HaeS BloG

Muzyka, filmy, książki, polityka, kultura…

113. Komu Papieża, komu?

Kościół od dawna jest organizacją na którą, pomimo tego, że formalnie jestem wciąż jestem jego członkiem, patrzę z dystansu, komentując sobie w głowie z odrobinką ironii i sarkazmu kolejne wypowiedzi i pomysły Josepha Ratzingera, tudzież jego bliższych i dalszych współpracowników. Zatęchłość myślenia tej organizacji (podobnie jak KAŻDEJ organizacji religijnej) przeraża mój, wyzwolony już od dogmatów i nieuzasadnionych żadnymi pragmatycznymi przesłankami zakazów i nakazów, umysł. Zazwyczaj się tym zbytnio nie przejmuję - jak to ktoś kiedyś ujął “nie mój cyrk, nie moje małpy”.

Nie będę teraz znęcał się nad całokształtem ideologii Kościoła, nad interpretacją Ewangelii, niejasnymi standardami moralnymi, kultem świętych, stosunkiem do antykoncepcji czy też dogmatami w stylu wniebowzięcia NMP. Do tego bowiem cały czas się przygotowuję pisząc posta o moim światopoglądzie (nie, nie zapomniałem o nim - po prostu piszę go powoli od kilku miesięcy, przemyślilwując każde sformuławanie, dopieszczając poszczególne myśli i dodając kolejne przykłady czy argumenty). Póki co jednak rzucę odrobinką humoru, dodajmy od razu - czarnego humoru ze strony fanatycznych zwolenników Karola Wojtyły, znanego światu jako Jan Paweł II.

Podczas oczekiwania na beatyfikację naszego rodaka do Watykanu spływają już setki próśb o… relikwie papieża. Relikwiami mogą być różne rzeczy - spore zainteresowanie wzbudzałyby sutanna papieża bądź jego narty (swoją drogą, ciekawe czy znaleźli by się też chętni na modlenie się do nocniczka papieża, jego starych gaci i sztucznej szczęki), ale największe wzięcie byłoby na jego… kości. Nie wyobrażam sobie tego, aby wyjmować z grobu ciało, porozcinać je na kawałki i po prostu sprzedawać, bo śmierdzi mi to profanacją i bezczeszczeniem zwłok, podobnie zresztą jak chyba każdemu zdrowo myślącemu człowiekowi, ale jak wszyscy wiemy kościoły wszelakie nie do końca są organizacjami posługującymi się w pierwszej kolejności tzw. zdrowym rozsądkiem.

Oficjalnie Watykan niechętnie odnosi się do tego pomysłu i prawdopobnie - całe szczęście - do niego nie dojdzie, ale sam już pomysł podzielenia ciała Papieża i sprzedaży jego kawałków, który wychodzi wszak od kapłanów i biskupów z całego świata, jest dla mnie chory, poroniony i świadczący o nie najlepszej kondycji Kościoła i jego wyżej czy niżej położonych w hierarchii prezbiterów, o szeregowych członkach nie wspominając. Napawający najwyższą grozą i skłaniający po raz kolejny do refleksji: o co tak naprawdę w tym całym Kościele chodzi? Jaki jest prawdziwy cel istnienia tej organizacji, jakie z założenia rzeczy ma zrobić dla dobra ludzkości i dobra doczesnego całego świata? Ja osobiście osiągnąłem kolejny stopień wtajemniczenia: nie mam pojęcia w jakim kierunku zmierza Kościół i jakie są jego prawdziwe cele. Ale też mnie to w ogóle nie obchodzi.

maj 6, 2008 Opublikował/a haes | Kościół, refleksje | | Liczba komentarzy: 21

112. Polecone: Wyspa Delfinów

Dziś rozpoczynam na swoim blogu cykl, w którym będę omawiał książki, filmy i inne wytwory kultury, o których dowiedziałem się (bądź zostałem do nich zachęcony) dzięki blogom, na które od czasu do czasu zaglądam. W ten sposób w sposób wirtualny zbliżam się do moich kolegów-blogerów, zacieśniam wirtualne więzi, a jednocześnie pokazuję, jak byt w blogosferze przeplata się z prawdziwym życiem i jaki ma na nie wpływ, na mój rozwój intelektualny, a także - być może w przyszłości - towarzyski. Że człek nie bloguje sam dla siebie, ale po to, aby się z kimś czymś podzielić, dać komuś coś z siebie, ale jednocześnie od innych chłonąć cząstki ich osobowości, żyć tym, czym żyją inni. Pan Spock z kamienną twarzą rzekłby w tym miejscu “fascinating!”.

Na pierwszy rzut idzie zatem “Wyspa Delfinów” (powered by Surion)

Recenzja Suriona (po której kupiłem książkę na allegro): Tutaj.

Arthur C. Clarke najbardziej znany jest z cyklu “Odyseja Kosmiczna”. Powstały w sumie cztery tomy. Pierwsze dwa z nich - których akcja dzieje się w roku 2001 oraz 2010 (moje recenzje tu) zostały zekranizowane. Dwa kolejne, których czas akcji umieszczony jest w 2061 i 3001 ekranizacji póki co się nie doczekały. Szczerze mówiąc, nie czytałem jeszcze żadnego z czterech tomów (chociaż pierwsze dwa mam w planach; dwa kolejne też bym chciał przeczytać tyle, że są trudno dostepne); ba - nie czytałem jeszcze niczego Clarke’a i dlatego też nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać.

W jednej rzeczy w Surionem się zgadzam: Clarke niestety nie błyszczy stylem. Proste i raczej krótkie zdania, brak jakichkolwiek komplikacji stylistycznych czy składniowych, zero ozdobników, słownictwo najprostsze jak się da - miejscami ma się wrażenie, że czyta się książkę dla 10-latków. Owa ułomność stylistyczna autora na początku drażni, na szczęście z czasem człowiek się przyzwyczaja i nie przeszkadza to już tak bardzo. Fabuła sama w sobie też niestety zbyt wyszukana nie jest. Nie będę jej streszczał, bo co będę psuł zabawę czytelnikowi, ale przebieg akcji, ale powiem tylko tyle, że raczej nie dzieje się nic wartego uwagi. Bohaterowie… szkoda gadać. Dziecinny Johnny dręczony przez niedobrą ciotkę i jeszcze bardziej dziecinny jego przyjaciel, do tego dobroduszny profesorek i jego nieco zimniejszy współpracownik + galeria kilku innych równie mało interesujących postaci. A, zapomniałem o delfinach, które też grają ważną rolę.

Książkę zatem mógłbym rnąć do kosza (albo “wyćpnąć na gemylę”, jak to moja babcia mawiała) bez większego żalu. Jednak jest w niej coś, co przyciąga. Clarke w ów żenujący spektaktl pozbawiony jakiejkolwiek ciekawej akcji prowadzony w dodatku przez marnie skrojonych bohaterów, wkleił kilka interesujących pomysłów, które sprawiają, że książka nabiera zupełnie innego wymiaru. Wiadomo powszechnie, że delfiny są istotami wysoce inteligentnymi i w zasadzie jedyną istotą na intelektualnej drabinie postawioną wyżej od nich jest człowiek. Clarke poszedł nieco dalej. Zasugerował, że delfiny posiadają własny język, na tyle podobny do ludzkiego, że człowiek jest w stanie (przy pomocy oczywiście odpowiedniej maszynerii) rozszyfrować delfinią ową mowę, a także i odpowiedzieć delfinom w ich języku. Jak dla mnie, całkiem wiarygodna historia. Co ważne, Clarke ubarwia całą historię o zdawałoby się mało istotne, ale sprawiające że wszystko zyskuje na wiarygodności szczegóły - jak choćby ten, że defliny posługują się systemem dwójkowym. No i napisac muszę, że bohaterowie rozgryzając delfinią mowę, trafiają na tajemniczą legendę, o której Surion wspominał. Także i ja ani słowem nie wspomnę o czym te defliny od wieków rozprawiają, ale legendą nie zawiodłem się ani trochę. Autor wplótł w książkę także i inną, autentyczną i bardzo interesującą legendę - tym razem opowiadaną przez ludzi, - a mianowicie o Mary Watson.

Po świeżej lekturze “Solarisa”, po którym wciąż jeszcze nie ochłonąłem, wnioskuję, że być może ludzkość popełnia błąd szukając inteligencji w kosmosie. Być może inteligentne cywilizacje składające się ze świadomych jednostek (nieco innych niż sobie wyobrażaliśmy, ale jednak) żyją tutaj, na ziemi? Sporo czasu i pieniędzy poświęcono już inteligencji szympansów, która jest dobrze zbadana i opisana, mam wrażenie jednak, że o wiele większy potencjał tkwi w delfinach, słoniach i świniach. Tak mało o nich się mówi, a przecież to niewiarygodnie inteligentne zwierzęta. Kto wie co naprawdę dzieje się w ich głowach…

Wracjąc do mojej ostatniej lektury - plusem “Wyspy Delfinów” może być to, że mnóstwo dowiadujemy się o tych sympatycznych stworzonkach, ich zwyczajach, zabawach, radościach i utrapieniach. Poza tym nie sposób nie wspomnieć o tym, że Clarke porusza delikatnie pewne problemy społeczno-filozoficzne, ustami bohaterów wypowiada się m.in. w sprawie tresowania zwierząt (a w dalsze perspektywie - ludzi) przy pomocy elektrostymulacji mózgu, porusza też kwestię pokoju na świecie, ekologii itd. Podoba mi się też to, że Clarke umieszczając akcję w dość odległej przyszłości, nie fantazjuje zbytnio, nie wymyśla skomplikowanych cacek ani dziwacznego przebiegu historii. W zasadzie z jego skromnych wizji co nieco się sprawdziło, a za kiladziesiąt lat kiedy do mniej lub bardizej powszechnego użytku wejdą poduszkowce, książka nie będzie miała chyba żadnego poważnego zgrzytu między wyobrażeniami Clarke’a, a rzeczywistością.

Książkę polecam, ale bez głębszego przekonania. Zazwyczaj unikam ocen liczbowych, ale wyjątkowo powiem, że jako czytadło oceniłbym to na dwa z dużym minusem, jako książkę, z której możemy wynieść jakąś wiedzę bądź refleksję - na czwórkę. Jeżeli zatem kogoś taka delfinia perspektywa zbytnio nie rusza, może bez żalu sobie “Wyspę Delfinów” odpuścić.

maj 4, 2008 Opublikował/a haes | Książki, O blogu, polecone, refleksje | | Liczba komentarzy: 8

111. …a myślałem, że takie rzeczy to tylko w Erze i w bajkach.

Dziś spacerując wraz z moim piesem po trawniku, spojrzałem pod nogi. I nie wiem jak, ale w gąszczu co najmniej kilkudziesięciu identycznych na pierwszy rzut oka koniczynek, a w dodatku tak gęsto rosnących, że nawet z bliska ciężko odróżnić jedną od drugiej, od razu rzuciła mi się w oczy ONA. Nachyliłem się i stwierdziłem, że moja początkowa diagnoza była słuszna: oto znalazłem czterolistną koniczynę! Natychmiast nastąpiłem do aktu dewastacji środowiska naturalnego i zarekwirowałem matce naturze mutanta. Dowód znaleziska przedstawiam poniżej.

Przekonany dotychczas byłem, że takowe okazy istnieją tylko w bajkach i przesądach. Jak się okazuje, byłem w błędzie. Niezastąpiona w takich sytuacjach wikipedia twierdzi, że na 10 000 “normalnych” konicznynek przypada jedna czterolistna. Nieporównywalnie rzadziej zdarzają się okazy pięcio czy sześciolistne (mój kumpel znany z bogatej wyobraźni twierdzi, że znalazł właśnie taki pięciolistny okaz), zaś rekordzistka miała aż 18 liści. Przyczyny powstawania takich koniczynek nie są do końca znane, być może to jakaś przypadkowa mutacja, a może gen recesywny.

Niedługo cieszyłem się jednak swoim odkryciem Kilka godzin później koniczynka już zwiędla i trzeba było ją wyrzucić. Czyżby szczęście, które rzekomo takie koniczynki mają przynosić, było aż tak ulotne?

maj 3, 2008 Opublikował/a haes | Nauka, Z życia | | Liczba komentarzy: 2

110. Trzy spojrzenia na “Solaris”

Często zastanawiam się czy istnieje życie w kosmosie. To jeden z moich ulubionych tematów w ostatnim czasie. Naukowcy, posługując się rachunkiem prawdopodobieństwa, bez wahania odpowiadają, że jest rzeczą statystycznie pewną, że nasza galaktyka, o reszcie wszechświata nie wspominając, niemal roi się od różnych form życia. Jednocześnie jednak bardzo często przytacza sie paradoks Fermiego, który zazwyczaj streszcza się trzema, jakże wymownymi słowami: “Gdzie oni są?”. Zaiste dziwne, że wszechświat, który powinien kipić od życia, jest pusty i niemy. Radioteleskopy nie odbierają żadnych sygnałów radiowych nadawanych przez obce cywilizacje, nie udowodniono wizyty żadnego obcego na naszej planecie, zaś fabrykowane masowo przez Danikena i pokrewnych mu grafomanów książki przestawiające “dowody” na kontakty z obcą cywilizacją w odległej przeszłości wywołują u bardziej refleksyjnych czytelników poczucie zażenowania.

Ponieważ nie znamy żadnej alternatywnej (w stosunku do ziemskiej) formy życia w Kosmosie, wszystkie nasze wyobrażenia opieramy na tym, co już znamy, czyli na nas. Właśnie dlatego w filmach SF tak wiele jest istot humanoidalnych. Wychowani na Star Treku i Babylonie, wyobrażamy sobie, że kosmici wyglądają jak ludzie, mówią po angielsku, a od nas różnią się w najgorszym wypadku ilością plamek i wystających kości na głowie. Klingonowie z pierwszego Star Treka czy Sabaceni z Farscape’a nie różnią się nawet tym - na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie jak ludzie. Przyczyną takiego stanu rzeczy (oprócz wyobraźni autorów pozostającej w stanie szczątkowym) jest aspekt techniczny - łatwiej bowiem jest domalować aktorowi kilka plamek na czole niż stworzyć kosmitę z prawdziwego zdarzenia. Co nie zmienia faktu, że tzw. humanoidy to z naukowego punktu widzenia bzdura totalna, a jeśli dołożymy do tego jeszcze powszechną w filmach i serialach możliwość krzyżowania ludzi z odpowiadającymi im gatunkami z obcych planet, pozostaje jedynie chwila ciszy, refleksji i żalu nad zagubioną gdzieś przed laty inteligencją ludzi tworzących takie banialuki. Nie wspominam już o tępym plebsie, który łyka ten chłam bez zmrużenia oka.

Ci z nas, którzy umieją odrzucić od siebie stereotyp kosmity wyglądającego niemal identycznie, jak człowiek, nadal jakoś nie umieją wyjść ponad pewne ramy myślowe. Na takich właśnie utartych schematach oparto istoty pozornie zupełnie obce, ale tak naprawdę wzorowane na zwierzętach z naszej planety - np. obcego z filmu “Alien” czy brainsuckera z serialu Babylon 5. Kształty owych stworzeń, ich dziwaczne narządy i zwyczaje (jak np. kwas zamiast krwi czy żywienie się falami mózgowymi) faktycznie sprawiają, że istota wygląda na obcą. Ale czy na pewno? Do mnie akurat nie do końca to przemawia i niezależnie od liczby odnóży, kształtu szczęk i koloru krwi widzę cały czas głęboką inspirację ziemskimi formami życia. W odróżnieniu jednak od mojej dezaprobaty dla efektów pracy twórczej osób odpowiedzialnych za pojawienie się w uniwersach SF humanoidów, nie potępiałbym twórców istot takich jak Obcy. Starają się jak mogą, aby ich stworzenia wyglądały tak obco jak to tylko możliwe, uatrakcyjniając je o coraz bardziej wymyślne cechy. To o wiele ambitniejsze zadanie aniżeli danie aktorowi pary fioletowych szkieł kontaktowych i plastikowej nasadki na głowę.

O kroczek dalej idą ci scenarzyści filmowi i pisarze, którzy nie bawią się w naśladowanie dużych zwierząt, ale mikrobów. Jednak i tu istoty obce są za mało obce. Mało, że po dokładnym oglądzie okazuje się, że posiadają DNA, to jeszcze na ogół wchodzą w reakcję z ludzkim organizmem - zupełnie tak, jak infekty ziemskie. Na jakiej zatem podstawie bohaterowie filmu czy serialu twierdza, że owe zarazki są pozaziemskie?

Jak widzimy, autorzy SF nie do końca radzą sobie z tworzeniem obcych tak, aby było to z jednej strony interesujące, z drugiej wiarygodne. Jak dotychczas ledwie kilkukrotnie natknąłem się na stricte naukowe idee przedstawiające pozaziemskie istoty - jedna z nich, dotyczy krzemowych kryształów, rosnących na powierzchni planety i przypominających nieco krzaki, druga zaś - istot żyjących w koronach gwiazd. Obie przedstawiają coś, czego na ziemi nie ma i tak obce, że aż trudne do wyobrażenia. I to jest właśnie fascynujące.

SPOJRZENIE PIERWSZE: KSIĄŻKA STANISŁAWA LEMA

Przekonanie o obcości obcych oraz odraza do idei humanoidalnych kosmitów - to dwie cechy które łączą mnie z genialnym polskim pisarzem Stanisławem Lemem. Uchybieniem dla inteligencji czytelnika byłoby tłumaczenie w tym miejscu kim był Stanisław Lem, bo to człowiek zewsząd znany, ikona polskiego (i nie tylko polskiego) fantastycznonaukowego pisarstwa. No właśnie - fantastycznonaukowego. W odróżnieniu od tysięcy innych pisarzy czy scenarzystów, bujających w obłokach absurdu, Lem jak najbardziej poważnie podszedł do terminu “fantastyczno-NAUKOWY” (nacisk na drugi człon celowy) i unikał radosnej twórczości pozbawionej naukowej refleksji.

Dlatego też z przyjemnością przeczytałem jego “Solaris”. Po raz pierwszy w filmie czy literaturze spotkałem istotę naprawdę obcą. Istotę, której istnienie jestem w stanie zaakceptować, przy której poznawaniu nie prychnąłem z pogardą dla małej wyobraźni autora ani nie kiwałem z niedowierzaniem głową jak to zwykłem robić po tym, kiedy twórca przedstawia coś głupszego aniżeli sięga moje wyobrażenie głupoty. Formę życia tak odstającą od naszych wyobrażeń o istotach pozaziemskich, że większośc z nas odrzuci ją bez wahania. Istotą tą bowiem jest… cała planeta - tytułowa Solaris. A w zasadzie nie tyle planeta, co pokrywający ją cytoplazmatyczny ocean. Ocean zdaje się żyć własnym życiem, jest w ciągłym ruchu, a na jego powierzchni co rusz pojawiają się i znikają fascynujące twory - długonie, mimoidy, symetriady, asymetriady oraz kilka innych, których nazw nie pomnę. Nie są one tworzone przez proste zjawiska fizyczne, ale zdają się być jakimiś przejawami aktywności tej planety. Powstają celowo i każda z nich ma do spełnienia jakieś zadanie…

Nawiązanie kontaktu z takim wielkim planetarnym mózgiem jest bardzo trudne, żeby nie rzec - niemożliwe. Wszak Solaris jest sama i samotna, istnieje dla siebie. Nie posiadając żadnych towarzyszy swojego żywota, od samego swojego powstania będąc jedyną znaną sobie istotą, nie zdołała w sobie wytworzyć żadnych zdolności społecznych, żadnej potrzeby kontaktu z kimkolwiek. To jeszcze bardziej przeraża, ale jednocześnie pokazuje, jak obcą nam istotą jest Solaris. Trudno wyobrazić sobie jeszcze bardziej odstającą od naszego wyobrażenia formę życia - chwała za to Lemowi!

Oprócz rozległego wątku dotyczącego historii eksploracji i badań nad tą niezwykłą żyjącą planetą, Lem wprowadził także wątek traktujący o tym, co dzieje się z trójką astronautów mieszkających w orbitującej nad nią stacji kosmicznej. Zaczynają oni bowiem widywać dziwne rzeczy, ludzi, którzy przebywających gdzieś zupełnie daleko, a nawet nieżyjących. Jedną z nich jest Harey, zmarła przed laty żona głównego bohatera. Wydaje się, że właśnie tym wątkiem Lem ukręcił sam na siebie bicz, który zabił obie ekranizacje powieści.

Solaris doczekał się bowiem dwóch ekranizacji. Co ciekawe i ważne, budujące i druzgoczące zarazem, żadna z tych ekranizacji nie jest polska. Budujące - bo to jawny dowód na to, że Stanisław Lem zdobył uznanie za granicą, włączony został do kanonu wielkich pisarzy SF i szanowanych postaci z tego środowiska. Druzgoczące - bo świadczy to o poziomie polskiej kinematografii, która potrafi po raz milionowy wałkować jeden i ten sam wątek w kolejnych hitach będących ekranizacjami powieści Grocholi, ale nie umie wziąć się za ekranizacje wielkiego dzieła największego polskiego pisarza SF. W ogóle polskie kino SF leży i kwiczy. Jeżeli odrzucimy “Pana Kleksa w Kosmosie”, który to film SF żadną miarą kwalifikować się nie może, okazuje się, że od czasu świetnej swoją drogą “Seksmisji” nie nakręciliśmy ani jednego filmu SF. Tak więc musimy zadowolić się wspomnianym Panem Kleksem, tudzież “Reksiem w Kosmosie”. Szkoda, że polscy twórcy filmowi nie dostrzegają ogromnego potencjału w powieściach Lema, z drugiej jednak strony - po wszelakich “Wiedźminach”, “Quo Vadisach” i wysokobudżetowych polskich filmach widzimy, że superprodukcje w naszym rodzimym wydaniu spotykają się z ostrą krytyką widowni, dodajmy jeszcze, że nierzadko uzasadnioną. Pozostańmy zatem może przy kolejnych powieściach Grocholi. Kilka jeszcze zostało do zekranizowania. Niechaj plebs się cieszy i raduje obserwując amory Judyty z kimśtam, a elita… no, elita zasiądzie przed radzieckim i amerykańskim Solarisem.

SPOJRZENIE DRUGIE: FILM ANDRIEJA TARKOWSKIEGO

Pierwszym reżyserem, który podjął się realizacji trudnego jak się wydaje w ekranizacji Solarisa był rosyjski reżyser Andriej Arseniewicz Tarkowski. Tu drobna dygresja. Przypomina mi się bowiem jak na studiach w trakcie wykładu z fizyki profesor uświadamiał nas, że Nikola Tesla był Chorwatem. I pokreślał z całą stanowczością - CHORWATEM. A nie żadnym Jugosłowianinem. Toteż przestrzegam przed robieniem z Tarkowskiego reżysera radzieckiego.

A film… no cóż. Wszystkich, którzy chcieliby obejrzeć jego Solarisa z 1972 muszę ostrzec. Tarkowski to nie był rosyjski Spielberg. Bliżej mu raczej do Kieślowskiego czy Bergmana. Możemy zatem spodziewać się charakterystycznych dla tego typu kina zabiegów reżyserskich; przygotować trzeba się na dłużyzny, sceny w których nic się nie dzieje, momenty, kiedy patrzymy minutę na twarz bohatera kiedy ten zastanawia się co powiedzieć itd. Charakterystyczną cechą tego typu filmów jest też i to, że cała akcję można streścić w formie trzyminutowej wypowiedzi. Nie jestem fanem takiego kina, chociaż od czasu do czasu tego typu film sobie obejrzę ponieważ uważam, że obrazy takie niosą ze sobą pewną dawkę ekspesji, wyciszają i uwrażliwiają. No, ale jak rzekłem - od czasu do czasu i to raczej długiego czasu.

Tarkowski w swoim “Solarisie” wyraźnie spłaszczył i okroił wątek, który mnie akurat najbardziej interesował i który zajmował nieco ponad połowę książki - wątek badań prowadzonych na Solarisie, tudzież rozlicznych teorii na temat tej planety oraz jej zachowań. Od czasu do czasu oczywiście następuje nawiązanie do fragmentów powieści traktujących na ten temat (a nawet nawiązań tych jest dość dużo), jednak najwięcej ekranowego czasu zajmuje pokazywanie relacji między Chrisem, a Harey, tudzież nasączone filozofią rozmowy między bohaterami. W pamięć zapada dialog, w którym Snaut mówi: “My nie szukamy kosmosu - chcemy jedynie poszerzyć ziemię”, nawiązując do strachu przed nieznanym, niechęci do jakichkolwiek odkryć (takich jak choćby te na Solarisie) oraz predyspozycji ludzkości do duszenia się we własnym sosie i zamykania na wszystko to, co obce i nieznane.

Szczerze mówiąc, nie leży mi zbytnio ten film. Długi, nudny i taki właśnie bergmanowski. Ale to rzecz gustu. Wielu jest takich, którzy uważają ekranizację Tarkowskiego za intrygujące i inspirujące arcydzieło, perełkę sowieckiego kina. Rzecz gustu. Nadmienię jeszcze, że Lem również był delikatnie rzecz ujmując średnio zadowolony.

SPOJRZENIE TRZECIE: FILM STEVENA SODERBERGHA

Jeśli chodzi o film Soderbergha z 2002 (zwany powszechnie “Solarisem z Clooneyem”)… no cóż, powiem tak: ten to dopiero poszalał! O ile Tarkowski przeniósł wyraźnie punkt ciężkości z zagadkowości i tajemniczości planety na relacje psychologiczne między głównym bohaterem, a jego żoną, to twórca amerykańskiej wersji poszedł na całość, wywalając z książki wszystko to, co ma bezpośredni związek z badaniami i naturą planety, zostawiając jedynie znaną z powieści czwórkę bohaterów, zmieniając jednak ich nazwiska, a nawet płeć - np. z Santoriusa zrobiono nam czarnoskórą dr Gordon. Praktycznie cały film oparto na skomplikowanej (i dodajmy od razu - nudnej) analizie stosunków między Chrisem i Harey… e, to znaczy chciałem rzec: Chrisem, a Rheą, bo tak Soderbergh ochrzcił żonę głównego bohatera. Pobawił się przy tym w kilka nowych szczegółów - sporo filmowego czasu zajmuje pokazanie (w formie retrospekcji) życia na Ziemi Chrisa i Rhei, dowiadujemy się m.in. jak się poznali, o powodach rozstania itd. Wszystko sprowadza się ogólnie do tego, że Chrisa trapią wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności za śmierć Harey i boi się teraz ją stracić drugi raz. O samej jednak planecie Solaris, której opis zajął - przypominam jeszcze raz - ponad pół książki, w filmie nie ma ani słowa. Jedynie od czasu do czasu pokazano jej tajemniczą powierzchnię sugerując jakby, że to ona jest przyczyną wszystkich zwidów na stacji. Dużo kontrowersji wywołać też może zakończenie. Abstrahując już od faktu, że ostatnich kilkanaście minut nijak nie ma się do tego, co mogliśmy przeczytać w książce, przyznać trzeba, że końcówka jest zawiła, zakręcona i dająca wiele możliwości interpretacji. Mnie osobiście nie do końca to przekonuje i wydaje mi się naciągane i śmierdzące boską interwencją. Reżyser ma prawo do własnej interpretacji książki, wydaje się jednak, że tym razem przesadził.

Nie mogę jednak powiedzieć, że z Solarisa Soderbergh zrobił komercyjną, ckliwą miłosną kaszanę… Wręcz przeciwnie - mamy film wysmakowany, przemyślany, nowatorski i daleki od klasycznej holywoodzkiej tandety. Co nie zmienia faktu, że nudny i niewiele mający wspólnego z książkowym oryginałem. Sam Lem nigdy nie go obejrzał, zaś na podstawie prasowych recenzji stwierdził, że film niegodzien jest nosić tytuł Solaris i winien raczej być nazwany “Love in the outer space”. To mówi samo za siebie…

Podsumowując: Książka “Solaris” to rewelacja. Już kombinuję własny egzemplarz i polecam wszystkim szukającym w SF czegoś ponad utarte schematy. Jeżeli chodzi o filmy… nie sądzę, abym w przeciągu najbliższych kilku(nastu) lat do któregokolwiek z nich wrócił. Nie uwzględniają one bowiem akurat tego, co mnie w “Solarisie” zafascynowało najbardziej - daremnej próby kontaktu z istotą, która być może jest równie inteligentna jak my, ale jednocześnie jest od nas bardzo różna pod każdym względem. To, co stanowiło siłę książki, zostało z filmów wydarte. A szkoda.

maj 1, 2008 Opublikował/a haes | Film, Książki, Nauka, filozofia, refleksje | | Liczba komentarzy: 4

109. Carnivale

Mam zaszczyt przedstawić kolejny serial rodem z HBO (w tym miejscu winien nastąpić ciąg zachwytów produkcjami tej stacji; jako jednak że ostatnio dwukrotnie z rzędu zachwyty owe już były, tym razem sobie daruję). Zresztą, w razie jakby ktoś nie zauważył, ostatnio całkiem sporo piszemy z R-Chee’m o serialach właśnie z tej “stajni” - wszak było już o Band of Brothers, Deadwood i Sopranos, a wcześniej aż pięć razy piałem nad wspaniałością Six Feet Under. W kolejce czeka jeszcze Rome, a tym razem omówię Carnivale.

Ulubionym zabiegiem osób odpowiedzialnych za tworzenie seriali w HBO jest umieszczanie akcji w mniej lub bardziej zamierzchłej przeszłości. Tym razem jesteśmy tuż przed II wojną światową gdzieś w zachodnich Stanach, przez które wędruje grupa artystów prowadzących coś jak skrzyżowanie wesołego miasteczka z cyrkiem, którymi dowodzi niskorosły Samson. Właśnie to wesołe miasteczko stanie się główną areną wydarzeń, zaś ludzie go prowadzący - głównymi bohaterami. Akcja zaczyna się w momencie, kiedy dołącza do nich niejaki Ben Hawkins, młody mężczyzna będący na życiowym rozdrożu. Już od początku widzimy, że posiada on moc uzdrawiania. Nie jest to wynik przypadku. Co pokolenie rodzi się człowiek jak on, a także jego przeciwnik, kórzy muszą stoczyć ze sobą walkę, która tak naprawdę jest walką dobra ze złem. Przeciwnikiem tym, uosobieniem zła, jest ksiądz Justin. W kazdym odcinku serialu przeplatają się dwa wątki: w jednym widzimy wesołe miasteczko i Bena, który próbuje zrozumieć swoje powołanie, w drugim - poczynania Justina umiejętnie manipulującego ludźmi, aby tylko zrealizować swoje złowrogie knowania. Wątki te na początku zupełnie od siebie oddzielone, z czasem zaczynają się zazębiać, zaś pod koniec wzajemnie przenikają się tak bardzo, że stają się jednością.

Nie sposób nie wspomnieć o wyśmienitym klimacie serialu, który udało się stworzyć twórcom. Dużo w tym zasługi kostiumologów (?) i scenografów - efekty ich wytężonej i starannej pracy sprawiają, że czujemy się jakbyśmy naprawdę podróżowali wraz z przedwojennym cyrkiem poprzez pustkowia zachodnich Stanów. Klimat tworzony jest też m.in. przez bohaterów - galeria postaci, które poznajemy obserwując losy Bena Hawkinsa jest zaiste imponująca. Wspomiany już karzeł Samson wygląda zupełnie normalne przy człowieku-gadzie (posiadającym ogon i skórę pokrytą łuskami), siostrach syjamskich, człowieku z gumy, upiornej Apolonii, która spraraliżowana w łóżku posługuje się telepatią i telekinezą czy kobiecie z brodą i jej ślepym partnerze posiadającym dar jasnowidzenia. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze tajemniczy “managment” (”kierownictwo”), które nigdy nie wychodzi ze swojego wozu, a rozmawiając z kimkolwiek kryje się za kotarą. W drugim sezonie częśc z tych postaci znika (albo giną, albo zostają tak po prostu zapomniani przez scenarzystów), pojawiają się za to inni - kobieta z rękami kraba i jej mąż-obojniak i kilku innych, równie intrygujących. Na pewno zatem jest na co popatrzeć. Najważniejszą jednak rzeczą, która ów klimat tworzy, a zarazem siłą napędową serialu z pewnością jest wprowadzenie rozlicznych wątków mistycznych. Hawkins potrafi uzdrawiać, Crowe - zmuszać ludzi do wykonywania różnych rzeczy. Wielu pomniejszych bohaterów również posiada niespotykane na codzień talenty, zaś tajemniczości dodają takie momenty, jak np. słój z płodem, widziany w drugim odcinku serialu - kto go widział, ten zapewne to pamięta, bo takich rzeczy się nie zapomina, i świetnie wie o czym mówię.

Największą ozdobą serialu jest ponad wszelką wątpliwość Michael J. Anderson, znany szerzej jako karzeł (w ostatnich czasach nazywany ze względu na polityczną poprawność “człowiekiem z innego miejsca”) z Twin Peaks. Tym razem wystepuje on w roli Samsona, szefa wesołego miasteczka Carnivale. Michalel pokazał, że jest znakomitym, wprost fenomenalym aktorem. W zasadzie do roli Samsona nie był potrzebny osobnik niskiego wzrostu - spokojnie sprawdziłby się “pełnowymiarowy” aktor. Wybrano jednak Michaela i chwała za to twórcom. Jest w swojej roli bardzo wiarygodny i patrząc na niego nie widzimy śmiesznego karzełka, ale człowieka, który prowadzi cyrk (czasem twardą ręką), odpowiada za niego i umie odpowiedzialnie podejmować decyzje. Innym aktorem, którego z pewnością większość z was zna jest Clancy Brown. Jako fan Lost nie mogę nie wspomnieć, że to jest właśnie Kelvin (Joes) Inmann, który siedział przez jakiś czas z Desmondem w bunkrze. Jednak najbardziej znaną rolą Clancy’ego jest Kurgan, główny przeciwnik Connora McLeoda z “Nieśmiertelnego”. Także i w Carnivale nie gra on raczej roli przyjemniaczka - tyle tylko, że w odróżnieniu od Curgana, Justin Crowe całą swoją demoniczność kryje pod maską charyzmatycznego katolickiego kapłana, uwielbianego przez tłumy. Kreacja Browna średnio mi się spodobałą, bo jakoś poza epatowaniem groźnymi minami i pokazywaniem swojej monstrualnej sylwetki, dodatkowo optycznie powiększonej przez sutannę, niewiele dobrej gry pokazał. No i wreszcie trzecią postacią, na widok której widzowie Carnivale mogą doznać uczucia deja vu jest dziennikarz (jak to dziennikarz - upierdliwy i nadgorliwy) o nazwisku Tommy Dolan, odtwarzany przez Roberta Kneppera aliast T-Bag z Prison Breaka. Nie zagrał najgorzej, ale jednak wolę go w roli zdegenerowanego mordecy i pedofila, którą z maestrią godną najwyższych mistrzów raczył nas przez cały znakomity pierwszy i dwa dużo gorsze kolejne sezony Prison Breaka.

Z żalem muszę jednak rzec, że serial idealny nie jest, a nawet do ideału mu dużo brakuje. Carnivale cechuje się świetnym klimatem, świetną grą aktorską i fajnymi pomysłami. Pomimo tego stwierdzić muszę, że w serialu jakiś trybik nie zaskoczył jak należy i produkcja ta miejscami (szczególnie w pierwszym sezonie) nudzi, a rzadko kiedy naprawdę przyciąga do ekranu. Myślę, że sporo w tym winy scenarzystów - jako całość Carnivale daje radę, jednak posczególne odcinki jakoś nie mają w sobie właściwej dramaturgii, tempo akcji nie zawsze jest takie jakie powinno być, a są momenty takie, kiedy ma się tego dość. Dlatego też nietrudno mi zrozumieć niską oglądalność serialu w Stanach - bo to serial nie dla każdego i wielu jest takich, którym nie spododał się w ogóle. Ubito zatem Carnivale po dwóch sezonach i tylko tyle ich mamy zamiast planowanych sześciu. Na pocieszenie rzeknę jednak, że serial przerwano w dobrym momencie - główny wątek został rozwiązany i można rzec, że poza kilkoma mniej lub bardziej ciekawymi, ale zawsze pobocznymi, sprawami, zakończenie jest satysfakcjonujące.

Czy polecić? Raczej tak. Chociaż serial z dotychczas przeze widzianych HBOwskich produkcji jest najsłabszy, to jednak i tak na pewno odpuszczenie sobie Carnivale byłoby dla szanującego się fana seriali sporą stratą.

kwiecień 30, 2008 Opublikował/a haes | Seriale | | 1 komentarz

108. Star Trek: Classic Movies (I-VI)

Uniwersum Star Treka zaczyna mnie wciągać coraz bardziej. Po obejrzeniu całego serialu “Star Trek: The Original Series”, nadszedł czas na kolejny etap w mojej karierze startrekowego oglądacza. Obejrzałem bowiem startrekowe filmy. Jest jest sześć (tak naprawdę jest ich dziesięć, ale ja skupię się jedynie na pierwszych sześciu, które obejrzałem i w których do czynienia mamy ze starą, dobrą załogą). Nie będę omawiał każdego z nich z osobna, omówię zatem je jako pewną całość. We wszystkich sześciu częściach udało się zebrać wszystkich najważniejszych bohaterów - Kirka, Spocka, McCoya, Scotty’ego, Sulu, Uhurę i Chekova. Dodatkowo w części filmów widzimy siostrę Chapel (która z czasem awansuje na dr Chapel), a nawet Yanice Rand, która wyparowała nam gdzieś po 1. sezonie TOSa. Niestety, wraz z wiekiem straciła cały swój urok. Warto także napisać, że wpisania scenariusza niektórych części, a także do ich reżyserowania podjęli się Kirk i Spock… eee, to znaczy chciałem powiedzieć: William Shattner i Leonard Nimoy.

Urok filmów z serii Star Trek polega przede wszystkim na tym, że kręcono je w sumie przez 12 lat. Aktorzy (a wraz z nimi bohaterowie) starzeją się zatem z każdą częścią. Najbardziej widać do po Scottym, który już w pierwszej części wygląda dużo starzej niż w serialu, natomiast w ostatnich filmach, w których grający mojego ulubionego bohatera z TOSa James Doohan jest siwy, wyraźnie przytył i nosi wąsa, ciężko w nim rozpoznać starego, dobrego Scotty’ego i tylko charakterystyczny głos i akcent go zdradza. Czas odciska zresztą swoje piętno na każdym z akorów (i tym samym bohaterów), ale nie ma się co dziwić - wszak filmy były kręcone w latach 1979-1991, czyli 11-23 lat po zakończeniu emisji serialu. W ostatnim filmie DeForest Kelley (czyli McCoy) ma już 71 lat! Ma to też i swoje dobre strony. Widzimy co się dzieje z załogą Star Treka, śledzimy karierę każdej postaci i nie powiem, jest to ciekawe doświadczenie dla widza, a dzięki temu, że aktorzy się starzeją (a nie np. są charakteryzowani na bycie starszymi niż są) całość zyskuje na autentyczności. Żałuję jedynie, że nie doszliśmy do momentu, w którym bohaterowie (chociaż kilku) zaczynają ginąć bądź umierać. Poza tym, że seria zyskałaby na dramatyczności, znakomicie domknęłoby to historię.

Co jeszcze się zmieniło? Bohaterowie nie noszą już obcisłych, pedalskich sweterków, tylko pełnowartościowe mundury, godne oficerów gwiezdnej floty. Klingonowie nareszcie wyglądają jak Klingonowie, a nie jak ludzie rasy zakaukaskiej. Zmieniła się muzyka (motyw muzyczny z piewrszego filmu wykorzystany został później jako główny motyw serialu “The Next Generation”). Zmienił się też sposób realizacji - nareszcie Star Trek jest bardziej “filmowy” aniżeli “serialowy”. Widać to we wszystkim: dynamice scenariusza, zaangażowaniu aktorów, ujęciach kamery, a nawet kolorach taśmy.

Z żalem rzec jednak muszę, iż oglądając filmy, ma się wrażenie że na każdy kolejny obraz wydano o połowę mniej kasy aniżeli na poprzedni. Pierwszy film, “The Motion Picture” przenosi nas w zupełnie inną jakość realizacji. Oglądamy cudowne krajobrazy, a niektóre ujęcia szokują swoim sposobem realizacji. Największe wrażenie robi scena (dość długa), w której Kirk i Scotty za pomocą kapsuły poruszają się wzdłuż statku Enterprise. Wielkiego i majestatycznego. Scenka doprawdy cudowna i strasznie zazdroszczę tym, którzy oglądali to w kinie. Mnie z racji wieku oraz kraju zamieszkania nie było to dane. Zresztą, sami looknijcie:

W pierwszej części czepiać można się jedynie komputerowych efektów specjalnych: wchodzenia w prędkość warp oraz teleportacji. Na szczęście, w kolejnych zostało to poprawione i wygląda dużo lepiej. Niestety, im większy film ma numerek przy nazwie, tym mniej takich momentów, na widok których serce mocniej bije, a oddech zostaje wstrzymany z zachwytu. Oszczędza się na takich imponujących scenkach jak ta z powyższego filmiku, a także na wielu innych rzeczach, przez co to szlag trafia całą filmowość Treka, tak bardzo widoczną w pierwszej części. W zasadzie trzy ostatnie filmy przypominają już swoim sposobem realizacji raczej nieco dłuższe odcinki, a w najlepszym wypadku filmy telewizyjne, absolutnie nie nadające się do puszczania w kinach.

Ale i tak jest fajnie. Star Trek Movies to jakby sześć odcinków kolejnego sezonu Star Treka. Odcinków długich, bo trwających 100-130 minut, odcinków dobrych (chociaż nie rewelacyjnych), nieporównywalnie lepiej zrealizowanych aniżeli serial i wreszcie odcinków pokazujących nam, że nic nie jest wieczne. Nawet załoga Star Treka. Filmy to świetne zwienczenie serialu.

Ale to już przeszłość. Teraz czas zabrać się za TNG…

kwiecień 24, 2008 Opublikował/a haes | Film | | Brak komentarzy

107. X-Files (Z Archiwum X) - sezon 1

X-Files to jeden z tych seriali, którymi żyła swojego czasu cała Polska. Pamiętam jeszcze jak z wypiekami na twarzy co tydzień czekałem na odpowiednią godzinę (na ogół dość późną) aby obejrzeć kolejny odcinek. Serial wspominam bardzo dobrze i nie ma się co dziwić, że teraz, po latach, kiedy mam wreszcie dostęp do… no, nazwijmy to “nowoczesnych technologii”, postanowiłem powrócić do przygód jednej z nasłynniejszych par agentów FBI.

Nie muszę chyba mówić o czym jest “Z archiwum X”… a, powiem na wszelki wypadek. Do czynienia mamy z dwójką agentów FBI - Foxem Mulderem i Dana Scully, którzy pracują w specjalnej jednostce biura zwanej Archiwum X, gdzie którego trafiają wszystkie sprawy, które ciężko jest wyjaśnić normalnymi metodami. W trakcie swojej pracy agenci natrafiają na duchy, ślady UFO, uzdrowicieli, ludzi palących innych żywcem jedynie siłą woli, telepatów, telekinetyków, eksperymenty eugeniczne, tajemnicze gatunki zwierząt o zupełnie nietypowym zachowaniu, mutacje itd. Każdego człowieka w pewnym wieku fascynują zapewne takie rzeczy no i stąd zapewne wzięła się moja młodzieńcza fascynacja.

Zatem z przykrością muszę powiedziec, że konfrontacja moich (jak najbardziej dobrych!) wspomnień z rzeczywistością nie wypadła najlepiej. Pomijam już takie szczegóły jak śmieszne jak na dzisiejsze czasy stroje i fryzury. W serialu denerwuje głównie naiwność wymyślanych historyjek - przy niektórych scenarzystów wyobraźnia poniosła zdecydowanie za mocno i są one zupełnie niewiarygodne i nawet ludzie wierzący w różne dziwne rzeczy z pewnością ze mną się zgodzą, że nie każdy odcinek zasługuje na poważne potraktowanie. Największą wadą serialu jest jednak jego schematyczność, powtarzalność motywów i przewidywalność. Schemat każdego odcinka jest dość podobny: zaczyna się od scenki, w której niczego nie spodziewający się przeciętny amerykański obywatel ginie w tajemniczy sposób. Potem następuje czołówka (swojego czasu uważana przeze mnie za bardzo straszną i klimatyczną, dzisiaj - za nudną i okraszoną wkurzającą muzyką). Po czołówce do akcji wkracza Mulder i Scully, krótko debatują na temat różnych możliwości, udają się na miejsce zbrodni, natrafiają na opór miejscowej policji bądź niechęć świadków do mówienia czegokolowiek, koniec końców znajdują jednak jakiś trop - zazwyczaj jest to jakieś zjawisko paranormalne. Na pomysł wpada zazwyczaj Mulder, Scully jest wobec jego pomysłu pełna wątpliwości. Bohaterowie konsekwetnie idą swoim tropem na przekór ludzi, którzy z jakichś powodow chcieliby im w tym przeszkodzić. Ostatecznie jednak kiedy są tuż, tuż od wyjaśnienia zagadki, główny świadek umiera bądź ucieka, a koronny dowód gdzieś ginie, co sprawia, że zagadka pozostaje nierozwiązana. Nie każdy odcinek posiada wszystkie powyżej wymienione cechy; ale zdecydowana większość posiada chociaż ich połowę.

Smaczku do tej codziennej strawy , może i dobrej, ale brzydzącej się kiedy je się ją dzień w dzień, dodają liczne smakołyki od czasu do czasu w niej umieszczane. Najlepsze odcinki to te, które zawierają okruchy czegoś, co można nazwać głównym wątkiem serialu. Póki co wygląda to wszystko na bezładną mieszankę motywów, które nie mają ze sobą związku: porwana (prawdopodobnie przez UFO) w dzieciństwie siostra Muldera, siedzący na wysokim stołu człowiek będący informatorem Muldera (mówiący jednak mniej niż wie) oraz tajemnicze knowania jeszcze bardziej tajemniczego Palacza, będącego w bliskiej relacji ze Skinnerem, zwierzchnikiem naszej pary dedektywów. Te kilka motywów od czasu do czasu, raz na kilka odcinków, zaczynają tworzyć jakąś historię - póki co bezładną i w powijakach, ale z tego, co pamiętam z TVP i Polsatu, później się rozkręci.

Pierwszy sezon jest dość nierówny. Pierwszych kilka odcinków jest albo takich sobie, albo dobrych; środek sezonu to na przemian odcinki przeciętne bądź zwyczajnie słabe (żałosnych nie stwierdzono). No i wreszcie końcówka - dobra, ale bez rewelacji. Dlatego też serial dostaje ode mnie status “approved to watch”, ale daje ten status nieśmiało i niepewnie. Jeżeli w dalszych sezonach nie będzie widocznej poprawy - odpuszczę sobie bez większego żalu.

kwiecień 24, 2008 Opublikował/a haes | Seriale | | 1 komentarz

106. Deadwood sezon 1

Nigdy nie lubiłem westernów. Nie to, żeby mnie w nich coś wkurzało. Po prostu jakoś mnie do tego typu filmów nie ciągnęło. Opowiastki o kowbojach tłukących się między sobą podczas przerwy w bojach z Indianami nie są dla mnie rzeczą, która by mnie przykleiła do ekranu. Przykro mi to mówić, ale obejrzałem w życiu może z 5 takich filmów (ostatnio jakiś względnie nowy z Sharon Stone) i w gruncie rzeczy nie wiem, kto to był Whyat Earp, w jakim filmie grał Jonn Wayne, a Clint Eastwood kojarzy mi się tylko z Brudnym Harrym. Wstyd się przyznać… a, przyznam się, co mi tam: w zasadzie mój główny kontakt filmowo-serialowy z dzikim zachodem to serial dr Quinn, obejrzany w czasach, kiedy leciał w niedziele o 18. na jedynce (czyli tak mniej więcej 10-15 lat temu).

Dlatego też sceptycznie podszedłem do tematu serialu Deadwood. Jak tylko usłyszałem “dziki zachód”, natychmiast pojawił się jęk zawodu i chęć odpuszczenia sobie tej produkcji. I zapewne bym ją sobie odpuścił, ale była jedna rzecz, która mnie do niego przekonała: logo Home Box Office. Już samo to logo grarantuje, że oto na mnie czeka dobry serial (pisałem zresztą o tym w poprzednim poście). Tak więc zaufałem sprawdzonej marce, zaopatrzyłem się we wszystko, co niezbędne aby obejrzeć serial, odpaliłem pierwsze 12 odcinków (bo tyle liczy pierwszy sezon) i…

…i jestem zauroczony. Scenerią serialu jest tytułowa osada Deadwood, umiejscowiona gdzieś na dzikim zachodzie nieopodal żyły złota w II połowie XIX wieku. Deadwood jest miejscem wyjątkowym dlatego, że nie podlega jeszcze jurysdykcji Stanów Zjednoczonych. Przeciwnicy Jarosława Kaczyńskiego byliby wręcz zakochani w tym miejscu: nie ma tu bowiem ani prawa, ani sprawiedliwości. Miasteczko nie posiada szeryfa ani żadnej policji, nie interesują się nim sądy, a karty rozdają miejscowi bossowie, z których najważeniejszym wydaje się Al Sworrenger - właściciel miejscowego baru i burdelu, który jest uwikłany w mnóstwo ciemnych spraw. Nie ma się co dziwić, że zjeżdżają się tu wszystkie szumowiny, które mają coś na sumieniu. No i też nic dziwnego w tym, że Deadwood jest miejscem brutalnym, pełnym przemocy i okrucieństwa, gdzie szanuje się jedynie tych ludzi, których się boi. Pozostali stoją na z góry straconej pozycji.

Serial, jak na HBOwską produkcję przystało, posiada swój własny, jakże odstający od standardowego, sposób narracji - powolny i nieśpieszny, jakby scenarzyści i reżyserzy chcieli na zaserwować najlepsze danie tak, abyśmy mogli delektować się nim jak najdłużej. To samo zresztą było w “Sopranos” czy “Band of Brothers”, więc mam nadzieję wiecie mniej więcej o co mi chodzi. Postacie są różne - od zakłamanych sukinsynów a’la Sworrenger, po całkiem sympatycznego Bullocka, który za zasłoną niedostępnego gbura kryje szlachetne serce. Mało kto jednak jest kryształowo czysty. Postacie zagrane zostały przez aktorów raczej mało znanych - może ten czy ów przewinął się gdzieś przez jakiś inny serial, ale raczej nie ma gwiazd. Niemniej jednak postacie dobrano idealnie do ról - a może to aktorzy są na tyle dobrzy, że wtopili się idealnie w grane postacie? Tego nie wiem. Ale w każdym razie ogląda się ich znakomicie. Twórcy nie boją się odważnych zagrań. Dla przykładu, bardzo szybko, jeszcze w piewszej połowie sezonu, ginie bohater, który wydawał się z początku jeśli nie głównym, to jednym z najważniejszych bohaterów całej historii.

No i jak w każdym serialu rodem z HBO mamy też i dogłębny realizm. Dziki Zachód był okrutny i taki jest też serial. Bohaterowie bez skrupułów wynajmują zabójców do pozbycia się przeciwnika, okradają się, oszukują i robią sobie nawzajem wiele innych świństw. A jak myślicie, co się dzieje z ciałem człowieka zabitego w strzelaninie? Otóż taki osobnik na ogół (o ile nikt się po ciało nie zgłosił) zostaje wrzucony do zagrody ze świniami. Po kilku godzinach z pewnej uroczej panny, która chciała wykiwać właściciela jednego z barów, pozostaje tylko niestrawny i za twardy dla świń kapelusik. No i nie muszę mówić, że słuchamy dużo wyrażeń ogólnie uznanych za nieprzyzwoite. Całe szczęście, że posługuję się nieoficjalnym tłumaczeniem, dzięki czemu mogę docenić w pełni zasobność słownika bohaterów, bo zapewne w TVP skończyłoby się na wyrażeniach w stylu “wal się” i “spadaj”.


W serialu denerwuje mnie jedynie oprawa dźwiękowa, oparta na (a jakże by inaczej!) muzyce country. Bierze się to jedynie z subiektywnej niechęci do tego stylu muzycznego, bo na pewno nic bardziej niż country nie pasuje do serialu o dzikim zachodzie. Poza tym - cud, miód i orzeszki. HaeS rekomenduje ten serial do obejrzenia wszystkim tym, którzy lubią dziki zachód, wszystkim tym, którzy spróbowali już jak smakuje produkcja rodem z HBO i wciąż nie mają dosyć, no i wreszcie wszystkim tym, którzy chcą miło spędzić czas przy dobrym serialu.

kwiecień 23, 2008 Opublikował/a haes | Seriale | | 1 komentarz

105. Info: The Sopranos w kolekcji DVD

No i ten cudowny post Artura już spada na dół. Przepraszam Artur, ale sprawa jest pilna. Nie pisałem o tym od piątku pomimo tego, że stanowczo powinienem. No, ale jeszcze jest czas. Gazeta Wyborcza szykuje bowiem nam kolejną kolekcję - tym razem z serialem The Sopranos (puszczanym u nas swojego czasu jako Rodzina Soprano na TVN). Sopranos doprawdy jest dobrym serialem, najlepszą rekomendacją zaś tego jest fakt, że wypuścił go Home Box Office - ci sami, którzy puścili Band of Brothers, Six Feet Under i Rome. Doprawdy, trudno o lepszą rekomendację.

Pierwsza płyta z trzema odcinkami kosztuje 9,99 i dostępna będzie do najbliższego piątku. Każda kolejna płyta kosztować będzie 19,99, a wszystkich będzie 28, czyli mniej więcej przez pół roku. Cena niestety jest wysoka (cała kolekcja kosztować będzie zatem 549,72 gr!), a obrazu tragedii dopełnia fakt, że płyty ukazywały będą się co tydzień - zatem należy przygotować się na wydatek rzędu 80-100 zł miesięcznie. To dużo, ale dla wszystkich tych, którzy interesują się dobrymi serialami, to gratka. Tym bardziej, że na Allegro pełne wydania Sopranos oscylują w okolicy 900-1000 zł.

Wydanie jest bardzo ładne, praktycznie jak pudełkowe. Na dwuwarstwowej płycie dostajemy trzy odcinki w przyzwoitej jakości, trzy wersje językowe (angielską, włoską i węgierską), napisy w ok. 10 językach oraz dodatek w postaci komentarza audio. No i do tego ksiazeczke w twardej oprawie.

Przy okazji premiery “Norhtern Exposure” stwierdzlilem, ze czekam na DVDowskie wydania kolejnych dobrych serialii. Tym razem prosze wszelakie wydawnictwa zajmujace sie taka dzialalnoscia o wstrzymanie i pohamowanie swoich ambitnych planow wydawniczych. Bo jak tak dalej pojdzie, to pewnie zbankrutuję, kupujac kolejne coraz bardziej wymyslne kolekcje.

Za kilka tygodni, kiedy wypuszczony (i obejrzany przeze mnie) zostanie cały pierwszy sezon, mozecie oczekiwac recenzji. Na razie napisze tylko tyle, ze pierwsze wrazenie jest na “tak”.

kwiecień 22, 2008 Opublikował/a haes | Seriale | | Brak komentarzy

104. Band of Brothers

Witam serdecznie. Poniższa recenzja jest dla mnie wielkim wyzwaniem. Pracowałem nad nią znacznie dłużej niż nad innymi moimi wpisami zamieszczanymi na tym blogu. Traktuję ją bardzo osobiście, gdyż mam przyjemność napisać o serialu, który bezapelacyjnie jest moim numerem jeden spośród wszystkich produkcji telewizyjnych jakie miałem w swoim 24 letnim życiu przyjemność/nieprzyjemność obejrzeć. Zanim jednak napiszę coś o samym serialu, cofnijmy się nieco w przeszłość.

Całkiem niedawno znany i lubiany Hubert S. zamieścił na blogu recenzję serialu wojennego p.t. Das Boot (jak by się szukać nie chciało: LINK). HaeS zauważył wtedy, że twórcy filmów wojennych zbyt często ponoszą się “fantazji” i zbyt upraszczają (a wręcz wypaczają) obraz wojny, w którym są tylko ci dobrzy (każdy aliancki żołnierz) i ci źli (każdy Niemiec) przejaskrawiając, naciągając lub w razie konieczności, przemilczając pewne fakty. Mamy zatem podział na to co białe i to co czarne, zapominając o całej palecie różnych odcieni szarości. Z takim obrazem możemy się spotykać w wielu, zwłaszcza starszych produkcjach. Wiadomo, że takie filmy nie powstawały bez powodu. Heroizacja (często na wyrost) amerykańskich żołnierzy i demonizacja narodów należących do OSI, spełniały swoje funkcję jako propaganda sukcesu, zwiększenie morałów i w końcu odpowiedź na pytanie, dlaczego tylu młodych ludzi musiało oddać życie za wolność Europy i całego świata. Takie przedstawienie sprawy miało oczywiście swoje odbicie w rzeczywistości, bo nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że naziści kierowali się świetniejszymi ideami niż alianci. Całe szczęście wraz z ewolucją człowieka, ewoluował jego światopogląd, czego przejawem był między innymi zmieniający się stosunek do ówczesnej kinematografii. Dziś nie można pokazać wojny tak, jak ukazywana była przez minione 50 lat. Nie można stworzyć swoistego westernu, gdzie kilku gości stojących po dwóch stronach barykady (z wyraźnie istniejącym kontrastem między dobrymi a złymi) próbuje się pozabijać. Z szacunku do widza należało by skupić się raczej na filozofii samej wojny, demonizując ją i pokazując w najgorszym możliwym świetle.
Można powiedzieć, że przełomowym momentem w historii filmów wojennych był Szeregowiec Ryan. Było to zupełnie nowe spojrzenie na wojnę. Nie było w nim miejsca na cukierkowatość, bezkrwawą śmierć, bohaterstwo (choć nie tak do końca) i wzorowy obraz alianckiego żołnierza. Jakkolwiek, dopiero opisany przeze mnie poniżej serial w pełni ukazuje to, co moglibyśmy nazwać prawdziwym obrazem wojny.

Kompania Braci. O tym serialu można by napisać naprawdę wiele. Zacznijmy może od tego, że ów produkcja oparta jest na cenionej książce Stephena E. Ambrosa, ta z kolei - na podstawie prawdziwych wydarzeń, jakie miały miejsce w czasie walk Kompanii E, 101 Amerykańskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej w Europie. Produkcją serialu zajęły się wspólnie Werner Brother, DreamWorks I HBO, a realizację powierzono m.in Tomowi Hanksowi i Stevenowi Spielbergowi, czyli tym samym ludziom, którzy odpowiedzialni byli za sukces wspomnianego już Szeregowca Ryana.
Co do samego serialu, to składa się on z 10 odcinków trwających nieregularnie od 45, do nawet 75 minut. Każdy odcinek jest unikalny i porusza inne problemy natury moralnej, etycznej czy filozoficznej, pośrednio lub bezpośrednio dotyczące wojny. Mamy zatem odcinki nastawione niemal wyłącznie na akcję, ale i takie, które przenoszą środek ciężkości na emocje, odczucia czy psychologię żołnierzy, zarówno w sensie jednostki jak i całości kompani. Pokrótce, w serialu mamy odcinki opowiadające o początkach w obozie szkoleniowym i prowadzącym go sadystycznym kapitanie, o żołnierzu, który z tchórza staje się bohaterem, o wzajemnych relacjach “starych wyjadaczy” z nowicjuszami, o złych i dobrych dowódcach, o walkach w najgorszych możliwych warunkach, o wyjątkowo trudnej pracy wojskowych medyków, o załamaniu, utracie nadziei i chęci przeżycia poszczególnych żołnierzy, o wojnie widzianej oczami artysty, o wyzwalaniu obozu koncentracyjnego oraz o samych Niemcach, którzy ostatecznie okazują się nie być potworami w ludzkiej skórze, lecz w większości takimi samymi żołnierzami jak alianci, próbującymi jedynie robić swoje.

Głównym bohaterem serialu jest porucznik Richard Winters (później major) odgrywany przez Damiana Lewisa (według opinii starych weteranów - odegrany idealnie). Jest to bodajże, obok Nixona, jedyna postać pojawiająca się we wszystkich 10 odcinkach. Po nim mamy grupę kilkunastu świetnie nakreślonych postaci drugoplanowych, oraz żołnierzy stanowiących trzeci plan (równie ważnych dla serialu). Czyli jak zauważył HaeS, nikt nie wychodzi na plan główny, w przeciwieństwie do np. LOST (mój numer 2), gdzie każdy rozbitek jest postacią pierwszoplanowa. Może i takie stwierdzenie jest słuszne, jakkolwiek czy to źle dla BoB? Ja osobiście uważam, że nie. W kompani walczyło tak wielu żołnierzy (do tego każdy miał swój unikalny charakter), że spora ich część zasłużyła na swoje pięć minut. Po za tym, to nie Rambo, lecz obraz prawdziwej wojny, gdzie wszyscy walczyli na równych zasadach i z równym zaangażowaniem. O sile decydowało nie to, ilu było bohaterów pierwszego planu (bo istotnie na wojnie takowych nie było) lecz liczebność i jedność grupy. Nie było żadnych przesłanek by wyróżniać jakichkolwiek żołnierzy na tle swych kompanów (choć jak pokazuje serial do końca i tak nie było by to możliwe).
Wśród aktorów BoB nie znajdziemy gwiazd pierwszego formatu. Mamy tu m.in. Donniego Wahlberga, Neala McDonough, Michaela Cudlitza, Dextera Fletchera, Rona Livingstona, Matthewa Settle czy Ricka Gomeza, a więc aktorów choć popularnych w Stanach, u nas raczej mało znanych (choć co niektórzy mogą ów aktorów kojarzyć z różnych innych produkcji, głównie telewizyjnych). Jakkolwiek, największą popularnością spośród odtwórców głównych ról w serialu cieszyć się może odtwarzający rolę kapitana Sobel’a David Schwimmer (który jednak gra w Band of Brother postać zupełnie inną od bohatera serialu Przyjaciele).

Rozpisałem się, ale nadal nie wspomniałem dlaczego ów serial tak bardzo mi się podoba. A jest tego naprawdę wiele. Zacznę może od sposobu przedstawienia walk. Zupełnie różni się on od tego, co do tej pory mogliśmy oglądać na ekranie w innych tego typu produkcjach. Nie unika się pokazywanie krwi i ohydnych ran. Nie zapomina się przy tym o rannych, jak to często bywało w starszych produkcjach (postrzelony = zabity, co jest oczywistym przekłamaniem, bo o dziwo nie tak łatwo jest zginąć od jednej kuli). Wybuchające czołgi czy samoloty to prawdziwy majstersztyk. Ogólnie efekty specjalne i wizualne robią niesamowite wrażenie. Jednak w czasie walki często panował okropny chaos. Czasem sposób kręcenia walk wyglądał tak, jakbyśmy oglądali jakiś paradokument. Tak jakby operator rzeczywiście biegał między walczącymi żołnierzami i świszczącymi w kołu kulami. Dawało to poczucie osobistego uczestnictwa w walce (aż człowiek łapie się na tym, iż się cieszy, że nie przyszło mu żyć w tych czasach), ale i chaosu. Niektórych taka realizacja skutecznie zniechęciła do oglądania serialu, ale gdyby patrzeć na to racjonalnie, to bitwa, ba nawet cała wojna, to zazwyczaj jeden, wielki chaos, w którym nierzadko dochodziło do sytuacji, w których koledzy nieświadomie atakują kolegów (w filmie ukazane było to co najmniej trzykrotnie).
Nie powiem, operatorzy kamer spisali się na medal, bo poza samymi efektownymi walkami w pamięci nadal tkwi mi kilka wspaniałych scen: przecudownie zrealizowana scena przygotowań do inwazji w D-Day (ostatnie przygotowania przed desantem, inni żołnierze obserwujący w nadziei startujące samoloty i ostatnia scena z Wintersem wyglądającym przez drzwi maszyny), świetnie zrobione sceny desantu w Normandii, życie okopowe w Ardenach, niezapomniana scena z Kościoła (wspaniały pomysł z przedstawieniem sylwetek rannych i zabitych w walce towarzyszy), świetny motyw z niemieckim oficerem przemawiającym do swoich żołnierzy (pokazująca, że żołnierze niemieccy, borykali się z tymi samymi problemami i łączyły ich takie same więzi co żołnierzy alianckich) i w końcu scena wyzwolenia obozu - według mnie najbardziej wzruszająca scena serialu (i to autentyczne zszokowanie żołnierzy oraz łzy mieszane z radością więźniów w chwili wyzwolenia).

Kolejna sprawa to muzyka. Nastrojowa, świetnie zgrana z obrazem, bardzo ważna część serialu. W pamięci najbardziej jednak zapada utwór słyszany w openingu. Swoją drogą openingu bardzo dobrego, choć nieco przydługawego (acz przy tak małej ilości odcinków nie może to w żaden sposób wpłynąć na całościowy odbiór serialu). Wspominając opening nie można zapomnieć o jednym z najważniejszych elementów serialu - wypowiedziach starych weteranów… czyli prawdziwych żołnierzy Kompani E. Po każdym openingu opowiadają nam różne ciekawie historię, czasem autentycznie się przy tym wzruszając. Co ciekawe, nie pokazano ich na początku ostatniego odcinka. Dlaczego? Sami musicie się przekonać.

Kolejny plus to dbałość o szczegóły pod względem ubiorów, wyglądu broni i budowy technicznej pojazdów. Dla laików, którzy nie widzą różnicy między ubiorem nazisty a alianta, czy wyglądem Tygrysa a Shermana (są tacy?) nie będzie to miało jakiegoś fundamentalnego znaczenia. Ale wierzcie mi, że zdecydowanie przyjemniej ogląda się serial, w którym zachowane zostały wszelkie realia charakterystyczne dla tamtych czasów. I chyba najważniejsze - Niemcy mówią po niemiecku, a nie po angielsku z niemieckim akcentem, jak to czasem bywało w filmach.

Jednak to sami żołnierze i ich przeżycia stanowią główną siłę napędową serialu. Wielu zwyczajnych ludzi, którym przyszło żyć w trudnych czasach, z różnych powodów wstępujących do wojska, starających się robić swoje pomimo przeciwności losu. Próbują nie dać się zabić, przy okazji pomagając swoim towarzyszą na ile jest to możliwe, zacieśniając przy tym braterskie więzi (ponoć najsilniejsze, jakie mogą się wytworzyć między ludźmi). Nie są to jednak postacie wyidealizowane. Jak to ludzie, żołnierze także ulegają różnym słabością. Niektórzy starają się z nimi walczyć (o co na wojnie nie łatwo), wielu jednak ulega demoralizacji, dopuszczając się pijaństwa, wandalizmu, kradzieży, szabrownictwa, a nawet morderstw. Wielu żołnierzy ginie przez czyjąś lub własną głupotę. Dlatego te postacie są tak autentyczne i tak łatwo możemy się z nimi utożsamiać. Widz przywiązuje się do bohaterów serialu, dlatego bardzo miło wspominam jedną z ostatnich scen, w której opisane zostały pokrótce dalsze losy najważniejszych postaci BoB.

Serial jest wspaniały pod każdym względem. Gdzieś czytałem wypowiedź gościa, który przekreślił serial po obejrzeniu zaledwie jednego odcinka. Wielokrotnie próbowałem doszukać się w serialu jakiś wad, ale najzwyczajniej w świecie nie mogłem takowych znaleźć. Oczywiście nie przemawiają do mnie argumenty osób szukających w Band of Brother wad na siłę, że film jest zbyt chaotyczny w realizacji (już obalałem wcześniej ten zarzut), że brak w nim jakiś kluczowych bohaterów (o tym też już pisałem), i w końcu, że wyszkolenie wojsk alianckich i ich umiejętności w stosunku do żołnierzy niemieckich były zbyt “zawyżone” (należy jednak pamiętać, że całość Band of Brother oparta jest na opowiadaniach byłych weteranów, którzy byli na miejscu, najlepiej wiedząc co się wokół nich działo, i choć mogli wskutek zatarć w pamięci przejaskrawiać pewne rzeczy, to istnieją przecież tony archiwów dokumentujących wszystkie ukazane w serialu fakty i wydarzenia). Jedyną wadą BoB może być jego długość, bo szczerze mówiąc 10 odcinków nie jest jakąś imponującą sumą. Z drugiej jednak strony mogła by na tym ucierpieć jakość serialu (jak na przykład w przypadku Prison Break) więc może nawet dobrze, że producenci pokierowali się tym razem zdrowym rozsądkiem i nie wymyślali nic na siłę. Jakkolwiek w internecie aż huczy od plotek, jakoby ekipa odpowiedzialna za Kompanie Braci miała w planach realizację kolejnego serialu wojennego, którego akcja miała by tym razem rozgrywać się na Pacyfik. Jestem jak najbardziej za, zwłaszcza że w przypadku klapy, nie ucierpiał by na tym oryginalny Band of Brother.

Podsumowując, BoB to kawał porządnej roboty. Dodając do tego fakt, że produkcja nie ciągnie się tasiemcem przez kilkadziesiąt odcinków, mogę śmiało rzec, że będzie to jedyny serial jaki prawdopodobnie zdecyduje się w przyszłości zakupić w Empiku na DVD! Naprawdę jest tego wart!

kwiecień 22, 2008 Opublikował/a R-Chee | Seriale | | Liczba komentarzy: 3

103. Ogłoszenia duszpasterskie

SPRAWA NR 1:

Moi drodzy, blog niedawno przekroczył magiczne 100 postów. Implikuje to kilka faktów. Po pierwsze, nie wszystkie posty wyświetlane będą na stronie głównej - część z nich znajduje się już na stronie nr 2, do której dostać można się schodząc na sam dół bloga, a następnie klikając “poprzednie wpisy”. Takie upierdliwe utrudnienie WordPressa, zresztą i tak zminimalizowałem to do minimum, bo mi na stronie wyświetla się 100 postów - a znam ludzi z blogami, którzy mają na jednej stronie postów nie więcej niż 5, a nawet jeden blog, którym na jednej stronie jednocześnie widać 2 (słownie: dwa) posty. Czytanie tego to niewiarygodnie zniechęcająca mordęga.

Po drugie - ponieważ postów jest już tak dużo, zachęcam do korzystania z tagów oraz wyszukiwarki. Jeżeli komuś i tego jest mało, stworzyłem jeszcze specjalnie dla serialomaniaków indeks seriali (znajduje sie na samej gorze bloga). Jest to spis wszystkich dotychczas opisanych seriali wraz z likami do artykulow na ich temat. Dzieki temu indeksowi blog mój mozna zaczac traktowac jako wciaz rozrastajaca sie mini-encyklopedie serialowa. Mam nadzieje, ze z czasem zaczna bywac tu ludzie, ktorzy slyszeli gdzies o jakims serialu, chca sie o nim dowiedziec czegos wiecej - no to zagladaja zaraz na HaeS bloga i znajduja tam interesujaca ich pozycje.

Nie liczcie jedynie na to, ze lista bedzie aktualizowana na biezaco - jakos sumiennosc i regularnosc nigdy nie byla moja mocna strona, ale co jakis czas lista bedzie oczywiscie odswiezana.

SPRAWA NR 2:

Zachęcam wszystkich do odwiedzenia bloga R-Chee’go (link znajduje sie na blogrollu oraz na stronie “o mnie”). Dlaczego? Ano, dlatego, ze pojawilo sie na niej - teraz, uwaga, uwaga - MOJE OPOWADANIE! Jest to opowiesc o pewnym czlowieku, ktory w latach swojej mlodosci byl znanym i lubianym muzykiem. Teraz jednak jest w cieniu, bo sie boi czegoś… Czegos, co go przeraza. Czegos, co przerasta jego rozum. Czegoś, co wydaje mu sie tak straszne i przerazajace, ze postanowil poswiecic swoja kariere aby od tego uciec. Co to bylo? Ha, tego sie juz musicie dowiedziec sami.

Opowiadanie napisalem 5 lat temu i jest to jedyne opowiadanie, ktore dotychczas udalo mi sie dokonczyc. R-chee chetnie zamiescil je na swojej stronce, na dodatek twierdzi, ze sie tym opowiadaniem nie skompromitowalem, a skoro R-Chee tak twierdzi, to widocznie tak jest. Zachecam do czytania i do komentowania, tym razem na blogu rchee.bloog.pl.

kwiecień 21, 2008 Opublikował/a haes | O blogu | | 1 komentarz

102. Star Trek: The Original Series - podsumowanie + Star Trek: Animated Series - pierwsze wrażenie

170 dni - tyle zajęło mi obejrzenie 80 odcinków serialu “Star Trek”. I dotarłem wreszcie do końca. Przygody kapitana Kirka, Spocka, McCoya, Scotty’ego, Uhury, Checkova i Sulu raz wciągały, raz irytowały - naprawdę, bardzo różnie to bywało. Zwiedziliśmy razem tak wiele światów, wybrnęliśmy z tylu opresji, spotkaliśmy tak wiele obcych form życia… sporo razem przeżyliśmy, załogo Enterprise i rzec muszę, że opuszczam was z żalem. Ale do was wrócę, na pewno. Nie wszystkie przygody przeżyjemy ponownie bo niektóre były jednak nudnawe i głupawe. Niemniej jednak do niektórych wrócę z przyjemnością.

Na pewno w pamięć zapadają postacie - i to każda jedna. Zawsze posłuszny i bez cienia wątpliwości mówiący “Aye, sir” Sulu. McCoy z sowią twarzą, wiecznie prowadzący miejscami naprawdę komiczne spory ze Spockiem, którego ulubionym gestem było robienie dziwnych min i stwierdzanie ze stoickim spokojem “fascinating”. Scotty - moja ulubiona postać - lekkoduch z wieczną miną idioty, ze świetnym szkockim akcentem i charakterystyczną fryzurą. C heckov - uwielbiam słuchać języka angielskiego z rosyjskim akcentem i zawsze lubiłem, kiedy ta postać brała udział w jakiejś debacie. Uhura - może nie idealnie piękna, ale jak zamrugała tymi swoimi oczętami… No i wreszcie kapitan Kirk. Zawsze nieskazitelnie pozytywny, dobroduszny i podejmujący najlepsze decyzje. Troszkę przerysowana postać, ale taka była konwencja serialu.

Zróżnicowanie poziomu odcinków, jak wspomniałem, różne. Od żałosnych, po fenomenalne. Od nudnych do tych, przy których 50 minut leci nawet nie wiadomo kiedy. Od wtórnych pod zupełnie oryginalne i nowatorskie. I tak dalej. Z jednym tylko zastrzeżeniem: rzadko kiedy widzieliśmy kosmos takim, jaki znamy z opowieści astronomów, kosmologów i astrofizyków. Naukowego spojrzenia na kosmitów w “TOSie” niestety nie uświadczysz. Twórcy założyli bowiem nie tylko, że galaktyka roi się od planet ziemiopodobnych, na których rosną niemal identyczne rośliny jak u nas, a kosmici różnią się od ziemian w najlepszym wypadku ilością wypustek na głowie, ale nawet że ich kultura jest identyczna jak nasza, a nawet rozwój cywilizacji jest zbliżony do naszego. Nasi bohaterowie trafiają na różne planety i tam spotykają tamtejszą ludzkość na różnych etapach rozwoju. Rzec muszę, że niestety fantazja ponosiła twórów, niestety, aż za bardzo. Gdzie to się nie przenosiliśmy! Był już Kirk ze swoją ekipą w Chicago z lat 20tych, był na dzikim zachodzie, we XVII-wiecznej Francji, w epoce jaskiniowej, XX-wiecznym amerykańskim mieście (to chyba nawet kilkakrotnie), starożytnej Grecji i kilku innych, równie absurdalnych jak za załogę statku kosmicznego, miejscach.

TOSa nie można zatem traktować w kategoriach czysto naukowych. Wbrew gadce z czołówki filmu (”These are the voyages of the star ship Enterpise, continuing its five year mission to explore strange new worlds”), pierwszy “Star Trek” to nie opowieść o statku kosmicznym, który wędruje poprzez przestrzeń kosmiczną i spotyka tam rózne rasy kosmitów. Tak naprawdę “TOS” to historia o nas samych. O ludzkości, o jej przyzwyczajeniach, przywarach, o jej problemach, rozterkach moralnych, o etyce i o zagrożeniach płynących z różnych technologii. Statek kosmiczny sunący poprzez kosmos to tylko pretekst do pokazania nam jakiejść historii, czasem fajnej i wciągającej, czasem nie, ale najczęściej (też nie zawsze) w jakiś tam sposób umoralniającej. I patrząc na Star Treka z tego punktu widzenia, dodatkowo przymrużając oko na efekty specjalne i pewne głupawe niedociągnięcia (np. teleportowanie się na mroźną planetę jedynie w tym głupawych obcisłych mundurkach), jest to serial całkiem ciekawy. Bo jeśli chcemy tylko patrzeć i nabijać się z naiwności scenarzystów, to wypalimy się już w okolicach 6-7 odcinka.

Próbowałem ruszyć “The Animated Series”, ale od samego początku trafiłem na potężne przeszkody. Największą jest brak dostępności tego serialu w necie. Kiedy wreszcie zdobyłem upragnione pierwszych 11 odcinków (z 22 istnejących), okazało się, że są one fatalnej jakości. Tak fatalnej, że prawie nie idzie tego oglądać. Jeden jednak obejrzałem i niestety nie powalił mnie na kolana.

Czym są “Animated Series”? Na fali popularności “Star Treka” nakręcono jego kontynuację, ale z różnych powodów w formie animowanej. Niemniej jednak głosy do postaci podkładali ci sami aktorzy, którzy grali w serialu. W “Animated Series” nie ma niestety Checkova, zamiast niego doszła dwójka kosmitów bliżej nieokreślonej rasy. Pomimo tego, że pomysł wydaje mi się genialny (szczególnie, że w TAS znajdujemy kontynuację wielu rozpoczętych w TOSie wątków - m.in. Mudda czy Tribbles). Z żalem muszę jednak stwierdzić, że TAS wygląda na niewypał. Oficjalnie mówi się, że zabiła go pora emisji (puszczany był w paśmie z kreskówkami dla dzieci), jednak mi się wydaje, że słabość TASa leży w zupełnie innym miejscu Mamy bowiem do czynienia z zepsuciem klimatu serialu przez dziwaczną muzykę w miejsce dobrze nam znanych trekowych motywów, z fatalną animacją postaci, z jeszcze gorszym ich designem (chyba tylko Spock wygląda naprawdę podobnie do siebie) oraz nudnymi scenariuszami - jedyny odcinek, jaki dotychczas obejrzałem miał 23 minuty, a co kawałek patrzałem na zegarek.

Tak więc, niestety TAS wędruje na wirtualną półkę, a ja się zajmę do czasu załatwienia lepszych jakościowo kopii piewrszymi sześcioma filmami z serii Star Trek. Zaś “TOSa” pomimo wszystkich wspomnianych wad (i tych niewspomnianych też) polecam jako kawał dobrej, solidnej klasyki SF.

kwiecień 19, 2008 Opublikował/a haes | Seriale | | 1 komentarz

101. The Lost Room

Tym razem napiszę o kolejnym serialu. Krótkim, bo serial ma ledwie 6 odcinków (pogrupowanych w 3 prawie 90-minutowe bloki). O czym jest “The lost Room”… hmmm… pamiętacie taki serial (notabene polski) pt. “Magiczne drzewo”? Serial był dla dzieci, a motyw był mniej więcej taki, że gdzieś tam rosło magiczne drzewo, które następnie ścięto i przerobiono na różne przedmioty. Jak się potem okazało, każdy z tych przedmiotów miał jakąś magiczną moc. Tu jest tak samo tyle tylko, że rolę drzewa przejął tajemniczy pokój motelowy, leżący gdzieś poza czasem i przestrzenią. Z pokoju tego została wzięta około setka przedmiotów, z których każdy ma jakąś magiczną moc. W całych Stanach rozsiani są ludzie, którzy pozabijali by się nawzajem, aby tylko zebrać całą ich kolekcję. I nie ma się co dziwić jeżeli weźmie się pod uwagę to, że co jakiś czas pojawia się motyw tego, że przedmioty tego są być może cząstką Boga, zaś ich zgromadzenie może zapewnić boską moc…

Tak piszę o tej fabule i mam wrażenie, że źle robię. Wszak gdybym ja sam przed obejrzeniem przeczytał takie streszczenie, zniechęciłoby ono mnie i odepchnęło od serialu raz na zawsze. Naciąganych bajek wszak nigdy nie lubiłem, ale… no właśnie, jest ale. W czasie oglądania “The Lost Room” wróciło do mnie na chwilę niemiłe wspomnienie serialu “4400″ (pewne wątki mogą takie skojarzenie wywołać) i od razu naszła mnie pewna myśl. “Lost Room” jest przykładem na to, że nawet najdebilniejszy pomysł (bo ten, powiedzmy sobie szczerze, do inteligentnych nie należy ) może być kanwą do filmu/serialu, który nie będzie odrzucał infantylnością, naiwnością ani gigantycznym natężeniem głupot na centymetr taśmy filmowej. Wszystko zależy od sposobu realizacji, reżysera, zaangażowania aktorów i całej reszty ekipy filmowej. Od szczegółów, w których tkwi diabeł. Twórcom “4400″ z ich żałosnego pomysłu nie udało się sklecić niczego innego aniżeli żałosnego serialu. Twórcy “The Lost Room” sprzedali żałosny pomysł w takiej oprawie, że aż chce się oglądać i w trakcie ogladania zapomina się o całej jego nicości, bezwartościowości i debilności, a zamiast tego wtapia się w cudowny świat.

Oczywiście, serial posiada swoje wady, wpisane jednak jest to w jego konwencje. Głównemu bohaterowi zawsze wszystko się udaje, spośród milionów możliwych pomysłów, na które może wpaść, on od ręki wpada na ten właściwy, a cudowne zbiegi okoliczności to norma. Pojawia się też typowa amerykańska megalomania. Wszystkie przedmioty oczywiscie rozsiane sa po Stanach - nie ma zbieraczy z Europy czy Azji. Ale to takie drobnostki i raczej mało wkurzające.

Najbardziej rozczarowuje jednak zakończenie. Ostatni odcinek jest dość chaotyczny, zaś sama końcówka wzbudza poważne poczucie niedostytu. Na końcu filmu/seriau ja nie oczekuję happy endu ani łopatologicznego wyjaśnienia co, jak, gdzie, kiedy, po co, dlaczego i za ile. Wymagam jednak albo domknięcia wszystkich wątków, albo też inteligentnego niedomówienia. Tu nie mamy ani jednego, ani drugiego. Nie chcąc spoilerować, mogę rzec, że po zakończeniu serialu możemy zadać sobie co najmniej 5 fundamentalnych pytań co do losu bohaterów, na które nie mamy niestety odpowiedzi. I to jest jak dla mnie jakoś tak bez sensu, bo jako zakończenie nie zdaje to egzaminu w ogóle. Prawdopodobnie była to jakaś furtka do kontynuacji, która niestety nie nadeszła.

Pomimo wszystko - fascynująca, wciągająca historia, zapadająca w pamięć. Ogląda się miło i fajnie, jedna z ciekawszych ostatnio przeze mnie obejrzanych rzeczy. No i szczerze polecam.

kwiecień 14, 2008 Opublikował/a haes | Seriale | | Liczba komentarzy: 2

100. Pokój 1408

Film obejrzałem będąc u mojego kuzyna. Podczas gdy ten akurat babrał się z moim samochodem (i chwała mu za to), ja zostałem sam na sam z płytką z tym filmem. Zachęcony przez niego, wrzuciłem w czytnik, niemniej jednak z pewnym przestrachem, bo nie od dziś wiadomo, że nasze gusta filmowe znacząco się różnią.

1408 to ekranizacja powieści Stephena Kinga, słynącego wszak z udanych ekranizacji (wystarczy wspomnieć “Lśnienie”, “Skazanych na Shawshank” i “Zieloną Milę”). Film z pogranicza horroru i thrillera; jak dla mnie punkt ciężkości wyraźnie przesunięty jest w stronę “horror”, niemniej jednak spotkałem się też z określeniem filmu jako thriller i może nawet coś w tym jest. Przez długi czas bowiem nie wiemy, czy wszystko dzieje się naprawdę, czy tylko w wyobraźni.

Fabuła filmu dotyczy pisarza, który żądny silnych wrażeń oraz natchnienia do pisania nowej książki wynajmuje na jedną noc hotelowy pokój o ponurej sławie. Wielu gości nocujących w tym pokoju zmarło w tajemniczych okoliczościach, w ktore uwiklane sa jakies zjawiska paranormalne, dlatego też od wielu lat zostaje zamknięty na klucz. Pomimo tego, że kierownik hotelu wyraźnie odradza pisarzowi wynajęcie tego pokoju, ten uparcie obstaje przy swoim. Ostatecznie gosc otrzymuje klucz od lokum i niemal od samego początku zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Jednak tajemnicze odgłosy i wariujące urządzenia elektroniczne to dopiero początek…

Obejrzałem mniej więcej połowę i już, myśląc o tym, co za kilka godzin napiszą na blogu, myślałem, że napiszę umiarkowanie pozytywną recenzję. Film bowiem trzyma w napięciu, umie miejscami wystraszyć (a uwierzcie, wystraszyć mnie to niezła sztuka - na horrory wszelakie jestem niestety uodporniony), a poza tym wciąga swoją tajemniczą fabułą. Im jednak dalej, tym gorzej. Z czasem film staje się na przemian albo przewidywalny do bólu i bez wahania mozemy rzec, co stanie sie za kilka minut, albo też - co gorsza - zupełnie nieprzywidywalny i od czasu do czasu dzieje się coś tak głupiego i niespodziewanego, że nawet gdyby przez sufit wskoczył królik z Alicji z Krainy Czarów, nie kontrastowałoby to z tym, co dzieje się w filmie.  Jednym slowem - chaotyczna mieszanka.

Zachwycony niestety nie jestem. Z żalem oznajmiam, że ogrom głupot jakie obejrzałem przeraził mnie. Próbując widza przerazić, twórcy poszli jednak o krok za daleko, próbując zgromadzić za dużo pomysłów za jednym razem, w jednym filmie no i wyszła taka troszkę groteska, bezsensowny misz-masz różnych motywów. Film niestety niewiele jednak ma pozytywów i jedynie fanom gatunku mogę go polecić, aczkolwiek z pewnym wahaniem.

kwiecień 12, 2008 Opublikował/a haes | Film | | Liczba komentarzy: 5

99. Czy jesteśmy sami we Wszechświecie?

Książka pod tym tytułem kupiona została przeze mnie z przeceny, za jedyne 5,40 zł. Oryginalnie kosztowała 35 zł, z nieznanych mi bliżej przyczyn znalazła się w koszyku z napisem “szajs, którego nikt nie chce kupić” wraz ze starymi płytami Britney Spears, zbiorem jakże ambitnych powieści z cyklu Harlequin(swoją drogą od ok. 10 lat obiecuję sobie, że przeczytam chociaż jednego Harlequina dla ogólnego oglądu sytuacji; jakoś wciąż mnie odpycha), tudzież innymi nieudanymi wytworami kultury.

Kupiłem z mieszanymi uczuciami; z reguły bowiem tego typu zakupy kończą się bolesnym zawodem i stwierdzeniem, że ludzie decydujący w marketach i księgarniach co ma być w koszu to jednak dobrzy fachowcy, znakomicie oddzielający ziarno od plew. Ale nie tym razem…

Książka ma podanych czterech autorów. Nie będę teraz przytaczał ich nazwisk, bo to czwórka francuskich naukowców, być może znanych ludziom interesujących się tymi sprawami, ale nigdy nie trafiających do telewizji czy do popularnej prasy. Dość nietypowa jest formuła - podzielono książkę na cztery równe części, w których są udzielane wywiady z owymi czterema dżentelmenami. Każdy z nich opowiada z grubsza o tym samym, skupiając się jednak na tych aspektach, które z racji wykonywanego zawodu najbardziej im są bliskie. Pierwszy pan zatem mówi o programie SETI, jego mechanizmie oraz o nadziejach z nim związanymi. Drugi skupia się na warunkach istniejących w kosmosie i tym, jakie jest prawdopodobieństwo tego, że powstało tam życie. Trzeci wybiega znacząco w przyszłość i pokazuje, jakich technologii mogliby używać Obcy i jakie za kilkaset lat być może będą dostępne nam. Wreszcie ostatni szuka definicji życia i pokazuje, że życie w kosmosie wcale nie musi być takie samo, jak to znane nam na ziemii.

Książka mi się sposobała z tego powodu, że autorzy (rozmówcy) preferują skrajnie racjonalne podejście. Nie dają się wciągnąć w spekulacje dotyczące odwiedzających nas latających spodków, piramid na Marsie ani kosmitów chcących zniszczyć nas jak w fimie Dzień Niepodległości. Nie rozbudzają nadziei na cuda, a przy każdej spekulacji balansującej na granicy nauki i fantazji, wyraźnie mówią, czy coś jest, czy nie jest możliwe oraz pod jakimi warunkami. Rzucają od czasu do czasu hasła - np. o istotach żyjących w nanoskali, dla których również czas uległ skurczeniu i których świat trwa kwadrylionowe części sekund, które dla nich jednak są niczym nasze miliardy lat, jednak za każdy razem albo daną tezę odrzucają, albo też mówią, że z powodu ograniczeń technologicznych (które będą do przeskoczenia w przyszłości) bądź fizycznych (których obejść się już nie da) nie jesteśmy w stanie wyjść z danym stwierdzeniem ponad poziom fantazji i spekulacji.

Opracowanie porusza wszystkie tematy, jakie mogą być związane z poszukiwaniem życia we wszechświecie - troszkę jest więc astrofizyki i kosmologii, troszkę teorii względności, socjologii, ewolucjonizmu, a nawet rachunku prawdopodobieństwa. Mieszają wszystko ze wszystkim, jednak w wysoce uporządkowany sposób, w taki sposób, aby nigdy nie wyjść poza ramy zdrowego rozsądku. Ani razu nie pada zatem stwierdzenie o podróżach z prędkością Warp (przykra wiadomość dla fanów Star Treka; jedyną prędkością, na jaką możemy liczyć w przeciągu najblizszych kilku tysięcy lat moze być góra 10% prędkości światła), zaś czas, w którym uda nam się skolonizować naszą galaktykę oszacowano na jakieś 50 mln lat (to jeszcze gorsza wiadomośc dla fanów Star Treka w którym już w XXIV w. śmigamy przez galaktykę w lewo i w prawo). Wspomina się też gdzieniegdzie o futurystycznych sposobach podróżowania - wielkim żaglu napędzanym energią słoneczną, napędzaniem przez wodór pozyskiwany z przestrzeni międzygwiednej itd. Jak jednak wspomniałem, zawsze z rozsądkiem, rozwagą i podając naukowe argumenty. Odrzuca się zatem w najbliższym czasie m.in. podróżowanie za pomocą antymaterii. Nawet podróż na Marsa wydaje się być bardziej skomplikowana aniżeli większość z nas sobie wyobraża.

Naukowcy mówią wprost i pozbawiają nas złudzeń: na dzień dzisiejszy nie ma żadnych powodów, aby przypuszczać, że gdziekolwiek we wszechświecie istnieje życie. Nie wykluczają oczywiście takiej opcji, ale w róznych postaciach przytaczany jest paradoks Fermiego, co sprawia, że wymowa ksiązki jednak jest pesymistyczna. Ale i tak szczerze polecam tym, którzy chociaz odrobinkę się tą tematyka interesuja.

kwiecień 12, 2008 Opublikował/a haes | Książki, Nauka | | 1 komentarz

98. Raima Radio - kolejny cud globalnej wioski

Dzięki mojej przyjaciółce Emilce (mam nadzieję, że to czyta) odkryłem nowe zastosowanie internetu - słuchanie stacji radiowych. Służy do tego program Raima Radio, a za jego pomocą można posłuchac stacji radiowych z dowolnego zakątka świata - od Polski, poprzez USA, Albanię, Gruzję po Anktartydę (!).

Aplikacja idealna dla osób uczących się języków obcych, ale też i dla tych, którzy są po prostu innych języków ciekawi. Można posłuchać jak pięknym językiem jest węgierski (którego w normalnych warunkach nie uświadczy się ani troszkę) czy duński (ta ich charakterystyczna gardłowa wymowa w połączeniu z połykaniem spółgłosek robi wrażenie). Można na własne uszy przekonać się, że dialekt Irlandzki języka angielskiego faktycznie jest zupełnie niestrawny, zaś australijski jest troszkę śmieszny. Podobieńśtwo języka słowackiego i ukraińskiego do polskiego też nareszcie można sprawdzić empirycznie. Zainstalowanie Raima Radio jest też dobrym pomysłem dla wszystkich tych, którzy język obcy znają i chcieliby np. posłuchać co się dzieje w danym kraju albo jak wydarzenia w Polsce odbierane są przez tamtejsze media.

Ale radio takie ma jeszcze jedną zaletę - można posłuchać tego, co jest na topie w Rumunii, Albanii, Szwecji czy Panamie. Rzadko kiedy mamy do czynienia z ich rodzimą muzyką (a wszystkie Abby i Ozone to tylko ułamek tego, czego oni słuchają). A przecież każdy naród ma swojego Rubika, Feela czy chociażby Dodę. Swoje własne gwiazdy, słuchalne czy nie, to jednak zawsze wpadające w ucho i fajnie, że mamy okazję poznać ich więcej.

Program nie jest idealny - co kawałek wyskakuje jakiś komunikat o błędzie, który trzeba zamykać (na szczęście pomimo tego stacja cały czas “nadaje” i można słuchać), nie idzie też czasem zamknąć kanału i przestać słuchać stację - stacja cały czas się gdzieś tam buforuje, zapychając łącze i utrudniając słuchanie innych rzeczy. Poza tym niezła bura powinna dostać się osobie, która dobierała państwa i wpisywała je na liste. Nie boli mnie, że jest tylko jedna ameryka (lenistwo?), ale to że ZEA zaliczone są do Azji, a nie do “bliskiego wschodu” (bo taka kategoria też jest), że Rosja jest w Azji, a nie w Europie, że brakuje Finlandii - to wszystko troszkę denerwuje, ale nie aż na tyle, aby uniemożliwić korzystanie z programu. Poza tym, niestety, ok. 20% stacji (w tym główne kanały BBC - na szczęście poza World Service) po prostu nie działa i nie wiadomo dlaczego. No i nie ma Radia Maryja. Nie to, żebym cierpiał z tego powodu, ale po prostu to kolejny dowód nierzetelności twórcy programu.

No cóż, ja wracam do debaty nt. sytuacji w Zimbabwe na BBC World Service. A tym, którzy zdecydują się zainstalować Raima Radio, życzę satysfakcji z użytkowania. Co najmniej takiej, jak ja mam.

kwiecień 9, 2008 Opublikował/a haes | Internet | | Brak komentarzy

97. Day of the Tentacle

Dzięki programowi SCUMM powróciłem po latach do gry, którą namiętnie przechodziłem w 1998 na moim pierwszym komputerze (P200MMX z 16 MB RAMu, dwumegową kartą graficzną bez akceleratora, monitorem 14′ CRT, kartą dźwiękową na ISA i dwugigowym twardzielem z Windowsem 95 na pokładzie). Właściwie tak na ścisłość, to cały czas mam ten sam komputer… Tyle tylko, że w międzyczasie wymieniłem wszystko - od monitora po obudowę i tylko stacja dyskietek się ostała (której i tak nie używam).

Ale, wracając do tematu, grą tą jest Day of Tentacle. Fabuła gry jest tak głupia, że aż śmieszna. Dwie tytułowe macki (tentacles) to żywe, świadome i inteligentne stworzenia, przypominające nieco macki ośmiornicy. Pewnego dnia udały się na przechadzkę nad pobliską rzekę. Jedna z nich napiła się wody, która okazała się zatruta jakimiś chemikaliami. Po wybiciu wody macka zmutowała (wyrosły jej ręce) i nagle postanowiła podbić świat i zniewolić rasę ludzką na zawsze. I w tym miejscu wkraczają nasi bohaterowie.

Głupie? Tylko z pozoru. Sam pomysł na grę jest fenomenalny, a absurd opisanej przed chwilą przeze mnie historii to najlepsza prezentacja tego, z czym będziemy mieli do czynienia. Wszak za chwilę wskutek awarii maszyny, która miała cofnąć bohaterów o dwa dni w czasie, aby nie dopuścili do feralnego zdarzenia, jeden z nich wyląduje w XVIII wieku, gdzie spotka m.in. George’a Washingtona, a drugi - w XXII wieku, w świecie zniewolonym przez macki, gdzie ludzie pełnią rolę służących i zabawek tych stworzeń. Gra jest pełna humoru, absurdalnych sytuacji, prześmiesznych dialogów, nawiązań do różnych innych wydarzeń i dzieł popkultury. Najlepiej zareklamuje chyba ją fenomenalne intro, świetnie wkręcające w klimat:

Jeżeli się spodobało, to przygotujcie się na to, że CAŁA GRA jest utrzymana w tym klimacie, a poziom humoru nie spada ani na chwilę.

DOTT z roku (chyba) 1993 jest kontynuacją przygodówki Maniac Manson - gry, której może lepiej w dzisiejszcyh czasach nie oglądać, aby nie popsuć sobie dobrego skądinąd mniemania niej, jakie mieli współcześni jej gracze. Notabene, Maniac Manson jest jakby częścią składową DOTTa - w jednym z pokojów stoi komputer. Wystarczy do niego podejść, włączyć i można spróbować przejść Maniaca. Sam w Maniaca próbowałem ok. 10 lat temu (czyli wtedy, kiedy przepaść między ówczesnymi, a dzisiejszymi produkcjami była dużo mniejsza niż teraz), ale ok. 2 godzinach gry poddałem się. Fatalna grafika, dziwaczny interfejs i wszechobecne poczucie staromodności gry odrzuciło mnie. Taki już los starych gier, niestety. Być może jakiś Maniac Manson Deluxe zrobiłby furorę, szczególnie, że pomysł na grę był rewelacyjny. Grało sie jednocześnie trzema postaciami - mogliśmy je wybrać spośród (chyba) ośmiu postaci. Każdy bohater miał inne zdolności i umiejętności, a w zależności od tego, którym bohaterem gramy, istniało wiele możliwości przejścia gry, a także wiele zakończeń, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych.

DOTT też początkowo planowany był jako gra właśnie tego typu. Miało być sześć postaci, jednak w trakcie produkcji twórcy doszli do wniosku, że zdecydowanie lepiej będzie wstawić na sztywno jedynie trójkę bohaterów, za to grę dopieścić w najdrobniejszych szczegółach. I to się udało. Fabuła gry jest strasznie zakręcona, gra nie jest ani za łatwa, ani za trudna. To, co spodobało mi się w tej grze to też fakt, że cała trójka bohaterów, pomimo tego, że znajduje się w różnych czasach, cały czas przebywa w tym samym domu, w którym układ pomieszczeń z grubsza jest taki sam, jednak pomieszczenia te za każdym razem pełnią różne funkcje. Poza tym, czynności wykonane w jednym czasie mają wpływ na to, co będize w przyszłości… No, ale i już chyba zaczynam spoilerować.

Największą wadą gry jest, co tu dużo kryć, grafika. Pomimo tego, że komiksowe kształty, powykoślawiane linie i nieproporcjonalne elementy na ekranie tworzą niepowtarzalny klimat, postacie rysowane są z poczuciem humoru, a każda akcja bohaterów (np. przejście przez komin) pokazane w przekomiczny sposób, to jednak wszystkie te zalety giną w rozdzielczości rzędu 320×240 (tak!). Moim zdaniem, to olbrzymi błąd twórców LucasArt, bo w wyższej rozdzielczości (chociaż raczkującej wówczas i mało jeszcze popularnej 640×480) gra do dzisiaj prezentowałaby się znośnie. Oprawa dźwiękowa - to co prawda “tylko” muzyczki w formacie MID, ale kto spędzał niegdyś całe dnie przy grach z tamtego okresu, wie znakomicie, że to nie wada gry, tylko jej zaleta.

Co tu dużo gadać - jedna z najlepszych przygodówek wszechczasów. Za jakiś czas wezmę się za Indianę Jonesa i Monkey Island (to również bardzo wiekowe produkcje rodem z LucasArtu). Dla fanów gatunku pozycja równie kultowa, jak “Master of Puppets” dla wielbicieli metalu i “Odyseja Kosmiczna 2001″ dla tych, co lubią kino SF.

kwiecień 3, 2008 Opublikował/a haes | Gry | | Liczba komentarzy: 10

96. Lost: The Truth is Out There

Puszczony w ostatnią niedzielę (czyli u nas w poniedziałek wczesnym rankiem) w amerykańskiej stacji ABC “Lost: the truth is out there” to niesamowita niespodzianka, jaką zgotowali nam twórcy Losta. Trwający 84 minuty dodatkowy, specjalny odcinek (poza ofilcjalną numeracją; w zasadzie nawet bardziej film nż odcinek) mógłby śmiało robić za zakończenie 4. sezonu, gdyby ten miał być naprawdę skrócony. Ponieważ jednak, jak wiemy, 4 sezon zostanie dokończony, “The truth is out there” pełni jedynie rolę przerywnika miedzy dwiema częściami 4. sezonu. Ale za to jakiego przerywnika!

Wbrew tytułowi, film (odcinek?) nie nawiązuje do archiwum X ani kosmitów. Zaczyna się w momencie, w którym Mathias i Henrik, grając w szachy na stacji nasłuchowej na Anktartydzie, odbierają sygnał powstały w wyniku eksplozji Swana. Dzwonią do Penny Widmore i wtedy dopiero zaczyna coś się dziać. Zasadnicza akcja kręci się wokół trzech postaci: Penny oraz Charlesa Widmore’ów oraz Matthew Abbadonna, zaś zasadniczym tematem są kulisy wysłania Kahany w kierunku wyspy; przy okazji jednak poznajemy prawdziwe zamiary Charlesa Widmore’a (które aż mrożą krew w żyłach… no, ale ani słowa więcej!), prawdę o tym, kto podłożył samolot, dlaczego poszukiwany jest Ben (kawał sprytnego skurwiela z niego, a jakże!) a także związek Matthew Abaddona z całą sprawą.

Rzeczą wyróżniającą odcinek od innych jest fakt, że nie spotkamy w nim żadnego z bohaterów z wyspy (poza Desmondem, który pojawia się tam w retrosach Penny oraz Naomi, która jednak gra rolę epizodyczną). W retrosach Penny, których nawiasem mówiąc, nie ma zbyt wiele, wypełniamy lukę, jaka dzieli ostateczne, jak się wydawało, zerwanie Desmonda z Penny (3×05), a ich spotkanie na stadionie w 2×23. Dowiadujemy się jak to się stało, że Penny i Desmond zeszli się z powrotem. Zasugerowano także jak Desmond trafił do więzienia, ale na ostateczne wyjaśnienie tej zagadki przyjdzie zapewne dopiero w serialu.

Film przeplata się z serialem w wielu miejscach. W retrospekcjach Penny i Desmond spotykają patrol policji z Aną-Lucią, widzą w telewizji wywiad z Hurleyem milionerem. Spotykamy też na chwilę Richarda Malkina - jasnowidza, który swojego czasu przepowiedział Claire, że powinna sama wychować dziecko. To, co teraz powie też chyba nie pozostanie bez wpływu na serial (to ukłon od scenarzystów w stronę tych, którzy twierdzą, że o Malkinie twórcy zapomnieli). Poza tym Charles Widmore ma małe starcie z Tomem (tak, tak!). Pod koniec filmu widzimy też jak się stało, że Penny odebrała telefon od Charliego i dlaczego powiedziała mu, że nie ma żadnej łodzi. Jak to w Loście, prawda jest tak prosta, że w swoich kombinacjach i rozmyślaniach widzowie tę najprostszą i najbardziej oczywistą prawdę pomijają.

No cóż, film/odcinek jak to na Lost przyznało znakomity, ogląda się z zapartym tchem, ani razu nie spogląda na zegarek. Twórcy starannie zaplanowali każdy szczegół i powiązali z resztą serialu w sposób mistrzowski. Poza tym zaletą filmu jest to, że bardzo dużo (rzekłbym wręcz: nadspodziewanie dużo) rozjaśnia, ale jak to w Loście bywa zapewne w miejsce już rozwiązanych zagadek pojawi się milion innych. Wydaje się, że wątek tego kto i po co wysłał statek jest już jasny i oczywisty. W najbliższych odcinkach spodziewać możemy się definitywnego zamknięcia tej sprawy i zająć się innymi rzeczami - flash forwardami, a także tym, kto strzelał do Alex, Karla i Danielle. Coś mi mówi, że to nie była ani załoga frachtowca, ani Inni, tylko jakaś trzecia grupa…

No i na koniec jeszcze jedna rzecz… nie jest to co prawda spoiler, ale nie ośmielę tego napisać wprost; najlepiej podświetlcie sobie tekst, jaki napisałem (i zamaskowałem pod spodem):

Przykro mi, takiego filmu nie ma. PRIMA APRILIS!

kwiecień 1, 2008 Opublikował/a haes | Seriale | | Brak komentarzy

95. Twin Peaks - alternatywne zakończenie

Twin Peaks, swego czasu wychwalany przeze mnie w niebogłosy (a obecnie nie wychwalany tylko dlatego, że po siedmiu obejrzeniach nieco spowszechniał… ale kurewsko zazdroszczę tym, którzy wciąż są PRZED), był kręcony, jak kazdy przyzwoity (i nieprzyzwoity zresztą też) serial w formule charakterystycznej dla produkcji telewizyjnych - najpierw kręci się pilota, którego ogląda jakaś tam komisja (czasem rolę komisji pełni widownia telewizyjna) i dopiero na podstawie pilota decyduje się czy kręcić serial dalej czy dać sobie spokój. Pilot do Twin Peaks, tytułowany czasem “Northwest passage” (wersja przeze mnie preferowana), a czasem jedynie per “Pilot” był odcinkiem niezwykle wkręcającym w serial, znakomicie pokazującym co się będzie działo i jaki będzie klimat produkcji. No i jak wszyscy wiemy, pilot został zaaprobowany przez komisję , a oczekiwania jakie widzowie mogli mieć po obejrzeniu pilota zostały w 100%, a może nawet i wiecej, spełnione. Serial okazał się spektakularnym sukcesem i szybko wskoczył do kanonu produkcji kultowych.

Jednak Lynch, jako stara wyga filmowego świata, przekazując pilota stacji ABC, znakomicie wiedział, że serial może zostać odrzucony i na tę możliwość się przygotował. Nakręcone zostało ok. 20-minutowe zakończenie pilota w taki sposób, aby pilot wraz z tym zakończeniem tworzył jeden zamknięty ciąg wydarzeń (o ile można mówić o zamkniętym ciągu wydarzeń u Lyncha). W ten właśnie sposób powstał film “Twin Peaks”, który wydany został w Europie (także w Polsce). Oczywiście pomysł po zaaprobowaniu pilota okazał się być jedynie efektem nadgorliwości Lyncha, ale jednak wciąż jakieś tam kopie zostały i “Twin Peaks” pojawia się od czasu do czasu na Allegro i na ogół końcowa cena na aukcji jest dość wysoka. W oryginalnych wydaniach DVD też jest opcja obejrzenia alternatywnego zakończenia pilota.

Jeżeli ktoś pamięta mniej więcej co działo się w pilocie, to zapewne wie, że już prawie na samym końcu jest scena, w której szeryf wraz z Josie wychodzą przed dom i Josie mówi “to musiało się stać o tej porze. 24 godziny temu”. Po tej właśnie scenie rozpoczyna się alternatywne zakokończenie. Zakończenie to zupełnie nie przystaje do tego, co mieliśmy w serialu. Jest z nim jawnie sprzeczne i w żaden sposób się nie uzupełniają. Nie powinienem spoilerować, ale powiem jedynie, że BOB okazuje się być żywym, prawdziwym człowiekiem, o dość specyficznej osobowości jakich to sporo spotkaliśmy u Lyncha - przypomina maniakalnego szaleńca, zaś Mike to też świr tyle, że innego kalibru. Tak w ogóle to zakończenie zostało przemontowane i pod koniec odcinka 1×02 (”Zen, or the Skill to Catch a Killer”) wykorzystane w śnie Coopera. Tyle tylko, że to, co było w śnie, tutaj dzieje się naprawdę.

“Northwest Passage” wraz z omawianym zakończeniem tworzy film, który, niestety, nie powala na kolana. Jak to u Lyncha, popada z czasem w absurd i bezsens, niezrozumiałą papkę i miks motywów, które ciężko ze sobą połączyć i zrozumieć o co w tym chodzi. Gdyby powstał tylko film “Twin Peaks”, prawdopodobnie odszedłby w zapomnienie jako nieudany film Lyncha bądź produkcja, która mogła byc czymś więcej, a skończyła jak skończyła. Całe szczęście jednak, że szychy z ABC zadecydowały, że warto tę historię ciągnąć i dzięki temu powstał jeden z najlepszych seriali wszechczasów. Ale i tak warto na pewno obejrzeć tę alterantywną końcówkę.

Przez chwilę czułem się jeszcze raz jakby oglądał serial po raz piewrszy. Nie musiałem już oglądać po raz n-ty tych samych scen, ale coś nowego, coś nieznanego. Nowe dialogi, nowe wydarzenia, nowe scenki. Najbardziej rozwaliła mnie Lucy rozmawiająca przez telefon podczas gdy Andy przeszkadza jej grać na trąbce. I wtedy jeszcze raz poczułem i zrozumiałem, co czują ludzie, który TP oglądają po raz pierwszy. Cieszę się, że dane było mi przeżyć jeszcze raz choćby namiastkę tego uczucia.

marzec 30, 2008 Opublikował/a haes | Film, Seriale | | Brak komentarzy

94. The Thing Johna Carpentera

Antarktyda. Dookoła tylko śnieg i lód. W środku tego pustkowia znajduje się niewielka baza badawcza, w której pracuje dwunastu nieco zdziwaczałych facetów. Z powodu złych warunków atmosferycznych nie potrafią skontaktować się ze światem zewnętrznym. Mimo to, badacze starają się w miarę możliwości życ normalnie z dnia na dzień. Niespodziewanie w bazie pojawia się zabójca rodem z najgłębszych otchłani piekieł. Co gorsza, nikt tak na prawdę nie może być pewny, czy ów zabójca nie kryje się wśród nich. Jak zatem przetrwać, skoro nie możesz zaufać nikomu prócz sobie?

The Thing, znany u nas pod tytułem “Coś”, to kultowy już horror science-fiction, będący w istocie pierwszym filmem Johna Carpentera stworzonym dla dużej wytwórni filmowej. Co więcej, nakręcony w 1982 roku film jest przez wielu fanów uważany za najlepszy obraz tego reżysera, a także jeden z najlepszych horrorów w historii kina. I ja również podzielam to zdanie.
Jak wierzyć nieoficjalnym źródłom, The Thing jest pierwszym filmem z trylogii Carpentera, którą reżyser nazywa Apokaliptyczną trylogią. Pozostałe