sie, ze obaj panowie osiagneli juz pelnie szczescia, zagrozenie przyszlo od najmniej spodziewanej strony: sojuszniczy PiS zaczal odbierac im wyborcow, tworzyc za ich plecami spiski i robic wszystko, aby tylko ich zniszczyc. Dwie partie, dwaj liderzy, dwie zupelnie rozne ideologie – lacza sie w jedna, duza partie.

Pomysl, oczywiscie, chory i poroniony. Partie roznia sie od siebie w niemal wszystkim i jedyne, co je laczy, to chec pozostania na stolkach. Gdzie tu bowiem eurosceptycznosc LPR do wielkiej ochoty rolnikow w SO na unijne doplaty. Jak się ma mania Giertycha na punkcie obrony zycia poczetego do Leppera, któremu takie rzeczy zwyczajnie wiszą? Pytan takich jest duzo wiecej. LPR i SO to zupełnie różna bajka i nie widzę ich razem. Czas Giertycha i Leppera nieodwołalnie mija. Głosujący na LPR widzą skrajność poglądów tej partii i odwracają się do niej plecami w kierunku np. PiS. Elektorat Samoobrony zaczyna powracać do swoich PSLowskich korzeni albo zaczyna widzieć nowego dobrego wujka w postaci Jarosława Kaczyńskiego. Wydaje się zatem, że LiS to ostatni krzyk rozpaczy idących na dno dwóch panów. Oby jak najszybciej.

 

5. Six Feet Under – sezon drugi 16 lipiec 2007 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Seriale, TV — HaeS @ 4:10 pm

Recenzja ta jest teoretycznie recenzją drugiego sezonu, ale w praktyce – drugą częścią recenzji całego serialu. Drugi sezon jakościowo nie wnosi bowiem do serialu nic – jest równie doskonały jak pierwszy i każde zdanie wypowiedziane o pierwszym sezonie można odnieść do drugiego i vice versa.

Pisząc o pierwszym sezonie, wychwalałem początki odcinków, kiedy ktoś umiera. Zazwyczaj czeka nas poważna niespodzianka. I już w 2×01 mamy tego najlepszy dowód. Znakomita, pełna zaskoczenia, scena z początku odcinka to doskonały sposób na rozpoczęcie sezonu.

6FU różni się znacząco od innych seriali obyczajowych. Czynnikiem wciągającym nie jest bowiem akcja, wydarzenia, losy bohaterów, ale ten refleksyjny klimat, pełen słodko-gorzkich akcentów. Z przyjemnością podziwia się świetne dialogi, znakomite zdjęcia, grę aktorską, głęboko przedstawione postacie.

Scenarzyści mocno się wysilili, aby pokazać nam ciekawych bohaterów i sytuacje jakby żywcem wyjęte z życia, jakże różnych od sztampowych i szablonowych postaci, do jakich przyzwyczaiły nas różnorakie obyczajowe tasiemce. Jako przykład mogę dać niewiarygodnie skomplikowana postać Brendy (i w ogóle całej jej rodziny), zaczątek ewolucji postaci Claire z pyskatej gówniary w pewną siebie kobietę o artystycznej duszy, wzloty i upadki związku Dave’a z Keithem…

Do drugiej serii mam jedynie dwa zarzuty. Pierwszy dotyczy tylko drugiej serii, a mianowicie tego, że pod koniec zabrakło pomysłów na początki odcinka i zaczęli umierać starzy ludzie – nagle, niespodziewanie, u fryzjera czy na ulicy. Daleko im do maestrii scenek z pierwszej serii czy początkowych odcinków drugiej. Drugi zarzut dotyczy obu serii, ale w drugiej stał się bardziej widoczny i bolesny. Frances Conroy jako Ruth jest, jak dla mnie fatalna. Ja wiem, że za tę rolę dostała Emmy, ale nadal uważam, że taka nowoczesna, postępowa i wyzwolona seniorka rodu nie powinna być grana przez kobietę, która ze swoją aparycją nadaje się do grania co najwyżej kury domowej. Kontrast jest bardzo widoczny, zaś cały znakomity kunszt aktorski Frances (którego nie neguję ani troszkę) ledwie, ledwie go przykrywa.

Niemniej jednak, oglądając serial, cały czas myślałem – ile to jeszcze spotkań z rodziną Fisherów, ile pięknych odcinków mnie jeszze czeka, ile jeszcze przede mną! I cieszę się, że mam jeszcze aż trzy sezony do obejrzenia. Bo chce się, aby to trwało, trwało i trwało. Jak najdłużej.

 

4. Six Feet Under – sezon pierwszy 15 lipiec 2007 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Seriale, TV — HaeS @ 5:46 pm

Recenzje te napisalem juz jakis czas temu, bezposrednio po obejrzeniu pierwszego sezonu. Teraz jestem juz po sezonie drugim i lada dzien zamieszcze notke i o nim.

Serial. Nie ma co ukrywać, obyczajowy. Nie spieszyłbym się jednak z racji samej przynależności gatunkowej ustawiać go w jednym rzędzie z “M jak Miłość” i “Modą na Sukces”. Wręcz, przeciwnie, wiele półek wyżej. To wzór dla twórców seriali, którzy powinni obowiązkowo obejrzeć “6FU”, a być może popełnialiby mniej potworków, jakie to rodzą się coraz częściej w telewizjach na całym świecie.

Po pierwsze – nowatorstwo. Serial opowiada o prywatnych i zawodowych problemach rodziny prowadzącej… zakład pogrzebowy. Każdy odcinek rozpoczyna się od pokazania czyjejś śmierci. Później pojawia się tablica z imieniem i nazwiskiem tej osoby i datami jej urodzin i śmierci. To właśnie będzie osoba, którą nasi bohaterowie w tym odcinku będą przygotowywać do pogrzebu. Są przyzwyczajeni do tego, widzieli już setki śmierci, nic sobie z tego nie robią, chociaż dla widza obrazek taki może być szokujący. Drugim szokującym doświadczeniem dla widza może być homoseksualny związek jednego z bohaterów. Tak naturalistycznego ukazania homoseksualizmu nie mieliśmy jeszcze nigdzie. Standard pokazywania ich związku jest identyczny jak przeciętny standard pokazywania pary heteroseksualnej. Bohaterowie rozmawiają o swoim związku, kłócą się i godzą, a nawet się… całują. Troszkę brzydzi, ale jednocześnie pokazuje, że geje wcale nie są aż tak róznymi ludźmi, jak przywykliśmy uważać.Po drugie – nikt nie przesadza z ilością odcinków. Pierwszy sezon ma ich 13, sezonów jest 5 i wszystkie mają po 12 lub 13 epizodów. To w zupełności wystarczy. Nie ma ubywających i przybywających postaci, zmienianych odtwórców poszczególnych ról, bo komuś znudziło się grać, kulejącej z sezonu na sezon fabuły i niekonsekwencji fabularnych między pierwszymi, a kolejnymi odcinkami.

Po trzecie – serial jest znakomicie zrealizowany. Przemyślane scenariusze odcinków, dobre aktorstwo, scenografia i reżyseria robią wrażenie. “Zwidy” bohaterów nie rażą ani troszkę jakąś naiwnością bądź bajkowością; nie wiadomo czy bohater rozmawia z duchem swojego ojca, czy też po prostu prowadzi monolog wewnętrzny. Przyznać też muszę, że scenki śmierci na początku odcinka są świetnie wyreżyserowane – scenarzyści i reżyser grają z nami w kotka i myszkę i każą zastanawiać się, kto za chwilę umrze. A zarówno sposób śmierci, jak i osoba denata są dużym zaskoczeniem.

Bardzo dobry serial, prawdziwa perelka, jak najbardziej godna polecenia chyba wszystkim. No, moze Roman G. nie do konca bylby nim zachwycony. Ale kto w tym kraju liczy sie z jego zdaniem?

 

3. Cube 0 14 lipiec 2007 (sobota)

Zaszufladkowany do: Film — HaeS @ 9:14 pm

Cube Zero Kanada 2004

Nie oglądałem Cube 2, zaś Cube 1 – dawno temu i zachowałem jak najlepsze wspomnienie. Znakomite, nowatorskie dzieło pokazało, że wciąż można jeszcze stworzyć coś nowego, oryginalnego, świeżego w, zdawałoby się, duszącym się od wielu lat we własnym sosie filmowym światku. Tajemniczość pierwszej części (a w szczególności zakończenia) były jej największymi zaletami. Oczywiście, twórcy musieli skaszanić ten efekt przez dokręcenie prequela. Poznajemy tu tytułowy Cube z perspektywy przebywających w nim więźniów oraz dwóch osób z obsługi technicznej (!). Dowiadujemy się po co toto istnieje, dlaczego ludzie tam trafiają i co się z nimi dzieje po ucieczce z labiryntu. Czyli, jednym słowem, wyjaśniają wszystkie ważniejsze zagadki. Nadal nie wszystko jest wyjaśnione, ale wiemy już na tyle dużo, aby film odrzeć z aury nieprzeniknionej tajemnicy. Cały klimat, symbolikę i zagadkowość piewrszego Cube szlag trafia. Film warto obejrzeć w zasadzie z jednego powodu: zakończenia. Jest dość niespodziewane i znakomicie łączy się z częścią pierwszą. No, ale nie będę zdradzał, bo zepsuję wam jedyny plus filmu. A tak w ogóle to proponuję teraz, kiedy legendę genialnej pierwszej części już zbeszcześcili, dokręcić teraz serial (a co!). W każdym odcinku będziemy poznawali nowych więźniów i obserwowali ich zmagania oraz problemy prywatne i zawodowe obsługi technicznej. Takie “C jak Cube” albo “Moda na Cube” albo “Cube na dobre i na złe”. Byłoby to idealne podsumowanie kierunku, w jakim seria zmierza.

 

2. Co mnie wkurza w necie? 14 lipiec 2007 (sobota)

Zaszufladkowany do: Internet — HaeS @ 12:11 pm

Wiecie co mnie najbardziej wkurza w necie? Oto moje top-3:

1. Wszędobylskie reklamy
Szczególnie te we flashu, gdzie trzeba z olbrzymim wysiłkiem szukać przycisku aby je zamknąć, tudzież te z dźwiękiem które potrafią niemile zakoczyć człowieka który akurat niczego nie słucha, ale ma głośniki włączone na całą moc. Takim reklamom mówię NIE i dlatego polecam Operę, która znakomicie sobie z nimi radzi.

Jeszcze krótko o aspekcie moralnym: Czy to uczciwe, że uniemożliwiam firmom reklamującym swoje usługi/produkty zaprezentowanie ich oferty, jednocześnie w pełni korzystając z dobrodziejstw serwisu, który własnie z wciskania tych reklam sie utrzymuje? No coz, drogi reklamodawco – to dla Twojego dobra. Kiedy widzę nazwę danej firmy na flashu na pół ekranu, którego na dodatek nie ma jak wyłączyć, to firma mi się kojarzy raczej ŹLE. I jesli nie potrafisz zaprezentowac swojej oferty w taki sposób, aby nie wkurzać ludzi, to WYPIERDALAJ.

2. Zarejestruj się
Kolejna plaga. Czy to chodzi o stronę z napisami do filmów, czy jakiś durny blog, czy też o stronkę dla miłośników rowerów, trzeba się ZAREJESTROWAĆ aby coś obejrzeć czy aby się wypowiedzieć, wziąć udział w ankiecie czy ściągnąć maleńki durny pliczek. Jakby tego było mało, muszę im podawac swoj e-mail ryzykujac terabajty maili z reklamami i newsami, ktore mnie zbytnio nie interesuja. (ostatnio sie wycwanilem i zalozylem specjalnego maila tylko dla takich stron). Na dodatek, jakby tego bylo malo, trzeba wypelniac durne formularze w ktorych brakuje tylko pytania o dlugosc fiuta, poza tym strony te maja jakies wielkie wymagania co do hasła. Że za krotkie, za proste, że musi być cyfra, litera i znak specjalny, przy czym cyfra nie moze byc na koncu… LUDZIE, to przeciez tylko durna strona na ktorej sie rejestruje po to, zeby cos sciagnac! Juz sama koniecznosc rejestracji jest wystarczajaco upierdliwym utrudnieniem. Ja rozumiem, że czasem rejestracja to konieczność, ale dotyczy to dużo mniejszej ilości portali niż te, na których trzeba się rejestrować. Jeśli nie potrafisz tak zorganizować strony, aby każdy normalny internauta mógł z niej swobodnie korzystać bez zbędnych utrudnień – po prostu WYPIERDALAJ.

3. Klikanie
Moda jest taka ostatnimi czasy, aby dawać jak najmniej informacji na jakiejś stronie i aby dostać ich więcej, trzeba sobie poklikać. Szczególnie modne jest to na forach ze strukturą drzewiatą (największy debilizm wszechczasów) i na blogach, na których dostęp jest tylko do początku artykułu, a resztę trzeba sobie wyklikać. Nie lubię tego i mówię czemuś takiemu stanowcze NIE.

I dlatego serwisowi Onet powiedziałem pa-pa, przerzucając sie na serwis gazeta.pl. Progejowska żydomasoneria prowadząca portal wkurza mnie niesamowicie, ale wystarczą za to dwa klinięcia i mam dostęp do dziesiątek komentarzy użytkowników, które mogę spokojnie poczytać. Wszystko czego chcę, to mieć dostęp do jak największej ilości informacji bez klikania więcej, niż potrzeba. Nie potrafisz tego, twórco portalu uszanować? WYPIERDALAJ.

Śpij spokojnie, drogi internauto; swój blog ustawiłem załozylem w serwisie bez reklam i skonfigurowalem go tak, aby nikt nie musiał się rejestrować ani klikać więcej niż jest to naprawdę niezbędne. I mam nadzieję, że inni pójdą w moje ślady.

 

1. Apocalyptica plays Metallica by four Cellos 14 lipiec 2007 (sobota)

Zaszufladkowany do: Muzyka — HaeS @ 11:16 am

Nazwę tę pierwszy raz usłyszałem chodząc jeszcze do liceum (ha… kiedy to było?). Zakochany wówczas totalnie w Metallice i ubóstwiający ją ponad wszystko, nie mogłem zignorować faktu pojawienia sie czegos takiego. Pozyczylem od kumpla kasete “Apolyptica Plays Metallica by four Cellos”(wtedy jeszcze mozna bylo dostac je w sklepach zanim niewidzialna reka rynku sprawila, ze wyparly ją płyty CD – zresztą, napiszę o tym osobny artykuł) i zatopiłem się w magicznych dźwiękach wiolonczeli.

Niektórzy śmieją się ze mnie kiedy o tym wspominam, ale jestem szczerze przekonany, że większość odmian rocka (a w szczególności metal) jest muzyką pochodzącą od muzyki barokowej, tudzież klasycznej. Właśnie metal jest nią głęboko zainspirowany i ideowo jest jej najbliższy. Gdyby Bach, Mozart czy Beethoven urodzili się w dzisiejszych czasach, słuchaliby jeśli nie metalu, to co najmniej rocka. I taką muzykę by tworzyli. Jest w niej coś pięknego, wzniosłego, rzekłbym niemalże: romantycznego. Tym wszak metal różni się od muzyki punkowej.

Niemniej jednak metal rózni się też dużo od muzyki klasycznej i dla słuchacza takiej muzyki przejście z Czajkowskiego do Metalliki może być szokiem. Tak też widocznie pomyślało czterech finów, którzy postanowili uczynić z kilku utworów tego kultowego zespołu utwory mówiąc językiem biologii “wtórnie przystowowane” do ucha melomana.

Nie do końca osiągnęli ten efekt, który ja bym widział najchętniej (IMHO najlepiej zrobiłby to kwartet smyczkowy uzupełniony o jakieś instrumenty perkusyjne), ale i tak to, co słychać, wymiata. Znakomite interpretacje utworów “Metallicznych” zasługują na najwyższą cześć i uznanie. Oczywiście, traktować to wszystko z przymrużeniem oka i jako ciekawostkę jedynie. Ponoć zespół zaczął wydawać potem także i swoje autorskie utwory – nie wiem, nie słuchałem.

Tak czy owak, robi wrażenie nawet po latach i dla wszystkich fanów Metalliki – pozycja absolutnie obowiązkowa.