Myślokracja, czyli from łeb to web

176. Wielka Opozycja Świętych Panów 11 Styczeń 2010 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Kościół, Z życia, społeczeństwo — frycjusz @ 7:33 pm

Dzisiaj będzie bardzo krótko*. I prosto. I niezbyt odkrywczo bo myślę, że chyba każdy czytelnik (a w każdym zdecydowania większość) myśli tak, jak ja. Więc nie po to piszę, aby coś głosić, do czegoś przekonywać, agitować czy nawracać. Nie. Raczej po to tylko, aby się zsolidaryzować i wyrazić swoje poparcie dla myślących podobnie.

O co chodzi? Ano o WOŚP. Pozornie wszystko jest OK. Mamy Jurka Owsiaka, człowieka z niesamowitą charyzmą, prawie od dwudziestu lat nakręcającego swoją noworoczną maszynkę, jednoczącego ludzi, wyciągającego z nich to, co najpiękniejsze. Mamy wielką imprezę, o ogólnokrajowym zasięgu, gromadzącą corocznie kwoty idące w dziesiątki milionów złotych. A wszystko idzie na cel zaprawdę zbożny, bo na sprzęt medyczny dla dzieci. Sprzęt, którego szpitale nigdy przenigdy by nie kupiły, bo sytuacja jest jaka jest. Chyba każdy polski szpital posiada w swoim oddziale dziecięcym coś z naklejką WOŚP. A sprzęt to wszak drogi i potrzebny, zastępujący często sprzęty zupelnie już przestarzałe, zużyte, często nawet grożący zdrowiu pacjentów. Kilkaset milionów złotych wpompowanych w polskie lecznictwo naprawdę widać. I chwała im za to.

Nie wszystkim jednak się to uśmiecha. Nie, nie. Jest jedna grupa społeczna, którą taki sukces przeraża. Która tego sukcesu zazdrości, która podkopuje dzieło Orkiestry wszystkimi dostępnymi środkami. Tą grupą jest oczywiście (fanfary – paraaaaaaam!) Kościół Katolicki. To właśnie oni przeganiają wolontariuszy sprzed kościółów, stwarzają niesamowite historie na temat Owsiaka i jego popleczników i opowiadają na lekcjach religii czy, o zgrozo, kazaniach, oni nie tylko nie dają do puszki, ale – wręcz przeciwnie – zakazują tego robić swoim owieczkom (albo przynajmniej mocno ich do tego zniechęcają). Oficjalnym powodem sprzeciwu wobec akcji Owsiaka jest to, że część pieniędzy idzie na przystanek Woodstock, siedlisko wszelkiego pijaństwa, narkomanii, kurestwa i ogólnie wszystkiego, co szatan złego na naszym świecie może wymyślić. Od czasu do czasu wspomina się też o niejasnościach finansowych wokół Orkiestry i rozliczania się z pieniędzy. Ale to tylko pozory.

Prawdziwy powód jest jasny i oczywisty dla każdego, kto chociaż odrobinkę myśli. Jak taki Owsiak śmie organizować akcję, którą wszyscy lubią, którą wszyscy cenią, która gromadzi wokół siebie miliony ludzi, a która nie ma w sobie ani krzty religijnej zadumy? Dlaczego nie rozpoczyna swojej akcji uroczystą mszą świętą, nie zaprasza do udziału w niej księży i zakonnic, nie wspomina o tym, że jesteśmy zjednoczeni w Chrystusie, że mamy pomagać naszym bliźnim? I o zgrozo, pomimo tego nadal jest popularny. Wielka, spektakularna akcja, którą popiera tak wielu ludzi, tyle uczynionego dobra. Coś, co otwiera ludzkie serca, coś ludzi jednoczy, przybliża, wydobywa z nich dobro… i nagle okazuje się, że można COŚ TAKIEGO zrobić bez Boga, bez Chrystusa. Że czysto laicki ruch może zrobić tak wiele, kościół omijając szerokim łukiem. Że ludzie nawet bez Boga mogą być dobrzy. Że nawet bez Chrystusa można naprawiać swiat i uczyniać go lepszym, a ludźmi szczęśliwszymi. I właśnie to boli kościół, a nie, jak niektórzy sugerują, miliony złotych, która trafiają do puszek zamiast na tacę. Gdyby chodziło tylko o przysłowiową tacę, myślę że na jedną niedzielę w roku księża zacisnęliby zęby i przeżyliby jakoś. Ale tu chodzi o coś grubszego. O kolejny krok w odchodzeniu od Kościoła i laicyzacji społeczeństwa, która wcześniej czy później nastąpi – ale im później, tym dla kościoła lepiej. Organizacja ta bowiem przerażająco boi się momentu, kiedy społeczeństwo nareszcie zrozumie, że bajki o dziewicy Maryi i zamianie wody w wino do niczego nie są mu potrzebne.

Tak krytykowany Przystanek Woodstock (może jestem zboczony/mało wrażliwy/ślepy) w zasadzie mnie nie przeraża. Większość młodzieży po prostu dobrze się bawi, bez udziwnień. Zdarzjące się tam ekscesy z udziałem maleńkiego odsetka imprezowiczów, o ile nie sprowadzają się do okradania/bicia/gwałcenia, to prostu szał młodości. Czy kto kilku nastolatków popalających skręta, czy nago chodząca grupka młodzieńców, czy dziewczyna oddająca się za puszkę konserwy, czy też jakieś kopulacje w zbożu – naprawdę, mnie to nie obchodzi. Uwierzycie, albo nie, ale nawet z takiej młodzieży wyrastają zazwyczaj normalni ludzie… no, czasem pozytywnie zakręceni. Ale sam fakt, że taka impreza się odbywa, i to pod patronatem i tak już znienawidzonego WOŚPu, kler polski boli, oj boli. I jeszcze głośniej WOŚP jest tępiony… a niektórzy na złość jeszcze chętniej pięniądze do puszek wrzucają. Może i tak jest lepiej…

* – ok, jest długo… ale pisząc wstęp, naprawdę myślałem, że będzie krótko…

 

175. Ręce precz, oczy precz… 1 Styczeń 2010 (piątek)

Zaszufladkowany do: Książki — frycjusz @ 2:02 pm

Mam straszną ochotę na kimś/na czymś się wyżyć. I trafiłem chyba na wymarzoną ofiarę – książkę pod niesamowicie intrygującym tytułem “Ręce precz od tej książki!” niejakiego Jana van Helsinga.

Zanim zacznę się znęczać, spojrzymy może najpierw na reklamę tej książki:

Z pewnością zastanawiacie się, dlaczego nie powinniście brać tej książki do rąk. Czy to jedynie przemyślany chwyt reklamowy? Otóż nie! Z powodu prezentowanych treści zakazane zostały już dwie książki autorstwa Jana van Helsinga, którego niemieckie mass media zaliczyły do grupy “autorów niebezpiecznych”, przed którymi należy społeczeństwo chronić. Zamiarem Jana van Helsinga było wstrząśnięcie Waszym światopoglądem, stąd rada: Ręce precz od tej książki! Musicie, drodzy Czytelnicy, liczyć się z tym, że po przeczytaniu tej książki nie będziecie mogli żyć tak, jak żyliście do tej pory. Być może aż do dzisiejszego dnia myśleliście: “Nikt mi o tym nie powiedział, skąd więc mogłem o tym wiedzieć?!” Być może dziś jeszcze myślicie, że sami nie jesteście w stanie niczego zmienić… Dzięki tej książce zrozumiecie, że jest zupełnie inaczej!

Brzmi zachęcająco? I to jak! Jak dla mnie rewelacja. Globalny spisek, klika mająca na celu przejęcie świata, techniki jakimi cała arystokracja finansowa świata, od producentów pasty do zębów po twórców filmowych próbuje omamić nas, zmusić do śpiewania pod ich nutę i stworzyć idealne społeczeństwo tumanów, sterowane przez grupkę ludzi czerpiących z tego niebotyczne zyski ludzi, którzy myślą samodzielnie. Nieśmiale nawet marzyłem o tym, że ktoś nareszcie jawnie zdemaskuje kościół katolicki i jego prawdziwe zamiary. W każdym razie – taka reklama pokazuje mi ksiązkę otwierającą oczy i każącą strzec się na każdym kroku przed… no właśnie przed czym? Tego dopiero można się dowiedzieć po przeczytaniu owego wiekopolnego dzieła.

Coś mi jednak śmierdziało. Zbyt piękne żeby było prawdziwe… Tym razem, wyjątkowo, zamiast kupić książkę jak człowiekowi przystało na allegro bądź w księgarni, zassałem ją sobie najpierw w PDFie, aby przekonać się, czy na pewno warto zainwestować cenną gotówkę w cenną wiedzę. Całe szczęście, że tak zrobiłem, bo w życiu nie wybaczyłbym sobie wyrzuconych w błoto pięciu dych.

Jon Van Helsing jest w Polsce autorem raczej nieznanym (chociaż wielbiciele teorii spiskowych, którzy obejrzeli obie części Zeigeista po 15 razy, na pewno czytali też i jego dzieła w niemieckim oryginale). Kim on jest? To takie guru miłośników teorii spiskowych, dodatkowo wyposażony w bardzo przydatnego poszukiwaczom teorii spiskowych skilla polgającego na doszukiwaniu się wszędzie interwencji kosmitów. Popularny w Niemczech, jego sława jednak do Polski (na szcżęście) jeszcze nie dotarła.

Nienawidzę PDFów, a nie chce mi się dziadostwa drukować. Zaczynam czytać. Po łebkach, ale wystaraczająco uważnie, aby załapać o co chodzi. Przelatuję błyskawicznie klasykę wszystkich twórców teorii spiskowych, czyli wałkowane od 40 lat lądowanie na księżycu, a raczej jego fałszerstw. Zaczynamy od opowieści o hrabim Saint Germain. Dowiadujemy się pierwszych ukrywanych przez stulecia prawd. Ponoć żył ponad 200 lat. W czasie swojego żywota zaliczył podróże w czasie, kilka podróży kosmicznych (niestety, autor nie mówi jakim dokładnie sposobem to się odbywało), odkrycie kamienia filozoficznego i eliksiru młodości, a nawet zmartwychwstanie. Oczywiście ta historia wywołała u mnie, delikatnie mówiąc, niepokój. Ale czytam dalej.

Kolejną prawdą, której zatajenie przyczynia się do manipulacji mną (i całą populacją cywilizowanego świata), jego to, że wnętrze ziemi jest puste. W samym centrum znajduje się “słońce wewnętrzne”, a na wewnętrznej stronie ziemskiej skorupy żyje jakaś obca cywilizacja. Mój niepokój zaczyna się zwiększać. Ale dzielnie czytam dalej.

O kolejnym rozdziale… nawet nie wiem za bardzo co napisać. Może zatem podam żywcem cytat, będący jego esensją:

Wiadomym jest (potwierdzają to badania embiologiczne), że niegdyś, w zamierzchłych czasach, u ludzi występowało trzeciego oko. Homo sapiens posiada już tylko szczątkowy jego ślad w postaci gruczołu szyszynki (…). Przyjmuje się na ogół, że trzecie oko było organem bioenergetycznym (umożliwiającym telepatię itp.) i źródłem (…) zdalnego transferu myśli, wpływania na grawitację, leczenia chorób itp.

Podany powyżej fragment to już wystarczająco dużo dla inteligentnego człowieka, aby mógł wyrobić sobie pogląd na temat autora i jego książki. Ale ja niestrudzony (czyżby za mało inteligentny?) brnę dalej. A co mi tam. Pośmieję się.

W dalszej części książki autor w przebłysku geniuszu twórczego interpretuje na nowo Stary Testament. Odrzuca zarówno jego religijną interpretację, jak i powszechny (nie tylko w środowisku ateistycznym) pogląd, że większość ze starotestamentowych opowieści to zmyślane przez tysiąclecia historie, mające wartość mniej więcej taką, jak mity greckie. Nie, nie. Van Helsing wie lepiej. Najpierw sugeruje, że na Sodomę i Gomorę zostały zrzucone bomby atomowe (!), a następnie uważnie analizując słowa księgi Ezechiela wydobywa na wierzch ukrywaną przez tysiąclecia prawdę – Ezechiel spotkał latający spodek! Van Helsing ośmiesza się IMO jeszcze bardziej od profesjonalnych badaczy pisma świętego, którzy niejedną już bzdurę z tych ksiąg wywnioskowali – ale tak daleko nawet oni się jeszcze nie posunęli.

Później następuje jakieś bajdurzenie o Sumerach, którego nie chciało mi się czytać, ani komentować, następnie nieco klasyki (Area 51), coś o Arce Przymierza, Templariuszach i Nostradamusie , systemie gosopdarczym USA i celowo utrzymywanym zagrożeniu terroryzmem (tak jak zagrożenie wojną w “Roku 1984″), nadprzyrodzonych umiejętnościach chińskich dzieci i nawet sam nie wiem czym jeszcze. Nie czytałem już tego. Nawet ja, człek cierpliwy, mam swoje granice wytrzymałości. Szkoda czasu.

Ja zrozumiem niektóre mniej lub bardziej dziwaczne poglądy… krzyczcie sobie ile chcecie, że Jezusa wymyślili na soborze w Nicei, lądowania na księżycu nie było, WTC wysalidzili amerykańce, światem rządzi mafia masońsko-żydowska, Jarek Kaczyński jest kochankiem Tuska, a globalne ocieplenie to tylko postrach na ludzi, aby wyciągnąć z nich więcej kasy. Być może nawet któraś z powyższych teorii jest prawdziwa (chociaż poza globalnym ociepleniem żadna nie wydaje mi się prawdopodobna). Ale sianie bzdur i konfabulacji ma swoje granice. Które Van Helsing zdecydowanie przekroczył.

Zatem moi drodzy… RĘCE PRECZ OD TEJ KSIĄŻKI. Nie warto. Naprawdę.

Mam straszną ochotę na kimś/na czymś się wyżyć. I trafiłem chyba na wymarzoną ofiarę – książkę pod niesamowicie intrygującym tytułem “Ręce precz od tej książki!” niejakiego Jona van Helsinga.

Zanim zacznę się znęczać, spojrzymy może najpierw na reklamę tej książki:

Z pewnością zastanawiacie się, dlaczego nie powinniście brać tej książki do rąk. Czy to jedynie przemyślany chwyt reklamowy? Otóż nie! Z powodu prezentowanych treści zakazane zostały już dwie książki autorstwa Jana van Helsinga, którego niemieckie mass media zaliczyły do grupy “autorów niebezpiecznych”, przed którymi należy społeczeństwo chronić. Zamiarem Jana van Helsinga było wstrząśnięcie Waszym światopoglądem, stąd rada: Ręce precz od tej książki! Musicie, drodzy Czytelnicy, liczyć się z tym, że po przeczytaniu tej książki nie będziecie mogli żyć tak, jak żyliście do tej pory. Być może aż do dzisiejszego dnia myśleliście: “Nikt mi o tym nie powiedział, skąd więc mogłem o tym wiedzieć?!” Być może dziś jeszcze myślicie, że sami nie jesteście w stanie niczego zmienić… Dzięki tej książce zrozumiecie, że jest zupełnie inaczej!

Brzmi zachęcająco? I to jak! Jak dla mnie rewelacja. Globalny spisek, klika mająca na celu przejęcie świata, techniki jakimi cała arystokracja finansowa świata, od producentów pasty do zębów po twórców filmowych próbuje omamić nas, zmusić do śpiewania pod ich nutę i stworzyć idealne społeczeństwo tumanów, sterowane przez grupkę ludzi czerpiących z tego niebotyczne zyski ludzi, którzy myślą samodzielnie. Nieśmiale nawet marzyłem o tym, że ktoś nareszcie jawnie zdemaskuje kościół katolicki i jego prawdziwe zamiary. W każdym razie – taka reklama pokazuje mi ksiązkę otwierającą oczy i każącą strzec się na każdym kroku przed… no właśnie przed czym? Tego dopiero można się dowiedzieć po przeczytaniu owego wiekopolnego dzieła.

Coś mi jednak śmierdziało. Zbyt piękne żeby było prawdziwe… Tym razem, wyjątkowo, zamiast kupić książkę jak człowiekowi przystało na allegro bądź w księgarni, zassałem ją sobie najpierw w PDFie, aby przekonać się, czy na pewno warto zainwestować cenną gotówkę w cenną wiedzę. Całe szczęście, że tak zrobiłem, bo w życiu nie wybaczyłbym sobie wyrzuconych w błoto pięciu dych.

Jon Van Helsing jest w Polsce autorem raczej nieznanym (chociaż wielbiciele teorii spiskowych, którzy obejrzeli obie części Zeigeista po 15 razy, na pewno czytali też i jego dzieła w niemieckim oryginale). Kim on jest? To takie guru miłośników teorii spiskowych, dodatkowo wyposażony w bardzo przydatnego poszukiwaczom teorii spiskowych skilla polgającego na doszukiwaniu się wszędzie interwencji kosmitów. Popularny w Niemczech, jego sława jednak do Polski (na szcżęście) jeszcze nie dotarła.

Nienawidzę PDFów, a nie chce mi się dziadostwa drukować. Zaczynam czytać. Po łebkach, ale wystaraczająco uważnie, aby załapać o co chodzi. Przelatuję błyskawicznie klasykę wszystkich twórców teorii spiskowych, czyli wałkowane od 40 lat lądowanie na księżycu, a raczej jego fałszerstw. Zaczynamy od opowieści o hrabim Saint Germain. Dowiadujemy się pierwszych ukrywanych przez stulecia prawd. Ponoć żył ponad 200 lat. W czasie swojego żywota zaliczył podróże w czasie, kilka podróży kosmicznych (niestety, autor nie mówi jakim dokładnie sposobem to się odbywało), odkrycie kamienia filozoficznego i eliksiru młodości, a nawet zmartwychwstanie. Oczywiście ta historia wywołała u mnie, delikatnie mówiąc, niepokój. Ale czytam dalej.

Kolejną prawdą, której zatajenie przyczynia się do manipulacji mną (i całą populacją cywilizowanego świata), jego to, że wnętrze ziemi jest puste. W samym centrum znajduje się “słońce wewnętrzne”, a na wewnętrznej stronie ziemskiej skorupy żyje jakaś obca cywilizacja. Mój niepokój zaczyna się zwiększać. Ale dzielnie czytam dalej.

O kolejnym rozdziale… nawet nie wiem za bardzo co napisać. Może zatem podam żywcem cytat, będący jego esensją:

Wiadomym jest (potwierdzają to badania embiologiczne), że niegdyś, w zamierzchłych czasach, u ludzi występowało trzeciego oko. Homo sapiens posiada już tylko szczątkowy jego ślad w postaci gruczołu szyszynki (…). Przyjmuje się na ogół, że trzecie oko było organem bioenergetycznym (umożliwiającym telepatię itp.) i źródłem (…) zdalnego transferu myśli, wpływania na grawitację, leczenia chorób itp.

Podany powyżej fragment to już wystarczająco dużo dla inteligentnego człowieka, aby mógł wyrobić sobie pogląd na temat autora i jego książki. Ale ja niestrudzony (czyżby za mało inteligentny?) brnę dalej. A co mi tam. Pośmieję się.

W dalszej części książki autor w przebłysku geniuszu twórczego interpretuje na nowo Stary Testament. Odrzuca zarówno jego religijną interpretację, jak i powszechny (nie tylko w środowisku ateistycznym) pogląd, że większość ze starotestamentowych opowieści to zmyślane przez tysiąclecia historie, mające wartość mniej więcej taką, jak mity greckie. Nie, nie. Van Helsing wie lepiej. Najpierw sugeruje, że na Sodomę i Gomorę zostały zrzucone bomby atomowe (!), a następnie uważnie analizując słowa księgi Ezechiela wydobywa na wierzch ukrywaną przez tysiąclecia prawdę – Ezechiel spotkał latający spodek! Van Helsing ośmiesza się IMO jeszcze bardziej od profesjonalnych badaczy pisma świętego, którzy niejedną już bzdurę z tych ksiąg wywnioskowali – ale tak daleko nawet oni się jeszcze nie posunęli.

Później następuje jakieś bajdurzenie o Sumerach, którego nie chciało mi się czytać, ani komentować, następnie nieco klasyki (Area 51), coś o Arce Przymierza, Templariuszach i Nostradamusie , systemie gosopdarczym USA i celowo utrzymywanym zagrożeniu terroryzmem (tak jak zagrożenie wojną w “Roku 1984″), nadprzyrodzonych umiejętnościach chińskich dzieci i nawet sam nie wiem czym jeszcze. Nie czytałem już tego. Nawet ja, człek cierpliwy, mam swoje granice wytrzymałości. Szkoda czasu.

Ja zrozumiem niektóre mniej lub bardziej dziwaczne poglądy… krzyczcie sobie ile chcecie, że Jezusa wymyślili na soborze w Nicei, lądowania na księżycu nie było, WTC wysalidzili amerykańce, światem rządzi mafia masońsko-żydowska, Jarek Kaczyński jest kochankiem Tuska, a globalne ocieplenie to tylko postrach na ludzi, aby wyciągnąć z nich więcej kasy. Być może nawet któraś z powyższych teorii jest prawdziwa (chociaż poza globalnym ociepleniem żadna nie wydaje mi się prawdopodobna). Ale sianie bzdur i konfabulacji ma swoje granice. Które Van Helsing zdecydowanie przekroczył.

Zatem moi drodzy… RĘCE PRECZ OD TEJ KSIĄŻKI. Nie warto. Naprawdę.

 

174. Dwa oblicza świąt. 24 Grudzień 2009 (czwartek)

Zaszufladkowany do: Kościół, Z życia, refleksje, społeczeństwo — frycjusz @ 9:49 pm

Świąt nie lubię. Mniejsza z tym dlaczego. Po prostu nie lubię. Drażni mnie cała swiąteczna otoczka, a słysząc dowolną kolędę momentalnie przełączam kanał. Ale że święta są i chyba tylko żyjąc w centrum Teheranu można zupełnie uniknąć jakichkolwiek świątecznych akcentów, wypadałoby coś o tych świętach napisać.

Już od dawien dawna zauważalne jest pewne zjawisko, silnie postępujące z czasem. Zjawiskiem tym jest wyraźne rozdwojenie jaźni społeczenstwa polskiego w okresie swiątecznym.

Z jednej strony – Boże Narodzenie. Takie prawdziwe, tradycyjne. Wigilia podczas której głowa rodziny odczytuje pismo święte, po czym następuje modlitwa, dzielenie opłatkiem i jedzenie karpia. Cała rodzina radośnie śpiewa kolędy, po czym udaje się na pasterkę, aby rozważyć po raz kolejny mękę pańską, tym razem w świątecznej atmosferze. Pasterka to nie ostatnia msza w czasie świąt – warto wszak odwiedzić kościół w pierwsze i drugie święto. No i skupić się nieco na tym, że Jezus się narodził na nowo w naszych sercach. Świetna okazja do pogłębienia wiary, spowiedzi, refleksji nad swoim życiem religijnym.

Drugie oblicze świąt to zupełnie inna bajka. Wigilia – owszem. Ale niekoniecznie z religijnymi akcentami. Posiedzieć przy choince, połamać się opłatkiem, zjeść świateczne potrawy. Obdarować się prezentami. Kolędy – można puścić w tle. Dla klimatu. Albo jakieś inne świąteczne piosenki. Na pasterkę iść można, bo jest fajnie i ciekawie, zawsze z jakąś atrakcyjną oprawą. Na pozostałe msze – niekoniecznie. Trzeba wykorzystac wolny czas. Na spotkania z przyjaciółmi, na obżarstwo, może nawet na mniej i bardziej lekkie trunki. Ludzie preferujący ten model cieszą się na święta, bo można spędzić czas z rodziną, odpocząć od pracy, naładować akumulatory pozytyną energią. No i TV zawsze coś ciekawego na święta przygotuje.

Oczywiście, podział ten nie jest biegunowy. Nie ma preferncji “albo, albo” – działa to raczej na zasadzie “bardziej bardziej”. Ale niezaprzeczalnie jest. I to bardzo widoczny. Od osób będących zwolennikami religijnego modelu świąt dostaniemy zapewne pocztówkę ze Świętą Rodziną, żłobkiem albo trzema mędrcami. Na odwrocie znajdziemy życzenia łask bożych. Zwolennicy nowoczesności wyślą tam kartkę z bałwankiem i choinką. a życzyć będą (oprócz zdrowia i pomyślności, czego także i tradycjonaliści nie unikają) dużo prezentów, smacznego karpia i mile spędzonego czasu. Ci, którzy lubią święta religijne, będą słuchać kolęd i pastorałek. Uciekający od religijnego wymiaru świąt zapuszczą “Last Christmas”, “All I want want for christmas is you”, “jest taki dzień” bądź jeden z dziesiątków innych świątecznych hitów.

Święta Bożego Narodzenia żyją już własnym życiem. Nawet po upadku KK, nawet w sytuacji gdyby okazało się któregoś dnia, że w Polsce jest 90% ateistów, 24/25 grudnia zawsze będzie uroczyście obchodzony. Coraz mniej ludzi rajcuje rodzący się w jakiejś oborze Jezus, mrożące krew w żyłach opowieści o masowym dzieciobójstwie Heroda albo odprawiane w lokalnych świątyniach rytuały. Atmosferę świąt tworzy dziś śnieg, choinka, mikołaj, wigilijny karp, prezenty i dźwięk dzwoneczków. I skojarzenia te są tak silne, że w wielu umysłach wypierają tradycyjny model świąt sprzed, powiedzmy, 100 lat. Jak to ktoś kiedyś rzekł – od setek lat powtarza się, że świat schodzi na psy. A on wcale nie schodzi na psy, tylko nieustannie się zmienia. A my pozostajemy na nim ze swoimi starymi wyobrażeniami. I moim zdaniem właśnie ten nowoczesny model zwycięży. Nie muszę chyba dodawać, że ze względu na swoją bezbożność, zdedydowanie wolę drugie oblicze świąt.

Ach… zapomniałbym. Dla mnie generalnie nie ma znaczenia jak przesyła się życzenia. Można robić to osobiście, telefonicznie, pocztą (analogową lub cyfrową :) ), GG, NK, SMS – wszystko jedno w sumie. Byle życzenia były szczerze. I osobiste. I jasna kurwica mnie bierze kiedy dostanę na esemesową masówkę w stylu “wszystkiego najlepszego z okazji świąt życzy Kasia z rodziną”. Proste – napisać, zaznaczyć “wyślij wszystkim” i gotowe. Obowiązek spełniony. Nie tędy chyba droga. Jak można w ogóle wysłać komukolwiek życzenia nawet przez chwilę nie pomyślawszy o tej osobie? Ja sam wysyłam życzeń bardzo mało – ledwie kilkunastu osobom. SMSem, rzadziej innymi kanałami. Dla kilku najważniejszych komponuję własne życzenia, uwzględniając ich własne potrzeby i marzenia. Dla pozostałych – właśnie taką masówkę, ale starając się chociaż imię danej osoby w SMSa wcisnąć. Żeby to było jakieś osobiste, żeby dana osoba miała wrażenie, że o niej chociaż przez chwilę pomyślałem. Że zrobiłem coś tylko dla tego kogoś.

 

173. Neverending Story 13 Listopad 2009 (piątek)

Zaszufladkowany do: Film, refleksje — frycjusz @ 1:01 pm

Brzmi to zupełnie jak bezwartościowy banał, clishe powtarzane milionkroć, ale zapędzeni i zagonieni we współczesnym świecie, szukający nie wiadomo czego i pędzący przed siebie w owczym pędzie (a czasem nawet, o zgrozo, wilczym – kiedy gonimy inne owce nie po to, aby być jak one, ale po to, aby się nad nimi pastwić), gubimy gdzieś siebie, swoją osobowość, swoje marzenia, swoje “ja”. I chociaż powtarzali to przede mną uczeni i prostacy, to jednak odkrycie tej prawdy na nowo zawsze jest szokiem i zaskoczeniem, szczególnie w momentach kiedy odkrywa się że to clishe to jednak prawda.

ns1

Zmęczony codziennością człowiek przystanie któregoś dnia, rozejrzy się wokół siebie i zapyta “gdzie moje marzenia?”. Przypomni sobie wszystkie swoje plany z dzieciństwa, nieudolne próby latania na miotle i zaklinania rzeczywistości, marzenia o swoim przyszłym życiu, próby przywołania kosmitów i kilka innych epizodów z mojego wczesnego życia, które mógłbym nazwać wstydliwymi, ale każdy z nas przez to w jakimś stopniu przeszedł… A im intensywniej ty się działo, tym lepiej chyba świadczy o człowieku i jego życiu wewnętrznym. Oczywiście, w miarę dorastania i edukacji, zaczynałem rozumieć zależności fizyczne (między obiektami) i społeczne (między ludźmi) i jednocześnie zdawać sobie sprawę z tego, co jest możliwe, a co nie. I chociaż prawda to bolesna, to jednak świat jest pusty, zimny i pozbawiony czarów, którymi tak mocno żyliśmy w dzieciństwie.

Czy da jednak się wrócić do tego zapomnianego świata marzeń? Myślę, że takim właśnie powrotem jest niegdyś świetnie każdemu dziecku (małemu i dużemu) film “Neverending Story”, dziś – nieco już zapomniany, przykryty warstwą kurzu i siedmioma tomami “Harry’ego Pottera”. Takie czasy. A szkoda, bo film na który dzisiajsze dzieci spojrzą tylko w ostateczności (po obejrzeniu wszystkich odcinków “Hanna Montana” po raz dwunasty) i który ze względu na nieco przestarzałą warstwę wizualną być nie będzie potrafił przykuć ich wzroku, wciąz jest jednym z najcenniejszych (o ile nie najcenniejszym) zabytkiem światowej kinematografii dziecięcej.

ns2

O co tutaj chodzi? Nie chciałbym zdradzać za dużo, ale główną osią tego filmu jest wzajemne przenikanie dwóch światów – świata prawdziwego i świata fantazji. Odbywa się to dzięki cudownej książce opowiadającej o świecie fantazji pochłanianym krok za krokiem przez Nicość (czyżby metafora do tego wszystkiego co napisałem powyżej?) i chłopcu, który próbuje ten świat ocalić. To tak w dużym skrócie, bo nie chcę spoilerować tym, którzy tego nie oglądali (albo oglądali bardzo dawno temu).

Klimat tego filmu jest unikalny. O wiele mocniej i silniej przeżywa się to rzecz jasna jako dziecko, ale nadal skałojad, wszechogarniająca (i przerażająca bardziej niż Buka) nicość, smok wyglądający jak wielki pies i dwie wielkie bramy do wyroczni robią potężne wrażenie i zapadają głęboko w pamięć. Wszystko ogląda się jednym tchem i przeżywa niesamowicie.

ns3

Jedyną rzeczą, jaką miałbym do zarzucenia temu filmowi są efekty specjalne – jak na rok 1984 zapewne oszałamiające, dziś miejscami budzące uśmiech politowania. Aż się marzy taki remake na mogłę tego, jaki swojego czasu urządził Lucas swoim StarWarsom. No i żałuję, że w 1984 roku nie miałem okazji wybrać się do kina na ten film. Z tego co wiem jednak, nie był on w polskich kinach wyświetlany.

Warto zanurzyć się w krainę własnych marzeń z dzieciństwa. W każdym z nas jescze tkwi dziecko. Już nie naiwne, ale wciąż ufne. Już nie lekkomyślne, ale wciąż pragnące dobrej zabawy. I wciąż pragnące bezpieczeństwa, miłości, ciekawe świata i ludzi. I potrafiące odczuwać czyste, nieskażone ideałami współczesnego świata szczęście. Dziecko to jednak, przytłamszone głosem zdrowego rozsądku, otaczającym je zewsząd superego i ogromnym parciem świata na to, aby wreszcie wydoroślało, staje się zupełnie zapomniane i zaniedbane, tylko czasami, w chwilach szczególnego wzruszenia dochodząc do głosu. A warto wyruszyć na poszukiwanie swojego wewnętrznego dziecka, zaś “Neverending Story” jest świetnym wstępem do tej fascynującej, nomen omen niekończącej się, zabawy.

 

172. W poszukiwaniu najpiękniejszego nieba na świecie 18 Marzec 2009 (środa)

Zaszufladkowany do: Nauka — frycjusz @ 9:47 pm

Jednym z najpiękniejszych i najbardziej zapadających w pamięć widoków z filmów SF i ilustracji z książek fantasy jest niebo z kilkoma księżycami. Widok niezwykły dla nas, przyzwyczajonych do tego, że na nocnym niebie widnieje tylko jedna sporych rozmiarów tarcza. Zazdrościmy mieszkańcom obcych planet możliwości podziwiania tak niezwykłego firmamentu, ale nie zapominajmy, że i nasz naturalny satelita jest piękny i wyjątkowy. Chociażby dlatego, że jest (nie licząc Charona) największym satelitą w porównaniu do swojej planety.

Z naszym Księżycem wiąże się mnóstwo ciekawostek. Nie czas i miejsce teraz je omawiać, ale wiemy np. że obrót Księżyca wokół własnej osi (tak, tak – obraca się on) jest idealnie zsynchronizowany z ruchami Ziemi w taki sposób, że cały czas widzimy tylko jedną jego stronę. Fakt ten ma proste naukowe uzasadnienie, ale nim się teraz nie będziemy zajmować. Ciekawą rzeczą jest też i to, że Księżyc jest ok. 400 razy mniejszy od  Słońca – ale zarazem, zupełnie przypadkiem (albo dzięki woli wszechmogącego Stwórcy, jak zapewne chcieliby kreacjoniści) Słońce leży od nas 400 razy dalej niż Księżyc, więc ich tarcze na niebie są niemal identycznej wielkości, co świetnie widać podczas zaćmienia Słońca. Równie widowiskowego zaćmienia jak mamy my, z idealnie zasłoniętą tarczą słoneczną i otaczającą ją koroną nie ma prawdopodobnie żadna inna planeta we wszechświecie (a w każdym razie jest ich doprawdy niewiele). Zaćmienia księżyca z kolei są świetną okazją do tego, aby udowodnić wszystkich niedowiarkom, zwolennikom płaskiej Ziemi oraz innym kreacjonistom to, że nasza planeta jest kulista, ponieważ w czasie zaćmienia na Ksieżyc nachodzi wyraźnie okrągły kształt.

Ale wróćmy do idei dwóch księżyców, bo to ona właśnie natknęła mnie do napisania tego artykułu. Jak wszyscy wiemy, masę księżyców (naukowcy sami nie są pewni, bo trudno rzec co jeszcze jest księżycem, a co po prostu dużym kamieniem i gdzie dokładnie rozpoczyna się ta granica) mamy wokół gazowych olbrzymów. Nie wiem ile jest ich dokładnie (wciąż to się zmienia), ale wokół Saturna, Neptuna, Jowisza i Urana naliczono ich w sumie grubo ponad setkę. No, ale co to za przyjemność z posiadania tak wielkiej ilości księżyców, skoro (ze względu na niezbyt przyjemną powierzchnię planety, w której, delikatnie mówiąc, nadzwyczaj łatwo ugrzęznąć) nie można ich z planety podziwiać. Możemy co najwyżej stanąć na powierzchni Trytona czy Ganimedes i patrzeć co się dzieje dookoła. Widok dosłownie nieziemski, bo oprócz całej masy księżyców krążących po różnych rejonach nieba nad wszyskim góruje gigantyczna planeta…

Ale powróćmy do bardziej hmmm… bliskich Ziemi miejsc. Chodzi mi w tym miejscu o Marsa. Kiedy dawno, dawno temu usłyszałem, że ma on dwa księżyce, zafascynowało mnie to niesamowicie. Równie szybko, jak przyszła fascynacja, równie szybko jednak nadeszło rozczarowanie. Phobos i Deimos, bo tak nazywają się owi towarzysze rzymskiego boga wojny, niewiele mają wspólnego z naszym, wyglądającym wszak jak mała planetka, Ksieżycem. Przede wszystkim są dużo, dużo mniejsi. Ich “średnica” w najszerszym miejscu (za chwilę wyjaśnię) wynosi nie więcej niż 15 (Deimos) i 25 (Phobos) km co przy ok 3,500 km średnicy Księżyca nie wygląda doprawdy imponująco.. Trudno rzec dokładnie jaką mają średnicę, a to ze względu na ich podłużny i nieregularny kształt – na pierwszy rzut oka można rzec, że wyglądają jak wielkie ziemniaki, przy czym Deimos jest ziemniakiem ładniejszym, gładszym i o ładniejszym kształcie, zaś Phobos niestety został jakoś uszkodzony i wygląda jak ziemniak wybrakowany. Oba ciała w każdym razie wykazują cechy typowe dla asteroid, bo zapewne takimi jakiś, bardzo odległy, czas temu były.

Ze względu na swoje nikłe rozmiary, owe obiekty z perspektywy Marsa, niestety, wcale nie wyglądają tak ładnie jak prezentuje się to na wspomnianych na początku tekstu ilustracjach i kadrach filmowych. Deimosa nie widać w ogóle. To znaczy widać, ale tylko w postaci jasnego obiektu na niebie i trudno go tak od razu z marszu odróżnić od innych gwiazd. Jednym pocieszeniem dla tego satelity (oprócz tego, że jest ładniejszy od swojego pryszczatego brata) może być to, że ze wszystkich widocznych punktów na niebie on akurat jest najjaśniejszy. Co do Phobosa – znajduje się on bardzo blisko globu (w całym układzie słonecznym żaden inny satelita nie odważa się zbliżać tak bardzo do swojej planety). Dzięki temu, pomimo swoich małych rozmiarów, patrząc na niego z Marsa widzimy nie jakąś gwiazdkę, ale tarczę księżyca. Szczegół, że dużo mniejszą od tarczy naszego księżyca (mniej więcej 1/3 promienia, czyli powiedzmy 1/9 powierzchni), ale jednak. Z małym “ale”. Ze względu na to, że Phobos znajduje się naprawdę blisko swojej planety, nie jest widziany z całego Marsa, ale tylko z równika i okolic, czyli ze strefy odpowiadającej mniej więcej naszej strefie międzyzwrotnikowej.

Zanim skończę swój wykład o marsowych księżycach, dodam tylko tyle, że są one nie tylko małe, ale i lekkie. Nie są bowiem zbudowane z litej skały, żelaza czy niklu, ale są w środku dziurawe i porowate (mówi się, że wewnątrz Phobosa może nawet znajdować się sporo lodu). Dzięki temu zarówno masa, jak i – co za tym idzie – grawitacja planety jest taka, że prawie jej nie ma. Znajdując się na Phobosie lepiej za dużo nie szaleć. Pierwsza prędkość kosmiczna dla tego obiektu jest bardzo niewielka. Skoczek, który na Ziemi skoczyłby na wysokość ok. 2 metrów, na Phobos zapewne po swoim wyczynie na tego satelitę już nie wrócił.

No i to byłoby na tyle w tej kwestii. Teraz tylko mieć nadzieję, że gdzieś poza Układem Słonecznym znajdzie się planeta wielkości Ziemi i o podobnych warunkach, wokół której krążą trzy ksieżyce – jeden zielony, jeden czerwony i jeden żółty. Ja sam ze względu na co najmniej 10 000 lat za wcześną datę urodzenia zapewne już się nie załapię na wycieczkę na taką planetę, ale miło pomarzyć…

 

171. Ranczo 2 Luty 2009 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Seriale — frycjusz @ 9:59 pm

Polskich produkcji serialowych unikam jak ognia. Jakieś Gliny, Oficery, Kryminalni, Pitbulle, Ekipy i inne takie przeszły u mnie zupełnie niezauważone i nawet nie wiem za bardzo o co w tym chodzi. Nie wspominam oczywiście o “dziełach” pokroju Plebanii, Klanu czy Pierwszej Miłości, bo to produkcje, ujmując rzecz delikatnie, mózgojebne, i nawet nie zasługujące na wspomnienie. W zasadzie dobre polskie seriale skończyły się wraz z Jedynie Słusznym Ustrojem i do dzisiaj, o ile w ogóle wracam do polskich seriali, to do “Zmienników”, “Alternatywy 4″ czy innych tego typu produkcji. Nawet jedyny polski tasiemiec wyprodukowany w PRLu (“W Labiryncie”) jest jednocześnie jedynym tasiemcem, który dało się oglądać.

O przepraszam, kilka w miarę udanych seriali było. Były wszak świetne (bo krótkie i z sensem) “Matki, zony i kochanki” i rozwalające “Miodowe Lata” z genialnym Żakiem.

Toteż zaskoczeniem było dla mnie kiedy (przez przypadek) trafiłem na serial “Ranczo”. Zaintrygowany ciekawie zapowiadającą się produkcją, sobie znanymi sposobami zaopatrzylem sie w komplet odcinkow. No i zacząłem oglądać. (UWAGA: SPOILERY) Serial świetny, śmieszy do łez, pokazuje nieco wykrzywioną, ale jednocześnie zaskakująco trafną polską wieś. Lucy jest śliczna. Można się zakochać. A kusy to furnol, ochlej i w ogóle jakiś taki łachmaniarz. Nie znam się na męskiej urodzie, ale nie wiem co ona w nim widzi. Pozostałe postacie – genialne. Ławkowicze ze swoim “Mamrotem podlaskim” wymiatają, wójt to kolejny (po Karolu Krawczyku) majstersztyk aktorski Żaka, ksiądz za to mu nie wyszedł. Moim zdaniem, postać księdza jest mało podkoloryzowana. O ile wójta przedstawiono jako oszusta, łapówkarza i nerwusa, to ksiądz jawi się jako jego idealne przeciwieństwo, postać pełną cnót i rozsądku. A można było po prostu postawić go na przeciwnym biegunie – cichą wodę, intryganta i podstawinogę. Ale w Polsce oczywiście by to nie przeszło. Właściwie to większośc pozostałych postaci też wyszła całkiem znośnie.

Właściwie to nic mi nie pozostało rzec, jeno… oglądać, oglądać i jeszcze raz oglądać! Bo jak wyjdzie nowy sezon to ja, Frycjusz, osobiscie pierwszy raz od X lat usiade przez TV i bede czekal z wypiekami na twarzy na nowy odcinek… A to juz ogromne osiągniecie scenarzystów!

 

170. Lost – sezon piąty (odcinki 1-3) 30 Styczeń 2009 (piątek)

Zaszufladkowany do: Seriale — frycjusz @ 8:55 pm

Na początek ostrzegam przed spoilerami – co prawda ogólnikowymi, ale jednak

Zawsze uważałem siebie za wielkiego fana Lostów.  Obejrzałem każdy odcinek kilkakrotnie,  znam na pamięć relacje między bohaterami, wiem świetnie co, gdzie, jak, kiedy, po co i dlaczego i (przyznam nieśmiało) wśród znajomych robię za eksperta od Lostów.  Moje uwielbienie oczywiście nie jest bezprzyczynowe.  Fascynują mnie zagadki,  podobają się bohaterowie, lubię emocje podczas oglądania, uwielbiam też i specyficzny humor, który istnieje w kilku gatunkach – humor Sawyera i to, czym obdarza nas Hurley to dwa zupełnie różne podejście do tematu humoru, nie wspominając o zgryźliwym Milesie,  ironicznym Benie czy tryskającym wiecznym optymizmem Desmondzie.

Długo można pisać o zaletach serialu, jednak największym plusem jest stopień komplikacji serialu. Z sezonu na sezon coraz ciężej połapać się w akcji,  dochodzi coraz więcej faktów,  zachodzą wciąż nowe zdarzenia,  co rusz poznajemy nowe postacie, nowe szczegóły z ich przeszłości, nowe zależności między nimi.  Można rzec – jak w “Modzie na sukces”.  Tyle tylko, że LOST to nie jest przypadkowa zbieranina postaci,  które następnie zachodzą w jakieś relacje każdy z każdym aż do wyczerpania wszystkich możliwości, jak to jest w “Modzie”. Tu wszystkim rządzi odgórny plan, co świetnie widać jeżeli zaczyna się oglądać serial po raz drugi – mało znaczące szczegóły z pierwszego, drugiego, trzeciego sezonu zaczynają ni stąd, ni z owąd nagle nabierać znaczenia i mając w pamięci wydarzenia z czwaretgo czy początku piątego sezonu aż chce się krzyknąć:  “cholera, oni mieli to w planie od samego początku!”. Właśnie ta niesamowita wizja serialu, który opowiada jedną, wciąż mutującą i rozszerzającą się historię, jest najbardziej pociągającą rzeczą w serialu. Mamy jedną, wielką,  spójną całość, którą po kolei poznajemy.

Piąty sezon wydaje się być z perspektywy trzech (z 17 planowanych) odcinków sezonem, w którym nareszcie zaczynamy poznawać odpowiedzi. Nadal wiele jest znaków zapytania, wiele niepewności, a nawet kilka nowych zagadek – ale wyraźnie widać, że wszystko stopniowo ewoluuje w kierunku zakończenia, ponieważ czuć, że z każdym odcinkiem coraz bliżej jesteśmy Wielkiej Tajemnicy Wyspy (jakakolwiek ona by nie była). Nie ma miejsca już na odcinki o niczym, na jakieś durne wątki poboczne,  na roztrząsanie tych wątków z przeszłości bohaterów, które nie mają znaczenia. Teraz wszystko ma znaczenie. Szczególnie, że dzięki podróżom w czasie nasi bohaterowie nie tylko są odkrywcami, nie tylko są świadkami, ale nawet uczestnikami (!) zdarzeń z przeszłości.

No właśnie – podróze w czasie.  Zupelnie nowatorskie podejście. Koniec z cofaniem się wehikułem czasu w swoją młodość, spotkanie samego siebie, tworzenie nowych linii czasowych oraz desperackich prób uratowania własnego dziadka, aby ten miał szansę spłodzić ojca bohatera.  Tutaj w ogóle nie ma różnych timelinów, nie ma paradoksów. Jak to rzekła niegdyś pani Hawking – wszechświat wszystko koryguje. Nie ma zatem dwóch linii czasowych, w każdym razie nie na stałe.  Każda interwencja w przeszłości wcześniej czy później zostanie “naprostowana” i linia wydarzeń wróci na swój normalny tor.  Ładne, zgrabne i całkiem sensowne rozwiązanie – miła odmiana w stosunku do tego, co widzieliśmy np. w “Powrocie do Przyszłości” czy innych tego typu produkcjach.

Piąty sezon, pomimo tego, że rodzi kilka niekonsekwencji i niedomówień (ale ciężko stworzyć opowieśc o podróżach w czasie, która tych niekonsekwencji nie ma…) wciąż trzyma poziom. Ostrzegam jedynie, że jeżeli ktoś spodziewałby się powrotu do klimatu z pierwszego sezonu – zawiedze się. To już zupełnie inny serial, z innym tempem, inną narracją (no właśnie – nie ma już retrospekcji, a jedynie przeskoki między akcją na wyspie, a Oceanic 6 poza wyspą),  inną filozofią i inną tematyką.  Opowieść o grupce rozbitków już zakończyliśmy, skończyliśmy też już historię o Innych porywających dzieci.  Teraz wkraczamy w zupełnie inną historię – historię o walce o Wyspę między Dharmą, a tajemniczym Hostiles. Jak to się rozwinie dalej? Nie mogę się wręcz doczekać odpowiedzi na to pytanie…

 

169. O dwóch takich, co myśleli że zagrają Queen lepiej niż Queen 7 Grudzień 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Muzyka — frycjusz @ 4:08 pm

Kim są dla mnie bracia Cugowscy? W pierwszej kolejności – synami Krzysztofa Cugowskiego. W drugiej – jakimiś tam kolejnymi gwiazdkami show biznesu, których można ustawić w jednym rzędzie z Gosią Andrzejewicz i innymi “piosenkarzami”, których nazwisk nawet nie znam. Pomimo tego, że od całego polskiego mainstreamu muzycznego stronię jak mogę, udało mi się kilka ich utworów gdzieś tam kiedyś usłyszeć i jakoś trudno było się oprzeć wrażeniu, że panowie ci wybili się dzięki tatusiowi (albo też – szerzej – dzięki nazwisku), bo takich artystów jak oni mamy na pęczki i tylko kwestią układów bądź szczęścia jest to, który wypłynie na szerokie wody showbiznesu, a który skończy jako grajek na wiejskich weselach.W moje ręce zupełnie przypadkiem wpadła płyta braci “A tribute to Queen”. Jako umiarkowany sympatyk ekipy Freddy’ego, z przyjemnością wracający co jakiś czas do jego największych hitów, nie odmówiłem sobie zapuszczenia sobie tego albumu. Po przesłuchaniu stwierdziłem, że dzięki tej płycie Bracia jednocześnie zyskali mój szacunek jako zdolni wykonawcy i utalentowani piosenkarze, stracili natomiast jego resztki jako niezależni artyści i twórcy Sztuki. Dlaczego? Otóż nagrali oni covery najgorzej jak tylko się da.

Covery są nutka w nutkę identyczne z oryginałami. Nie różnią się w zasadzie niczym. Bracia pomimo tego, że znakomicie poradzili sobie nawet z trudnymi partiami wokalnymi z “We are the champions” czy “Show must go on”, nie wnieśli jednak do tej muzyki nic nowego. Słuchając płyty miałem wrażenie jakbym kupił sobie tanią podróbę Queenów. Kiedyś krążyły takie albumy – wielkimi literami napisane “Metallica”, na okładce cztery twarze z grubsza podobne do wykonawców, a do góry maleńkimi literkami “Zespół Step by Step wykonuje utwory zespołu…”. Tutaj mamy do czynienia z czymś podobnym. Z tą różnicą, że Bracia to, co robią, robią (od strony technicznej) naprawdę dobrze. Tyle tylko, że spodziewałem się raczej jakiejś twórczej innowacji, poważnych zmian w aranżacji, przyspieszenia bądź zwolnienia niektórych utworów, a nie bezmyślnego małpowania Queenów.

A kto chce usłyszeć jak to powinno się robić niech posłucha koncertu “A Tribute to Queen” (tego z Lizą Minelli, Georgem Michalem, Guns’n Roses i kto tam wie kim jeszcze). Nawet tak wyśmiewana i znienawidzona przez fanów Queen skaładanka “Queen Dance Traxxx” z połowy lat 90-tych, w której utwory Freddy’ego na warsztat wzięły największe gwiazdy niemieckiego (i nie tylko) dance’u prezentuje się na tle tego, co pokazali Bracia przyzwoicie. Bo lepiej wszak stworzyć coś nowego na bazie znanego utworu niż jakiś utwór nagrać od nowa tak, aby prawie niczym się nie różnił od oryginału.

Dobrze, że chociaż cena płyty przyzwoita, chociaż nawet za te niespełna 30 PLN lepiej jednak sobie darować i kupić coś innego. A najlepiej to odpalić prawdziwego Freddy’ego. Ten śpiewa to samo co Bracia, tak samo (no dobra – dużo lepiej, chociaż Bracia nie mają się czego wstydzić), ale za to nikogo nie udaje.

 

168. Patriotyzm a tzw “patrioci” 11 Listopad 2008 (wtorek)

Zaszufladkowany do: Kościół, Z życia, refleksje, społeczeństwo — R-Chee @ 6:13 pm

Coś ostatnio nudą wieje na tym blogu.  Odczuwa się brak Huberta. Trzeba coś podziałać w takim razie, a biorąc pod uwagę fakt, że dziś przypada nasze święto narodowe (kolejne) postanowiłem zamieścić tu pewien tekst, który napisałem równo rok temu, a z różnych przyczyn techniczno-organizacyjnych nie miałem możliwości zaprezentowania go szerszej publiczności. Przez rok troszkę się pozmieniało w moim życiu, ale sam tekst nie stracił nic ze swojej aktualności (no może moją praktyką katolicką).

” Jako że jestem praktykującym chrześcijaninem-katolikiem (zdecydowanie bardziej utożsamiam się z tym pierwszym określeniem) dziś, jak co niedziele uczestniczyłem we Mszy Świętej. Godzina 12:00, rozpoczyna się nabożeństwo i tu niespodzianka. Nasz nowy ksiądz, młody facet na dzień dobry rzuca hasłem: “Polska to dziwny kraj, robiący wszystko na przekór”. Nie mam osobiście nić przeciwko wszelakim nowością, ale nieco zaskoczyła mnie taka osobista wypowiedź duszpasterza, tym bardziej na początku Mszy, kiedy to zawsze (przynajmniej za mojej pamięci) kończyło się na przywitaniu z wiernymi (komentarze zostawiano na okres kazania lub ewentualnie ogłoszeń). Na tym jednym zdaniu się nie skończyło. I właśnie owa treść przyczyniła się do zamieszczenia owego wpisu.(…)

Rzecz dotyczyła Polskości i patriotyzmu w związku z dzisiejszym Świętem Niepodległości. Ksiądz w 5 minutowym “przedkazaniu” przedstawił swoją troskę o słabnący w Polsce i Polakach patriotyzm, ponieważ zauważył że… mało flag wywieszono dziś w oknach. Wypadało by rzec “Mama mia” i złapać się za głowę. Że co? Że jak? A od kiedy to wystawienie flagi jest miarą patriotyzmu? Szczerze mówiąc poczułem się niemiło, gdy usłyszałem z ambony że jestem apatriotą. I podejrzewam, że nie tylko ja.

Nie widzę niczego złego w wystawianiu flagi w czasie świąt narodowych. Wręcz przeciwnie, gdybym takową miał, to pewnie sam bym ją zawiesił. Ale nikomu, powtarzam nikomu!, nie muszę udowadniać swojego patriotyzmu poprzez zawieszenie flagi. Ani Kaczyńskiemu (według którego stałem po stronie ZOMO), ani Giertychowi (który chciałby moim młodszym kolegom i koleżankom wpajać miłość do ojczyzny na siłę), ani mojemu księdzu. Patriotyzm nosimy w swoich sercach, a nie wystawiamy go za okno w czasie kilku w roku świąt państwowych. A jeśli już to zrobię, to nie po to by się tym afiszować (bo brak tu celowości), ale po to by robić wszystko co się da dla dobra ojczyzny.

Szczerze mówiąc nie zauważyłem, by na przełomie ostatnich lat w Polsce zrodziła się taka tradycja jak chociażby w Stanach Zjednoczonych, by każdy obywatel wywieszał w swoim oknie flagę. Do tej pory była to domena wszelkiego rodzaju instytucji i urzędów państwowych. Skąd zatem u naszego księdza zatroskanie o słabnącą tradycję, której w rzeczy samej u nas dotąd nie było? Jak to sam tłumaczył: “Jak było to zabronione, w czasie komuny, to flagi powiewały, a teraz…”. No właśnie, “teraz”…

Patriotyzm objawiał się szczególnie mocno wtedy, gdy w kraju dzieje się źle, bo trudno jest z całą pewnością nazwać się patriotą wtedy, kiedy nic nam nie zagraża. Sam nie mogę tego stwierdzić ze stu procentową pewnością. Jednak ja nie mógłbym zarzucić drugiej osobie braku przywiązania do narodu tylko dlatego, że w jego oknie 11 listopada nie pojawiła się biało czerwona flaga. Bo nie wiem, czy mając przyłożony do skroni przez SS-mana czy innego agenta KGB naładowany pistolet nie wyrzekł bym się swojego kraju w zamian za uratowane życie.

Patriotyzm jest częścią naszej duszy. Częścią pozostającą w uśpieniu i czekając na moment w którym będzie musiała się przebudzić. I oby w dobie powszechnej, europejskiej zgody, taki stan utrzymał się jak najdłużej. Bo nie mam żadnych wątpliwości (wbrew przekonaniu pewnych “autorytetów”, których swoiste “apele” są najłagodniej mówiąc niepotrzebny), że w chwili gdy zajdzie taka potrzeba, polski naród jak zawsze wykaże się charakterystycznym dla siebie bohaterstwem i patriotyzmem.

Jestem ciekaw jakie jest wasze zdanie na ten temat.  Pozdrawiam serdecznie.

 

167. X-files sezon 9 (i podsumowanie) 20 Październik 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 7:56 pm

Aż mnie samemu ciężko uwierzyć, że dotarłem (jakoś) na sam koniec naprawdę długiej, długiej odysei, jaką był serial “Z Archiwum X”. X-files zajął mi sporo czasu (jakby nie było, to jednak ok. 150 godzin ciągłego oglądania), jednak zbytnio nie zaabsorbował pod innymi względami. W odróżnieniu od np. “Lost”, “Babylon 5″ czy innych, fascynujących, pobudzających książek, filmów czy seriali, umiałem jakoś zupełnie wyłączyć swoje myślenie o tym serialu i poza momentami, kiedy go oglądałem, nie myślałem o nim prawie wcale. Być może dlatego, że pokręcone losy Muldera i Scully nie wpisały się jakoś w niesamowite uniwersum, które zdaje się żyć własnym życiem. Bajkowość, nierealnośc i “tamtość” świata, w którym żyje Mulder i Scully czuć na kilometr.

Opisywałem już osiem sezonów, napomknąłem coś o filmie kinowym, pisałem też i o serialu “Lone Gunmen”. Jeżeli chodzi o dziewiąty sezon, nie błyszczy on zbytnio. Większość odcinków jest średnich, chociaż trzeba obiektywnie przyznać, że to chyba jedyny sezon, w którym nie ma ani jednego naprawdę słabego odcinka. No, ale co z tego, skoro w zasadzie tylko jeden finałowy “The Truth” można z czystym sumieniem nazwać dobrym (a nawet bardzo dobrym). Pozostałe da się oglądać, chociaż pomysły scenarzystom skończyły się już dawno temu i to, co serwuje nam się w ostatnim sezonie nawet nie ociera się o rzeczywistość. Facet, który przejęty katolickim transsubcjonalizmem i własnym poczuciem winy tworzy swoje fizyczne drugie ciało, które morduje? Chłopiec, który rysuje na kartce potwory, które potem zabijają ludzi? Chorzy w stanie śmierci klinicznej, którzy przed śmiercią przebywają w domu dla lalek? Te i inne absurdy, które mamy okazję podziwiać w odcinkach śledczych dziewiątego sezonu mogą na pewno tych mniej wytrwałych zniechęcić. Co do odcinków mitologicznych – ciągnięty na siłę wątek mitologiczny nuży coraz bardziej. Cieszy jedynie, że w odcinku “The Truth” zamknięto niemal wszystkie związane z nim kwestie, dopowiedziano to, co nie zostało dopowiedziane i raz na zawsze zakończono tę historię.

Serial z perspektywy dziewięciu sezonów nie jest zły. Sezony znacząco różnią się jakościowo (ja bym je uszeregował tak: 5,6,4,8,2,1,9,3,7), odcinki śledcze na ogół trzymają poziom (chociaż nie zawsze), odcinki mitologiczne zaczynają się ciekawie, potem jest coraz ciekawiej i ciekaweiej, aż w końcu następuje wielki krach i jest coraz gorzej.

Jeszcze raz co do zakończenia – o ile w Babylon5 czy Six Feet Under czuć było nadchodzące zakończenie, wszystkie ścieżki ku temu zakończeniu biegły, wątki same jakby się zamykały, a same finałowe sceny były godnym uwieńczeniem serialu, o tyle w X-files dołączone jest jakby na siłę. Pomimo tego, że ostatnie sceny może i robią jakieś wrażenie, trudno jednak też i pozbyć się wrażenia innego – można było równie dobrze darować sobie ostatni odcinek i pociągnąć jeszcze z pięć sezonów o Williamie, superżołnierzach, inwazji i wszystkim innym. Po prostu – nie jest to zakończenie wielkie, chociaż trzeba przyznać, że jakąś klasę jednak ma.

Po zakończeniu serialu jest jeszcze film “I want to believe”. Film żaden wybitny, jednak wart obejrzenia. Nie odnosi się on prawie w ogóle do wątków mitologicznych i jako taki stanowi zupełnie odrębną historię. Boli troszkę, że nie ma w nim żadnej wzmianki o Dodgecie, Reyes ani dalszych losach Archiwum X. Miło byłoby jednak zamknąć pewne drobne, nieuregulowane sprawy z końcówki IX. sezonu. Scenarzyści jednak na to się nie zdecydowali.

No cóż, serial (jako całość polecam), a ostatniego sezonu polecał nie będę, chociaż jest strawny. Kto bowiem przebrnął przez pierwsze 8 sezonów, na pewno siłą rozpędu obejrzy i 9, więc polecanie/nie polecanie nie ma sensu.

Ja zaś, zgodnie z obietnicą, po zakończeniu wątku X-Files znikam z bloga definitywnie. Pozdrawiam wszystkich czytelników i życzę częstego odwiedzania, miłego czytania wypocin Frycjusza i R-Cheego, owocnych dyskusji w komentarzach (może czasem coś tam jeszcze skomentuję) i powodzenia w życiu.

Pozdrawiam po raz ostatni
HaeS

 

166. Przekleństwo trzeciej części 20 Październik 2008 (poniedziałek)

Zaszufladkowany do: Film, Gry, Książki — frycjusz @ 2:02 pm

Nie wiem czy też tak macie, ale mnie dopadło jakieś przekleństwo polegające na tym, że nie dane mi jest dokończyć sporej części trylogii. Oto kilka co bardziej spektakularnych przykładów:

Trylogia husycka Sapkowskiego – wręcz arcydzieło, byłem zachwycony. Przeczytałem „Narrenturm” i „Bożych Wojowników”. Ponieważ miejscowa biblioteka jakoś ociągała się z zakupem „Lux Perpetua”, książka ta nigdy nie wpadła w moje łapska. A szkoda. Nawet gdybym chciał przeczytać teraz ostatni tom, musiałbym uprzednio odświeżyć sobie dwa pierwsze. Może się kiedyś w końcu za to wezmę. Podobnie ma się sprawa z „Władcą Pierścieni”. Swojego czasu (jeszcze w liceum) przeczytałem pierwsze dwie części. Potem coś tam wypadło (jakieś matury czy coś tam mieliśmy pisać) i za trzecią się nie wziąłem do dziś. Potem musiałbym zacząć wszystko od nowa, a tego mi się już nie chciało robić. Przyznaję się: nigdy nie przeczytałem do końca „Władcy Pierścieni”. Nie znam nawet zakończenia. Od dłuższego czasu myślę o tym, żeby zakupić ładne wydanie w twardej oprawie (koniecznie powered by Skibniewska) i nadrobić tę haniebną zaległość. Póki co jednak, cena mnie przeraża. Przeczytałem też i (dość nietypowo) drugą i trzecią część trylogii Sienkiewicza – „Potop” i „Pana Wołodyjowskiego”. Za „Ogniem i Mieczem” brałem się wielokrotnie (ostatnio pół roku temu). Jakoś nie mogę tej książki zdzierżyć i najdalej dotarłem do połowy pierwszego tomu. Także trylogia Verne’a też czeka na dokończenie. Swojego czasu pochłonąłem błyskawicznie „Dzieci Kapitana Granta” i „Tajemniczą wyspę”. Niestety, „20 000 mil podwodnej żeglugi” z powodu niewystarczającego wyposażenia szkolnej biblioteki wciąż na mnie czeka.

Idąc tym tropem, podobnie mam z filmami. Co do Władcy Pierścieni – obejrzałem tylko „Drużynę Pierścienia” i „Dwie Wieże”. Trzecią część obiecałem sobie obejrzeć dopiero po przeczytaniu książki. Obejrzałem dwa pierwsze Mad Maxy. I dwie pierwsze części „Ojca Chrzestnego”. Tak jakoś wypadło. Aha, i jeszcze mam za sobą tylko dwa „Terminatory” i „Krzyki”. Ale w tych dwóch ostatnich przypadkach specjalnie tego nie żałuję.

A gry komputerowe? Przeszedłem Fallouta I i (prawie) Fallouta II. Na trzeciego nie mam ochoty. Za stary już na to jestem. Identycznie rzecz ma się z Warcraftami. Podobnie pewnie będzie z Diablo jak wyjdzie trzecia część, bo raczej się nią nie zainteresuję (pomimo dobrej znajomości dwóch poprzednich części).

Sporą część z tych zaległości chciałbym kiedyś jakoś tam nadrobić, na niektórych – nie zależy mi specjalnie.

 

165. Lone Gunmen 19 Październik 2008 (niedziela)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 1:15 pm

Nie mam raczej w życiu idoli ani autorytetów. Szukając własnej drogi, podpatruję zachowania róznych ludzi i czasem coś z nich przejmuję, czasem nie. Unikam bezkrytycznego podejścia do kogokolwiek i wiem, że każdy z nas jest człowiekiem w głębi duszy dobrym, ale i targanym własnymi słabościami, a czasem – bezpowrotnie zniszczonym przez te słabości. Nie ma świętych i nie ma grzeszników. Każdy po prostu chce znaleźć swoją drogę do szczęścia. Tak jak umie. I niektórym się udaje, innym nie. Co więcej, styl życia i metody które kierują jednych ku sukcesowi, mogą innych (z powodu różnych predyspozycji) poprowadzić ku druzgoczącej porażce. Dlatego też na kwestię bycia autorytetem, idolem, wzorem do naśladowania patrzę bardzo ostrożnie. Lepiej wszak powiedzieć, że dane ZACHOWANIE jest dla mnie godne naśladowania, niż dany człowiek.

Dobra, a ja tak gadam, gadam i nie za bardzo wiadomo do czego zmierzam. Gdybym mimo wszystko (na siłę) miał podać fikcyjną postać, która jest dla mnie idolem, mógłbym podać jakiegoś doktora Judyma, Skrzetuskiego, Konrada alias Gustawa albo Winkelrieda. Polonista z liceum byłby pewnie zachwycony. Ale nie. Moimi idolami są Samotni Strzelcy.

Samotni Strzelcy to trójka postaci znanych z serialu “Archiwum X”. Trzech narwanych geniuszy, pozbawionych normalnego życia, za to pełnych pasji, oddania i poświęconych idei. Każdy o zupełnie innej fizjonomii i temperamencie – na pierwszy rzut oka zupełnie do siebie nie pasują. Ale to tylko pozory. Łączy ich uwielbienie spiskowej teorii dziejów, chęć demaskowania kłamstwa i  ujawnienia prawdy społeczeństwu. W tym celu wydają nawet specjalną gazetę “Lone Gunmen”, gdzie opisują swoje odkrycia. Dzielnie kontynuują swoją krucjatę, chociaż spotykają się zazwyczaj z wyśmiewaniem i ignorowaniem i mało kto traktuje ich poważnie. Mało kto, oprócz Foxa Muldera.

W serialu “Archiwum X” Samotni Strzelcy pojawili się grubo ponad 30 razy. Zazwyczaj ich role były krótkie i polegały na tym, że Mulder poszedł do nich, oni gdzieś się włamali, a Mulder grzecznie podziękował, ale są w “X-files” trzy odcinki wyjątkowe. Te odcinki to 5×01 (“Unusal Suspects”), 6×20 (“Three of a Kind”) oraz 9×15 (“Jump The Shark”). Odcinki te poświęcone są niemal wyłącznie naszej wspaniałej trójce, ich wielkiej krucjacie i poświęceniu, zaś Mulder i Scully odgrywają w nich rolę drugoplanową (bądź żadną). Nie każdy jednak wie, że te trzy odcinki stanowią część większej całości, jaką jest osobny serial “Lone Gunmen”, którego bohaterami są właśnie Melvin Frohike, John Byers oraz Richard Langley. Głównymi postaciami, występującymi w każdym odcinku są też tak piękna, jak tajemnicza Yves Harlow oraz zupełny nieudacznik Jimmy Bond. W serialu pojawiają się także znani z “X-files”: dyrektor Skinner, agent Mulder i Morris Fletcher.

Licząca zaledwie trzynaście odcinków seria ma zdecydowanie lżejszy klimat od “X-files”. Serial zaklasyfikować można jako sensacyjno-komediowy (z lekkimi wątkami SF). W każdym odcinku trójka bohaterów (a w zasadzie piątka, bo Jimmy i Yves są postaciami równie ważnymi jak pozostali) napotyka na jakąś sprawę – czy to super-inteligentną małpę, czy na ślad samochodu na wodę czy też na coś jeszcze innego. Wiedzieni ciekawością (i chęcią opublikowania całemu światu jakiegoś przełomowego odkrycia) starają się jak najdokładniej zbadać sprawę, a przy okazji kogoś uratować bądź w inny sposób pomóc.

Największym plusem serialu jest to, że jest się z czego śmiać. Potężną dawkę humoru serwują nam super-skomplikowane plany naszych bohaterów, które nigdy nie wypalają z powodu niedopatrzenia jakiegoś drobnego szczegółu. Mimo wszystko, trzeba przyznać, że finezja i pomysłowość Wolnych Strzelców nie zna granic. Także zestawienie razem trzech bohaterów (jak wspomniałem, o skrajnie różnej aparycji i temperamencie), wieczne tarcia między nimi, utarczki słowne i żartobliwe uświadamianie sobie wzajemnie niektórych faktów daje widzowi sporo radości.

Jak oglądać “Lone Gunmen”? W TV serial był puszczany między 8., a 9. sezonem X-files. Można go w zasadzie obejrzeć na dwa sposoby: albo razem z “X-files” albo też niezależnie. W pierwszym wypadku – zacząć oglądać po 6×20, skończyć koniecznie przed 9×01 (bo właśnie w tym odcinku u Scully pojawia się Langley z niebieską twarzą, a na pytanie “What happened?” odpowiada: “don’t ask” – mamy zatem bezpośrednie nawiązanie do ostatniego odcinka serialu “Lone Gunmen”). W drugim wypadku – obejrzeć X-files 5×01, 6×20, potem serial “Lone Gunmen”, a na koniec 9×15.

Myślę, że kto obejrzał do końca X-files 9×15 wie znakomicie, że Samotni Strzelcy zasługują na tytuł idola, bohatera i wzoru do naśladowania równie mocno, jak większość postaci literackich.

“Lone Gunmen” jest znakomitą, lekką pozycją, być może niezbyt ambitną (ale czy X-files jako całość jest?). Stanowi świetne uzupełnienie serialu “Z Archiwum X”, a jednocześnie – znakomitą “lekturę” dla tych iksofilów, którzy po obejrzeniu dziewięciu sezonów i dwóch filmów są “na głodzie” i chcą coś jeszcze. Ja się w każdym razie ubawiłem przednio, a Melvin, John i Richard dłuuuuugo okupowali miejsce na moim pulpicie jako tapeta.

I na koniec filmik (ze spoilerem w ostatnich 10 sekundach):

 

164. W jakim świecie my do cholery żyjemy? 18 Październik 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Nauka, filozofia, refleksje — frycjusz @ 7:18 am

Przyzwyczailiśmy się do pewnych rzeczy. Rzucamy piłką do góry – a ta za chwilę odwdzięczy nam się spadając wprost na głowę. Walimy ręką w ścianę – i potem tydzień chodzimy w gipsie. Żyjemy w świecie, w którym koła się toczą, pękające balony hałasują, ogień rozjaśnia ciemność, a woda w prace Frani podczas wirowania ucieka od środka i zaczyna przylegać do ścianek. Nie dziwi nikogo, że czas płynie zawsze w jednym kierunku, bliskie spotkanie III stopnia z drutami energetycznymi kończy się fatalnie, a ciało gorące ogrzewa także swoje otoczenie. Taki jest nasz świat, taki znamy i to, co widzimy, ekstrapolujemy na cały wszechświat. Ten duży z galaktykami i kwazarami i ten maleńki, z protonami i elektronami.

A przecież świat jest zupełnie inny. W bardzo dużych skalach zauważamy zjawiska, które delikatnie mówiąc zaskakują. Już samo to, że wielkich przecież rozmiarów księżyc od miliardów lat krąży wokół jeszcze większej Ziemi i jakoś na nią nie spada. Podobnie jak Ziemia nie spada na Słońce. Słońce pali się od pięciu miliardów lat – a naukowcy jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyliczyli że przy tym zapasie paliwa nie powinno wytrzymać więcej niż kilkadziesiąt tysięcy lat. Pomyślmy, jaki świetny argument dla kreacjonistów! Na szczęście jednak, ktoś kiedyś wpadł na pomysł reakcji termojądrowej i dzięki temu, że wiemy, że wewnątrz Słońca właśnie takie reakcje zachodzą, a nie zwykłe spalanie (jak sądzili dawni uczeni), możemy być całkowicie spokojni o to, że jeszcze kilka miliardów lat nam poświeci. Materia wewnątrz Słońca jest tak zagęszczona, że światło powstałe w samym centrum świetlnego globu dociera na Ziemię 30 000 lat – przy czym podróż z powierzchni Słońca na Ziemię trwa ledwie 8 minut.

No właśnie, światło. Wbrew temu, co głosi większość uczonych, światło rozchodzi się z natychmiastową prędkością. Podróżuje tak szybko, że dociera do celu natychmiast. Gdybyśmy wsiedli na promień świetlny i udali się np. do Mgławicy Andromedy, nawet byśmy nie zauważyli i już byśmy tam byli. Nie minąłby nawet ułamek sekundy. Podróż powrotna zajęłaby tyle samo czasu. Co ciekawe, z perspektywy ziemskiego obserwatora podróż trwałaby miliony lat. I po takiej ułamkosekundowej wyprawie tam i z powrotem, na Ziemi minęłoby wiele, wiele czasu. Czy takie „kurczenie” się i „rozciąganie” czasu w zależności od prędkości poruszającego się obiektu nie jest fascynujące?

Fascynujący jest Wielki Wybuch. Potraficie sobie wyobrazić, że przed Wielkim Wybuchem nie było w ogóle czasu? Ani przestrzeni? Cała czasoprzestrzeń została wygenerowana (i rozszerza się do dziś) właśnie w momencie wielkiego wybuchu. Co było przed Wielkim Wybuchem? Nawet odpowiedź „nic” nie jest prawidłowa. To pytanie po prostu nie ma sensu!

Czasoprzestrzeń zbudowana jest w niesamowity sposób. Zakrzywiona jakoś tworzy wewnątrz siebie meandry, o których nie mamy pojęcia. Mówi się, że ma dziesięć wymiarów, z czego sześć jest tak płaskich, że ich nie widzimy (polecam tę prezentację: http://www.tenthdimension.com/). Mówi się, że można wewnątrz niej tworzyć tunele, które skracają drogę podróżnym (jak w Star Treku) bądź nawet przemieścić się w czasie. Czasoprzestrzeń jest miejscami zakrzywiona. Dzięki temu, że nie jest idealnie płaska, istnieje coś takiego jak grawitacja. Grawitacja to nie jest „spadanie w kierunku dolnym”, jak wielu myśli, ani nawet przyciąganie się obiektów. To jedynie efekt zakrzywienia czasoprzestrzeni. Jakby powstał gdzieś wielowymiarowy „dół” w który wpadają różne obiekty, a na samym dnie tego dołu – nasza planeta (czy cokolwiek innego), która swoim ciężarem ten dół stworzyła. Czasoprzestrzeń w ogóle jest tak zakrzywiona, że patrząc przed siebie i mając odpowiednio silny teleskop, pewnie zauważylibyśmy tył własnej głowy. Tyle tylko, że światło musiałoby przebiec w tym czasie cały wszechświat. To (licząc z naszej perspektywy) trochę trwa. Tak więc jeżeli ktoś chce sprawdzić, czy łysieje, sugerowałbym bardziej efektywne metody.

Mamy kwazary, pulsary, gwiazdy neutronowe, czarne dziury, ciemną materię i energię, supernowe, uciekające od nas galaktyki i wiele innych fascynujących zjawisk. Jeszcze jedno mi się przypomniało. Mamy troszkę pecha, bo Słońce leży po niewłaściwej stronie ramienia Drogi Mlecznej. Gdyby je nieco przemieścić, w nocy widzielibyśmy na niebie piękny, jasny obiekt, większy i jaśniejszy od Księżyca. To centrum galaktyki, gdzie miliony gwiazd świecą połączonym blaskiem. Niestety, olbrzymia ilość pyłu międzygwiezdnego uniemożliwia nam zobaczenie tego cuda.

Wiemy i przyzwyczailiśmy się do tego, że wszechświat jest pusty, a gwiazdy we wszechświecie rozmieszczone są bardzo rozrzutnie. Mówi się, że gdyby gwiazda wielkości wiśni była w Belgradzie, to druga znalazłaby się gdzieś w okolicach Berlina. Ale zaskoczeniem zapewne będzie jeśli powiem, że niewiele mniej rozrzutne jest ułożenie atomów. Gdyby taki „wiśniowy” atom ustawić na środku boiska piłkarskiego, to następny atom znalazłby się gdzieś poza boiskiem. Między nimi jest pustka. Wokół atomów krążą elektrony, ale elektrony to bardziej widma niż cząstki.

Cuda, zaprawdę cuda dzieją się w mikroświecie. Tu już kompletnie nic nie jest takie, jak nam się wydaje. Nasz wszechświat zbudowany jest z niczego. My zbudowani jesteśmy dosłownie z niczego. O wyuczonym w szkole modelu, w którym kuleczki zwane elektronami okrążają po powłokach elektronowych zbiorowisko innych kuleczek zwanych protonami i neutronami, zapomnijcie. Przede wszystkim – elektrony są… no, czymkolwiek są, na pewno nie są piłeczkami. Są tak małe, że nie mają żadnego koloru (bo są krótsze od najkrótszych nawet fal świetlnych). Właściwie to nawet nie wiadomo czy są materialne, bo w sumie (podobnie jak światło) można je interpretować jako fale. Ta „dualność falowo-korpuskularna”, którą tak upodobali sobie fizycy, tak naprawdę to kolejna bujda. Mówi się, że elektron (czy foton) jest jednocześnie cząstką i falą. Ale tak naprawdę to nie jest ani jednym, ani drugim, ale czymś zupełnie innym. Czymś, czego nie umiemy ogarnąć ani sobie wyobrazić. Elektron umie znaleźć się w dwóch miejscach jednocześnie. Eksperymenty wykazały, że elektron przechodzi jednocześnie przez dwie oddalone od siebie szczeliny. Wiemy też, że kiedy elektron przechodzi z jednej powłoki elektronowej do drugiej, to wcale nie zachodzi jakieś przesuwanie go czy coś takiego. On po prostu ZNIKA w jednym miejscu i natychmiast pojawia się w innym. Coś zupełnie niewyobrażalnego w naszym świecie. Dlatego też traktuje się elektron jako normalny obiekt materialny, a kiedy ta wizja zawodzi – jako falę. I jakoś to się w fizyce sprawdza.

Protony i neutrony składają się z kwarków. Mamy sześć rodzajów kwarków, ale jakoś tak jest, że cała znana nam materia zbudowana w zasadzie jest z dwóch – „górnego” i „dolnego”. Pozostałe cztery rodzaje tworzą związki nietrwałe, rozpadające się nawet po jednej bilionowej sekundy. Ogólnie, wszystkie cząstki „materialne” (elektrony i kwarki) są fermionami, czyli posiadają spin ½. Co z tego wynika? Ano to, że (uwaga!) po obróceniu ich o 360 stopni otrzymujemy… cząstkę w jakiś tam sposób wyglądającą inaczej (jakbyśmy widzieli ją z innej perspektywy). Sam nie rozumiem do końca jak to możliwe, ale faktem jest, że dopiero po obróceniu o kolejne 360 stopni cząstka wraca do stanu wyjściowego. Dziwne? Dziwne.

Kwarki zbudowane są ze strun. Struny są tak maleńkie, że potrzeba kwadrylionów strun, aby utworzyć średnicę protonu. Drgają one sobie radośnie w dziesięciowymiarowej przestrzeni i są raczej jakąś formą energii niż czymś, co można nazwać materią. Jak rzekłem, wszechświat zbudowany jest z niczego.

Rozważmy pojedynczy atom wodoru, który kiedyś był w Słońcu, potem w jakimś rozbłysku trafił na Ziemię, związał się z atomem tlenu i leżał miliony lat w wodzie, zanim nie stał się atomem jakiegoś trylobita, potem amonita. Był już częścią drzewa, palmy, przebywał w oceanie i w lodzie arktycznym. Był częścią chmur i smagany wiatrem przenosił się z jednego końca świata na drugi. Był w skorupce jaja dinozaura, w mięśniu innego dinozaura i w płucach jeszcze innego. Dawno lat temu był nawet w kupce jakiegoś prehistorycznego żółwia, w sierści mamuta, liściu sosny. Pocił się nim średniowieczny rolnik, pił go (a potem wydalił) jakiś barokowy hrabia w peruce. Być może nawet, o zgrozo, pluł nim Adolf Hitler w czasie jednego ze swoich emocjonalnych przemówień, a potem stał się jakoś częścią ciała Jana Pawła II. Atomy się przenoszą się przecież w chmurach, deszczu, wietrze, poza tym oddychają nimi ludzie, którzy też się przemieszczają. A teraz ten sam atom jest u mnie, w moim ciele. Czy to nie fascynujące?

I w takim właśnie wnętrzu atomu wodoru żyją hipotetyczne istoty, zbudowane ze strun. Radośnie żyją sobie w dziesięciowymiarowej przestrzeni. Dla nich wszystko jest inne. Być może stworzyły zaawansowaną cywilizację, skomplikowaną filozofię, a ich matematyka i fizyka przerastają nasze o miliony lat. Ale czas ich życia jest krótki. Takie istotki żyją sobie ledwie kilka nanosekund. Dla nich jednak to całe dziesięciolecia. My zaś z kolei jesteśmy dla nich (o ile są w stanie nas dostrzec) odwiecznymi posągami. Nasza sekunda trwa dla nich miliardy lat. A światło, które zapalam dosłownie na minutę, trwa dla nich wieczność. O ile tylko będą w stanie to światło dostrzec, bo fala świetlna jest miliardy raz dłuższa od strun, w których oni, nieświadomi zupełnie słońca, dinozaura, Jana Pawła II ani mnie, żyją.

 

163. Frustracje drogowe 11 Październik 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Z życia, społeczeństwo — frycjusz @ 10:02 pm

Największe przekleństwo polskich dróg to…

Nie, nie wcale dziury. Do nich tak się przyzwyczaiłem, że te mniejsze nie robią na mnie najmniejszego wrażenia, a te większe znam na pamięć i z dużym wyprzedzeniem wiem kiedy zacząć już je omijać. Pogodziłem się z nimi i żyję.

Wcale nie fatalna organizacja ruchu, bo po mieście jeżdżę dość rzadko, a nawet jeśli jeżdżę, to jakoś sobie radzę i nie stoję w kilometrowych korkach.

Nawet pijani kierowcy mnie nie drażnią. To znaczy drażnią, ale z żadnym nigdy nie jechałem i z żadnym nigdy się nie skolidowałem, więc póki co nie zaleźli mi za skórę. Chociaż potępiam proceder jazdy w odmiennym stanie świadomości, to jednak nie on jest na piewrszym miejscu mojej top-listy.

Radiowozy wyłaniające się w najmniej spodziewanym momencie zza krzaków (zazwyczaj na prostej drodze w jakiejś zatęchłej wiosze, gdzie wójt uroił sobie, że musi tam być 40 km/h, chociaż ani on, ani nikt inny nie umie tego uzasadnić) nie bolą mnie. No dobra: wkurzają, ale nie aż tak.

Zadbani (tzn. mocno wyżelowani), dobrze ubrani (najnowszy dresik Nike) i wysportowani (mięśnie ledwie mieszczą w koszulce) panowie w sportowych samochodach, którzy opanowali arkana jazdy tak dobrze, że wykonują manewry o jakich zwykły śmiertelnik nie ma pojęcia (m.in. wyprzedzanie środkowym pasem na zwykłej jednojezdniowej drodze) i osiągający prędkości zaprzeczające prawom fizyki obowiązującym dla dziurawych jezdni – drażnią i czasem aż ciary przechodzą kiedy taki wpieprzy się tuż przed człowieka wyjeżdżając z drogi podporządkowanej, ale nawet oni nie działają mi na nerwy tyle co…

…co nieoświetleni rowerzyści. Właśnie oni dla mnie dzierżą palmę pierwszeństwa najbardziej denerwującej i stresogennej sytuacji, jaką możemy spotkać na drodze. Jazda po zmroku groi zawałem, kiedy tuż przed moim pojazdem (gdzieś na 3-5 metrów) wyłoni nagle się beztrosko pedałujący młodzieniec bez światła, bez odblasków i ubrany na czarno. Takich sytuacji miałem już mnóstwo i sam się dziwię, że jeszcze zadnego nie najechałem. Widocznie szczęścia mają więcej niż rozumu.

Apel do wszystkich rowerzystów: ZAŁÓŻCIE JAKIEŚ OBLASKI, KUPCIE SOBIE ŚWIATEŁKO, A NAJLEPIEJ ŻÓŁTĄ KAMIZELKĘ (wiem, siarsko wygląda, ale naprawdę ratuje życie!) Właściwie pieszych też się to tyczy. To, że kierowca ma światła nie znaczy, że wszytko widzi. Może was dostrzec na 5 metrów przed sobą, zazwyczaj 10, góra 20. Dobry odblask zwiększa tę liczbę wielokrotnie.

 

162. X-files – sezon ósmy (uwaga na spoilery!) 4 Październik 2008 (sobota)

Zaszufladkowany do: Seriale — HaeS @ 11:52 am

Po fatalnym, nagroszym ze wszystkich, siódmym sezonie X-files miałem spore obawy o dwa kolejne. Wszak wiadomo, że chyba żaden serial, który dotrwał do ósmego sezonu, w tym ósmym sezonie niczego szczególnie ciekawego ani odkrywczego nie pokazał. Już samo określenie “ósmy” odstręcza, bo kojarzyć się może co najwyżej z bezsensownym ciągnięciem czegoś na siłę tylko po to, aby wydoić od telewizji jeszcze jakieś ostatnie grosze za produkt, który świeci już tylko światłem odbitym od swojego blasku z dawnych lat. Moje obawy powiększył dodatkowo spoiler (na szczęście nie do końca prawdziwy) mówiący o tym, że w ósmym sezonie nie zobaczymy jednej z kluczowych postaci – Muldera. Trudno zatem się dziwić, że do ósmego sezonu zasiadłem z niepewnością, niechęcią i troszkę wbrew sobie.

Niespodziewanie jednak, ósmy sezon zamiast wykończyć serial, skompromitować go ostatecznie i odwrócić od niego ostatnich fanów, nadał mu świeżości. Znakomite są odcinki śledcze, w których do ciężarnej Dany Scully dokoptowano niejakiego Johna Doggeta. Co ciekawe, motyw z pierwszych sezonów – konfilkt między otwartością umysłu, a naukowym prawdopodobieństwem, który swojego czasu trwał w najlepsze między Mulderem, a Scully, w ósmym sezonie pojawia się ponownie – tyle tylko, że teraz Scully, która przez siedem lat z Mulderem widziała niejedno, przekonuje sceptycznego Doggeta do niesztampowych rozwiązań. Pomysły na odcinki śledcze są nowe, niewiele jest powtórzeń. Do tego większość z nich jest dobrze napisana, wyreżyserowana i zagrana. Serial ogląda się znakomicie, a wciąga on jak za najlepszych lat. W pamięć zachodzi m.in. odcinek “Invocation”, w których porwany chłopiec wraca po 10 latach i nie postarzał się ani o minutę. Co prawda zakończenie tej historii jest troszkę naciągane i zawodzi, ale i tak pierwsze 40 minut odcinka ogląda się świetnie. Dobry jest też “Road Runners”, w którym Scully uwięziona jest w małym miasteczku, pełnym wrogich jej nie wiedzieć czemu ludzi albo też przerażająca nieco “Badlaa” o indyjskim karle włażącym otyłym ludziom do brzucha. Jest co prawda kilka słabszych odcinków (w szczególności drażni wyciąganie jakichś spraw z przeszłości Doggeta, bo mnie osobiście ten wątek jakoś nie wciągnął), ale tak było przecież w każdym sezonie.

Wątek mitologiczny rozwija się intensywnie, a całą parą rusza po tym, jak Mulder mniej więcej w połowie sezonu powraca. Wszystko obraca się wokół ciąży Scully i niezniszczalnych super-żołnierzy. Dziwne troszkę, że twórcy tak łatwo porzucili Palacza, wielką konspirację, spisek rządowy itd, ale tak już chyba musi być. Wątek mitologiczny wypalił się IMO dawno temu i to, co teraz mamy to marne popłuczyny. Carter gubi się i sam nie wie już co i jak zrobić, dodaje nowe wątki, stara się wyjaśnić jakoś stare, ale to wszystko do mnie nie przemawia i chociaż ogląda się to nawet przyjemnie, a Kraicek (oraz kilka nowych czarnych charakterów) dają nam sporo ciekawej zabawy, to jednak nie sposób pozbyć się wrażenia, że odcinki mitologiczne Carterowi jednak nie wyszły, a ewentualna próba ułożenia przez widza wszystkiego po kolei i znalezienia w tym jakiegoś sensu jest z góry skazana na porażkę. Szkoda troszkę, chociaż i tak trzeba przyznać, że wątek mitologiczny zły nie jest – po prostu nie jest tak dobry, jakbym się tego spodziewał.

No nic, trzeba wziąć się za sezon dziewiąty, ale zanim zaserwuję wam jego recenzję – dam recenzję znakomitego serialu-niespodzianki, na który natknąłem się troszkę przypadkiem, a który dał mi sporo radości. Pozdrawiam!

 

161. O komentarzach meczowych słów kilka 3 Październik 2008 (piątek)

Zaszufladkowany do: Sport, TV — frycjusz @ 8:27 pm

Po ciekawym i emocjonującym meczu Lech-Austria Wiedeń obejrzanym wczoraj w TV (Lech awansował po bramce zdobytej w ostatniej minucie) zajrzałem odruchowo na fora, aby sprawdzić jak cieszą się ludzie i jak reagują. Oczywiście się cieszą, ewentualnie zazdroszczą (a im bliżej stolicy mieszkają, tym bardziej zazdroszczą), wskazują na stronniczość sędziego i kilka aspektów, ale także zwracają uwagę na to, że nie TV dopuściła Szpakowskiego do komentowania tego meczu i – ku mojemu zdziwieniu – odebrano to na plus (!). Nie jest ulubiony komentator ludzi znających się na futbolu, wielu narzeka na jego charakterystyczną manierę, zbyt emocjonalne podejście, błędy merytoryczne i brak poprawności językowej. Wszystko to, co Szpakowskiemu się zarzuca, ja uważam za zaletę.

Nie wyznaję się zbytnio na tych komentatorach, obecnie na topie są bodajże Borek i Iwański. Są to świetni fachowcy, czujący grę, wiedzący o co chodzi, nie dający się zagiąć nawet na najdrobniejszych szczegółach, mających w głowie miliony statystyk, imponujący wiedzą i umiejętnością czytania gry. Świetnie. Ale nie mają tego, co posiada Szpakowski, a przede wszytkim – Tomasz Zimoch. Cóż to jest?

Dla mnie komentator nie musi tłumaczyć mi kto w jakim klubie grał dziesięć lat temu, walić fachowymi terminami, zachwycać się jak to ktoś do kogoś zagrał w tempo albo tym, jak finezyjne było wykonanie pupłapki ofsajdowej. Nie musi zawsze bezbłędnie ocenić (bez powtórki) czy był spalony bądź faul (chociaż to mi zazwyczaj imponuje, bo ja często nawet po powtórce tego nie widzę). Komentator jest osobą budującą klimat, jest częścią sportowego widowiska, człowiekiem który podsyca emocje i sprawia, że ci siedzący z piwkiem w ręku i kotem jako podnóżkiem, zatopieni w ciepłym fotelu czują się jakby byli na stadionie, równie żywiołowo krzyczą i równie żywiołowo się podniecają tym, co się dzieje na boisku kilkaset kilometrów dalej. W tej konkurencji wspomniany Borek czy Iwanow odpadają w przedbiegach. Są nudni, a ich monotonnego ględzenia słucha się ich ze znudzeniem, które nawet po zdobyciu bramki nie znika, bo ci panowie nawet się cieszyć nie umieją. Co innego komentator, który pod wpływem żywych, silnych emocji zapomina się, gubi, zaczyna gadać troszkę od rzeczy, wali dziwnymi porównaniami, popełnia drobne błędy merytoryczne itd. Widzimy wtedy w nim autentycznego człowieka, zagorzałego kibica i wielkiego fana futbolu (czy ogólniej – sportu), który umie się ponieść silnej emocji, bo wie, że radość czy też smutek są częścią sportowej rywalizacji,

Jeszcze gorsi są komentatorzy “z łapanki”. Bardzo często bowiem do fachowego komentatora (czy to charyzmatycznego Szpaka, czy też bezbarwnego Borka) dorzuca się jakiegoś piłkarza. Efekt zazwyczaj jest marny, bo podczas kiedy pierwszy z komentatorów buduje klimat i powie coś ciekawego (albo chociaż stara się jak umie), to drugi tylko smędzi i nudzi, zniechęcając zupełnie do oglądania meczu.

Na koniec – próbka Zimocha. Większość z nas to nagranie zna zapewne znakomicie, ale ja dzisiaj po raz pierwszy widziałem je w wersji wizja + fonia.

 

160. Co by tu wcisnąć? 1 Październik 2008 (środa)

Zaszufladkowany do: Z życia, społeczeństwo — frycjusz @ 9:25 pm

Nie jestem specem od ekonomii, ale o ile dobrze się orientuję, marketing bezpośredni polega na tym, że to nie klient ma wyrazić zainteresowanie towarem, ale to sprzedawca ma obowiązek to zainteresowanie u niego wywołać. W wyniku takiej operacji klient zazwyczaj zostaje z bezwartościowym, niepotrzebnym mu do niczego gniotem (chociaż uświadamia sobie to dopiero długi czas po zakupie), zaś sprzedawca – ze sporą ilością banknotów w kieszeni. Przejrzymy sobie teraz kolejne techniki marketingu bezpośredniego, rozpoczynając od tych nawet w gruncie rzeczy przyjemnych i nieszkodliwych, kończąc na czymś, co nie powinno w ogóle mieć miejsca. Zaczynamy:

Stopień 0: Zaczepiamy w supermarkecie

Najmniejsze zło, a właściwie to nie tyle zło, co wzór jak należy prowadzić marketing bezpośredni to hostessy w supermarketach. Młode, ładne dziewczyny poczęstują chlebkiem z dżemem, naleją do plastikowego kubeczka soczku albo jogurtu, pokażą jak działa jakaś tam mieszaczka do ciasta, porozmawiają, pośmieją się z człowiekiem. Ani słowem nie zachęcają do zakupu albo robią to delikatnie i bez natręctwa. Co prawda rzadko kupuję cokolwiek pod ich wpływem, ale nawet jeżeli kupuję, to robię to bez poczucia, że ktoś mnie otumanił, ogłupił albo zrobił w balona.

Stopień 1: Katalogi

Pomijam już listy pt. „wygrałeś 100 000 zł, musisz tylko zadzwonić pod nr 0 700…” bo to chyba już wyszło z mody. Ale czasem przychodzą do domu rożne katalogi. Generalnie fajna rzecz. Ja np. lubię Klub Książki, bo mają fajne i tanie pozycje i czasem coś zamówię. Wśród pań krążą też katalogi Avonu czy Oriflame’a i kto chce, może sobie coś tam zamówić. Generalnie wszystko odbywa się po przyjacielsku, bardziej na zasadzie przysługi niż usługi i nie ma w tym absolutnie nic złego.

Stopień 2: zapraszamy do siebie

W ten sposób sprzedaje się kołdry i garnki. Zestawy sprzedawane są po 2-3 tysiące złotych. Najpierw dzwoni się do ludzi i zaprasza na pokaz. Ja sam zazwyczaj dzwoniącego spławiam, bo nie mam czasu na takie pierdoły, ale wiem, że po wyrażeniu chęci pojawienia się na pokazie do domu przychodzi pisemne zaproszenie, a do zaproszenia dołączany jest np. jeden tandetny kolczyk albo jedna tandetna rękawiczka albo jedno tandetne cokolwiek, co nie ma pary. Drugą część zestawu dostaje się na pokazie.

Pokazy trwają 2-3 godziny, dostaje się kawę i ciastko. Inteligentny gość dobrze słuchając prezentacji, może poznać całą gamę technik manipulacyjnych. Mniej inteligentny – może poznać całą gamę zalet kołder czy garnków i może nawet się skusi na zakup.

Właściwie to nie mam nic przeciwko tej formie sprzedaży. Cena jest może wysoka, ale towary przyzwoitej jakości (chociaż nie jestem pewien czy warte aż tak wygórowanej ceny). Mądry człowiek pójdzie ze znajomym na pokaz, w miłej atmosferze spędzi czas, coś zje, dostanie drugą rękawiczkę, pozna zalety kołder albo grnków, podziękuje i potem na własną rękę poszuka w internecie podobnej, ale tańszej oferty. Bo wbrew temu, co twierdzą prezenterzy na pokazach – towary podobnej jakości można nabyć także i w inny sposób niż na pokazie.

Stopień 3: Dzwonimy do domu

Wkraczamy teraz w metody bezczelne. Pierwsza metoda – dzwonienie do przypadkowych ludzi. Na szczęście mało inwazyjna, a natręt jest łatwy do spławienia. Dla przykładu – moja standardowa rozmowa z telemarketerem wygląda tak:

- Dzień dobry, Anna Iksińska, telekomunikacja polska, czy mogę rozmawiać z panem XXX?

- Dzień dobry, co tam znowu wciskacie?

(chwila konsternacji)

- Proszę pana, dzwonię do pana z ofertą…

- Więc jednak coś wciskacie.

- Proszę pana ja nic nie wciskam. Jestem doradcą TP i wraz z panem chcę ustalić najkorzystniejszy dla pana plan taryfowy oraz pakiet usług dodatkowych. Czy często pan wykonuje rozmowy międzymiastowe?

- Proszę pani, żeby nie tracić mojego i pani czasu: ja ofertę TP znam, przeliczyłem ją dziesięć razy we wszystkich możliwych konfiguracjach i wiem, że jedyną w miarę sensowną opcją jaką TP mi może zaoferować jest pozostanie przy abonamencie standardowym. Nie potrzebuję darmowych wieczorów i weekendów, jakichś wybranych numerów ani Liveboxa i nawet mnie nie interesuje co wciskacie tym biednym, naiwnym ludziom. Ofertę znam, jestem na bieżąco, z żalem stwierdzam, że nic ciekawego nie macie. Dziękuję bardzo za rozmowę. Proszę więcej nie dzwonić i niczego mi nie wciskać. Do widzenia

- Do wi…. (pani zazwyczaj nawet nie nadąża dokończyć zanim odłożę słuchawkę).

I tak za tydzień zadzwonią.

Stopień 4: Przychodzimy do domu (bądź zaczepiamy na ulicy)

Umiejętnie spławiony domokrążca albo uliczny sprzedawca nie zajmie nam dużo czasu. Wystarczy tylko znać ich zwyczaje i bezlitośnie wyjawić facetowi jego zamiary zanim on w ogóle zacznie nas otumaniać. Oto monolog który zatka usta każdemu ulicznemu sprzedawcy i domokrążcy:

(na ulicy, Bydgoszcz, dworzec PKP. Podchodzi elegancko ubrany pan który akurat przed chwilą zakończył rozmowę z poprzednim klientem)

- Przepraszam czy pan jest z Bydgoszczy?

- Tak, tak – ja wiem. Pan zapyta czy jestem z Bydgoszczy. Potem powie pan, że w Bydgoszczy za dwa tygodnie otwierają nowy market z perfumami, ale już teraz, dla wybadania rynku, macie promocję. Pokaże mi pan flaszke tandetnego perfumu w ładnym opakowaniu i zapyta ile moim zdaniem jest wart. Oczekuje pan, że powiem: stówę. Wtedy pan mnie zaskoczy i powie, że teraz jest promocja i da mi go pan. Na własność. A dopiero potem powie, że dał mi go pan, ale muszę za niego zapłacić jedyne trzydzieści złotych, chociaż pewnie jest wart góra pięć. Na dodatek, w ramach promocji da mi pan drugi gratis. Jak się będę dalej krzywił, to zgodnie z waszym szkoleniem, zapyta pan, czy można mi zaufać i czy nie poskarżę się do firmy. Oczywiście, powiem że można mi zaufać. Wtedy pan mi zaoferuje, że rozbije komplet i sprzeda mi pan jeden perfum. Za piętnaście złotych. Czy coś pominąłem?

Po takim monologu sprzedawca zazwyczaj zostaje ze zdziwioną miną i nic nie mówi, a my spokojnie możemy iść sobie dalej pewni, że ten człowiek przemyśli dobrze swoje życie i poszuka normalnej pracy.

Stopień piąty: skrajna beczelność

Doświadczyła tego moja koleżanka. Pojawiło się w gazecie ogłoszenie o pracę. Zadzwoniła, zaprosili ją na spotkanie do eleganckiego hotelu. Postawili ciastko i kawę. Tak obdarowana potencjalna pracownica gotowa już byli do wysłuchania krótkiej prezentacji nt. pracy, o którą się ubiega.

Po przedstawieniu przez panią prowadzącą rozmowę kilku szczegółów na temat wynagrodzeń, łatwości i przyjemności pracy, otumanieniu perspektywą wyjazdów służbowych, wycieczek integracyjnych oraz zawarcia kilku intratnych znajomości, koleżanka dowiedziała się, że warunkiem przyjęcia do pracy jest… zakup zestawu ścierek (nie wiem jakich) za 1975 zł. Jak jej nie stać, to można sobie ewentualnie rozłożyć na raty (24 x 130 zł). Oczywiście, koleżanka była oporna, ale pani, zamiast zachęcać do zakupu ścierek, ponownie przedstawiała zalety pracy (praca miała polegać – a jakże by inaczej – na wciskaniu ścierek kolejnym naiwnym). Nie wiem ilu ludzi zwerbowała (mam nadzieję, że nikogo), ale jak dla mnie – szczyt bezczelności marketerów, którzy:

a) Chcą wcisnąć człowiekowi zupełnie niepotrzebny mu towar

b) Za ten towar żądają maksymalnie wyśrubowanej ceny

c) Bezczelnie wykorzystują fakt, że człowiek nie ma pracy (i pieniędzy)

d) No i obrażają człowieka już samą taką propozycją

Ja wiem, że gospodarka oparta na inteligentnych, myślących ludziach, znających cztery podstawowe działania arytmetyczne i wiedzących którego kiedy użyć, niepodatnych na sugestie, znających swoje potrzeby i kupujących tylko to, czego potrzebują padłaby na twarz w ciągu trzech miesięcy i skazana byłaby na niekończącą się recesję. Mimo wszystko, traktowanie mnie (czy kogokolwiek innego) jak idioty i zachęcanie różnymi manipulacyjnymi technikami do zakupu czegoś, co mi jest zupełnie niepotrzebne wręcz uwłaczające. Dlatego mam jedną prostą zasadę: NIGDY przenigdy nie kupuję niczego od akwizytorów, domokrążców ani innych przypadkowych osób. Chcę coś kupić – szukam ofert w internecie, porównuję ceny i parametry i wybieram najtańszy sklep (np. przez Skąpca albo Allegro). Ewentualnie przejdę się po sklepach. Co wam też szczerze polecam.